Kalendarz

Styczeń 2009
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2009

Snooker time!

     Polazłem wczoraj na Triogue Manor na śliwowicę. Mocne ścierwo było. 70% alkoholu, waliło bimbrem, paliło gardło i przełyk a pół litra starczyło na trzech. Pozwoliło również zgadać się na Snookera. Okazało się, że każdy z nas od dawna ogląda zawody i zawsze chciał zagrać. Wystarczyło kilkanaście minut i dopracowaliśmy szczegóły. Żeby wyjścia nie przekładać na nie wiadomo kiedy zdecydowaliśmy się na niedzielne popołudnie.

     Spotkaliśmy się koło trzeciej. Jeden zawodnik odpadł. Pojechaliśmy do lokalnego klubu bilardowego.
     Samo miejsce nie przedstawiało się okazale. Blaszany barak gdzieś na zapleczu dawno opuszczonej i zrujnowanej stacji benzynowej. Mały szyld, jeszcze mniejsze drzwi wejściowe. W środku okienko, gdzie wydawane były bile i dwa poziomy stołów. Dół cały zajęty.
     Wzięliśmy sobie kije, młody Irlandczyk dał nam zestaw kul i wskazał ostatni stół na górze. Wleźliśmy po schodach do wielkiego pomieszczenia z ośmioma miejscami do gry. Znaleźliśmy nasze (nie było trudno; lampy nad wszystkimi innymi były pogaszone, tylko nad jednym światło było włączone) i się zaczęło.
     Na początek – jak rozstawić bile. Każdy z nas oglądał setki pojedynków snookerowych. Dobrze wiedzieliśmy gdzie położyć czarną, różową, niebieską czy nawet żółtą, ale o tym gdzie ustawiliśmy zieloną i brązową zadecydował przypadek. Zielona wylądowała po środku a brązowa na boku. Nie wiedzieliśmy też co zrobić z czerwonymi oprócz tego, że jeden bok trójkąta kul powinien być równoległy z dolną krawędzią stołu. Tego w jakiej odległości czerwone powinny znajdywać się od czarnej czy różowej, nie byliśmy już w stanie dojść.
     Dalej – jak trzymać kij. Ja w bilarda nie grałem chyba dwieście tysięcy lat. Ostatnie świadome gry (kiedy chodziłem do klubu w celu pogrania) datuję na koniec podstawówki. Wtedy z Szymańskim jeździliśmy do Metropolis powbijać trochę kul. O ile trzymanie nasady kija nie było tak skomplikowane, o tyle ustawienie go sobie odpowiednio na lewej dłoni już nie. Do samego końca miałem z tym problemy. Kij notorycznie zjeżdżał mi z ręki. Chyba będę musiał poszukać jakiegoś przewodnika albo czegoś i potrenować w domu z drągiem od mopa.
     Później – jak trafić w bilę. Nie było łatwo. Kij zjeżdżał po ręce i czasem w ogóle nie tykał białej. Jak już tknął, to biała leciała w sobie tylko wiadomym kierunku, najczęściej w kierunku którejś z kieszeni. Przez pierwszych kilkanaście uderzeń koncentrowałem się na tym, by trafić białą i by nie wpadała ona do dziury. Gdy to udało się opanować w stopniu najbardziej podstawowym (kierować białą kulę tak, by zostawała na stole), przyszła kolej na trafianie w czerwone bile. A to już była całkowita magia. Biała bila nie toczyła się tak, jak chciałem żeby się toczyła. Pojawiała się w najbardziej zaskakujących miejscach i w ogóle – żyła własnym życiem. Zeszło mi dobre pół godziny (czas upływał zadziwiająco szybko) zanim w ogóle zacząłem trafiać białą bilą w czerwone (oczywiście, biała uderzała w czarną, czasem niebieską czy inną kolorową). I kiedy wreszcie biała dolatywała do czerwonych i stukała w nie nadeszła pora na próbę wbicia. Udało się kilka razy. Mierzyłem białą, jak puknąć czerwoną uderzałem, czerwona wpadała ale i tak miałem wrażenie, że wszystko jest dziełem przypadku, a na stole panuje niekontrolowany chaos.
     Znajomy radził sobie lepiej. W pierwszej partii miał breake’a siedmiopunktowego, w drugiej zaliczył dwa trzypunktowe i powtórzył siedmiopunktowego (czerwona-niebieska-czerwona). Mój rekord to czerwona-niebieska i dupa. Trzecia bila, druga czerwona jakoś nigdy nie chciała wpaść. Głównie dlatego, że biała bila stawała w najmniej oczekiwanych miejscach. Coś takiego, jak pozycjonowanie białej w rzeczywistości nie istnieje. Podobnie, jak kilkudziesięcio-punktowe breake’i i inne sztuczki znane z telewizji. W rzeczywistości wszystkim rządzi przypadek. Ale wracając do gry…
     Dopóki na stole były czerwone bile, coś się działo. Mogliśmy celować w jakąkolwiek czerwoną a ich liczba powodowała, że prawdopodobieństwo, że któraś w końcu wpadnie nie było wcale takie niskie. Kiedy jednak czerwone jakimś trafem poznikały zaczynało się polowanie na żółtą. A to już było, jak zabawa w kotka i myszkę. Jeśli udawało się stuknąć żółtą, to w żaden sposób nie chciała wpaść do kieszeni. I tak w kółko. Aż zdecydowaliśmy przerwać partię i mając jeszcze trochę czasu zacząć następną.

