Kalendarz

Październik 2008
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Październik 2008

Alarm

   Była czwarta wieczorem. Spotkanie przebiegało planowo i spokojnie zbliżało się do końca, czego nie można było powiedzieć o Żubrówce. Tej, smakowanej w dziubkach, ubywało w niespotykanie wolnym tempie. Papierosy paliły się na tarasie a za plecami podgrywał telewizor. Poruszane tematy były ani dobre ani złe. Ze względu na porę były raczej zwykłe. Uczestnikom spotkania oprócz świtającego świata za oknem zaczynały świtać myśli o przygodzie z kolegą Morfeuszem. Była czwarta wieczorem i włączył się alarm.
   Zaczęło wyć. Wyło niemiłosiernie głośno, przeciągle i nieustannie. Wycie wcisnęło się najpierw w każdy zakątek mieszkania łącznie z tarasem, później opanowało ciała i umysły. Było nieznośnie i nieustępliwe. Od razu zwyciężyło atakując z zaskoczenia. W jednej chwili poradziło sobie z myślami wewnątrz głów i słowami na zewnątrz. Zagłuszało przejawy jakiejkolwiek aktywności intelektualnej i werbalnej. Było gorsze niż ból zęba i ból egzystencjalny razem wzięte. Było nie-do-zniesienia.
   Gdzieś zza tego wycia, strzępki myśli podpowiadały by zachować się w sposób standardowy – czyli tradycyjnie przyłożyć wykrywaczowi dymu. Wcześniej zdarzały mu się różne akcje i odruchowo podejrzenie padło na niego. Niestety kuksaniec nie poskutkował, wycie nie ustało. Nie miało prawa, wykrywacz dymu tym razem był bez winy.
    Próbowaliśmy ustalić inne możliwe źródło tego fizycznego wręcz bólu i udało nam się zlokalizować dwa potencjalne miejsca – czerwoną syrenę przeciwpożarową i globalny czujnik zagrożenia znajdujące się w korytarzu. Oba urządzenia potraktowaliśmy podobnie jak wcześniej wykrywacz dymu. Z jednakim rezultatem.
   Nie było mowy o tym, żeby zastanawiać się co dalej. Nie było mowy żeby zastanawiać się w ogóle. Jedynym rozwiązaniem wydawało się przeczekanie. W końcu organizm przyzwyczaja się przecież do długiego, jednostajnego bólu. Jest w stanie go znieść. Nie mając innego wyboru darowaliśmy sobie próby uciszenia syreny przeciwpożarowej i na chwilę ewakuowaliśmy się na taras. Tam wycie rozchodziło się w powietrzu i nie wydawało się wypełniać sobą przestrzeni tak, jak w mieszkaniu.
   Wycie nie ustępowało. Na tarasie robiło się chłodno. Postanowiłem przebiec strefę zagrożenia i wyjść na korytarz, poszukać pocieszenia w nieszczęściu innych. Nie pomyliłem się. Pomimo początkowych przypuszczeń, że jedynie my zostaliśmy ofiarami ataku, alarm opanował cały budynek. Marna była to radość, ale pozwalała na moment ulgi. Prawdopodobnie taką samą ulgę mógł odczuć sąsiad, który w tym samym momencie wyszedł na korytarz. Wystarczyła krótka wymiana okrzyków, żeby dowiedzieć się, iż jego spotkało to samo i jest tak samo przerażony. Może nawet bardziej, bo alarm zaatakował go w łóżku. Podobnie, jak my był bezsilny. Podobnie poddał się bez walki. Wróciłem do mieszkania.
   Po całej wieczności alarm się wyłączył. Sam. Tak, jak wybuchł tak i zgasł. Nagle i bez zapowiedzi. Mogliśmy odetchnąć z ulgą.
   Dokończyliśmy spotkanie choć nie dokończyliśmy Żubrówki i poszliśmy spać.

   I to mógłby być koniec, ale nie. Na drugi dzień zadzwonił do mnie cieć Anioł. Poinformował, że wybiera się do mieszkania naprawić globalny system ostrzegania, bo wieczór wcześniej go popsuliśmy. Powiedziałem: Hola, hola cieciu Aniele, nie tak prędko. Ja będę w domu po siódmej, wtedy zapraszam. Poza tym, co to za podejrzenia, że to my popsuliśmy system. Cieć Anioł nie dał za wygraną i powiedział, że on jest do piątej i wchodzi do mieszkania naprawiać ustrojstwo bez względu na to czy jestem czy nie. Dodał jeszcze, że w całym budynku nikt inny nie próbował rozbrajać alarmu na własną rękę, a ta jedyna próba, którą my podjęliśmy pokazała mu się na jego ekraniku i na dobrą sprawę zablokowała całą sieć. Gdy nie działa jeden składnik systemu, nie działa cały system. Przestrzegł tonem władczym, żeby następnym razem niczego nie dotykać i spokojnie czekać (zapomniał dodać żeby schować się w wannie i przykryć kołdrą) i pod żadnym pozorem nie próbować działać na własną rękę. Nie dyskutowałem. Stara harcerska zasada mówi, że z cieciami się nie dyskutuje. Zadzwoniłem tylko do domowników / uczestników poinformować, że nadchodzi Anioł Stróż.

