Kalendarz

Sierpień 2008
P W Ś C P S N
« lip   wrz »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Sierpień 2008

Czesław Śpiewa – Maszynka do świerkania

 

Znalazła raz pewna pani
Aparat do bani
Z sentymentem wzruszona
Wzięła go w ramiona i
I czule do niego rzekła
Ty jesteś rodem z piekła
A ja jestem rodem z nieba
Nic więcej nie potrzeba
Nic więcje nam nie potrzeba

Ty jesteś starym gratem
Ja cię naprawię zatem
Zmienię ci obudowę
I włożę części nowe i
I będziesz piękny jak dawniej
I będziesz działać sprawnie
Znów pokażesz klasę
I zaświergolisz czasem
A ja cię wsadzę w klatkę
Byś nie odleciał przypadkiem

Będziemy piękni jak dawniej
Będziemy działać sprawniej

 

Wpis: 924.

A Nation Once Again, cz. 2

W ramach nawiązania do poprzedniego wpisu… Zastanawialiśmy się też przez chwilę, na ile zmieniłby się nasz punkt widzenia, gdybyśmy zamiast w Irlandii wylądowali np. w Wielkiej Brytanii. Czy patrzylibyśmy wtedy z Irlandczyków (i prawdopodobnie resztę narodów) z perspektywy wyspiarskiego piedestału? Traktowalibyśmy naszych swojskich "Iroli", jak "ryżych Irlandusów"? Czy tak samo byłoby, gdybyśmy np. wylądowali w innym kraju? Dajmy na to w Rosji? Czy po kilku latach myślelibyśmy o Czeczenach, Gruzinach, Ukraińcach i całej reszcie z pozycji rosyjskiej mocarstwowości? I na odwrót, czy kończąc w kraju o podobnej do polskiej przeszłości, patrzylibyśmy na niegdysiejszych oprawców podejrzliwie? Generalnie – czy punkt widzenia zawsze będzie zmieniał się w zależności od punktu siedzenia? Ile jest miejsca na relatywizm a ile na absolutyzm?

Wpis: 923.

Lokalny patriotyzm.

Przebywając w Irlandii, najbardziej oczywistą oczywistością było zapoznać się – choćby pobieżnie – z hisotrią kraju. Żeby jednak nie zagłębiać się w akademickie lektury, na początek ograniczyliśmy się do źródeł bardziej przystępnych i zaczęliśmy przyswajać łatwodostępną tzw. pop-historię.
Oglądaliśmy filmy – Michael Collins (o osobie, która, będąc nieformalnym przywódzcą wojny wyzwoleńczej lat 1921 – 1922, została wymanewrowana i poniekąd zmuszona do podpisania traktatu przesądzającego o podziale na Ulster i Eire), the Wind That Shakes The Barley (o bratobójczej wojnie o niepodległość, gdzie niezgoda pomiędzy braćmi w odbiorze wyżej wspomnianego traktatu doprowadziła do rozwiązań ostatecznych) czy the Field (o przywiązaniu Irlandczyków do ziemi i sytuacjach, które z niego wynikają). Przeglądaliśmy krótkie przewodniki po historii Irlandii, mitologii czy legendach. Odwiedziliśmy dwa festiwale poświęcone irlandzkiej kulturze, wysłuchaliśmy kilku audycji odnoszących się do historii najnowszej. Obejrzeliśmy parę programów w TV opowiadających o Ulsterze, IRA i tym wszystkim, co kojarzy się z relacjami irlandzko-brytyjskimi. Aż wreszcie, słuchaliśmy ludzi, którzy opowiadali o ich punkcie widzenia i słuchaliśmy tradycyjnych irlandzkich ballad przedstawiających historię Wyspy.

W dużym, dużym uproszczeniu – Irlandia była utopią. W czasach celtyckich czy wczesnonormańskich było idealnie. Później przyszło zło – diabeł wcielony we własnej osobie, a właściwie w osobie władcy brytyjskiego (nie, żeby obyło się to bez pomocy samych irlandczyków, w końcu ktoś musiał zaprosić Angoli do interwencji mniej więcej na tej samej zasadzie, co nasi książęta Mazowieccy poprosili Krzyżaków o pomoc, no ale…).

