Kalendarz

Maj 2009
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Maj 2009

Towary zastępcze – Koniec końców

Koniec końców chciałbym być pijakiem,
koniec końców chciałbym wódkę pić.
Wiem, pijaków karetki nie zbierają,
zawsze mówią: na izbę z nim.

Lecz jak patrzę na to wszystko – to mi ciężko,
odmówić sobie wódki nie ma jak.
Żółty szalik i żołądkowa gorzka,
gdy koledzy po mnie przyjdą, powiem: tak.

Wiem, że mają wódkę z zagranicy,
albo Kaliningrad, albo Ukraina.
Jest paskudna, ale w taką pluchę
nie ma jak tej wódki nie zaczynać.

Schodzą etykiety z flaszek, gasną światła na ulicach.
Ciężko człowiekowi czasem – włóczy się sam po dzielnicach.

We łbie musuje udręka, gdy się kończy wódka, a my
wszyscy tacy niedopici – bo dopiero zaczynamy.

Coś tam teraz robię, gdzieś coś tam zarabiam,
może dużo, może mało – nie wiem sam.
Starcza kasy właściwie bez problemu,
lecz się napić wiecznie nie pozwala czas.

Czarno widzę, bracie, taką sytuację.
Napić każdy musi się choć raz na rok.
Znów próbuję się umówić, lecz nie mogę
przepchnąć się przez ten pieprzony tłok.

A nie będę przecież łykał sam do lustra,
wziąłem urlop – a ty znów zniknąłeś gdzieś.
Wyszedłem z domu – kogoś może poznam,
żeby picie miało jeszcze jakąś treść.

Schodzą etykiety z flaszek, gasną światła na ulicach.
Ciężko człowiekowi czasem – włóczy się sam po dzielnicach.

We łbie musuje udręka, gdy się kończy wódka, a my
wszyscy tacy niedopici – bo dopiero zaczynamy…

Wpis: 1 019.

