Kalendarz

Listopad 2008
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Listopad 2008

Lista.

1. W pracy zaatakował mnie wirus. W pewnej chwili, zupełnie niespodziewanie, komputer zastrajkował a przed moimi oczyma pojawił się słynny BSOD. Uruchomiłem sprzęt ponownie i kiedy już udało mi się wystartować z systemem okazało się, że ten jest zakażony. Wirus podły, choć na szerszą skalę nieszkodliwy. Wyłącza dźwięk w komputerze (pozostaje tylko brzęczyk), uniemożliwia uruchomienie jakiejkolwiek aplikacji antywirusowej i na dodatek blokuje strony ze skanerami on-line.
Poczytałem w Googlach co dalej, ale cała procedura wydała mi się zbyt skomplikowana. Zakładała uruchamianie programów skanujących system i rejestr, wysyłanie wyników do specjalistów i po ich odpowiedzi postępowanie zgodnie ze wskazówkami. Przeglądając fora zauważyłem, że cała zabawa trwała niekiedy kilka tygodni. Nie miałem na to czasu.
Koniec końców udało mi się przebić na jakiegoś sieciowego antywirusa, ten (po zostawieniu go na noc) powywalal, co mogl. Ponowny skan już niczego (żadnego zainfekowanego pliku) nie wykrył, ale nadal są jazdy z dźwiękiem i próbą instalacji jakiegoś lokalnego zabezpieczenia.
Najlepiej byłoby znaleźć jakieś narzędzie, które można byłoby nagrać na CD i z takiego CD uruchomić komputer. Przeskanować, powywalać wszystkie śmieci etc. Taki jest plan. Zobaczymy, co z niego wyjdzie.

2. Mecz Polska – Irlandia obejrzałem w domu. Plan był wyjść na miasto i obejrzeć w towarzystwie, ale ostatecznie nie wypalił. Przynajmniej zaoszczędziłem sobie post-derbowej traumy. Oglądając na co dzień ligę angielską w TV i poziom kibicowania na stadionach, zderzyłem się wtedy w kwietniu z czymś, o czym całkowicie już zapomniałem. Chamstwo, buractwo, paranoja polskich kiboli zniechęciła mnie wtedy skutecznie do tego, by brać udział w takis spędach. M.in. dlatego nie było w ogóle tematu wyjazdu na mecz do Dublina. Siedzienie pośród Irlandczyków z patriotycznego punktu widzenia nie wchodziło w grę, a siedzienie między Polakami się nie zdecyduję.
Była szansa, że w pubie atmosfera byłaby lepsza, na pewno inna od tej stadionowej, ale nie było gwarancji, że żadnemu bystrzakowi nie wpadnie do głowy hasło w stylu: "Kto nie skacze, ten z Irlandii"). Tak czy inaczej skończyło się spokojnie przed telewizorem.

3. Ważniejszym wydarzeniem był jednak mecz Szkocja – Argentyna. Mecz towarzyski, nawet przyjacielski. Szkoci we wszelkiego rodzaju pojedynkach od zawsze stali po stronie przeciwników Anglików. Kiedy w 86-tym roku odbywał się Mecz, cała Szkocja nosiła błękitnobiałe koszulki. Od tamtej pory bliżej jest z Glasgow do Buenos Aires niż do Londynu. W każdym razie…
W każdym razie Szkoci grali z Argentyńczykami mecz przyjaźni a trenerem Argentyny był sam Diego. Wszechmocny bóg futbolu dał radę i mecz wygrał nie przejmując się tym, że gdzieś tam Mennica Polska bije monety z serii ‚królowie futbolu’ i go nie uwzględnia. Prawdopodobnie, jak zauważył jeden z komentatorów: "Diego czeka na serie bogowie futbolu, której będzie jedynym przedstawicielem". Nieważne.
Jako ciekawostkę mogę dodać, że w tutejszym radio Newstalk jest co wieczór audycja Off the Ball, na której koniec zawsze puszczana jest piosenka Andrésa Calamaro – Maradona

Maradona no es una persona cualquiera
es un hombre pegado a una pelota de cuero
tiéne el don celestial
de tratar muy bién al balón
es un gerrero
es un ángel y se le ven las alas herídas
es la biblia junto al calefón
tiene un guante blanco calzado en el pié
del lado del corazón
no me importa en que lío se meta
Maradona es mi amigo
y es una gran persona (el diez)
en el alma guardo la camiseta de boca
que me regaló alguna vez
Diego Armando
estamos esperando que vuelvas
siempre te vamos a querer
por las alegrías que le das al pueblo
y por tu arte también.

