Kalendarz

Lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2008

the X-Files: I Want To Believe

I co? I niby cywilizacja, zachód i tego typu stereotypy, a premiera nowych "iksfilesów" dopiero za tydzień. Bez sensu.

Wpis: 912.

Polski Herald


Autorowi gratulujemy zdjęcia i zwycięstwa a Polskiemu Heraldowi korekty.

Wpis: 911.

Borsuki.

Wpis: 910.

Kolejne wcielenie Myszki Miki

Wpis: 909.

Opowieść Edynburska

W sobotę, obudziliśmy się wcześnie rano, około 4-tej. Strzeliliśmy szybką kawkę, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na lotnisko.
Na długoterminowym parkingu natknęliśmy się na problem – automatyczna bramka nie chciała nas wpuścić mimo, iż wykupiliśmywcześniej postój na dwa dni. Wklepywałem kod ale to nic nie dawało – w końcu wziąłem bilet, który musiałbym później, przy wyjeździe opłacić płacąc tym samym za parking podwójnie. Tak czy inaczej, był to jedyny sposób, żeby się dostać na postój.
Z parkingu autobus podwiózł nas na lotnisko. Fajnie się czuliśmy podróżując jedynie z bagażem podręcznym. Było o wiele wygodniej i lżej. Do tego też o wiele mniej stresu z nadawaniem bagażu, staniem w kolejkach etc. Nie mówiąc o tym, że nie musieliśmy w ogóle martwić się o odprawę, bo jej nie przechodziliśmy. Nie musieliśmy być 2 godziny przed startem. Wystarczyło upewnić się, że wyrobimy się na czas – nie przegapimy odlotu.
Na lotnisku spokojnie przeszliśmy przez bramki bezpieczeństwa, pochodziliśmy chwilę po strefie bezcłowej i poszliśmy do poczekalni. Kilkanaście minut później siedzieliśmy w samolocie.

Sam lot trwał niesamowicie krótko. Ledwo oderwaliśmy się od ziemi, wznieśliśmy na odpowiednią wysokość, gdzie pozwolono nam odpiąć pasy (ja i tak nie odpinam – na wszelki wypadek), stewardesy wyszły podać kawę, a pilot powiedział, że za klikanaście minut lądujemy, mamy zapiąć pasy i „przygotować się [do lądowania]”.Nie minęło 40 minut od startu i już byliśmy na miejscu.

Piotrek już na nas czekał. Zaraz poznaliśmy jego żonę – Magdę i zapakowaliśmy się do auta. Na początek, pojechaliśmy w okolice dwóch słynnych szkockich mostów – Fort Road & Forth Rail Bridge.

Forth Rail Bridge, to – jak sama nazwa wskazuje – most kolejowy. Wybudowany gdzieś pod koniec XIXw., stalowy, ciągnący się na długości 14 kilometrów, łączący Edynburg (na południu) z rejonem Fife (na północy). Do tej pory uważany jest za przykład szkockiej myśli inżynieryjnej i przykład zwieńczenia rewolucji przemysłowej. Raz po raz jest remontowany, by zachował swoją użyteczność i wiąże się z nim anegdota ludzi odnawiających go, która mówi, że: „gdy pracuje się na moście i akurat przejeżdża pociąg, należy odwrócić głowę, na wypadek, gdyby któryś z pasażerów akurat przebywał w toalecie”.

Forth Road Bridge, z kolei, to młodsza budowla. Również duma Szkocji. Niestety, w tym wypadku szkoccy inżynierowie nie popisali się i z tego, co mówił Piotrek, most jest już na granicy swojej wytrzymałości. Bardzo się chwieje przy podmuchach wiatru (a tam wieje dość często i mocno) a przy gwałtowniejszych wichurach wywraca jadące nim samochody czy ciężarówki. Podobno są plany, żeby go rozebrać i postawić zupełnie nowy, ale to tylko plany, bo nie bardzo wiadomo, co zrobićw czasie, gdy nie będzie żadnego mostu. Żeby ograniczyć trochę jego zużycie, na pewnien czas wprowadzono myto za przejazd w jedną stronę, ale ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu. Jak się można domyślać, most jest ciągle zakorkowany i jest bardziej widowiskowy niż użyteczny.