Trzynaście

     Przy stoliku obok siedzi wymoczek w okularach z dość ładną, ale też trochę wymoczkowatą dziewczyną i przemawia do niej.
     Chcąc nie chcąc, mistrz musi słuchać wynurzeń wymoczka, siedzą zbyt blisko, a wymoczek mówi trochę zbyt głośno:
     — Jak już ci wspominałem, każda miłość trwa trzy lata. Ta teza Beigbedera stała się w naszym środowisku bardzo popularna. Masz szczęście, bo znamy się zaledwie od pół roku, ale musisz się liczyć z tym, że teraz jest pierwszy rok wielkiej namiętności, potem nieuchronnie nastąpi rok czułości, a ostatni rok to będzie rok nudy. Takie są prawa. Musisz być przygotowana. Licz się również z tym, że dzisiaj w dobie wszechobecnego zappingu, nasza miłość musi podlegać tym samym prawom co rynek. Przyglądam się uważnie naszemu związkowi, gdyż wiele dzięki tym obserwacjom mogę się dowiedzieć o dzisiejszych przemianach społecznych, politycznych, gospodarczych i obyczajowych. I dlatego mam jeszcze jedną uwagę dla ciebie: za rzadko patrzysz na ludzką tożsamość z perspektywy płci, a to na pewno wzbogaciłoby pole twojego widzenia o wiele nowych kwestii: gender i queer, miłość homoseksualną, a także antykoncepcję i aborcję. Bo w czym niby jesteś lepsza od mojej francuskiej przyjaciółki po siedmiu skrobankach? Pamiętaj, że dla uczniów Hegla miłość była niczym więcej, jak tylko wyrazem nieracjonalności, podczas gdy dla Marksa miłość to żywa siła, to traktowanie drugiego człowieka jako podmiot, a nie przedmiot. To namiętność przeciwstawiona suchej spekulacji. Z tego punktu widzenia miłość zawsze będzie inspiracją dla lewicy, bo lewica walczy o uczłowieczenie świata, o upodmiotowienie człowieka zniewolonego przez abstrakcyjne i anonimowe siły rynku, techniki czy państwa.
     — Ojej — mówi dziewczyna i zaczyna szperać w torebce.
     Robi się wieczór.
     Piękny wieczór majowy.
     Przy innym zaś stoliku dziewczyna o urodzie gotyckiej i czarno-różowym makijażu mówi do drugiej, podobnej, ale zdecydowanie mniej uczernionej:
     — Jest smutno. Jeszcze cieszy mnie kawa w Czułym, jeszcze z zachwytem chłonę atmosferę tej niepowtarzalnej księgarni, jeszcze cieszy mnie każda wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego, jeszcze wzruszam się zwykłymi, prostymi ludźmi na ulicy, niektóre staruszki mają bardzo miłe twarze, ale już nie interesuje mnie teatr, już nie bawi mnie proza Jelinek, już nie słucham Cool Kids of Death, chociaż wcześniej to oni byli głosem mojego pokolenia, teraz już tylko obchodzą mnie tabletki na seks, już mi w głowie tylko bielizna, ale nie wiadomo, po co to wszystko, bo przecież mężczyźni zbrzydli, a i kobiety pachną gorszymi perfumami, ja to teraz robię tylko dla siebie, dla swojego dobrego samopoczucia, wyjechałabym gdzieś, ale nie, bo wszędzie jest ten męczący, nieładny zapach, świat spsiał, a wolałabym, żeby świat skociał. Choćbyśmy nawet teraz poszły do mnie i całą noc siedziały w wannie, goliły nogi, słuchały muzyki ze starego, magicznego filmu „Amelia” i chichotały do upadłego, to i tak nie będzie to takiej, jak w zeszłym sezonie, kiedy La Madame była jeszcze otwarta…
     A druga jej wtóruje, oddzielnym monologiem, wygłaszanym z ordynarną wyższością, oni, ci warszawiacy, już nie rozmawiają, to już im nie jest potrzebne, oni się wypowiadają, tak jakby się przygotowywali do wystąpień telewizyjnych
     — A popatrz na tych, co tam siedzą. Albo na tego, siwego tu przy stoliku obok… Nie wnikam, kim on jest, nic mnie to nie obchodzi, brzydzę się nim, ale jakby tak na moment się na nim skupić, to jasne dla mnie jest to, że spokojnie może zostać uznany z postać mówiącą nieco o kondycji polskich mężczyzn. Stanowi karykaturalny wizerunek kolejnej lost generation, wiecznych chłopców przeistoczonych niepostrzeżenie w przedwczesnych starców. Zapity, apolityczny, zbuntowany przeciw wszystkiemu, czyli bliżej nie wiadomo czemu, przeżywa relacje społeczne i uczuciowe w sposób skrajnie niedojrzały. Jest raczej nieszkodliwy, bo przecież niszczy tylko samego siebie. Upozowany, wycofany, szyderczy i depresyjny. Chory na alkoholizm, nadwrażliwy i kompletnie zobojętniały. Dekadent i nikotynista. Postrzegam go jako postać tragiczną i groteskową, antytezę dziarskiego, wszechpolskiego chłopca i uosobienie obywatelskiej niemocy wolnościowego kontestatora z lat osiemdziesiątych. Nie jest ani prawicowy, ani lewicowy. Nie rozumie świata. Nie dorósł, a już zdziadział.

Wpis: 1 018.

Ostatni tydzień maja.