Odkąd na wyspie wylądowały oddziały brytyjskie zaczęło dziać się wyłącznie zło (tak przedstawiają to sami Irlandczycy i książki przez nich napisane). Były pogromy, czystki etniczne, prześladowania religijne. Irlandię raz po raz nawiedzały zarazy, pustoszył głód. Ludzie emigrowali na tyle masowo, ze zaczęto uważać, że w Irlandii góry są na brzegach wyspy a nie w jej centrum właśnie po to, by zapobiec dalszemu odpływowi ludności. Nawet na sam koniec, kiedy w latach 20-tych ubiegłego wieku Brytyjczycy wycofywali się na tyle sprytnie, by przed dosczętnie skłócić ze sobą mieszkańców wyspsy w sprawie Północy.

I tak Irlandia podzieliła się na Republikę i Północ. Wybory, które odbyły się wtedy w Ulsterze i w których zwyciężyli zwolennicy pozostania w koronie do tej pory uważa się za sfałszowane. To na ich podstawie Anglicy zaproponowali, że skoro większość osób z 6 północnych hrabstw woli pozostać pod zwierzchnictwem brytyjskim, to należy im to umożliwić. Unioniści nie mogą się z tym pogodzić i ciągle uważają, że jest tylko jedna Irlandia. Republikanie tymczasem cieszyli się, że udało im się odzyskać przynajmniej część (znaczną) wyspy i że był to pierwszy krok na drodze do całkowitej niepodległości.

Na dobrą sprawę spory nie wygasły. Co jakiś czas słyszeć można komentarze zwolenników obu stron. Kilka miesięcy temu wypowiedziała się nawet sama pani prezydent, kiedy zapytana o możliwość zaproszenia Elżbiety II z wizytą w Irlandii, nawet bez cienia zawahania odpowiedziała, że z przyjemnością to uczyni, gdy tylko królowa przeprosi Irlandczyków za wszystko to, co wyrządzili im Brytjczycy i odda północ. Natychmiast podniosły się głosy, że głowa państwa nie powinna była wypowiadać się w ten sposób i głosy osób broniących pani McAleese, że – tak z grubsza – wypowiadała głośno to, co większość mieszkańców i tak myśli na co dzień.

W każdym razie, poddając się poniekąd ogólnej atmosferze, kupliśmy sobie ostatnio album zespołu the Wolfe Tones z ich największymi przebojami.
The Wolfe Tones uważani są za muzycznych przedstawicieli IRA – muzykę rebelii. Ich piosenki traktują tylko o jednym. W każdej śpiewają o tym jacy Brytyjczycy byli źli a Irlandczycy biedni i pokrzywdzeni z tego powodu. Ballady opowiadają o tym, jak bohaterowie byli niesłusznie zamykani w więzieniach, jak musieli zostawiać rodziny, jak głodowali i umierali za ‚sprawę’. By tylko dogryźć Anglikom, w jednej piosence solidaryzują się nawet z Argentyńczykami bijącymi się o Malediwy. Tak czy inaczej, słuchaliśmy sobie tych the Wolfe Tones niedawno i na fali wznoszącego "emigracyjnego patriotyzmu"[1] (nie mylić z patriotyzmem emigranta, który wciąż tęskni za ojczyzną, opowiada jak tam jest pięknie i cudownie i jak cierpi z powodu tego, że zdecydował się wyjechać) zaczęła nam świtać myśl żeby nie ograniczać się do pop-historii wyłącznie.

Przejrzeliśmy dostępne opcje i na stronach College’u w Portlaoise znaleźliśmy zajęcia wieczorowe. Długa lista do wyboru z czego dwie pozycje w temacie – język irlandzki oraz historię i mitologię Irlandzką. Na dzień dzisiejszy, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, 15-ego września idziemy zapisać się na te kursy.

A na koniec najbardziej irlandzka z irlandzkich, śpiewana w pubach na zakończenie wieczoru, piosenka A Nation Once Again.

 

———
[1] Utożsamianie się z bardziej z lokalną społecznością, kulturą, historią niż z społecznością, kulturą, historią przywiezioną na emigrację przez jej przedstawicieli, głównie marginesu społecznego we własnym kraju.