Później pojechaliśmy do miejscowości Linlithgow, gdzie zjedliśmy śniadanie w miejscowej knajpeczce i obeszliśmy sobie tamtejszy pałaco-zamek dookoła.
Knajpeczka była wyjątkowo sympatyczna – taki malutki barek bistro z dwoma, może trzema stolikami (plus jednym na zewnątrz) kelnerem i całkiem przyjemnymi kanapkami. Zamówiliśmy sobie po kawce i bułce ze wszystkim co się dało, porozmawialiśmy chwilę, zapłaciliśmy pierwsze funty i przeszliśmy się do pałaco-zamku.
Mieliśmy wielkie szczęście, bo trafiliśmy na świetną pogodę. Słyszeliśmy od Magdy i Piotrka, że w Szkocji ciągle pada, leje albo jest mokro (jakbyśmy skądś to znali) i że naprawdę nam się udało, bo bali się, że nasz pobyt skończy się na ślęczeniu w domu bądź pubieze względu na tzw. pogodę butelkową. W każdym razie, na aurę przez cały pobyt nie mogliśmy narzekać. Było ciepło, słonecznie i sympatycznie. Ale wracając do pałaco-zamku.

Obeszliśmy go na około. Nie wchodziliśmy do środka, bo wejście kosztuje a nie chcieliśmy za bardzo szarżować z wydatkami. Pałaco-zamek, jak to pałaco-zamek. Całkiem przyjemny, zadbany, na oko może z XV wieku. W historię się nie wczytywaliśmy. Położony na niewysokim, trawiastym pagórku.Otoczony jeziorkiem (z wędkarzami, kaczkami i łabędziami). Trawka oczywiście przystrzyżona co do milimetra, czysta i zielona. Wylegiwali się na niej turyści.
Przed bramą zrobiliśmy sobie zdjęcie. Ciekawostką było, że akurat zaczęły zjeżdżać się stare samochody. Pewnie odbywał się jakiś zlot czy coś. Swoją drogą, to dość popularne tutaj. Raz po raz widać sznury starych, dostojnych aut.
My, tymczasem, ponownie zapakowaliśmy się w samochódGrabowieckich i objeżdżając Edynburg, pojechaliśmy do nich do domu. Zostawiliśmy tam pojazd, napiliśmy się soku i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Z Niddrie, gdzie mieszka Piotrek, wzięliśmy autobus, żeby przejechać kilka przystanków i dotrzeć na Duddingston. Już w trakcie podróży, nad głowami złowieszczo majaczyła nam góra – Arthur’s Seat. Zanim jednak zmierzyliśmy się z nią, Piotrek pokazał nam najstarszy pub w okolicach Edynburga – the Sheep Heid Inn.
Tak na dobrą sprawę, nie różnił się za bardzo od innych starych pubów i nawet od tych nie tak starych, irlandzkich pubów też się nie różnił, wystrojem czy ofertą, ale świadomość, że weszło się do miejsca, które już od prawie siedmiuset lat daje strawę i napoje wędrowcom, robiło wrażenie. Do tego, w pubie zamiast szafy grającej, stało takie urządzenie (nazwy nie znam, może nie pamiętam), doktórego wkładało się zwoje papieru z wyciętymi odpowiednio dziurkami i to urządzenie z tego papieru odtwarzało muzykę. Coś, jakby katarynka, ale nie jestem pewien. Nie wiem też, czy to urządzenie jeszcze działało, ale wyglądało super. Tak samo, jak super wyglądał zbiór tych zwoi papieru z zapisaną na nich muzyką.

Zobaczywszy the Sheep Heid Inn, zaczęliśmy wspinać się na Arthur’s Seat – najwyższe wzniesienie na terenie Edynburga. Podejście było strome, trwało może ze 20 minut góra, ale wymęczyło nas doszczętnie.
Moja kondycja wystawiona została na wielką próbę i już w połowie drogi okazało się, że siedzący tryb życia nie popłaca. Co się zmachałem, spociłem, to moje. Lało się ze mnie strumieniami, nie mogłem złapać oddechu i generalnie byłem wycieńczony. Ledwie wdrapałem się na sam szczyt. Ale ogólnie było warto. Widok na miasto, zatokę i okolicę był wspaniały.
Później nie zostało nam nic innego, jak zejść do miasta.

No a miasto jest piękne.