     Weekend:
     W piątek wpadł na wieczór Krzysio. Wcześniej byliśmy na chwilę w Letheanie ale akurat nic się nie działo. Trochę pogawędziliśmy o tych istotnych i mniej istotnych dla świata sprawach. Nie wiedzieć czemu, ale nie było najweselej. Za oknem lato i nawet pogoda butelkowa jakby rzadziej nawiedzała, a mimo to nastrój był jakiś taki niepewny. Mniejsza. Udało mi się wcisnąć mu Dwanaście, którym zachwycam się prawie tak samo bardzo, jak Jedenaście (Trzynascie dopiero przerabiam i zachwycam się najmniej). Ciekaw jestem reakcji.
     W sobotę tymczasem odwiedzili mnie Daruś z Jacusiem. Po Jacusia wyszedłem na dworzec. Dziwnym trafem chwilę później wylądowaliśmy w Cloisters. Akurat moje Leinster pokonało Leicester w finale Heineken Cup. Całe Portlaoise – można by rzecz – świętowało. W trakcie pinty Guinnessa skontaktował się z nami Daruś. Okazało się że i on dotarł. Musieliśmy poszukać się trochę. Na szczęście jedną (być może jedyną) zaletą Portlaoise jest to, że wszędzie jest 5 min. drogi. Z dworca do Cloisters, z Cloisters, przez Leinster Square na Market Square, z Market Square do mekki polskich produktów Poloneza etc. Zrobiliśmy parę takich pięciominutówek, [zrobiliśmy] zapasy na wieczór i wróciliśmy na Stradbrook. Lato za oknem pozwalało rozwalić się na tarasie i kontemplować widok dwóch największych atrakcji miasteczka. Wieczór mijał leniwie ale wesoło. Na chwilę pojawili się sąsiedzi z dołu. Pogadaliśmy, poplanowaliśmy, poumawialiśmy się, jak to zwykle bywa… Nawet nie zauważyliśmy, jak zaczęła się noc, po niej późna noc. Spokojnie postanowiliśmy zdrzemnąć się.
     W niedzielę mieliśmy oglądać Kubicę, później ostatnią kolejkę ligi angielskiej, ostatecznie Darusiowi udało się wyciągnąć nas do parku. Świeże powietrze podziałało kojąco. Całe popołudnie podziwialiśmy kwiatki, muszki, drzewka, jeziorko, źle nie było. Pod koniec Jacuś natrafił na kumpli z pracy. Przez grzeczność spędziliśmy z nimi trochę czasu. Nie było to jednak nasze towarzystwo. Jacuś został. Daruś wrócił do Dublina. Ja dotarłem na Stradbrook. Weekend skończył się.

     Tydzień:
     Tydzień mam teraz skrócony. Od poniedziałku do środy. Później wolne. Proporcje 3 do 4 bardzo mi odpowiadają. Przypominają mi dawne czasy czwartego czy piątego roku studiów. Wtedy było podobnie. Kilka dni na uczelnię, reszta wolna. Na spokojnie w domu bądź równie spokojnie gdzieś na mieście. Teraz jest podobnie z tą tylko różnicą, że zamiast do szkoły jeżdżę sobie do Dublina a powiedzieć na Portlaoise miasto byłoby pewnym nadużyciem. W każdym razie…
     W każdym razie trzy dni tygodnia minęły dość przeciętnie. Nie wydarzyło się, na dobrą sprawę nie miało prawa wydarzyć się nic nadzwyczajnego. Emaile, telefony… Rutyna… Chociaż? Nie… W poniedziałek wpadł z odwiedzinami sam Ruby Walsh. Niby rówieśnik, ale największy bard Irlandii – Christy Moore – śpiewa o nim balladę. Przez chwilę zastanawiałem się, czy wypada prosić o autograf. Głupio mi było i nie odważyłem się. We wtorek natomiast, ponownie przyszedł na moment legenda irlandzkiej przedsiębioroczości, wzorzec do naśladowania dla każdego biznesmena – Michael O’Leary. Równy gość. Równiejszy, niż w wywiadach prasowych czy radiowych. Załatwił, co miał do załatwienia i poszedł sobie. Teraz już wiedziałem, kim jest i pewnie dlatego czułem się trochę nieswojo. Co innego za pierwszym razem, kilka tygodni temu. Nie zdawałem sobie sprawy i tylko patrzyłem na Nialla, jak szczęka mu opada a oczy niemal wychodzą na wierzch z podziwu i niedowierzania. Michael jest żyjącą ikoną przedsiębiorczości. Osiągnął to, o czym tysiące ludzi pokroju mojego szefa mogą tylko marzyć. Mniejsza… W środę tymczasem, trafiłem przypadkiem na pracę pisemną z czasów, kiedy jeszcze myślałem, że zostanę historykiem filozofii. Przez chwilę zrobiło mi się sentymentalnie. Gdzieś tam jeszcze pozostały fragmenty umiłowania mądrości.