4. I na koniec jeszcze jedno wydarzenie ostatnich dziesięciu dni. Nowa płyta Guns N’ RosesChinese Democracy. Kilkanaście lat czekania. Kilkukrotnie przekładana data wydania. Wielokrotnie zmieniany skład. Wielomilionowy koszt produkcji. I co? I płyta się udała. Chłopaki brzmią jak Guns N’ Roses o wiele bardziej niż Velvet Revolver. Wyraźnie widać, jak ważny jest wokalista. Melodie są wyjątkowo "gunsowe", wokal tym bardziej. W ogóle nie ma problemu z tym, że płyta brzmi tak, jakby została wydana dwa, trzy lata po Use Your Illusion. Stary, dobry hard rock, lekko udziwniony dla starego słuchacza, który nie potrzebuje niczego innego. Ja jestem zadowolony.

Wpis: 950.

Gdyby w Irlandii…

   Gdyby w Irlandii miała obowiązywać przepowiednia dobrze znana z polskiego podwórka, mówiąca że: "koniec świata nastąpi wtedy, gdy to drogowcy zaskoczą zimę", od kilku dni wszycy nie istnielibyśmy.
   W czwartek, późną porą jechaliśmy sobie M7. W radio zapowiadano przymrozki. Drogowcy, zamiast czekać na poranek i bezradnie rozkładać ręce powtarzając swoją mantrę, wyjechali zawczasu na drogi. Na trasie z Portlaoise do Dublina spotkaliśmy kilka piaskarek (solarek) dbających o to, żeby samochodom i ich kierowcom jechało się bezpiecznie i bezstresowo.
   Na drugi dzień śniegu nie było. Nie było mrozu. Mimo to nie sądzę, żeby ktokolwiek pomyślał, że piaskarki (solarki) zostały wysłane na darmo.

Wpis: 949.

Wally – So Now They Know Me

   Jakiś rok temu, też jesienią może nawet wczesną zimą (porami roku, które w Irlandii niczym nie różnią się od siebie, nie różnią się zresztą także zasadniczo od wiosny i lata) trafiliśmy na rapera, który śpiewał (rapował) w akcencie Laois. Nagrał piosenkę, wgrał teledysk na YouTube [..:: LINK ::..] i robił furorę w okolicy.
   Prawdę mówiąc o tym, że jest to akcent Laois dowiedziałem się z grup dyskusyjnych. Ja nie rozróżniam. Potrafię rozpoznać kogoś z Kerry i w ogóle południa (tam mówią śpiewne i czasem zaciągają), rozpoznam mieszkańca Północy, rozpoznam Dublinera, ale całej reszty nie jestem w stanie. Podobno akcent Laois jest płaski, ciężki i nijaki. Nie wiem. Mniejsza…
Piosenka My X była chwytliwa, zapadała w pamięć i czasami przyłapywałem się na tym, że sobie ją podśpiewuję. Puściłem ją Grahamowi z pracy, też dał się wciągnąć.
   Mijały miesiące i słuch o Raperze z Laois zaginął, albo mówiąc inaczej wypadł on z kręgu moich zainteresowań. Aż do niedawna, kiedy pojawiły się znaki, że chłopak może powrócić. I powrócił z nowym utworem i teledyskiem promującym płytę. Nie siedział przez ten rok bezczynnie.