Wpis: 922.

Waterford i Tramore

Waterford
Waterford

Waterford
Waterford

morze
Morze

Morze
Morze

Lunapark
Lunapark

Piotrek
Piotrek

Niebo
Niskie chmury

Wpis: 921.

Tak i nie.

Kilka tygodni temu, do ekipy w pracy dołączył Hindus. Objął dumną posadę nadwornego księgowego i zaczął swoje żmudne grzebanie w liczbach, rachunkach, fakturach etc. Pokazuje się w biurze dwa razy w tygodniu i są to jedyne momenty, kiedy można byłoby zamienić z nim parę słów. Niestety chłopak mówi niewiele i wyciągnąć z niego cokolwiek graniczy z cudem. Większość prób kończy się zdawkowym "tak" albo "nie". Choć odpowiedzi te nie świadczą może o płynnej komunikacji między pracownikami firmy, może nie świadczą o komunikatywności samego Hindusa, pozwalają jednak pewną obserwację.

Lego (bo tak mu chyba na imię), kiedy chce przytaknąć kiwa głową na boki. Kiedy przeczy porusza głową w górę i w dół.

Próbowałem przyzwyczaić się, ale nie daję rady. Z początku myślałem, że mnie chłopak nie rozumie i dlatego kiwa przecząco. Potem myślałem, że może ma coś z szyją albo w ogóle z głową. Później dopiero uświadomiłem sobie, że to może być po prostu hinduski obyczaj. Mając takie podejrzenie, zacząłem przyglądać mu się, czy tylko do mnie czy do innych też tak kiwa.
Wyszło na to, że kiwa. Nabrałem tylko pewności, że moje przypuszczenia były słuszne. Oni – ludzie z subkontynentu – mają taki nawyk i już. Koniec, kropka. Nie ma nad czym się zastanawiać. Mimo to nie potrafię.

Dziś w pracy komiczne wydawało mi się to kiwanie. W pewnych chwilach nie mogłem powtrzymać się od śmiechu. Musiałem bardzo się kontrolować. Nie wiem czy reszta też zwróciła na to uwagę. Nie mam pojęcia czy się nad tym zastanawiają. Ja tymczasem powoli dojrzewam do myśli, żeby w sobotę sprawę raz na zawsze sprawę wyjaśnić zadając mu proste pytanie.

Wpis: 920.

W pracy

Dzwoni klient:
- Dzień dobry, chciałbym zamówić to i to…
- Dzień dobry. Jak się pan nazywa i gdzie mam wysłać zamówiony towar.
- Julian… Code Masters…
- Dziękuję.
- Dziękuję.

Chwilę później zacząłem się zastanawiać. Nazwa CodeMasters brzmiała nadzwyczaj znajomo. Poszperałem trochę w pamięci i dotarło do mnie, że ludzie z tej właśnie firmy są odpowiedzialni za grę wszechczasów (a przynajmniej jedną z gier wszechczasów) – Sensible World of Soccer. Napisałem do Juliana: "Dziękuję za zamówienie i – przy okazji – za SWOS-a".

Wpis: 919.

Glendalough (Green Road) i Sally’s Gap

wieża
Wieża

Wieża
Wieża

Piotrek
Piotrek

Wieża
Wieża

Widoczek
Widoczek

Jelonek
Jelonek

Widoczek
Widoczek

Wodospad
Wodospad

Piotrek - wodospad
Piotrek – wodospad

Łowce
Łowce

Choinka
Choinka

Widoczek
Widoczek

Panorama
Panorama

Wpis: 918.

Beck’s Green Lemon

Green Lemon

To nowy wynalazek. Znaleźliśmy go przypadkiem na półce w Tesko i okazał się strzałem w dziesiątkę. Idealnie wpasował się w ostatnie zapotrzebowania.