Na początek przeszliśmy jakimiś uliczkami i dotarliśmy do szkockiego parlamentu. Budynku postawionego niedawno i będącego kolejną chlubą narodową. Całość jest dość współczesna, betonowo szklana i zbudowana przez szkockich inżynierów, co oznacza, że już nadaje się do przebudowy. A to dlatego, że wymyślili sobie oni, szkoccy inżynierowie, że nad główną salą obrad ze stropu będą zwisały jakieś belki niczymniezabezpieczone. I te belki, a właściwie jedna z nich, któregoś razu się oberwała i o mało co nie zabiła jakiegoś parlamentarzysty. Budynek parlamentu oczywiście, jest otwarty dla publiczności, bowiem posłowie mają służyć ludziom a ludzie mają prawo spojrzeć, w jakich warunkach ci posłowie im służą. Innymi słowy, można sobie wejść z ulicy i obejrzeć budynek od wewnątrz (co – zdaje się – jest nie do pomyślenia u nas, przy Wiejskiej). Korzystając z okazji, weszliśmy do środka.
Zaraz po przejściu przez bramkę bezpieczeństwa, widzieliśmy jakąś wystawę poświęconą parlamentyzmowi w ogóle, parlamentyzmowi szkockiemu, układowi sił etc. Potem poszliśmy na salę obrad. Drewniane stoliki, drewniana mównica, drewnianeżaluzje. Wszystko schludne i jakieś takie sympatyczne. Na środku jest trąbka, ale nie mam pojęcia do czego może służyć. Pewnie jest z nią związana jakaś historia, albo coś, ale nie wiem.

Jak wyszliśmy z Parlamentu, poszliśmy następnymi uliczkami w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Była już kolejna godzina, jak byliśmy na nogach (wstaliśmy przecież koło 4-tej rano) i zaczynaliśmy czuć się trochę zmęczeni. Potrzebowaliśmy coś przekąsić, by nabrać sił na dalszą część dnia. Piotrek niezamierzał nam odpuszczać i zaplanował nam każdą chwilę. Chodziliśmy sobie uliczkami Edynburga i szukaliśmy jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy coś przekąsić.

Uliczki Edynburga są super. Sam Edynburg, w ogóle, jest zbudowany wielopoziomowo. Coś, co jest parterem od strony jednej ulicy, może być trzecim piętrem od strony drugiej ulicy. Różnica poziomów na bardzo niewielkiej przestrzeni jest tu znaczna. Co chwila spotkać można przejścia w dół, uliczki biegnące mniej lub bardziej stromo w górę. Kamienice starające się łączyć te poziomy. I to wszystko wybudowane w późnym średniowieczu.
Po takiej wędrówce, z całą stanowczością mogę stwierdzić, że jest Edynburg jest świetny. „Starówka” (nazwijmy to) jest po prostu nie do opisania. Można by spędzić na niej kilka dni i tak nie zobaczyłoby się wszystkiego. A z zachwytu można zatrzymywać się raz po raz. Prawie każdy budynek ma coś w sobie i gdyby chcieć robić wszystkiemu zdjęcia, setek klisz nie starczyłoby.
W każdym razie, krążyliśmy po centrum, po tych uliczkach i przesmykach szukając jakiegoś miejsca, żeby coś zjeść.
Zdecydowaliśmy się na ‘fast-food’, bo najszybciej i najtaniej. Poza tym, Piotrek obiecał nam tradycyjną, szkocką kaszankę wieczorem.Szkoci tę kaszankę przyrządzają na jakiś swój sposób. Nazywają ją „Haggis” i wrzucają w nią wątrobę, serce i płuca owcy, mieszają to z cebulą, mąką, tłuszczem i duszą we ‘flaku’ z owczego żołądka.
Opis może mało apetyczny, ale smak zwykłej kaszanki. Podają to z ziemniakami i rzepą. Wracając jednak do centrum Edynburga, znaleźliśmy malutką jadłodalnie w jedym z takich przejść w dół, zabunkrowaliśmy się na chwilę i posililiśmy się hamburgerem z frytkami.

