Kalendarz

Wrzesień 2008
P W Ś C P S N
« sie   paź »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2008

Wywróć się na drugą stronę.

Było niedzielne popołudnie. W telewizji Tyrone ogrywało Kerry w gaelic footballu a za oknem była piękna słoneczna pogoda. Dobiegała godzina piąta popołudniu, kiedy pojawił się pomysł – a może by tak nad Ocean, na zachód słońca? Jedzie jedna para, wyruszają za godzinę, czemu nie dołączyć by do nich.

O godzinie szóstej siedzieliśmy w czwórkę w aucie. Plan był prosty. Jedziemy na klify obejrzeć zachód słońca. Przy sprzyjających okolicznościach w dwie godziny powinniśmy znaleźć się na miejscu i być świadkami Gwiazdy chowającej się za linię Atlantyku. Strzeliliśmy jeszcze sobie po kilka piwek na drogę i wyruszyliśmy. W tamtym momencie jeszcze wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku.

Dopiero jak wyjechaliśmy na autostradę zdaliśmy sobie sprawę, że wcale nie musi być tak pięknie. Późne niedzielne popołudnie, to bowiem pora powrotów.Ludzie ze wszystkich kierunków wracają. Zachód wyspy przemieszcza się na wschód, wschód jedzie gdziekolwiek. Można zaobserwować swoistą mikro wędrówkę ludów. Dwa miliony wsiada w samochód i się przemieszcza. W każdym razie, będąc w samym centrum tej migracji musieliśmy nieco zweryfikować nasze plany.

Jakby mało było cotygodniowych wędrówek, tego dnia rozgrywany był finał footballu gaelickiego, najważniejszego obok finału hurlinga wydarzenia sportowego w Irlandii. Finał się skończył godzinę przed naszym wyjazdem i akurat mieliśmy możliwość załapać się na podróżujących na zachód, zawiedzionych porażką mieszkańców Kerry. Nie było łatwo.

Gdzieś między Nenagh a Limerickiem zaskoczył nas zachód słońca. Obejrzeliśmy go z samochodu kontemplując zza szyb całkiem malownicze widoki. Byliśmy może w połowie drogi. Nie mieliśmy najmniejszego zamiaru zawracać.

Minęliśmy Limerick, potem Ennis i dotarliśmy do Gort. Godzina była coraz późniejsza. Kończyły się zapasy piwka. Na wybrzeże było coraz bliżej. Uzupełniliśmy, co należało uzupełnić i w całkowitej ciemności, lokalnymi drużkami dotarliśmy do Moherowych Klifów. Zegarki wskazywały godzinę dziesiątą z minutami.

Przez czyjeś pole przebiliśmy się na samą krawędź i wypatrywaliśmy.

W oddali były ponad dwustumetrowe skarpy. Ich czarne krawędzie majaczyły gdzieś w zasięgu wzroku wyraźnie odznaczając się na tle ciemnego, pochmurnego raczej nieba i równie ciemnego, spokojnego oceanu. Nad nami od czasu do czasu pojawiały się gwiazdy. Przed nami słychać było wodę i wiatr. Woda równomiernie atakowała klify, wiatr przenikał ubrania.

Wytrzymaliśmy dłuższą chwilę ale nie mogąc nacieszyć niczego poza wyobraźnią zdecydowaliśmy się na powrót.

Dwie i pół godziny później, jadąc już praktycznie bez przeszkód, wróciliśmy do Portlaoise.

Wpis: 930.

Postępująca minaturyzacja.

Postępująca miniaturyzacja plecaków spowodowała, że nie mieszczą się w nich już nawet komputerki.

Wpis: 929.

Zgadywanka

- Where does the black Eskimo live?
- In "nigloo"

Wpis: 928.

Krótka rzecz o moich przeglądarkach internetowych

Na początku był Netscape. Była połowa lat dziewięćdziesiątych. Internet dostępny był u Ojca w redakcji i zainstalowana tam przeglądarka automatycznie była jedyną dostępną.

Przełom wieków, to IE w wersji 3 i 4. Internet pojawił się w domu. Coraz więcej czasu spędzało się przeglądając strony WWW i uświadamiając sobie przy okazji ryzyko korzystania z IE.

Później nastąpiła era Opery. Program, który ma prawie wszystko to, czego oczekiwałem od przeglądarki. Niestety, nie daje sobie rady z Googlami.

Przez chwilę pojawiło się Safari, ale na dłuższą metę nie sprawdziło się.

Obecnie rządzi Chrome.

