Kalendarz

Luty 2009
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
232425262728  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Luty 2009

Walled In

     Dobra, standardowo przeglądam sobie różnego rodzaju serwisy w poszukiwaniu zabijaczy czasu. Wynajduję różne filmy, niekiedy seriale wszystko po to, by później, w tygodniu coś tam grało na sen. W ten sposób znajduję dziesiątki tytułów, które są mało wartościowe. Głupie filmy pokroju Amusement albo inne podobne. Mimo to, jako kołysanki sprawdzają się znakomicie… Mniejsza.
Przeglądam serwisy i dziś, patrzę, a tam film pt. Walled In. Tytuł mi nic nie mówi, klikam i co widzę? Że bohaterowie filmu noszą jakie nazwisko? Właśnie…

     Film już się ściąga.

Wpis: 994.

Distributed Denial of Service


Atak jaki, czy co?

Wpis: 993.

Pan Na Dunamase


Z posiadłością w tle.


Skrzydło wschodnie.


Skrzydło południowo-zachodnie.


Przełęcz Stradbally.


Okienko.


Midlands vel Flatlands.


Kwatera główna


Midlands vel Flatlands.


Flatlands w tle.


Własna ścianka do wspinaczki.


Drzwi frontowe.


Sala balowa.


Z widokiem na przyszłość.

Wpis: 992.

the Prodigy – Invaders Must Die

     Niby nowa płyta, ale świeża nie jest.
Melodycznie gdzieś w okolicach drugiej płyty. Czasami z wstawkami z samych początków. Ze skrzeczączymi wokalami, jak na trzeciej. Bardziej przystępna niż czwarta. Ot, kolejne wydawnictwo, które niczego na świecie nie zmieni.

     Ale przyniosłem do domu. Od Music For the Jilted Generation lubię the Prodigy. I pewnie gdybym słyszał albo czytał, że płyta będzie warta tyle, by o kant dupy potłuc, to też pewnie przyniósłbym. Co się będę. Niemniej jednak spodziewałem się, że zawieźć się nie zawiodę. Nie na chłopakach z the Prodigy. Stara szkoła muzyków końca lat 80-tych. I tak jest. Po paru pierwszych przesłuchaniach, w prywatnym rankingu Invaders (…) zajmują trzecie miejsce. Nie są w stanie przeskoczyć Music (…). Są ledwie odrobinę słabsi niż the Fat of the Land.

     Posłucham pewnie jeszcze parę razy. Może nagram sobie do auta albo wrzucę do telefonu a później, po paru dniach (tygodniach w wersji optymistycznej), Invaders (…) staną się kolejną płytą, która w celach dekoracyjnych powędruje na półkę.

     A w przyszłym tygodniu nowe U2. ;-)

Wpis: 991.

Milczenie jest złotem.

     Wyobrażamy sobie pewną sytuację. Jest środa popołudnie. Dobiega godzina piąta. Wciąż jestem w Dublinie. Odbieram ostatnie telefony od klientów. Mija chwila. Kończę pracę. Mówię grzecznościowe: "do zobaczenia w poniedziałek". Wychodzę.

     Od tamtej pory, od środy popołudnia przestaję się odzywać. Milknę. Nie wypowiadam ani jednego słowa. Przez cztery dni nie otwieram ust.
Nie mówię niczego kierowcy w autobusie powrotnym do Portlaoise. Nie gadam z pasażerami. Nie spotykam sąsiadów w windzie. Chodzę do sklepów samoobsługowych. Telefon, to krótkie wiadomości tekstowe. Nie mówię sam do siebie. Cisza. Luz.

     Jedyną formą komunikacji jest stukanie w klawiaturę.

     W poniedziałek rano kupuję bilet do Dublina.

     Nie mówię, że mi się to nie podoba. Nie mówię, że nie ma wyjątków.

Wpis: 990.

Noah And the Whale – 5 Years Time

Oh well in five years time we could be walking round a zoo
With the sun shining down over me and you
And there’ll be love in the bodies of the elephants too
And I’ll put my hands over your eyes, but you’ll peep through

And there’ll be sun sun sun, all over our bodies
And sun sun sun, all down our necks
And sun sun sun, all over our faces
And sun sun sun – so what the heck!