     Weekend:
     Do domu wróciłem w środę po siódmej i niemal od razu polazłem do Delaney’sa na Ligę Mistrzów. Spotkałem Marcina. Potem dołączył się jeszcze jeden znajomy, którego imienia nie pamiętam choć mam podejrzenie, że to dlatego, że jest moim imiennikiem (czy jak to się tam nazywa) i pewnie pomyślałem sobie, przy przedstawianiu się za pierwszym razem, że nie muszę zapamiętywać swojego własnego imienia. Choć mogło być zupełnie inaczej. Nie wiem. Nieważne…
     Delaney’s był porządnie wypełniony, głównie irlandzką młodzieżą ale także – o dziwo – grupą Katalończyków (mówili jakby po hiszpańsku, ale tak trochę inaczej). Irlandczycy kibicowali Manchesterowi, Katalończycy Barcelonie. Kibicowanie Irlandczyków ograniczało się do pełnego frustracji wykrzykiwania słów na „f”. Katalończycy bili brawo, coś tam komentowali po swojemu i ogólnie bawili się. Mimo dwóch, z grubsza przeciwnych sobie, obozów, w Delaney’sie było spokojnie. Żadnemu przedstawicielowi irlandzkiej młodzieży nawet przez myśl nie przeszło, żeby wytłumaczyć Katalończykom gdzie ich miejsce. Kiedy uciekałem z Polski, taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia. Silniejsza grupa kibiców drużyny, która przegrywa, na pewno starłaby się ze słabszą, mniej liczną grupą kibiców (w dodatku zza granicy) drużyny, która wygrywa. Ot, taka irlandzka osobliwość.
     Po meczu poszliśmy z Marcinem na Rossvale. Pogadaliśmy chwilę, obejrzeliśmy wyśmienitego Johna Cleese w Jak wkurzać ludzi. Najbardziej spodobał mi się skecz w samolocie. Umówiliśmy się jeszcze wstępnie na sobotę – Ewa będzie robić przyjęcie na Fair Green – i pojechałem do siebie.
     Dziś mam zamiar zrobić porządek z muzyką. Przez ostatnich kilka tygodni nazbierało mi się trochę zaległości i chciałbym to nadgonić. Chciałbym obejrzeć sobie jakiś film, może dokończyć Losty, Fringe’a albo Mentalistę. Raczej nie ruszać się z miejsca. Jutro zrobić jakieś małe zakupy, ogarnąć mieszkanie i popracować trochę z domu. Wieczór powinien wyjaśnić się sam. Sobota, to wizyta na Fair Green. Przynajmniej na razie tak to wygląda.

Wpis: 1 017.

Iggy Pop – King of the Dogs

Wpis: 1 016.

Wiadomość.

„Informujemy, że Twoja notka dodana do debaty została usunięta, ponieważ jest niezgodna z regulaminem debaty. Z poważaniem, redakcja blog.pl”

Nie, żeby to miało jakieś większe znaczenie, ale przynajmniej towarzystwo rozbawiło mnie na moment dwukrotnie wysyłając tego samego emaila. Oczywiście odnośnika do jakiegokolwiek regulaminu nie uświadczy, ale co tam…

Wpis: 1 015.

Parla Italiano?

     Raz na jakiś czas nadchodzi taki moment, w którym rozglądam się wokoło i zastanawiam czy nie zmienić by czegoś. W tym roku, latem padło na mieszkanie. Niemal pewne jest, że z końcem umowy wyprowadzam się ze Stradbrook. Świetne miejsce, ale potrzeba się gdzieś ruszyć. Marzy mi się kamieniczka w centrum Portlaoise. Dwa kroki do sklepów, jeden do pubów. Najchętniej mały pokoik, może dwa, kuchnia i tyle. Jak nie kamieniczka w Portlaoise, to małe mieszkanko w Dublinie. Rozejrzawszy się trochę na daftcie udało mi się znaleźć jednopokojowe mieszkana naście minut od pracy już za €500.00 miesięcznie. Zobaczymy.
     Z jednej strony warto i wypadałoby się w końcu ruszyć do Dublina. Z drugiej – czuję wielki sentyment do Portlaoise. Stąd jest wszędzie blisko. Boje się, że osiadłwszy w Dublinie już nigdy nie przejechałbym się po okolicy, nie odwiedził Rathdowney, nie ruszył do Kilkenny etc. W Dublinie wszystko miałbym na miejscu. Będąc w Portlaoise, wszędzie muszę jeździć. Mniejsza…