   Teledysk trudno nazwać profesjonalnym, ale na pewno bliżsi i dalsi znajomi mają zabawę za każdym razem, gdy go widzą. Ja też, kiedy oglądam naszą Main Street czy park za Stradbally. Z jakimś takim większym optymizmem podchodzę do – bądź co bądź – rapera, kiedy chłopak jest z okolicy. Przekonany jestem, że gydby podobną muzykę robił ktoś skąd inąd (a pewien jestem, że podobnych raperów jest całe mnóstwo) nie ruszałaby mnie w ogóle. Tak czy inaczej, niewykluczone, że jak przypadkiem naktknę się na CD, to sobie sprawię. Bo czemu by nie? A jakby występował któregoś razu w Letheanie czy gdzieś, nie widziałbym przeszkód by chłopaka posłuchać na żywo.

   A skoro o sprawunkach mowa, sprawiłem sobie prezent gwiazdkowy w postaci aparatu cyfrowego z opcją odtwarzania multimediów, nawigacją satelitarną, przeglądarką internetową i możliwością wykonywania połączeń głosowych czyli C905. Jestem zadowolony. Ustrojstwo działa trochę wolno. Wcale nie robi przecudnych zdjęć (to chyba rzeczywiście zależy od ‚fotografa’ a nie ‚fotoaparatu’), muzykę odtwarza przyzwoicie a GPSu obsługiwać nie potrafię, ale co tam. Na chwilę obecną myślę sobie, że jest produktem kompletnym. Ciężko mi wyobraźić sobie czego jeszcze mógłbym chcieć od telefonu. Jedyna opcja, jaka przychodzi mi do głowy, to dwie karty SIM (prywatna i służbowa, może irlandzka i polska), ale na służbowy telefon i tak się nie zapowiada a do Polski jeśli dzwonię to i tak ze Skype’a.

Wpis: 948.

Zasłyszane w pracy.

Peter opowiada historyjkę.
Kolega, kolegi jego kolegi – nieważne – jest gardzistą i właśnie wprowadził się do jakiegoś domu w jakiejś dzielnicy Dublina. Jest środek nocy, kolega smacznie śpi. Ze snu wybudza go dziwny dźwięk. Facet budzi się i zaczyna nasłuchiwać. Wydaje mu się, że ktoś grzebie mu przy zamku do drzwi. Po kilku chwilach jest już pewien. Ubiera się w mundur. Podchodzi do drzwi i krzyczy:
 − Kto tam!?
Odpowiada mu niewyraźny, prawie niezrozumiały bełkot:
 − Kto tam?
 − Jestem z Gardy − mówi na to gardzista. − Co robisz?
 − Taa… Z gardy…
 − Jestem z Gardy! Odejdź od moich drzwi!
 − Nie wierzę − słyszy bełkot. Grzebanie przy drzwiach nie ustaje. − Pokaż mi legitymację.
 − Nie będę pokazywał legitymacji. Zjeżdżaj stąd pijaku, bo zawołam kolegów.
 − Dobra, dobra… Wcale nie jesteś z Gardy.
 − Serio mówię. Spadaj stąd i zapomnimy o sprawie.
 − Takiego!  - stawia się pijak i wciąż próbuje wejść do środka.
Gardzista dzwoni. Pijak nadal próbuje się włamać. Nadjeżdżają radiowozy. Zabierają nietrzeźwego, niedoszłego włamywacza. Słychać śmiech gardzisty, jego znajomych i pełne niedowierzania i rozczarowania zarazem: "Kurwa" pijaka.

Wpis: 947.

Wprowadzenie do Historii Sztuki

   I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o zajęcia z wprowadzenia do historii sztuki. Ze względu na znikome zainteresowanie, w tym semestrze kurs nie odbędzie się. Tym niemniej zaprasza się chętnych po feriach. Szkoda.

   W zeszłym tygodniu poszedłem na pierwsze spotkanie. Tak, jak było w planach, do College’u podjechałem trochę przed 7:30. Zwyczajowo zapaliłem papierosa przed lekcją, włożyłem w pysk gumę do żucia i wszedłem szukać sali.

   Znalazłem na piętrze. Byłem pierwszy.