Po posiłku poszliśmy dalej. To znaczy znowu chodziliśmy po „Starówce” i zachwycaliśmy się budynkami i ludźmi. Grabowiecki opowiadał nam o tym, że mają w Edynburgu co chwila festiwale, wystawy, koncerty, że przyjeżdżają polskie zespoły, że się dzieje. Nieustannie, ciągle coś się dzieje, a nawet, jak się nie dzieje, to i tak zawsze jest co robić a nas tylko krew zalewała, bo mamy wrażenie, że Portlaoise jest na tyle zapadłą dziurą, że non-stop nic się nie dzieje, a nawet jak się coś dzieje, to i tak nie warto na to zwracać uwagi. Mniejsza.
Edynburg, nawet poza sezonem był bardzo ożywiony. Na ulicach było wiele turystów, były wystawione jakieś stragany nie było natomiast słychać języka polskiego tak, jakby epidemia wszechobecności Polaków jeszcze nie zaatakowała tego miasta. To był duży plus, że wchodząc do sklepów nie słyszało się polskich sztandarowych okrzyków.
Krążąc po „starówce” minęliśmy pomnik filozofa Hume’a, kobziarzy (podobno miasto płaci im, żeby grali przed gmachem sądu stanowiąc o szkockości Edynburga) i sklep z rycerzem. Wchodziliśmy w kolejne boczne uliczki przekonać się o różnicach poziomu pomiędzy jedną a drugą przecznicą, aż wreszcie dotarliśmy do zamku.

Zamek jest znany z tego, że rok rocznie odbywają się tam jakieś defilady. Żołnierze z różnych państw zjeżdżają się dać pokaz swoich parad. Mają wyjściowe mundury i maszerują po dziedzińcu. Impreza jest na tyle zorganizowana, że na tymże dziedzińcu ustawiono na stałe trybuny z krzesełkami, aby gawiedź mogła podziwiać współczesnych rycerzy. Trybuny wyglądają ohydnie, a gawiedź wcale nie jest gawiedzią, bo – jak mówł nam Piotrek – prawie wcale nie można dostać biletów na taką pokazówkę. Ceny są na tyle odstraszające, że mało kogo na to stać. Na szczęście, całą imprezę pokazuje telewizja.
Obejrzeliśmy więc sobie dziedziniec zastawiony trybunami i mury zamku z zewnątrz. Gdybyśmy chcieli wejść do środka, znowu musielibyśmy płacić, a że jesteśmy skąpi jak – nomen omen – Szkoci, postanowiliśmy oszczędzać na tego typu atrakcjach.
Udało nam się na trochę wejść w mury zamku, ale potem nas zatrzymali i trzeba było się ewakuować. Za nami szła wycieczka Arabów czy innych barbarzyńców i śmialiśmy się (wiem, wiem – głupie żarty), że prawdopodobnie przegapiliśmy ostatnią szansę obejrzenia zamku, po już za chwilę zostaną po nim tylko zgliszcza. Zastanawialiśmy się też, widząc żony Arabów owinięte w te ich chusty, jak potem muszą wyglądać albumy z wycieczek. A już nie daj Boże, jak pojedzie kilka takich żon. Przecież one wszystkie są takie same. Zasłonięte, wyglądające identycznie. Mniejsza…

Zobaczywszy zamek z zewnątrz, zeszliśmy w dół do jakiegoś parku, zobaczyliśmy trójwymiarową mapkę miasta / coś na kształt płaskorzeźby przedstawiającej centrum Edynburga. Minęliśmy imponujący pomnik Waltera Scotta. Po czym Piotrek pogonił nas na kolejne wzgórze. Tym razem jużniższe i mniej wyczerpujące niż to pierwsze, ale i tak dawało się we znaki.
Myślałem sobie wtedy, że po całym tym wysiłku, po przejściu kilkunastu kilometrów i dwóch podejściach wreszcie schudnę. Ale nic z tego. Jak wróciliśmy następnego dnia i się ważyłem, nawet kilogram mi nie ubył. W każdym razie, wleźliśmy na jakąś górę. Pooglądaliśmy kolejne widoczki (Piotrek pokazywał nam poszczególne budynki, ulice a nawet plażę) – trzeba przynać, że miasto wciąż wyglądało super i powoli zaczynaliśmy myśleć o odpoczynku.
Łaziliśmy praktycznie od samego rana, trafiliśmy na fajną pogodę ale mieliśmy też swoją wytrzymałość i należała nam się chwila wytchnienia. Chcieliśmy sobie gdzieś spocząć, napić się zimnegopiwka i chwilę porozmawiać w szkockim pubie.