     W ramach zmian, naszło mnie też na zmienianie pracy. Spojrzałem na ogłoszenia, na chybił trafił wybrałem jedno i uderzyłem.
     Wysłałem trochę poprawione CV, nakłamałem w liście motywacyjnym, a że zobaczyłem, że firma z włoskim kapitałem, to dodałem – trochę dla żartu – że znam włoski. Słabo, bo słabo; na początkującym poziomie, ale znam. Co się będę. W końcu „Dzień dobry” powiem. A to już coś… W każdym razie…
     W każdym razie, kilka dni później zadzwoniła miła pani i zapytała czy nie przyszedłbym na rozmowę kwalifikacyjną. Powiedziała, że przyjrzała się mojemu CV, że wygląda obiecująco i że jestem pierwszą osobą, która zadeklarowała choćby podstawową znajomość języka włoskiego. Zbiła mnie tym lekko z tropu, ale nie na tyle, żebym nie był wstanie sprostować, że mój język włoski jest właściwie początkujący a nie podstawowy. Tak czy inaczej, zamieniła ze mną kilka słów, z których wynikało, że szuka kogoś na stanowisko „biurwy as such”, człowieka odpowiedzialnego za działanie biura w wielkiej włoskiej firmie. Że pozycja wiąże się z pracą dla Włoskiej firmy paliwowej ENI, że obecnie w irlandzkim oddziale pracują sami Włosi i szukają kogoś, kto znałby zarówno włoski jak i angielski, że siedziba mieści się w IFSC. Wysłuchawszy tego, co sam miałem jej do powiedzenia o tym, jakiej i dlaczego szukam pracy potwierdziła tylko termin i miejsce rozmowy.
     Poszedłem wczoraj.
     Zaprosiła mnie do małego gabineciku, zadała kilka standardowych pytań, ja udzieliłem kilku standardowych odpowiedzi i pewnie na tym skończyłoby się, gdyby nie to, że mnie naszło, włączyło mi się i zacząłem ją zagadywać zupełnie nie na temat. Nie wiedzieć czemu napomknąłem o zajęciach ze średniowiecza, o łacinie i o tym, że to właśnie w tym języku znajduje się źródłosłów wielu współczesnych języków zachodnich, wspomniałem o Finlandii i stypendium i wyluzowałem się na tyle, że byłbym gadał pewnie jeszcze z pół godziny, ale przerwała mi. Podziękowała i powiedziała, że się skontaktuje.
     Tekst w stylu „To zadzwonimy do pana” nie znaczy zazwyczaj niczego dobrego, ale co tam. Jakby się udało, byłbym zadowolony. Gdy się nie uda, trudno… Żyje się dalej. Zamiast zajmować się zmianą pracy, będę mógł skoncentrować się na przeprowadzce. Do małej kamieniczki w centrum Portlaoise, mam nadzieję.

Wpis: 1 014.

Świetliki – Pogo

Spałem źle. Ona spała źle. Pełne porozumienie.
Spało nam się źle. W tym kraju..
..w którym wciąż więcej, więcej palantów nosi przy sobie broń.
Zażartowałem sobie, że są to dla nich namiastki penisów..
..choć chodzi o coś groźniejszego. 
Źle spałem! Spałem źle. W tym kraju..
..w którym wzorcem mężczyzny jest ksiądz albo handlarz.
Spałem źle. W tym kraju..
. .w którym znów ojczyznę a nie wiosnę zobaczą. 
Jak ci się nie podoba – to wypierdalaj! Źle spałem.
Chociaż się zdarzają jakieś jaśniejsze momenty..
na przykład.. czarne oliwki, wino Sophia-Riesling..
Dwudziesty drugi grudnia 91′ oraz efekty owej rewolucji seksualnej,
z których skorzystałem wyjątkowo skwapliwie. 
Ponadto Ty jesteś a Ciebie nikt mi nie zabroni.
Źle spałem! Spałem źle..i przyśniła mi się idea.
Przyśnił mi się działacz. 
Przyśniły mi się obowiązki i konieczność skruchy. 
Kolaboruję z pismem katolickim nie mając nawet kościelnego ślubu.
Nawet nie będąc bierzmowany. Jakaż perwersja! 
Zawsze zdradzam. W tym szczególnie pozostaję sobie wierny. 
I przelatuję przez te muzea, biblioteki, banki..
..a one ścian już niemal nie mają.
Nie warto się skupiać na tych obcych detalach. 
Mam w sobie gorący detal i teraz Cię muszę znaleźć. 
Przejdziemy przez siebie w lepsze, gorące kraje.
Bo istnieją. Skoro Ty zaistniałaś, ja już istnieję…
I co? I pożar. To bardzo powoli się zaczynało. 
Najpierw mnóstwo blasków, zapachów, drobnych świateł.
Teraz płonie. Poważnie.
Ogień stawia swoje stopy ostrożnie.
Ja to sobie tańczę..
..siedząc przed lustrem, nieruchomy, z zamkniętymi oczami.
Tańczę to sobie, ja to sobie tańczę.
Wyjąc bezgłośnie, postępując tuż za ogniem, powoli.. 
..powoli, powoli..
..tańczę to sobie.