Napój ma smak soku z zielonej cytryny z domieszką zółtego piwa – lagera (czyt. jest trochę gorzkawy, ale nie za bardzo). Jest gazowany i ma 2.5% alkoholu, co jest jego największą zaletą.
Mała zawartość alkoholu sprawia, że nie da rady się tym napojem upić (z wstępnych wyliczeń wynika, że trzeba byłoby opróżnić co najmniej 10 butelek, żeby w ogóle coś poczuć), dzięki czemu nie ma obawy wcześniejszego odpadnięcia z imprezy. Nie ma też obawy, że zacznie się wygadywać głupoty, jak to zwykle po alkoholu bywa. Kolejnym plusem jest fakt, że na drugi dzień nie ma praktycznie żadnych dolegliwości. Mimo to, mała zawartość alkoholu sprawia, że można się nieco rozluźnić, poczuć swobodnie i przyjemnie spędzić wieczór (w przeciwieństwie do napojów bezalkoholowych, przy których jest sztywno i niemarwo i w przeciwieństwie do napojów alkoholowych, które mają to do siebie, że wieczór kończy się po dwóch, góra trzech godzinach).
Cytrynowo-piwny smak z kolei sprawia, że przechylając kolejną buteleczkę (Beck’s Green Lemon jest dostępny w 0.33l opakowaniach) nie odrzuca, jak po zwykłych zółtych, gorzkich piwach. Cytrynowo-piwny smak, pod względem przystępności, przewyższa też Bulmersa czy nawet Guinnessa. Dwa ostatnie bowiem piwa mają to do siebie, że ich walory smakowe w połączeniu z zawartością alkoholu (4.0% – 4.2%) powodują naturalną granicę spożycia w postaci od 4 do 6 piw na łeb. Dodatkowo, cytrynowo-piwny smak pozwala całkiem swobodnie zwalczyć pragnienie (w przeciwieństwie do "zwykłych" piw, po których zazwyczaj włącza się tzw. "ssanie", a pragnienie jedynie nasila się).
2.5% cytrynowo-piwny napój jest natychmiast przyswajany przez organizm i niemal równie szybko neutralizowany, co umożliwia np. bezpieczne przemieszczanie się po ulicach już chwię po uśmierzeniu pragnienia.
Żeby nie było, napój Beck’sa ma też minusy. Te buteleczki 0.33l znikają w okamgnieniu. Niemiłosiernie szybko nawarstwiają się i właściwie już po dwóch, trzech dniach trzeba 1) robić nowy zapas; 2) utylizować poprzedni. Zdjęcie "pochodnej" po kilku dniach, jeśli brać by pod uwagę jedynie ilość, nie odbiegałoby niczym od czysto hardkorowych spotkań studenckich.

Beck’s Green Lemon, na chwilę obecną, jest wyśmienitym napojem.

PS: A pamiętam, jak dawno temu kupowało się piwo byle mocnejsze i byle tańsze zarazem. Pamiętam, jak dopiero w Finlandii mi się przestawiło i pomyślałem sobie, że piwka czteroprocentowe też są dobre. Pamiętam, jak od powrotu szukałem takich w Polsce i jedynie Karpackie wchodziło w grę. Pamiętam, jak z żółtych, gorzkich piw zacząłem przerzucać się na Redd’sy, Dog In the Fogi czy inne takie. Pamiętam wreszcie, jak byłem zadowolony, kiedy okazało się, że w Irlandii tylko takie słabe produkują i 4.0% jest normą.
Schodzenie od dziewięcioprocentowych ciemnych porterów do dwóchipółprocentowych napojów cytrynowych jest oznaką starzenia się. Nadeszła przepowiadana od dawna pora, kiedy piwa (lub napoje piwopodobne) stały się po prostu piwami, które się smakuje, a nie środkami upajającymi.

Wpis: 917.

Z Archiwum X: Chcę uwierzyć

the x-files

Wybraliśmy się na nowe Z Archiwum X: Chcę wierzyć. Film nie zaskakuje. Tak, jak można było się spodziewać, całkowicie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów serialu (bo do fanów serialu jest skierowany – jeśli ktoś wcześniej nie był fanatykiem pary agentów FBI, w ogóle nie powinien zbliżać się do kina). Wszyscy czekaliśmy na rozszerzenie relacji Muldera i Scully poza stricte zawodową – doczekaliśmy się. Wszyscy czekaliśmy na pojawienie się postaci znanych z serialu – dostaliśmy je. Czekaliśmy, żeby autorzy darowali sobie spisek istot pozaziemskich do spółki z agendami rządowymi świata – udało się. Czekaliśmy na zwykły film sensacyjny z współczesnymi choć nieco fantastycznymi wątkami – właśnie coś takiego pan Carter nam zaprezentował.