Zeszliśmy z góry i ponownie wbiliśmy się w centrum. Tym razem chodziliśmy jakby dolnym Edynburgiem. Te wszystkie uliczki, po których krążyliśmy wcześniej były nad nami. Musielibyśmy się wspinać, żeby znowu się na nich znaleźć. Piotrek opowiadalnam, że te wszystkie małe przejścia i przesmyki z góry na dół, dziś mające formę schodów, wcześniej służyły dość potocznym celom – to właśnie nimi spływały wszelkie możliwe ścieki z „górnego” Edynburga na dół, do „rynsztoków”. Dopiero kanalizacja zmieniła taki stan rzeczy. Tak czy inaczej, pochodziliśmy chwilę w poszukiwaniu odpowiedniego lokalu na chwilę odpoczynku, aż znaleźliśmy właściwie miejsce.

Pubik, jak pubik. Typowo wyspiarski – rzec by można. Dywany na podłodze, kanapy zamiast stołków, porządne stoły zamiast byle jakichstolików. Kilka rodzajów nalewanego piwa, dużo butelkowych wódek i whiskey – standardzik.
Spróbowałem trzech tzw. bitterów. Były w porządku. Nie przebiły tym niemniej Guinnessa. Nadal uważam, że to jest najlepsze piwko.
W pubie posiedzieliśmy może ze dwie godziny. Trochę odsapnęliśmy ipostanowiliśmy wreszcie wrócić do domu.
Wzięliśmy angielską taksówkę (takiego typowego ‘caba’ – stary rodzaj taksówek, gdzie kierowca siedzi zupełnie oddzielnie, za szybką i z pasażerami porozumiewa się przez mikrofon) i dojechaliśmy do posiadłości Piotrka i Magdy.

Domekcałkiem sympatyczny. Duży pokój / living room, kuchnia na dole. Na górze dwie sypialnie i łazienka.
Zjedliśmy kolację – szkocką kaszankę Haggis. Posiedzieliśmy jeszcze trochę, pogadaliśmy i w końcu padliśmy spać. Dzień, który zaczęliśmy dość wcześnie, skończył się dla nas w okolicach północy.

Następny dzień, niedziela, też była zaplanowana. Po śniadaniu, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy zobaczyć kalpiczkę Rosslyn. Kapliczka późnośredniowieczna / wczesno renesansowa, wybudowana przez tworzący się w tamtych czasach związek wolnomularski (masoński), pełna różnego rodzaju detali, nawiązań do symboliki tamtych czasów, byłaby pewnie zwykłą kapliczką gdyby nie to, że kilka lat wcześniej pan Dan Brown napisał Kod Leonarda Da Vincii swoją finałową scenę właśnie tam umieścił. Potem nakręcono film i od tamtej pory turyści walą do tej kapliczki drzwiami i oknami. Aż w końcu ją ogrodzili i żądają £7.50 za wstęp. Wybudowali też nad nią dach z blachy i rusztowanie wokół, żeby turyści mogli podziwiać wszystko z bliska. Przez to rusztowanie i dach, [kapliczka] z zewnątrz nie wygląda w ogóle. Wręcz odstrasza. Wydaje się być bardziej dekoracją niż zabytkiem. Wewnątrz ciągle jest tłum ludzi i też niczemu za bardzo przyjrzeć się nie można. Mimo to weszliśmy do środka.

Szczegóły, detale, symbole rzeczywiście mogą robić wrażenie, jak się ktoś tym interesuje. Widać, że chłopakom wolnomularzom się chciało. Wszystko jest starannie zaplanowane, dokładnie wykonane i nawet po tych pięćuset latach trzyma się nieźle. Problem tylko w tym, że mnie to już nie ruszyło. Gdybym odwiedził taką kapliczę w szczytowym okresie studiowania średniowiecza, bardziej bym się przejął. A tak potraktowałem ją tylko jako „obiekt” do zwiedzenia. Przynajmniej takie miałem odczucie. Ale nie popadajmy w marazm.
Obejrzeliśmy kapliczkę, obeszliśmy ją w koło, weszliśmy do malutkiego podziemia i jak nikt nie widział, chcieliśmy zrobić zdjęcie (mimo wyraźnego zakazu). Nawet pstryknąłem, ale nie wyszło. Widać, jakaś klątwa albo coś.
Minęła może godzina, może trochę dłużej i Rosslyn mieliśmy za sobą. Kolejnym punktem dnia miał znowu być Edynburg i centrum. Jechaliśmy tam z nastawieniem na szukanie pamiątek.