     Dwie godziny minęły i trzeba było opuścić klub. Wróciłem do siebie. W następną niedzielę, jeśli wszystko będzie w porządku, znowu pojedziemy sobie pograć. Tym czasem, pora na powrót do cotygodniowego cyklu życiowego: praca, dom, praca, dom, praca, dom…

Kult w Dublinie.

     Pierwszego marca w Dublinie występuje Kult. Mają grać w klubie the Academy. Bilety nie są drogie. Bez zbędnego wysiłku można kupić przez I-net. Koncert ma zacząć się o siódmej. Wypadałoby się wybrać. Pozostaje tylko kwestia logistyki.
     Pierwszy marca wypada w niedzielę. Następnego dnia, w poniedziałek muszę być w pracy. Muszę zatem albo wrócić do domu albo przebunkrować się gdzieś w Dublinie. Powrót do Portlaoise jest utrudniony. Ostatni PKS odjeżdża o 8:30, ostatni pociąg o 9:35. Zakładając, że Kult zacząłby grać o czasie i grał niecałe dwie godziny wchodziłaby w grę opcja powrotu pociągiem. Z doświadczenia przyjąć jednak można, że ani Kult nie zacznie występu równo o siódmej ani występ nie potrwa mniej niż dwie godziny (chyba, że coś się pozmieniało odkąd kilka lat temu byłem na ich koncercie po raz ostatni). W takim wypadku pozostaje wersja awaryjna – prywatny autobus, który odjeżdża z Dublina pół godziny po północy i w Portlaoise jest przed drugą. Wtedy jednak o pracy w poniedziełk nie ma mowy. Trzy / cztery godziny snu to stanowczo za mało. Nie w moim wieku.
Należałoby rozejrzeć się za noclegiem na miejscu. Jest na to miesiąc z hakiem. Wtedy bezstresowo można byłoby przejść się na koncert, przenocować kątem u kogoś i z rana pomknąć do roboty. Zawsze jest to jakieś rozwiązanie. Ostatecznym wyjściem byłoby wzięcie w poniedziałek dnia wolnego. Wtedy nic nie stałoby już na przeszkodzie, by wrócić nocą, prywatnym autobusem do Portaloise. Się zobaczy.

Wpis: 981.

Coopers. I wszystko jasne.