Wpis: 943.

Przeszłość w kontrataku.

  1. Sam bóg futbolu zstępuje na ziemię i zostaje trenerem Argentyny;
  2. 23-ego listopada Axl wydaje płytę Guns N’ Roses – odliczanie trwa.

Legenda piłki nożnej i legenda muzyki łączą swoją siłę w Halloween i po raz kolejny zajmują nagłówki gazet.

Wpis: 942.

Robert Harris – Imperium

   „Sztuką życia jest radzić sobie z problemami gdy te pojawiają się, a nie niszczyć w sobie wolę zamartwiając się na zapas (The art of life is to deal with problems as they arise, rather than destory one’s spirit by worrying about them too far in advance)”.

Wpis: 941.

Fujiya & Miyagi – Knickerbocker

Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
I saw the ghost of Lena Zavaroni
Vanilla, strawberry, knickbocker glory

Hans Christian Andersen plays musical statues
To don’t take it out on this world by adam’s apples
Sprinkling hundreds and thousands on a knickerbocker glory
I saw the ghost of Lena Zavaroni

We’ve got no room for technicolor
Emerich Pressburger said to Diedrich Knickerbocker
Rows & rows of lightbulbs illuminated in speech bubbles
Alternating off & on every time i hit the button
Sprinkling hundreds and thousands on a knickerbocker glory
I saw the ghost of Lena Zavaroni

She had never seen traffic lights, lifts or escalators
Or layers of strawberries in the mouth’s of light entertainers
She had never seen traffic lights, lifts or escalators
Or layers of strawberries in the mouth’s of light entertainers

Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
Vanilla, strawberry, knickbocker glory
I saw the ghost of Lena Zavaroni

Wpis: 940.

Jak fikcja staje się rzeczywistością.

Za emito.net:
"Metropolitan Police uruchomiła w Londynie nowy numer telefonu. Zamiast dobrze znanego 999 Londyńczycy mogą dzwonić na numer 0300 1231212 w sytuacjach, które nie wiążą się z bezpośrednim zagrożeniem – podaje serwis BBC.
Przedstawiciele policji mają nadzieję, że nowa linia telefoniczna ułatwi życie mieszkańcom i ograniczy liczbę "nieodpowiednich" telefonów pod numer 999. Osoby dzwoniący na numer 0300 1231212 zostaną połączone z odpowiednim wydziałem.
"Każdego miesiąca otrzymujemy średnio 200 000 telefonów na linię 999, z których ponad 25% nie wymaga natychmiastowej interwencji" – powiedział komendant Simon Bray.
Rzecznik Metropolitan Police poinformował, że mieszkańcy powinni wykręcać numer 999 tylko w sytuacjach wyjątkowych, m.in. gdy zostało popełnione przestępstwo, sprawca znajduje sie w pobliżu, ktoś znajduje sie w niebezpieczeństwie lub uległ wypadkowi. We wszystkich pozostałych przypadkach mieszkańcy powinni używać numeru 0300 1231212".

Sam pomysł nie jest nowy. Wcześniej proponowali go twórcy serialu IT Crowd.

Wpis: 939.

Podatek od wylotu.

W Irlandii płacz i zgrzytanie zębów. Jest recesja. W gazetach piszą o depresji (cokolwiek miałoby to oznaczać). A wczoraj tutejszy minister finansów ogłosił przyszłoroczny budżet mający ratować gospodarkę.
Wyższe podatki, droższe papierosy, alkohol i benzyna i inne takie. Szczegółów i tak nie rozumiem. Próbowałem oglądać wieczorną debatę w TV, ale politycy i analitycy zamiast mówić krzyczeli tylko niewyraźnie w niezrozumiałym dla emigranta żargonie. Zapamiętałem natomiast jedno. Spomiędzy wszystkich pomysłów naprawy sytuacji, wyłania się taki: Od końca marca przyszłego roku, każdy mieszkaniec Irlandii, który będzie chciał opuścić wyspę (de facto, wydawać pieniądze za granicą napędzając koniunkturę innym gospodarkom), będzie musiał zapłacić podatek €10.00.
Firmy lotnicze, z Ruinairem na czele, już zapowiedziały bojkot wyspy. W podobnych nastrojach są biura podróży. Wygląda na to, że w najbliższym czasie jesteśmy uzmiemieni na dobre i to sensu stricto.

Wpis: 938.

Ostatnio obejrzane: Vidocq

Wpis: 937.

