Kalendarz

Kwiecień 2009
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2009

Są na tym świecie rzeczy…


Poważnie się zastanawiam…


Jakby tu usiąść na tej ławeczce…


Żeby zadumać się nad kogutem, szczurem i muchą.

Wpis: 1 009.

Słoneczny pokój

     Wcale prawdą nie jest, że mieszkając po północnej stronie nie doświadcza się światła słonecznego. Otóż można natrafić na takowe… Najczęściej ok. 6:30 rano i w pół do dziewiątej wieczorem.

Wpis: 1 008.

Zegarek.

Wpis: 1 007.

„Wciągasz melodii sztachy, witają ciebie – Strachy Na Lachy”

     Źródła podawały różnie. Niekiedy, że w piątek czasem, że w sobotę. Część, że w the Academy inne, że w the Village. W każdym razie za kilka dni w Dublinie miały wystąpić Strachy Na Lachy – dobry zespół.
     Po Kulcie byłby to drugi koncert, na który z nieukrywaną przyjemnością wybrałbym się. Opuściłem co prawda Lao Che ale z chłopakami z LC problem jest taki, że o ile ich Gusła są wybitne, tak Powstanie… czy teraz Gospel już różnie. Koncertu z pierwszej płyty posłuchałbym, jak najbardziej. Koncert z drugiej widziałem na którymś Przystanku Woodstock. Na koncert z trzeciej nie raczej nie poszedłbym. Tym bardziej na mieszankę utworów z wszystkich trzech płyt. Występ już był. Nie poszedłem. Mniejsza…
     Strachy Na Lachy miały zagrać w nadchodzący weekend a ja dziś miałem zorganizować sobie bilet.
     Niestety, coś szlag trafił i zabawy nie będzie. Trzeba poczekać na następną okazję, ot co!
     Niewykluczone, że w takim wypadku zamiast na koncert pojadę sobie na zjazd starych samochodów. A co się będę!

Wpis: 1 006.

Najczęściej uderzane mosty w Irlandii.


Most nr 1 – Mountmellick Road.


Most nr 2 – Mountrath Road.

     Portlaoise jest znane z kilku rzeczy. Ze szpitala psychiatrycznego, z więzienia o podwyższonym rygorze i z mostu, w który najczęściej w Irlandii uderzają ciężarówki. Jest jeszcze drugi most, w który ciężarówki uderzają prawie równie często. Tak się składa, że i ten drugi most jest w Portlaoise. Do tej pory, problem ciężarówek uderzających w mosty próbowano rozwiązać w ten sposób, że stawiano coraz to bardziej widoczne ostrzeżenia: "Uwaga! Niskie mosty!" albo "4m 30cm, wyższym autem nie przejedziesz". Nie przynosiło to rezultatu. Nie pomyślano o tym, żeby bądź obniżyć nieco jezdnię bądź podnieść trochę sam most. Wymyślono jednak inną metodę. Od 1-szego Maja, kierowców, którzy przypieprzą w most będzie karać się 4 punktami.

Wpis: 1 :005.

Prawie, jak na koncercie…

Wpis: 1 004.

Wesołych świąt Wielkanocnych!

Wpis: 1 003.

Koncert.

     Koncerty w Sky Venue rządzą się swoimi prawami. Najczęściej są to prawa nieobecności (nikt nie przychodzi) bądź nieuwagi (jak już ktoś jest, mało obchodzi go występ). Pamiętając poprzednie wizyty w tej salce koncertowej, przed pójściem na Duke’a Speciala miałem pewne, całkiem uzasadnione, obawy.

     Wyszedłem strategicznie pozwalając sobie na kilka minut spóźnienia. Nie spodziewałem się, żeby salkę mieli otworzyć o punkt ósmej, tak jak reklamowano na bilecie. Na miejscu byłem trochę po [ósmej].

Zapaliłem papierosa i rozejrzałem się wokoło. Sky Venue było zamknięte na cztery spusty. Nie było widać żadnego znaku życia. Na niedalekim płocie powiewał podarty plakat. Oprócz mnie nie było nikogo. Dopalając papierosa zacząłem zastanawiać się, czy w ogóle ktoś się pojawi i czy przypadkiem nie odwołają całego koncertu. Biorąc pod uwagę złą sławę Sky Venue nie było to wcale takie nieprawdopodobne.