Wpis: 1 013.

Targi artystów i dekoratorów wnętrz.

     Targi:

     Otwarcie było w czwartek o szóstej wieczorem. Trochę wcześniej podjechałem do sklepu zabrać ostatnie rzeczy na wystawę. Zawieźliśmy i ustawiliśmy je z Peterem w pawilonie i zaczęła się zabawa.
Pierwszego dnia gośćmi były jedynie zaproszone osoby. Nie było przypadkowej publiczności. VIP-y łaziły, rozglądały się, uśmiechały do siebie i piły wino. Wystawcy patrzyli, zazdrościli wina i spoglądali. Niektórzy rozmawiali z VIP-ami.
Po trzech godzinach przedstawienie się kończyło. Rozjechaliśmy się po domach.

     Pierwszym, pełnoprawnym dniem targów był piątek. Od rana odwiedzały nas matki z dziećmi i swoimi matkami. Wczesnym popołudniem odwiedzali nas dziadkowie. Późnym popołudniem już nikogo nie było. W końcu był piątkowy wieczór.
Ludzie zadawali najdziksze pytania z możliwych, interesowali się produktami, których albo już nie mamy w swojej ofercie i nie są one dostępne w sprzedarzy albo jeszcze nie mamy, ponieważ dopiero co nawiązaliśmy współpracę z nowymi dostawcami – czyt. produkty te nie są dostępne w sprzedarzy. Mniejsze zainteresowanie wykazywali tym, co akurat jest na stronie i co można kupić niemal od ręki. Cóż…
Ruch był na tyle niewielki, że spokojnie mogłem sobie śledzić, co dzieje się w sklepie i w miarę na bieżąco reagować, gdy była taka potrzeba. Miałem też okazję rozejrzeć się dookoła i dostrzec, jak bardzo nasza firma nie pasuje do high-endowego profesjonalnego show dla artystów i dekoratorów wnętrz. Owszem, w teorii należymy do jednego zbioru, ale w praktyce nie do końca to się pokrywa. A mogłoby, gdybyśmy lepiej i z pomyślunkiem przygotowali się. Tymczasem miałem wrażenie, że bardziej pasowalibyśmy na pchli targ.
Po dziesięciu godzinach rozjechaliśmy się do domów.

     W sobotę był już większy ruch i musiałem odpowiadać na więcej niedorzecznych pytań. Musiałem uśmiechać się i cierpliwie tłumaczyć pewne podstawowe, wydawałoby się, rzeczy. Uśmiechałem się cierpliwie tak, że pozostał mi na twarzy ironiczny grymas. Dało radę i dzielnie starałem się być twarzą firmy. W marynarce, pod krawatem, wyprostowany.
Urozmaiceniem dnia była wizyta starszego pana, który przyznał się, że od lat kolekcjonuje gałki i kołatki ze wszystkich stron świata, że niedawno wrócił z Maroka z prawdziwym skarbem, kołatką w kształcie zaciśniętej dłoni. Zastanawiał się skąd taki symbol. Przypomniał też sobie, jak w krajach arabskich natrafiał na drzwiach na dwie kołatki, nazwał je delikatnie męską i żeńską, które wydawały różne odgłosy tak, by kobiety znajdujące się w domu wiedziały czy mają nakładać hidżab.
Po godzinie siódmej rozjechaliśmy się do domów.

     W niedzielę za to były tłumy. Prawie co chwila ktoś podchodził i musiałem wstawać ze swojego zydelka. Uprawiałem te popularną gimnastykę biurową – wstań, usiądź, wstań, usiądź, wstań… Zawsze uśmiechem na twarzy, zawsze starając się opowiadać najbardziej wyszukane historie nt. niedostępnych (już albo jeszcze) klamek, tłumacząc się z niedziałającej kołatki, zwisającej klamki i innych przypadłości. Ponadto milion razy powiedziałem: „South Gloucester Street”. Nie będę ukrywał, że pod koniec miałem dość. Czułem się wycieńczony, znużony i myślałem tylko o tym żeby jak najszybciej wrócić do Portlaoise. Po tych kilku dniach w Dublinie chciałem wrócić do siebie i choć przez moment nie myśleć o firmie.
Targi skończyły się o szóstej. Szef przetrzymał mnie jeszcze pół godziny i dopiero wtedy ruszyłem w drogę powrotną.