Cos I’ll be laughing at all your silly little jokes
And we’ll be laughing about how we used to smoke
All those stupid little cigarettes and drink stupid wine
Cos it’s what we needed to have a good time

And it was fun fun fun, when we were drinking
It was fun fun fun, when we were drunk
And it was fun fun fun, when we were laughing
It was fun fun fun, oh it was fun

Oh well I look at you and say
It’s the happiest that I’ve ever been
And I’ll say I no longer feel I have to be James Dean
And she’ll say
"Yah well I feel all pretty happy too"
And I’m always pretty happy when I’m just kicking back with you

And it’ll be love love love, all through our bodies
And love love love, all through our minds
And it be love love love, all over her face
And Love love love, all over mine

Although maybe all these moments are just in my head
I’ll be thinking ’bout them as I’m lying in bed
And all that I believe, it might not become true
But in my mind I’m havin’ a pretty good time with you

In five years time I might not know you
In five years time we might not speak
In five years time we might not get along
In five years time you might just prove me wrong

Oh there’ll be love love love
Wherever you go
There’ll be love

Wpis: 989.

Praca z domu.

     Potrzeba było prawie trzech lat pobytu w Irlandii i ponad półtora roku pracy w Dublinie, żeby móc pracować z domu.

     Od dzisiaj, na razie pilotażowo, do sklepu będę dojeżdżał jedynie trzy dni w tygodniu. W tym czasie będę wykonywać swoje stałe obowiązki sprzedawcy klamek. W Pozostałym czasie mam zająć się techniczną stroną funkcjonowania sklepu, tj. powiększaniem bazy danych o nowe produkty i korygowaniem informacji o już dodanych. To, czy będę to robił codziennie przez osiem godzin, od dziewiątej do piątej czy może za jednym zamachem w niedzielę oglądając ligę angielską albo co wieczór przy dzienniku zależy tylko i wyłącznie ode mnie.
W czwartki i piątki nie muszę wstawać o 5:45, nie muszę przygotowywać sobie kanapek o 5:50, wychodzić z domu o 6:26 etc. Mam pełną swobodę dyspozycji swoim czasem, którego brak ciągle mnie mierził.

     Mam wreszcie chwilę, żeby zobaczyć, jak wygląda Portlaoise za dnia, żeby przejść się do banku, na pocztę, do sklepu czy warsztatu samochodowego. Wreszcie widzę też słońce (widziałbym, gdyby nie śnieżyca), dzień. Po półtora roku spędzonym w ciemności czuję się jak osoba, która na nowo odkrywa może odkrywać swoje otoczenie.

Wpis: 988.

Globalne ocieplenie, ciąg dalszy.


Custom House


Docklands


City Quay

Wpis: 986.

Paraliż, paraliż…


Trochę popadało i sparaliżowało całą Irlandię.
Podróż do domu zajęła mi… 5 godzin.

Wpis: 985.

Back to black.

     Wzięło mnie na winyle. Ze dwa miesiące już noszę się z zamiarem kolekcjonowania nowych wydawnictw w takiej właśnie formie. Jednocześnie rozglądam się za jakąś tradycyjną wieżą. Niestety. Nie jest to prosta sprawa.

     Powszechnie dostępne są mini zestawy, ale te nie posiadają możliwości odgrywania płyt analogowych.
Zdarzają się urządzenia wyglądające jak drewniane skrzynie. Mają otwierane wieko a w środku talerz z ramieniem i igłą. Czasem miewają dodatkowo radio, CD czy inne takie. Niestety ich budowa jest przerażająco brzydka.
Bez problemu można trafić – i to nawet w Tesko – jednoczęściowy adapter. Odgrywałby jedynie płyty i nic więcej. Nie jest to jednak moje widzimisię.
Widzi mi się natomiast jakiś kilkuczęściowy zestaw, w stonowanej stylistyce, w którego skład wchodziłby adapter, odtwarzac CD, radio i jakaś jednostka centralna. Do tego para głośników. Na moje nieszczęście nie mogę nigdzie czegoś takiego zlokalizować. Podłe portliszowskie sklepy elektroniczne nie posiadają podobnych sprzętów. Stolica może posiadać ale nie bardzo jest jak się przekonać. Poza tym, Dublin straszy cenowo. Internet też niewiele podpowiada. A jak już w ogóle coś wskaże, to zawsze przeraźliwie profesjonalne. Ja takiego nie potrzebuję. Chcę zwykłej wieży ze zwykłymi, wolnostojącymi kolumnami. No nic… Mam nadzieję, że kiedyś sobie coś upatrzę.

     A tymczasem, w ramach powrotów do technologii przeszłych, kierowca puszcza nam teraz filmy z kaset, a nie jak uprzednio z płyt. Na początek włączył przebój wszystkich wypożyczalni wideo: Rambo: First Blood. Mieliśmy podwójną podróż. Także w czasie, do późnych lat 80-tych.

Wpis: 984.