Mamy zatem Scully, która pracuje jako pani doktor. Mamy FBI, które ma do rozwiązania zagadkę wykraczającą poza standardy postępowania śledczego. Mamy Muldera, do którego agencja zwraca się o pomoc. Mamy księdza-pedofila-wizjonarza i szalonych radzieckich naukowców dokonujących przerażające – w zamierzeniach scenarzystów – eksperymenty. Akcji starczyłoby w sam raz na odcinek serialu. Niestety, film trwa dwa razy dłużej i między akcje producenci musieli coś włożyć. To, co zrobili woła o pomstę do nieba. Dodali wątki romantyczno-melodramatycze. Wątki romantyczno-melodramatyczne w Z Archiwum X (sic!). To się nie godzi! I o ile fan(atyk) serialu to przeboleje bo choć trochę przesłonią mu fabułę to i tak wyłuska z filmu ducha starego dobrego Archiwum, to ktoś, kto nie uważał się do tej pory za wyznawcę X Filesów będzie jedynie wiercił się w fotelu. Trzydziestolatek oglądający niegdyś z wypiekami na twarzy odcinek za odcinkiem przebrnie przez kolejny, trochę przydługi i momentami nudnawy. W końcu i takie przytrafiały się półtorej dekady temu. Nastolatek, który jedynie słyszał o dwójce agentów i poszedłby do kina zachęcony przerysowanymi opowieściami swoich starszych kolegów, mógłby niesamowicie zawieść się. Cóż poradzić. Mało komu do tej pory udało się zmierzyć z własną legendą i wybrnąć z tego pojedynku zwycięsko. Abstrahując, chyba tylko Imperium Kontratakuje i może Obcy przebijają swoich poprzedników.

Wracając jednak do Archiwum – wiadomo było, że obejrzę. Wiadomo było, że będzie mi się podobało bo odgrzeje dawne emocje i wiadomo było, że czegokolwiek nie nasłuchałbym się wcześniej i nie obejrzał na własne oczy na ekranie i tak z kina wyszedłbym zadowolony.

Wpis: 916.

Przygoda z akumulatorem.

Któregoś dnia chcieliśmy sobie pojechać na zakupy. Zjechaliśmy na dól, weszliśmy do auta, włożyłem kluczyk do stacyjki i wszystkie kontrolki zamiast raźno się zaświecić, ledwo blado pobłysknęły. Pomyślałem sobie, że coś jest nie tak ale mimo wszystko spróbowałem uruchomić auto. Cisza. Przekręciłem kluczyk i nic się nie stało. Przekręciłem jeszcze raz. Ponownie nic się nie stało. Nie usłyszeliśmy żadnego dźwięku, szmeru, nic. Kontrolki niemal w ogóle przestały się świecić. Musieliśmy wrócić do domu.

Zacząłem się zastanawiać, co mogło się stać. Pierwszą myślą był akumulator. Drugą, że na pewno coś poważniejszego i z luksusu posiadania auta nici. Porozmyślałem nad ewentualną drugą przyczyną (wiadomo, wcześniej z samochodami miałem do czynienia tyle co nic i jedyne, co wiem, to jak je prowadzić) ale do niczego nie doszedłem. Coś mi świtało o jakichś świecach czy czymś, no ale bez specjalistycznej wiedzy, moje domysły musiały się rozbić o brak jakiegokolwiek rozeznania. Skoncentrowałem się na pierwszej, bardziej prawdopodobnej przyczynie.