     Podróże:

     Do Dublina, jak pan Bóg przykazał, pojechałem pekaesem. Bezproblemowo, bezstresowo i w miarę szybko. Kierowca, południowiec, wcale nie był gorszy od Brendana. Ze sklepu na targi podrzucił mnie Peter swoim vanem. Nie miałem przepustki i musiano przerzucać mnie na teren. Z targów, pierwszego wieczoru, niedoczekawszy się na słynnego Dublin Busa wziąłem taksówkę z kierowcą z Azji. Biedny chłopak nie wiedział dokąd chcę jechać, jak tam dojechać i na koniec, po tym, jak błądził kilkanaście minut, chciał mnie skasować nie wiadomo ile i musiałem się wykłócać. Nic to.

     W piątek do sklepu miałem podjechać słynnym Dublin Busem. Żaden nie przyjechał, a ponieważ miałem dość napięty harmonogram (czyt. byłem już nieco spóźniony) znów machnąłem na taryfę. Trafiłem na Irlandczyka, który z Glasnevin na Gloucester podrzucił mnie w kilkanaście minut zatrzymując się jedynie na światłach. Ze sklepu na targi ponownie podrzucił mnie Peter. Z targów na Glasnevin zawiózł mnie taksówkarz z Czarnego Lądu. Nie wiedział dokąd się wybieram, jak tam dojechać i na koniec oczekiwał napiwku.

     W sobotę ranu do sklepu podjechałem już słynnym Dublin Busem. Na początku musiałem przepuścić kilka „Out Of Service” (to najbardziej popularna linia słynnego Dublin Busa), potem jeden, który się nie zatrzymał, ale wreszcie udało mi się złapać ten, podwożący mnie do centrum. Udało mi się zapłacić za bilet i spokojnie podjechałem do sklepu. Stamtąd, tradycyjnie, podwiózł mnie Peter. Z powrotem znów tłukłem się słynnym Dublin Busem (to, że najpierw klika się nie zatrzymał, potem przyjechały ze dwa „Out Of Service” i wsiadłem dopiero w któryś kolejny rozumie się samo przez się). Zeszło mi trochę ponad pół godziny ale miałem wreszcie okazję obejrzeć trochę Dublina. Specyficzne miasto. Szczególnie ta starsza część w centrum. Mam wrażenie, że jest rozpoznawalna. Mniejsza.

     Ostatniego dnia, w niedzielę, na targi pojechałem słynnym Dublin Busem (tym razem nie obyło się bez sprzeczki o opłatę za przejazd; dzień wcześniej płaciłem &eur;2.20; teraz &eur;1.60). Z targów, zamęczony i zniechęcony machnąłem na taksówkę z panem z Azji Mniejszej, który w miarę szybko zawiózł mnie na Heuston (jadąc, o mało co, nie przywalił w inne auto ale obyło się bez strat). Z Heuston, pociągiem pospiesznym pognałem do Portlaoise.

     Nightlife:

     Jak dotarłem w czwartek na Glasnevin, to zaczęliśmy skromnie ale potem mniej skromnie i ostatecznie skończyliśmy gdzieś koło piątej nad ranem i tylko dlatego, że skończyły się zapasy. Rozmowa szła bardzo dobrze.

W piątek nie było lepiej. Choć od jakiejś pierwszej wieczorem otwieraliśmy ostatnie piwo, to tych ostatnich było kilka i chyba ostatecznie ostatnie dopiliśmy również gdzieś po piątej, przed szóstą. Tym razem rozsądek (a nie stan zapasów) podpowiadał, by choć trochę się zdrzemnąć.

W sobotę wyleźliśmy naprzeciwko na piwko (szerokość ulicy i chodników dzieliła nas od drzwi lokalu, który okazał się tak wielki /choć gdzieś na obrzeżach Dublina/, że można byłoby w nim pomieścić wszystkie puby Portlaoise i na dodatek miał jeszcze piętro). Wyrzucili nas stamtąd, gdzy zamykali przybytek. Do szóstej, szóstej trzydzieści analizowaliśmy i interpretowaliśmy teksty polskich muzyków współczesnych. Ponownie chwila refleksji spowodowała, że postanowiliśmy się zdrzemnąć. Gdyby nie ona, gotowil byliśmy zarwać noc.