   Lekko po godzinie dziewiątej wieczorem wylazłem z domu. Wcześniej uskuteczniłem mały, dwuguinessikowy, biforek. Na dworze lało, wiało i było beznadziejnie – typowo irlandzko. Dotarłem do Coopersa. W środku było pusto. Na rozgrzanie zamówiłem zimne piwo.
     Czekałem na Pająków, ale nie przyszli. Pojawiła się za to inna grupa pubowa. W opustoszałym lokalu muzyka jeszcze nie przeszkadzała. Można było chwilę pogadać. Później przypomniało się obsłudze, że jak podgłośni dźwięki, to goście będą mogli co najwyżej rzucić jedno zdanie między piosenkami a resztę czasu będą pić.
     Wraz z upływającymi minutami i wzrostem decybeli coraz więcej ludzi ściągało do środka. Jak spod ziemi wyskoczył też diskdżokej i to byłoby na tyle, jeśli chodzi o przerwy między utworami. Zewnętrzna palarnia stawała się alternatywą, a przy okazji miejscem gdzie za każdym razem można było zamienić kilka słów z autochtonami.
     Im dłużej w noc, tym więcej znajomych osób się schodziło. Towarzystwo zaczynało się rozkręcać i już jakoś po północy muzyka zdała się być wręcz przyjemna, alkohol tani, a organizm pełen energii życiowej. Zachęcająco mrugał też densflor. Udało mu się skusić pokaźną grupkę tancerzy. Wieczór toczył się szczęśliwie kiedy nagle wszystko ucichło. Nadeszła godzina druga trzydzieści i trzeba było wyewakuować się z lokalu.
     Na dworze zaskoczenie – kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Nie przypuszczam, żeby rzucenie pierwszej śnieżki trwało dłużej niż sekundę. Po skończonej białej wojnie przenieśliśmy się tłumnie do Abrakebabry na przymusowy posiłek i pożywiwszy się, mając satysfakcje z dobre spędzonej karnawałowej soboty każdy potoczył się w swoim kierunku.
    W oparciu o szacunkowe ustalenia wynika, że do domu dotarłem dobrze po trzeciej, wydałem więcej niż miałem w portfelu (musiał mieć miejsce atak na bankomat), zjadłem fastfooda i nawet nie chce wiedzieć ile Guinnesików poszło. Zaprzepaścił się też wyjazd do Cork. Trzygodzinna drzemka (pobudka zaplanowała była na siódmą) to stanowczo za mało. Jednym zdaniem: źle nie było!

Wpis: 980.

Sim City 2009

(C) http://cezaryskorka.pl

(C) http://cezaryskorka.pl

Wpis: 979.

It’s alive inside.

Wpis: 978.

Poniedziałek.

     Wróciłem do domu i sprawdziłem pocztę. Było ponad 200 nieprzeczytanych wiadomości. Okazało się, że gazeta.pl wycięła wszystkim numer. Musiał wystąpić jakiś błąd, bo wysłanie emaila na adres ankieta@gazeta.pl powodowało, że otrzymywali go ci wszyscy, którzy wcześniej zgodzili się na wypełnianie przysyłanych przez Gazetę sondaży. W ten sposób powstała jedna wielka lista dyskusyjna. Bądź darmowy sposób na rozsyłanie spamu, jak kto woli.
W swojej skrzynce odbiorczej znalazłem oferty matrymonialne, propozycje sprzedaży samochodów, domów, komputerów i wielu innych środków. Kilka reklam różnego rodzaju mniej lub bardziej szemranych serwisów internetowych ale także zdjęcie motylka, życzenia miłego dnia czy pozdrowienia dla pracownicy z biurka obok. Nie zabrakło oczywiście kibiców. Dali o sobie znać chłopcy z Jagielonii, Polonii ale i ŁKSu. Przeważały jednak emaile pełne irytacji na nieudolność pracowników zajmujących się pocztą w Gazecie. Całkiem prawdopodobne zdawały się być komentarze, że jutro admin na dobrą sprawę może nie pojawiać się w pracy. A skoro o pracy mowa…