Wpis: 927

Metallica skończyła się na Kill ‚em All

Metallica skończyła się na Kill ‚Em All i żadna nowa płyta tego nie zmieni. Death Magnetic może brzmieć jak powrót do korzeni, może przypominać zespół gdzieś z końca lat osiemdziesiątych ale nie będzie w stanie zatrzeć niesmaku jaki mógł pozostać po poprzednich albumach. I choć w generalnym odbiorze nie można wiele płycie zarzucić – płytę odbiera się bardzo dobrze – pojawiają się dwa zastrzeżenia.
Przede wszystkim, muzycznie płyta jest zatoczeniem się i zjadaniem własnego ogona. Najwidoczniej po eksperymentach w ostatnich latach, chłopaki stwierdzili, że zagrają to, co najlepiej im wychodzi. I – trzeba przyznać – grają to świetnie. Niestety, tak samo grali dwadzieścia lat temu a od tamtej pory muzyka się rozwinęła – wraz z nią odbiorcy. Odgrzewanie trash-metalowego kotleta może i jest sposobem na przypomnienie o sobie, ale melodie trzeciej świeżości mogą u niektórych spowodować niestrawności. Po drugie, mam wrażenie, że era piosenek sześcio- siedmiominutowych skończyła się gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych. Dziś – zdaje się – przekaz powinien być zawarty w zwięzłym opakowaniu. Szybko i przystępnie. W małych dawkach w sam raz do konsumpcji przez uczestników wyścigu szczurów. Niespełnienie tego warunku wiąże się w rezultacie z odrzuceniem.
Reasumując – Metallica skończyła się na Kill ‚Em All i powinna zacząć powoli uświadamiać sobie, że nadchodzi moment, kiedy należałoby zejść ze sceny i zająć się czyms pożytecznym. Dalsze naśladowanie Rolling Stonesów nie ma sensu.

Wpis: 926.

Mamy glany – my są pany.

Napadł mnie kolejny kaprys posiadania. Tym razem rzuciło się na glany. Rzuciło się już kilka tygodni temu. Będzie jakoś na początku "wakacji". Chciałem ubezpieczyć się na nadchodzące jesień i zimę. Przeczuwałem (nic odkrywczego), że będą… deszczowe.

Zwiedzanie sklepów zaczęliśmy od Portlaoise. W miasteczku mamy całe dwa obuwnicze i pewnego letniego weekendu tam się udaliśmy. Ani w jednym ani w drugim nie było śladu po glanach. Przypuszczam, że sprzedawcy nawet nie słyszeli o tego typu butach.
Na wszelki wypadek obeszliśmy pozostałe sklepy w okolicy ale z jednakim skutkiem.

Nadszedł tydzień i trzeba było wrócić do innych zajęć. Ale już w kolejny weekend postanowiliśmy odwiedzić pobliskie centrum handlowe z nadzieją, że może w większym sklepie coś się znajdzie. Niestety, Kildare Village Shopping Outlet okazał się porażką i zawiedzeni musieliśmy poczekać kilka dni na następną okazję.

Tym razem pojechaliśmy do New Bridge licząc na to, że może znajdziemy jakieś przyzwoite obuwie właśnie tam, w Whitewater Shopping Centre. Ale gdzie tam! Dupa blada. Niby cała masa sklepów, nawet całkiem przyzwoitych a glanów jak nie było, tak nie ma. Z pustymi rękoma wróciliśmy do domu. Zmuszeni zostaliśmy zawiesić plany na jeszcze jeden tydzień.

Odwiedziliśmy Rathdowney Shopping Centre. Ostatnie miejsce w pobliżu, gdzie liczyliśmy cokolwiek znaleźć. Niestety… W miasteczku, gdzie liczba mieszkańców oscyluje w okolicach tysiąca dwustu, centrum handlowe jest proporcjonalnie imponujące. Butów, nie wspominając o glanach, nie było.

Na koniec zostawiliśmy sobie Blanchardstown Shopping Centre. Miejsce, jak wieść irlandzka niesie, gdzie znaleźć można wszystko i jeszcze więcej. Najokazalsze chyba na wyspie centrum zbytku i konsumpcjonizmu. Gniazdo Szatana kilkukrotnie większe niż rodzima Galeria czy Manufaktura.
Pojechaliśmy w niedzielę zdając sobie sprawę, że jest to już niemal ostatnia deska ratunku i jak w Blanchardstown niczego nie znajdziemy, to najpewniej nie znajdziemy glanów już nigdzie.
Niestety i to miejsce nas zawiodło. Niby moloch i dziesiątki sklepów a butów ni w ząb. Nie ma. Jakby św. Patryk wyganiając z Wyspy węże, przegonił też wszelkie miejsca, gdzie można by kupić glany. Szit.

I w tym miejscu mogłoby nie być happyendu, gdyby nie fakt, że: został jeszcze Temple Bar. Centrum Dublina, gdzie można znaleźć wiele ciekawych rzeczy. Nie ma pewności czy glany też, ale przynajmniej spróbować warto. I drugi fakt, jest jeszcze rockmetalshop.pl. W najgorszym wypadku zawsze będzie można zamówić sobie u nich obuwie na nadchodzące, deszczowe jesień i zimę.

Wpis: 925.