   Po grzecznościowej wymianie powitań i zapewnień, że czuję się świetnie z prowadzącą zaczęliśmy czekać czy pojawi się ktoś jeszcze. Pech chciał, że zajęcia zaplanowane na 8 tygodni, trzeba było skrócić o 3 pierwsze. Prowadząca – Niamh – bawiła się w tym czasie w Wenecji. W związku z tym, zgłosiwszy chęć uczestnictwa jeszcze jakoś w połowie września, należało uzbroić się w cierpliwość i odczekać do początku listopada na pierwszą lekcję. Wielu osobom takie czekanie mogło nie być na rękę.

   Minęło kilka minut i przyszło dwóch kolejnych uczestników. Panowie Bill i Pat. Dobrze po pięćdziesiątce. Rodowici Portlaoisianie. Z krótkiego wstępu, kiedy każdy się przedstawiał, dowiedziałem się, że znają się jeszcze z podstawówki (siedzieli w jednej ławce), a teraz chodzą na wszelkiego rodzaju kursy wieczorowe. Zaliczyli już różne kursy językowe i sprawnościowe. Tym razem postanowili zmierzyć się ze sztuką. Zapytani, czy są pasjonatami malarstwa lub czy w ogóle mają jakiekolwiek pojęcie o artyzmie, odpowiedzieli przecząco. Uczyniłem podobnie. Ze sztuką miałem do czynienia jedynie na Estetyce a na te zajęcie przyszedłem wyłącznie dlatego, że zajęć z Języka irlandzkiego czy z Mitologii i Legend Irlandii nic nie wyszło (również za mało chętnych).

   Nikt więcej się nie pojawił.

   Niamh, nie zrażona niską frekwencją postanowiła poprowadzić pierwsze zajęcia i przez dwie godziny nawijała o okresach, trendach, ruchach i innych takich. Puszczała slajdy. Pokazywała ilustracje. Źle nie było, choć nie mogę powiedzieć, że zainteresowała mnie. Tak, jak nie byłem zwolennikiem wpatrywania się w obrazy, tak pewnie nie stanę się nim. Nie potrafię dostrzec równowagi kolorów, rytmu czy czegoś w tym stylu. Słowo malowane do mnie nie przemawia, bliższy organizm to telewizor i meczyk.

   Zajęcia dobiegły końca. Podziękowaliśmy sobie wszyscy i zapewniliśmy, że chcemy kontynuować swoje w nich uczestnictwo. Prowadząca obiecała, że postara się u dyrektora College’u o salę i da nam znać. Dała kilkanaście minut temu.

Wpis: 946.

Strachy Na Lachy – Po prostu pastelowe

Samochody naszych chłopców są w kolorach pastelowych,
a sukienki naszych dziewczyn są w kolorach,
w kolorach pastelowych; w kolorach pastelowych.
Telefony tuż przy łóżkach wciąż słuchają namiętności,
ale one w moim mieście zmuszają, zmuszają do miłości;
zmuszają do miłości.

Przez siedzenia naszych wozów przewijają się dziewczyny,
rozpinając nam kabury niszczą piękne,
piękne swe fryzury; piękne swe fryzury, na żel.
Choć butelki są zielone, a studenci kolorowi,
to sukienki naszych dziewczyn są po prostu,
po prostu pastelowe; po prostu pastelowe, jak sen.

Telefony tuż przy łóżkach wciąż słuchają namiętności,
ale one w moim mieście zmuszają do miłości.
Samochody naszych chłopców są w kolorach pastelowych,
a sukienki naszych dziewczyn są po prostu,
po prostu pastelowe; po prostu pastelowe, jak sen.

Samochody naszych chłopców są w kolorach pastelowych,
a sukienki naszych dziewczyn są po prostu pastelowe.
Samochody naszych chłopców są w kolorach pastelowych,
a sukienki naszych dziewczyn są po prostu pastelowe.

Wpis: 945

Festiwal głupoty.