  Usłyszałem dziś rano w radio, że Australijska Izba Turystyczna (czy jak ją tak) poszukuje pracownika na stanowisko: „Opiekun Wyspy” (Island Caretaker). Do zadań osoby, która zostanie zatrudniona należeć będzie zwiedzanie wyspy (szeregu wysp rafy koralowej), fotografowanie i kręcenie filmów oraz prowadzenie bloga mającego zachęcać turystyów do wizyty w regionie. W zamian za to kandydat otrzyma do swojej dyspozycji kilkupokojową willę z basenem 80 metrów od Oceanu wartą 5 mln dolarów australijskich (źródło) z widokiem na przesmyk, którędy co roku we wrześniu przepływają wieloryby a także przekazany zestaw kijów do golfa, motorówkę, sktuter wodny oraz jacht. Można spodziewać się na wynagrodzenia rzędu £70,000 za półroczną umowę. Należy jednak liczyć się z utrudnieniami w postaci skrzeku kakadu na pobliskich palmach czy łagodnego szumu lodówki chłodzącej piwo.

Więcej szczegółów i zdjęć na stronie:
http://islandreefjob.com
(ze względu na to, że informacja dopiero co obiegła agencje, zainteresowanie jest spore i strona może długo się ładować).

Wpis: 977.

Ostatnio obejrzane: Film Noir

     Nadrabiam.
Od powrotu do Irlandii oglądam zaległe filmy. Gromadziłem je od lata i jakoś wcześniej nie było czasu, żeby się za nie zabrać. Teraz tego czasu jest trochę więcej, to i na seanse można sobie pozwolić. Średnio jeden dziennie – na sen.
  Trafiają mi się obrazy fajniejsze i mniej fajnie. Niekiedy nawet takie, które powodują, że zastanawiam się po jaką cholerę w ogóle je mam. Takie Pulse 2: Afterlife i Pulse 3 na ten przykład, to przy dobrych chęciach góra dziesięć, piętnaście minut i więcej oglądać się nie da. Istoria 52 znowu, to grecka produkcja i mimo wmawiania sobie, że fajnie będzie spojrzeć na kino innej, niż amerykańska, prowienecji, to i tak dwadzieścia minut i zapadam w drzemkę. Takiego filmu, to właściwie nawet słuchać się nie da. Słaba znajomość alfabetu greckiego nie wystarcza by zrozumieć aktorów.
Zdarzają się też zwykłe obrazy. Przeciętne filmy sensacyjne, które przed snem ogląda się przyjemnie, nie marnując czasu. Rozrywka dla oka. Może i bez rewelacji ale i bez zażenowania. Weźmy White Noise 2: the Light, Chrysalis, the Wizard of Gore czy nawet Mister Lonely (ten ostatni to zupełnie inna bajka; gdyby tylko warsztat był odrobinę lepszy, opowiadaną historię oglądałoby się wręcz z przyjemnością) – Miło spędzone półtorej godziny.
Nie brakuje też filmów, które zdają się być całkiem dobre. Obejrzany wczoraj the Flock z Ryśkiem Gearem, the Objective (science fiction) czy wreszcie najfajniejszy – moim zdaniem – ze wszystkich obejrzanych przez te ostatnie tygodnie Film Noir. Zwiastun poniżej:

Wpis: 976.

Kierowca wrócił.

     Po kilku tygodniach jeżdżenia z nowym [(innym) kierowcą], wrócił Brendan. Petycja może nie poskutkowała. Nie przywrócili go z powrotem do Bus Eireann, ale facet wynajął autobus i teraz wozi nas na własną rękę. Przyjeżdża o zwykłej, wcześniejszej godzinie. Zbiera nas po drodze i dojeżdża do Dublina przed ósmą. Ponownie mam godzinę czasu dla siebie przed rozpoczęciem pracy.
      W drogę do Portlaoise też rusza szybciej i szybciej dojeżdża. W najmniejszym nawet stopniu nie zmienił sposobu prowadzenia. Wciąż wymusza pierwszeństwo, wpycha się między samochody i autostradą mknie ile fabryka dała. Pasażerowie (w tym ja) są zadowoleni, bo podróż z Brendanem jest bezcenna. Może nie do końca – facet liczy sobie trochę więcej, niż kiedy prowadził państwowy autokar ale nie ma to większego znaczenia. Pewność, że będzie się na miejscu najszybciej, jak to tylko możliwe jest tyle warta.