A wszystko to dla zabawy

Jakiś czas temu [..:: LINK ::..], w ramach wypełniania sobie i tak skromnych chwil czasu wolnego ale także w celu coraz to szerszej intergracji z autochtonami, chcąc zapoznać się tutejszą kulturą, nie pop-kulturą jak dotychczas, postanowiliśmy przejść się do lokalnego college’u [..:: LINK ::..] i zapisać się jakiś kurs. Z długiej i małointeresującej listy wybraliśmy sobie jeden – an Introduction to Irish History, Myths and Legends (Wstęp do historii Irlandii, jej mitów i opowiadań). Właściwie zainteresowała nas już sama nazwa. Wystarczająco opisowa, by wiedzieć czego można byłoby się spodziewać po zajęciach. Następny w kolejności był język irlandzki, chęc nauki którego chodzi mi po głowie już od dawna – będzie tak od 6-ego kwietnia 2006-ego roku. Jako najmniejsze zło i deskę ratunku, ale trochę też dla zabawy, rozważaliśmy jeszcze inne spotkania – an Introduction to the Art History (Wprowadzenie do historii sztuki).

Nadszedł ten dzień, wybiła godzina zero i pojechalśmy do college’u. Po raz pierwszy od kilku lat mieliśmy stanąć w murach – było nie było – przybytku edukacji.

Sam budynek wydawał się przyjazny choć nowoczesny. Teren dookoła zadbany. Wewnątrz schludnie, trochę zbyt sterylnie. Skrajność w stosunku do np. baraku filozoficznego. Co nas jednak zaskoczyło to fakt, że korytarze wypełnione były chętnymi do poszerzania swoich zainteresowań. Nie spodziewaliśmy się kolejek. Podobnie, jak nie spodziewaliśmy się wielu cudzoziemców. Wciąż przecież wydaje się, że 99.9% osób, które przyjechały na Wyspę o języku wykładowym kursów ma 0.1% pojęcia. Mieliśmy nadzieję, że przynajmniej nasi rodacy nie będą kierować swoich zainteresowań w przeszłość, w stronę historii ale raczej spojrzą w przyszłość i będą zapisywać się na inne zajęcia. Pielęgnując w sobie niechęć do "polaczkowości", nie widziało nam się dzielić ławkę z krajanami. Mniejsza…

Stanęliśmy pokornie w kolejce i czekaliśmy aż będziemy mieli okazję zagadać z panem w sekretariacie, któremu powiemy o naszym pragnieniu zanurzenia się w czasy, kiedy Anglii nie najechali jeszcze Normanowie a w Irlandii już swoje dzieła – wywrotowe zresztą – publikował Jan Szkot Eriugena [..:: LINK ::..]. Kiedy wreszcie nadarzyła się okazja, uprzejmy pan odpowiedział nam uprzejmym głosem, że: "Ze względu na niewielkie zainteresowanie, kursu historii Irlandii nie będzie", ale równie uprzejmie dodał: "Przyjdźcie ponownie w styczniu; jeśli bedzie więcej chętnych utworzymy te zajęcia". Przez cały czas starał się ukryć swoje zdziwienie. Bardzo prawdopodobne, że liczył na kolejnych chętnych zaiteresowanych kursem jogi albo fotografii cyfrowej. Nieważne.

Dla świętego spokoju zapytałem tylko o język irlandzki. Uprzejmy pan nie zdołał nie wybałuszyć oczu i wydukał tylko: "Nie. Nie tym razem. Może później". Znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, sięgneliśmy po nasze koło ratunkowe. Tym razem uprzejny pan nie zaprzeczył, polecił jedynie by przejść się do innego pokoju, co też niezwłocznie uczyniliśmy.

W innym pokoju, za jedną z ławek siedziała miła pani przed którą była nie-do-końca artystyczna karteczka z nabazgranym na niej napisem ART HISTORY. Podeszliśmy i wyraziliśmy nasze zainteresowanie dziedziną i wielką chęć uczestnictwa w zajęciach. Miła pani zdziwiła się tylko trochę, zapewniła, że już miała do czynienia z obcokrajowcami (wspomniała Rumunów i Litwinów) i zaczęła – z prawdziwie irlandzką wylewnością – opowiadać jak wyglądał kurs w poprzednim semestrze, jak dużym okazał się sukcesem i o tym, czym zajmować się będziemy tym razem. Zaznaczyła też, że nie interesuje jej, a więc i uczestników kursu, sztuka dawna. Wspomniała, że ta została już przedstawiona wręcz przetrawiona na wszystkie sposoby i ona nie będzie powielać tego, co i tak przeczytać można w odpowiednich publikacjach. Sama skoncentruje się na sztucze współczesnej. Trudno.

Na koniec dostaliśmy rozpiskę tego, czego mamy spodziewać się na spotkaniach i zostaliśmy odesłani do domu.

Jak będzie tak będzie, na pewno będzie wesoło. O historii sztuki pojęcie mam nikłe. Tym bardziej o sztuce współczesnej, z którą jestem na bakier. Ale ponieważ wszystko to dla zabawy, nie ma czym się przejmować na zapas.

Wpis: 936.

USB

Modem USB mieści się w gniazdo Ethernet. Niestety, traci tym samym swoją funkcjonalność.

Wpis: 935.

Koktajl

Wściekły pies z sokiem porzeczkowym nie jest wściekłym psem.

Wpis: 934.