     Minęło dobrych kilkanaście minut, kiedy zaczęli pojawiać się inni ludzie również wybierający się na koncert. Dopiero wtedy otworzono salkę. Wszedłem do środka, zamówiłem Guinnessa i usiadłem sobie w strategicznym miejscu.

     Sama salka koncertowa przypominała bardziej kawiarnię czy restaurację niż typowe miejsce, w którym występowaliby muzycy. Był bar z drinkami i piwem, było kilkanaście podwyższonych stolików z wysokimi krzesłami, wreszcie było kilka zwykłych stolików otoczonych skórzanymi sofami i kanapami. Na każdym stoliku paliła się świeczka. Pod ścianą stało pianino, gdzieś w tym wszystkim gubiła się niewielka, gęsto zastawiona sprzętem Duke’a Speciala, scenka.

Nie zdążyłem się jeszcze wygodnie rozsiąść, a na scence pojawił się pierwszy wykonawca – Dan Donnelly. Chłopak z gitarą i przesterem. Zaczął sobie pobrzdąkiwać. Nawet próbował coś mówić do publiczności, ale ludzie, których wtedy było może ze 20 – 30 zupełnie go zignorowali. Bardziej zajęci byli sobą. Sprawiali wrażenie, jakby przyszli do pubu, w którym spotykają się zazwyczaj. Rozmawiali, zamawiali drinki. Dan Donnelly wyraźnie im przeszkadzał. Nie pomógł mu nawet cover, kiedy wplótł go gdzieś w swój występ. Trochę przykro mi się chłopaka zrobiło. Starał się chłopak. Z drugiej jednak strony – mówiąc szczerze – smęcił. Pobrzdąkiwał na akustyku rzewne piosenki i wysoko zawodził. Na pewno ma wierne grono słuchaczy a pewniej słuchaczek, ale mnie nie przypadł do gustu. Właściwie, nie przypadłby, gdyby nie zagrał ostatniej piosenki – Shine (chyba). Ta była dobra i z mocą. Nawet kilka osób z widowni zareagowało.

     Później na scenkę weszli the Benjamins. Trójka muzyków z Belfastu – basistka, perkusistka i gitarzysta. Grali szybciej i głośniej, ale zupełnie nieoryginalnie. Prawdopodobnie są tysiące tego typu zespolików nie wyróżniających się niczym szczególnym, mających swoje 5 minut na trasie ze znanym wykonawcą. Mniejsza. Dla mnie wyróżnili się tym, że perkusistka stała, nie siedziała za perkusją. Podśpiewywała na dodatek. Ale to jej stanie było wyjątkowo nienaturalne. W każdym razie, zagrali co mieli zagrać. Przeszkadzali ludziom, których schodziło się coraz więcej, bardziej niż poprzedni muzyk. Publiczność odwdzięczyła się jeszcze większą ignorancją. Po skończonym występie gdzieś przepadli. Zaczęło się oczekiwanie na Duke’a.

     W tym czasie w salce koncertowej pojawiało się coraz więcej osób. Na scence robiono porządki i przygotowywano ją pod występ Petera Wilsona i Chipa.

     Wyszedłem jeszcze na papierosa i zamówiłem Guinnessika. Kilkanaście minut później na scenkę wszedł Duke Special.

     Standardowo, Peter usiadł za pianinem, Chip za instrumentami perkusyjnymi i zaczęli grać.

     Peter się starał, próbował nawiązać kontakt z publicznością, zagadywał. Chip nie tylko grał na bębnach ale po prostu grał (miało się wrażenie, że ogląda się bardziej przedstawienie z akompaniamentem muzyki niż koncert jako taki). Chłopakom zależało. Widowni nie. Jak przystało na Sky Venue publiczność muzyków miała w dupie i w ogóle się nie przejmowała. Jedyne, czym się przejmowała to fakt, że ci tam na scenie zagłuszają rozmowy, przeszkadzają w piciu drinków i ogólnie, nie pasują do miejsca. Może dlatego, że dużą część publiczności stanowili ludzie zaproszeni przez właścicieli pobliskiego hotelu, który był organizatorem koncertu. Jak powiedział, zapowiadając występ Duke’a Speciala, pewien pan, Herigate Hotel ma zamiar przedstawić całą serię ciekawych koncertów i zapraszać nietuzinkowych wykonawców do stolicy Portlaoise. Ale wracając do muzyki…
Duke Special na scence robili wszystko, by zainteresować sobą publiczność. Zaprosili przebranego za śmierć Dana Donnelly’ego. Ten gonił ich z kosą, wręczał czerwone róże śmierci, czy – gdy Peter z Chipem udawali martwych – śpiewał pogrzebowe przyśpiewki. Nic to nie pomagało. Jak ludzie się nie bawili, tak się nie bawili. Nie pomagał na pewno też fakt, że nagłośnienie w Sky Venue pozostawiało wiele do życzenia podobnie jak akustyka salki. Pomieszczenie jest tak nieszczęśliwie zaprojektowane, że przez cienkie ściany i to mimo wykonywanej na żywo muzyki słychać co dzieje się w toaletach. Nie jest fajnie.
Po części ze śmiercią i odśpiewaniu jeszcze kilku utworów tematycznych (m.in. Digging an Early Grave – tu występ w Bristolu):