Wpis: 975.

Ram Jam – Black Betty

     Wczoraj, po kilkunastudniowej przerwie, pojechałem do pracy. Było cicho i spokojnie, jak zwykle w soboty. Przez okres świąteczny zebrało się trochę zamówień i reklamacji od klientów ale nie na tyle, żebym nie miał sobie dać rady w jedno popołudnie. Dzień mijał leniwie nie tylko nam, ale i sąsiedniej firmie. Przyszedł Graham poplotkować sobie trochę.
Pogadaliśmy o świętach, nowym roku – tradycyjna wymiana uprzejmości – a później zeszło na muzykę. Chłopak, jak mi się wcześniej zdawało, był raczej z kategorii tych smętnorockowych. Nie, żeby miało to jakieś większe znaczenie, tak tylko wspominam. I wczoraj też, zaczęło się od zespołu The Script, zeszło na The Fray, The Train i inne takie. Później zaczęło się konkretniej. Ja mu irlandzkim Jaded Sun (polecam) a on mi Ram Jam. Teledysk poniżej.

     Piosenka jak najbardziej z powerem. Warto zwrócić uwagę na synchronizację dźwięku z wizją. Moim zdaniem podobna do tej z wideoklipu Tata dilera, choć nie wiem czy zamierzona. Jest jeszcze jedna, moim zdaniem lepsza, wersja tej piosenki [..:: LINK ::..] i umieściłbym ją tutaj, ale Universal Music nie pozwala. Mniejsza.
Graham opowiadał mi jeszcze, że jechał sobie któregoś razu autem (Graham każdą rozmowę potrafi sprowadzić na temat motoryzacji, samochodów, tras etc.) i słuchał Black Betty tak głośno, jak głośno słucha młodzież muzyki w samochodach. Zazwyczaj, gdy muzyka jest – nazwijmy to – mało zróżnicowana, tutejszej Gardzie się to nie podoba i potrafią zwrócić uwagę. Tym razem, jak mówił Graham, zatrzymał się na światłach zaraz obok radiowozu i odruchowo chciał ściszyć odtwarzacz. Spojrzał na jednego Gardzistę obok. Ten już zaczął kiwać rytmicznie głową. Po chwili drugi tak samo. Kolega Graham się ucieszył, że Garda doceniła jego gust muzyczny i obyło się bez upomnienia.

     A na nowy rok, mieszkanie zmieniło trochę wygląd i teraz przedstawia się tak:



Wpis: 974.

Tak Tak.

     Będąc te kilka dni w Polsce i chcąc mieć przez ten czas kontakt ze znajomymi, zdecydowałem się nabyć kolejną kartę SIM do telefonu. Z początku myślałem o abonamencie. Chciałem mieć polski numer i mieć spokój z doładowaniami, ważnością karty etc. Nie spełniam jednak wymaganych warunków. Nie mam adresu, zatrudnienia i jeszcze kilku innych. Nie udało się. Musiałem ponownie kupić kartę SIM w systemie przedpłat. Ok.

     W Polsce wykorzystałem jakąś tam kwotę, wróciłem do Irlandii, nadeszła noc sylwestrowa. Powysyłałem trochę wiadomości, o przyzwoitej porze poszedłem spać.Rano obudziłem się z niewielkim syndromem odstawienia ale z jeszcze mniejszym stanem dostępnych na karcie SIM środków. Pomyślałem sobie, że to przecież nic strasznego. Jeszcze przed powrotem do Irlandii sprawdziłem i teoretycznie w każdej chwili miałem mieć możliwość uzupełnienia konta przez Internet – płacąc kartą kredytową bądź przelewem.