Pochodziliśmy trochę po wszelkiego rodzaju sklepach z suvenirami. Naszym łupem padły, m.in kalendarzyk na 2009 rok ze zdjęciami z Edynburga, potwór z Loch Ness i wielki ręcznik ze szkockim smokiem.
Będąc w centrum, chcieliśmy też zachaczyć o tzw. Mary’s King Close. To wycieczka podziemiami miasta. Jak już wcześniej wspominałem, Edynburg jest wielopoziomowy i coś, co z pozoru wydaje się parterem, przy następnej ulicy może być trzecim piętrem. Podobno można się przejść katakumbami, piwnicami ukrytego przed słońcem miasta. Przewodnik odpowiada straszne historie, np. o tym, jak szynkarze – kiedy w Edynburgu byla moda na rozwój anatomii – upijali do nieprzytomnosci bezdomnych i ofiarowywali ich ciała, wzamian za odstępne, studentom, doktorom czy profesorom do badań.

Poszlibyśmy na taką wycieczkę, ale trzea było wcześniej rezerwować miejsca. Najbliższe dostępne było dopiero za kilka godzin, a tylu nie mieliśmy. Ten punkt zwiedzania mamy zatem jeszcze przed sobą. Zahaczyliśmy jeszcze o najstarszą w Edynburgu katedrę, która robiła o wiele większe i lepsze wrażenie niż kapliczka z Rosslyn. Przede wszystkim była szczerze średniowieczna. Bez zbędnych urozmaiceń i miała taką małą (ale wysoką) salkę całą z drewna. To było coś. Gotyk w czystej postaci.
Salka była przeznaczona chyba do jakichś obrad albo posiedzień, nie wydawała się być przeznaczona stricte do modlitw. Pod ścianamimiała rzędy rzeźbionych, drewnianych krzeseł. Na oparciach krzeseł były rzeźby różnych stworzeń. Nad tym wszystkim górowały witraże i miało się wrażenie podróży w czasie. Pamiętając nieudaną próbę z Rosslyn, nawet nie próbowałem robić zdjęć. Po wyjściu z budynku poszliśmy do kolejnego pubiku na kawkę.

Pubik był bardzo przyjemny. Wejście od ulicy i wielki napis: „kibiców i osób w strojach klubowych nie wpuszczamy”. Wewnątrz, standardowo – dywany, stoły, obrazy na ścianach. Cicho, spokojnie, mroczno i chłodno. Można też było przejść przez pubik i wejść do ogródka – wielopoziomowego, usytuowanego na tarasach, z drewnianymi ławami pod drzewami. Bardzo fajne miejsce. Wypiliśmy kawkę, odpoczeliśmy chwilę i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Piotrek zawiózł nas na następne edynburskie wzniesienie. Tym razem jednak, nie musieliśmy się już wspinać. Wjechaliśmy autem prawie na sam szczyt. Na nim znajduje się obserwatorium astronomiczne i tradycyjny punkt widokowy. Spojrzeliśmy ponownie na panoramę miasta. Piotrek z Magdą pokazywali nam, gdzie byliśmy i wydawało się, że dzień wcześniej i w niedzielę obeszliśmy całkiem niezły kawałek miasta.

Do powrotu mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc postanowiliśmy niezjeżdżać do domu, a zahaczyć o plażę.
W Edynburgu bowiem jest wszystko. Są góry, pagórki, super uliczki, zabytki, stare kościoły, katedry, pubiki, restauracje wszystko, wszystko i do tego jeszcze promenada i plaża. Wiadomo, pogoda może nie sprzyja wylegiwaniu sie i opalaniu, ale zawsze można przejść się na spacer, czy zjeść rybkę. Kolejny argument za tym, że Edynburg jest najfajniejszym miastem na świecie. Pokręciliśmy się trochę po plaży (nie zdecydowałem się wejść do wody – mimo wszystko było chyba za zimno) i wróciliśmy do domku Piotrka i Magdy. Zjedliśmy kolację, obejrzeliśmy fragment meczu i kiedy Polacy stracili pierwszą bramkę, pojechaliśmy na lotnisko. Pożegnaliśmy się, zapewniając się, że jeszcze nie raz się odwiedzimy, zapraszając z rewizytą i poszliśmy w swoją stronę.

Wpis: 908.

Dieta.

Zasłyszane w pracy:
 - He’s on a see-food diet. When he sees the food, he eats it.

Wpis: 907.

Walczak 2k8

Wpis: 906.