facet się wkurzył i zszedł ze sceny.

     Na moment zastąpił go Chip perkusista, ale niewiele to zmieniło. Sala ciągle nie reagowała na koncert. Ludzie stali pod ścianami, przy barze albo siedzieli wygodnie w swoich fotelach i sofach. Na środku salki, pod scenką było wiele wolnego miejsca, w które Peter wielokrotnie zapraszał widownię. Nadaremno. Nikt się nie bawił.

     Gdy pojawił się ponownie, nie wszedł na scenę. Został na widowni i zaczął rozmawiać z "dobrymi ludźmi z Portlaoise" (good people of Portlaoise), jak nas określił. Namawiał na większe uczestnictwo w koncercie. Podejście pod scenkę, trochę ruchu, jakąkolwiek aktywność. Rozejrzał się też po salce i przyuważył stojące pianino. Wyjechał z nim na sam środek, zaprosił wszystkich dookoła i zaczął grać akustycznie. Wtedy koncert się rozkręcił. Dobrzy Ludzie z Portlaoise zgromadzili się tłumnie wokół wykonawcy i zaczęli się bawić. Część zaczęła nawet podśpiewywać czy poklaskiwać. Salka zaczęła się bujać w rytm muzyki.

Od tego momentu było już tylko lepiej. Niemrawy wcześniej koncert zamienił się w wyjątkowo barwny, dowcipny i stanowczo za krótki kameralny występ.

     Pozczególne piosenki przeplatane były rozmową z publicznością. Oprócz Petera i Chipa, na środku sali wystąpili też Dan Donnelly i zupełnie nieznany Archibald the 3rd. Widownia dobrze się bawiła, przypuszczam, że sami muzycy, mając taki kontakt z nami, również.

Podobało mi się to, że nie byłem odgrodzony od artystów podwyższoną sceną. Miałem ich na wciągnięcie ręki. Mogłem niemal oprzeć się o pianino, na którym grał Peter. Podobała mi się "żywość" muzyków. To, że mogłem usłyszeć ich prawdziwy głos, prawdziwy dźwięk pianina czy instrumentów perkusyjnych bez elektronicznego wspomagania i wzmacniania. Wreszcie, podobała mi się interakcja, rozmowy muzyków z publicznością, podśpiewywanie i przede wszystkim wiktoriańska przyśpiewka barowa (victorian drinking song):

     Podsumowując, udało się Duke’owi Specialowi porwać towarzystwo do zabawy, a to nie zdarza się w Sky Venue zbyt często. Za to należą się im duże brawa. Szkoda tylko, że jak już koncert się rozkręcił, czas płynął wyjątkowo szybko i półtorej godziny minęło w okamgnieniu. Szkoda też, że nie zagrali mojej ulubionej piosenki, ale jestem w stanie im to przepuścić. Koniec końców, druga część występu dzięki swojej niespodziewanej, ale i niepowtarzalnej atmosferze była jednym z najlepszych koncertów, na jakich byłem. I jeśli Duke Special ponownie zawita do Portlaoise kiedyś tam, w przyszłości, na pewno się wybiorę.

Wpis: 1 002.

Jedenaście

     „Przedmieście. 11 kilometrów od Krakowa. Przejeżdżający drogą pracownik telewizji widzi zakrwawionego człowieka. Przedmieście. 11 kilometrów od Krakowa. Mistrz i dziewczyna w restauracji Stylowa próbują pojąć tajemnicę śmierci Doktora. Przedmieście. 11 kilometrów od Krakowa. Jest światło w domu zabitego”.

Wpis: 1 001.