     Przyjechałem do Portlaoise. Ogarnąłem się nieco i postanowiłem wykorzystać tę możliwość doładowań on-line. Otworzyłem przeglądarkę.

     Na początek chciałem użyć karty kredytowej. To powinien być najłatwiejszy i najszybszy sposób. Niejednokrotnie już płaciłem za coś w sklepach internetowych czy zamawiałem bilety lotnicze. Nie napotykałem wcześniej żadnych problemów. Niestety, w Erze jest inaczej.
Gdy zalogowałem się na ich stronę i wybrałem kartę jako sposób płatności, poproszono mnie o wypełnienie formularza danych osobowych. Imię i nazwisko właściciela karty, adres karty i takie tam. Przekonałem się wtedy, że Era nie pomyślała o klientach przebywających poza Polską i kiedy wpisałem imię PETER (takie mam na karcie) wyskoczył mi błąd. Później błędy pojawiały się, gdy podałem adres. System płatności kartą w Tak-Taku się wywalił i nie pozwalał kontynuować. Nie mogłem jednak wpisać nieprawdziwych danych (z polskim adresem czy imieniem). Postanowiłem zadzwonić na infolinię i zapytać się co dalej.

     Wybrałem numer biura obsługi klienta. Teoretycznie darmowy. Dodzwoniłem się i odebrała maszyna. Podziękowała mi za zainteresowanie, przedstawiła dostępne do wyboru opcje… Połączenie zostało przerwane. Wyświetliła mi się informacja, że stan moich środków na karcie SIM wynosi minus 1 złoty. Rozsierdziło mnie to trochę i pomyślałem, że w takiej sytuacji nie poddam się i zadzwonię z telefonu irlandzkiego.
Zeszło mi dobrych kilka prób, by się połączyć. Większość numerów ze strony internetowej ‚kontakt’ w Erze była wyłączona. Udało mi się dobić dopiero jako klient biznesowy z ważnym abonamentem. Ale i pod tym numerem odebrała maszyna. Ponownie podziękowała mi za zainteresowanie i przedstawiła opcje do wyboru. Na koniec poinformowała mnie, że biuro obsługi klienta sieci Era (klienta, który chce tejże sieci zapłacić własne pieniądze, który chce być tej sieci lojalny i chciałby po prostu, po ludzku załatwić sprawę) czynne jest jedynie w dni powszednie. W inne dni klient sieci era może pocałować się albo sieć Era w dupę.
Taki komunikat rozdrażnił mnie jeszcze bardziej. Wydawało mi się to nie do pomyślenia, że operator komórkowy, któremu chcę zapłacić za usługę wypina się na mnie. Nic to. Pozostała jeszcze opcja przelewu.

     Ponownie wszedłem na stronę Ery, wybrałem odpowiednią podstronę. Wpisałem konto jakiego numeru chcę uzupełnić, kwotę, którą chcę przekazać Erze i to wszystko, czego ode mnie oczekiwano. Pojawiła się kolejna podstrona z logotypami dostępnych banków. Szczęśliwie wciąż mam konto w Fortisie a i Erze przelewem z Fortisa można zapłacić. Pomyślałem, że już jestem w ogródku, już witam się z gąską. Jeszcze kilka kliknięć i będzie po sprawie…
Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy po wybraniu Fortis Banku ukazała mi się już ostatnia podstrona Ery tego dnia z informacją: Przelewy bankowe, jedynie w dni powszednie w godzinach biurowych. Tego było za wiele. Szlag mnie trafił i gdyby nie chęć utrzymania polskiego numeru telefonu, rzuciłbym Erę w diabły na dobre. Na razie, zdecydowałem się poczekać do dnia powszedniego.

     Historia zakończyła się happy endem (dziś, w dzień powszedni, udało mi się zrealizować przelew choć wciąż nie rozumiem dlaczego nie mogę zapłacić irlandzką kartą kredytową), a ja nauczyłem się, że operator twój pan bardziej niż klient nasz pan.

Wpis: 973.