     W Portlaoise prawie od razu padłem.

Wpis: 1 012.

Bezsenność w Dublinie?

     Jak wstałem w czwartek rano, tak teraz dopiero kładę się spać. Te kilka godzin (ca 4 pierwszej nocy, 3 drugiej i 2 drugiej) na Glasnevin niewiele dało. Do tego stopnia, że dziaj na targach wydawało mi się, że widzę znajomego, którego nie mogło tam być. Przypomniał mi się wtedy wypad do Łeby i kilkadziesiąt nieprzespanych pod rząd godzin. Niech żyje niezmiennie zdrowy tryb życia.

     A w ogóle to zachwycam się Dwanaście. Mała próbka?

     "Warszawiak nie za bardzo słuchał barmana. Wyjął komórkę i jął wystukiwać esemesa o treści: A JA W KRAKOWKU WLASNIE W TEJ CHWILI WIDZE TWOJEGO BOHATERA TWOJEGO PIERDOLONEGO MISTRZA SPUCHL UTYL POSIWIAL

     Prawdę mówiąc, to prawie wszystkie klientki i prawie wszyscy klienci w tej chwili wysyłali esemesy. Szereg głowek pochylonych nad aparacikami. Ten szczególny wyraz twarzy.
     Skupienie psa robiącego kupę (…)".

     "Pierwsza wódka skończyła się, podszedł do baru, postawił na kontuarze kieliszek i uśmiechnął się do barmana.
      — Nie ma sensu brudzić nowego, do tego poproszę… A kierownictwo dzisiaj będzie?
      — Jak przyjdzie, to będzie — uśmiechnął się barman.
      — Utyłeś mistrzu, spuchłeś i posiwiałeś. — zionął red bullem mieszkaniec Warszawy.
     Barman wyszedł zza baru i stanął obok z nich. Uśmiechnął się serdecznie.
      — Wypierdalaj — zaproponował mieszkańcowi Warszawy (…)".

     " — Upijmy się dzisiaj, jest powód — powiedział Mango Głowacki.
      — Mianowicie?
      — Mianowicie Marzenka wraca.
     Mistrz nie był pewien, czy ta Marzenka, o której w tej chwili pomyślał, jest tą Marzenką, o którą chodzi Głowackiemu, który mężczyzną był kochliwym rekordowo i przez przeszło dwadzieścia lat ich znajomości śmiertelnie zakochany był w tak wielkiej ilości Marzenek, że mistrz przestał nadążać i zapamiętywać ich buzie i imiona. Wiadomo było, że Mango jest odwiecznie zakochany, odwiecznie tragicznie. Obiekty zmieniały się niezauważalnie (…)".

     " — Więc to jest cała moja wiedza? — zapytał mistrz. (Niewykluczone, że zabrzmiało to ja: ENS SO JE SAA MOA FIEA? Alkohol zrobił swoje.)"

     " — Panu będzie przeszkadzało, że tu sobie koło pana przez chwilę posiedzę? &mdash zapytała kobieta. Była to kobieta duża i ładna, kompletnie nie w typie, który ewentualnie by preferował, gdyby miał ochotę preferować (…)".

     Jedenaście też się zachwycam.

Wpis: 1 011.

Niezidentyfikowany turysta.

     Jest czwartek. Jadę sobie na wycieczkę do pobliskiego (7km) zamku. Właściwie ruin. Fajne miejsce i niedaleko. Podjeżdżam i co widzę? Ruiny zamknięte, ekipa filmowa kręci zdjęcia. "Tough shite" myślę sobie… Mija kilka dni. Ponownie jadę na ten zamek. Z daleka widzę, że przybyło mu kilka elementów. Fragmenty murów, schody… Także celtyckie krzyże. Podchodzę bliżej. Oglądam jeden z takich krzyży i okazuje się, że jest ze styropianu. Dekoracja, znaczy się. To sobie z jednym zdjęcie zrobiłem. Gdyby tylko mniej osób było w okolicy mogłoby się przypadkiem zdarzyć, że wróciłbym z czymś takim do domu. ;-)

Wpis: 1 010.