   W nocy z 31-ego października na 1-ego listopada mamy w Irlandii Halloween. Wieczór poświęcony wszelkiego rodzaju strachom i przesądom. Niektórzy organizują sobie wtedy okolicznościowe bale przebierańców inni zasiadają przed telewizorami oglądając po raz kolejny swój ulubiony film grozy. Mniejsza o źródła tej tradycji. Osobiście mam wrażenie, że jest to tylko kolejny pretekst, żeby ludzie wydawali pieniądze. Jak już spłukani po wakacjach spłuczą się we wrześniu na wyprawki do szkół a zanim będą spłukiwać się od listopada na święta, mogą wyrzucić co nieco z portfela i w październiku. Nieważne.

   Sami wybraliśmy się na przyjęcie ale bez przebierania się. Zwykłe spotkanie. Nic nadzwyczajnego. Siedzieliśmy nie za długo. Na drugi dzień i tak musiałem jechać do pracy. W drodze taksówkarz opowiadał nam o tej drugiej stronie Halloween. Stronie, którą widzi się nie w na wystawie sklepowej czy gazetach ale tej, którą ogląda się na żywo, na ulicach.

    Młodzież krąży po ulicach, poluje na przejeżdżające samochody. Pół biedy, jeśli rzuca jajkami. Je można zmyć. Gorzej, jeśli zechce jej się ciskać kamieniami. Taksówkarzowi rok wcześniej oberwało się tak kilkukrotnie.
W Halloween rozbestwione bachory rozpalają sobie ogniska. Zasada jest prosta. Ognisko musi być jak największe i powodować jak najwięcej strat w okolicy. Palą wszystko, co wpadnie im w rękę. Łuny nad miastami unoszą się do późnych godzin nocnych. Nie mają niczego wspólnego z miłymi dla oka łunami nad polskimi cmentarzami. Dla straży pożarnej jest to najgorętsza noc w roku.
31-ego października to jedyna noc, kiedy w Irlandii można zobaczyć fajerwerki. Oficjalnie są nielegalne. Posiadanie a już tym bardziej odpalanie jest całkowicie i bezwarunkowo zabronione, ale Irlandczycy nie przejmują się tym zbytnio. Jeżdżą masowo na północ i przemycają z Belfastu czy Londonderry. Doszło do takiej sytuacji, kiedy rządy brytyjski i irlandzki ponownie zamykają granicę. Od jakiegoś czasu mówi się, że nie będzie swobodnego przepływu ludności pomiędzy tymi dwoma państwami. Ale wracając do Halloween. Bandy dzieciaków strzelają fajerwerkami przez całą noc. Coraz częściej celują w siebie nawzajem, w obcych, samochody, domy. Nie ma zmiłuj się. Jeśli ktoś wychodzi na ulicę, to jednie na swoją odpowiedzialność. Fajerwerki urywają podrostkom przeróżne kończyny, przez co noc staje się najgorętszą w roku także i dla pogotowia.
Jakby tego było mało, piją na potęgę. Organizują alkoholowe ochjal party i uprawiają popularny „binge drinking”. Łoją ile wlezie i awanturują się. Szlajają się po okolicach, szukają zaczepki. Często przebrani czują się bezkarni. Wydaje im się, że właśnie od tego jest Halloween – wyżyć się w najdzikszy, najbardziej prostacki sposób. Swoim zachowaniem sprawiają, że także dla Gardy ostatnia noc października jest najgorsza.

   Po Halloween, na drugi dzień można obejrzeć w telewizji relację z szacowania strat. Spalone samochody, domy, skacowane dzieciaki w szpitalach, ranni policjanci czy strażacy. W tym roku zabawa wyniosła grubo ponad milion Euro. Coraz częściej odzywają się głosy, że należałoby coś z tym "świętem" zrobić. Zorganizować dzieciakom zajęcie zamiast puszczać je luzem. Nawet najmłodsi przestają powoli pukać do domów z tradycyjnym „cukierek albo psikus”. Istnieje obawa, że zamiast tego oberwie im się albo zostaną poczęstowani papierosem czy piwem, nasłuchają się niewybrednych komentarzy i w przyszłości będą powielać zachowania.

    Czy jest szansa, że Halloween w takiej postaci nie dotrze do Polski?

Wpis: 944.