Na drugi dzień, jak poszedłem do pracy, powiedziałem chłopakom, że nie mogłem uruchomić auta i opisałem objawy. Wspólnie ustaliliśmy, że to musi być akumulator. Zaczęliśmy zastanawiać się, co dalej zrobić i najbardziej oczywistą oczywistością wydawało się być podłączyć na moment czyjś samochód / akumulator i uruchomić nasze auto z czyjegoś innego. Niestety, nie mamy w okolicy nikogo innego, do kogo moglibyśmy się podpiąć i ta opcja odpadła. Poza tym chłopaki mówili, że gdyby udało się już auto odpalić, powinno ‚chodzić’ przez dłuższy czas, żeby akumulator mógł się naładować. Tak czy inaczej, wersja z drugim samochodem odpadła.
Następnym pomysłem było ruszyć na popych. W tym przypadku, nawet abstrahujac od tego, że nie bardzo miałby kto nas pchnąć, samochód stał na podziemnym parkingu o dość ograniczonym rozmiarze i nie bardzo było miejsce, żeby się dobrze rozepchnąć. Na dodatek, ten podziemny parking jest poniżej poziomu ulicy, więc w grę nie wchodziło wypchnięcie samochodu poza parking i próba ruszenia na popych gdzieś na zewnątrz. A nawet jeśli, to znów, gdyby już udało się uruchomić auto, należało je zostawić na jakiś czas ‚na chodzie’, żeby akumulator się podładował. Sęk jednak w tym, że w ramach oszczędności, paliwa w baku było góra na dwie wycieczki po zakupy i na wycieczkę na stację benzynową. Nie można byłoby więc pojeździć za długo samochodem. Koniec końców, nie pozostało nic innego, jak kupić ładowarkę do akumulatora.

Początkowo pomyślałem, że kupie taką przenośną. Ładuje się ją w domu, idzie do auta, podłącza do akumulatora i bez wyjmowania ustrojstwa, uruchamia samochód. Taką też zarezerwowałem sobie w sklepie. Ale kiedy poszedłem ją odebrać, okazało się, że akurat tej nie mają (mimo, iż teoretycznie była dostępna na stronie internetowej), ale mają inną, tradycyjną, którą mogą mi dać w zamian. Wziąłem. Wróciłem z nią do domu.

Pełni zapału, zjechaliśmy do auta, wyjąć akumulator, wziąć go na górę i podładować przez noc. Niestety, pojawiły się kolejne przeszkody – tym razem w postaci mocowania akumulatora do auta. Nie spodziewałem się, że będzie przykręcony. Oczywiście, nie miałem żadnych narzędzi, bo i skąd. Ledwie jakiś śrubokręt kupiony przy okazji skręcaniabiurka czy półek. Co mogłem poluzować, to poluzowałem, ale samego akumulatora wyjąć mi się nie udało. Brakowało mi kluczy. Był piątek wieczór i nie bardzo była możliwość pójścia do sklepu i kupienia. Całą operację trzeba było przełożyć na następny dzień.

Rano wstałem i przeszedłem się po kilku sklepach w Portlaoise w poszukiwaniu odpowiednich kluczy.
W pierwszym, najbliższym niczego nie znalazłem, udało się w następnym. Szukałem też wody utlenionej, bo chodziło mi po głowie, że jak wyjmuje się akumulator i ładuje się go, trzeba dolać wody utlenionej. Tej nigdzie nie znalazłem. Zawróciłem do domu, wyjąłem akumulator i przytaszczyłem go na górę.

Wyczyściłem (jedna z końcówek ‚+’, była cała zapieniona jakimś świnstwem), poodkręcałem te nakrętki i podłączyłem do ładowarki. Kilka godzin później, mała dioda na ładowarce zmieniła się z pomarańczowej na zieloną, co oznaczało koniec ładowania.

Wzięliśmy akumulator pod pachę, zeszliśmy na dol zamontować go z powrotem w aucie. To też nie okazało się takie łatwe. Jeden kabelek szedł do jednej końcówki, drugi do drugiej ale był jeszcze trzeci. I z nim był problem, bo nie miałem zielonego pojęcia skąd go odkręciłem, a wydawało mi się, że nie należałoby raczej zostawiać go swobodnie.
Ostatecznie przykręciłem go na środek, do śrubki mocującej akumulator do auta. Przykręcając, zamknąłem kluczem obwód z ‚+’ i trochę sypnęło iskrami, ale było ok. Nic poważnego się nie stało. Samochód odpalił i znów jeździ.

Wpis: 915.