Kalendarz

Czerwiec 2008
P W Ś C P S N
« maj   lip »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2008

Potwór z Loch Ness

Jedyne prawdziwe, dotąd niepublikowane zdjęcia Potwora z Loch Ness

Wpis: 905.

Ruinair.

Powrót z Edynburga mieliśmy dokładnie zaplanowany: Samolot miał startować o 22:05, lądować przed 23:00. Mieliśmy szybko wsiąć w samochód i w okolicach północy być w domu tak, żeby następnego dnia rano, bezstresowo pójść do pracy. Na lotnisku chcieliśmy być w okolicach 21:00, by wydać ostatnie funty i spokojnie przygotować się do podróży. Udało się zrealizować jedynie pierwszą część planu – dotrzeć na lotnisko o wcześniej założonej godzinie.

Na lotnisku, ponieważ nie mieliśmy ze sobą żadnych bagaży – wycieczka do Edynburga była stricte turystyczna – bramki bezpieczeństwa przeszliśmy bezproblemowo. Pochodziliśmy chwilę po strefie bezcłowej (która – notabene – wcale nie jest już tak atrakcyjna) i poszliśmy do poczekalni, by ostatnie pół godziny przed lotem spokojnie posiedzieć sobie.
Czekaliśmy cierpliwie, kiedy na kilka minut przed 22:00, uroczy głos informacji powiedział nam, że ze nasz lot opóźni się o ponad godzinę i odlotu możemy spodziewać się najwcześniej po 23:00. Dodał jeszcze, że bardzo przeprasza wszystkich pasażerów za wynikłe z tego powodu niedogodności. Nie pozostało nam i innym pasażerom nic innego, jak czekać dalej. Postanowiliśmy jednak pójść na papierosa.
Ponad godzinne opóźnienie bardzo psuło nam plany powrotu, szczególnie w perspektywie roboczego poniedziałku. Nawet, jeśli wystartowalibyśmy po 23:00, wylądowalibyśmy w okolicach północy, to do Portlaoise dotarlibyśmy po 1:00 i na dobrą sprawę, byłaby to najpóźniejsza godzina, kiedy można byłoby jeszcze myśleć, że da radę wstać o 6:00 i pojechać do pracy. Musielibyśmy jednak być pewni, że rzeczywiście dotrzemy do domu w okolicach 1:00. Pewności nie mieliśmy. Poszliśmy na papierosa, co – na lotnisku – nie jest takie proste.
By w ogóle zapalić, trzeba wyjść przed budynek. Oczywiście, najprostsze rozwiązanie, czyli otworzenie którychś z miliona wyjść ewakuacyjnych i zapalenie sobie na zewnątrz nie wchodziło w grę. Trzeba było wydostać się z lotniska do specjalnej strefy dla palaczy – kilka minut drogi. Zapalić. Wrócić na lotnisko, ponownie przejść przez bramkę bezpieczeństwa i dotrzeć do właściwej poczekalni – kolejnych kilkanaście minut drogi. Jeden papieros w takich okolicznościach zajmuje spokojnie 20 min. I dobrze, bo przynajmniej nie siedzi się i nie czeka bezczynnie.
Wypaliliśmy papierosa i wróciliśmy do poczekalni. Zajęliśmy miejsca i czekaliśmy, co stanie się dalej.

Po jakimś czasie uroczysty głoś szkockiej informacji zapowiedział, że lot został odwołany i możemy się wszyscy pocałować w dupę.

Później dodał, że pasażerowie mogą odbierać swoje bagaże z takiego i takiego miejsca, a jak ktoś mia siłę, to może iść do okienka Ryanaira i spróbować starać się o zwrot pieniędzy albo przebukowanie podróży na najbliższy przelot (o ile będą wolne miejsca), ale niech raczej na to nie liczy bo: 1) i tak nie ma okienka Ryanaira w Edynburgu (najbliższe jest w Dublinie); 2) loty Ryanaira są najczęściej wykupione do ostatniego miejsca i prawdopodobnie nie da rady się nigdzie wepchnąć.

Wśród pasażerów zawrzało. Część rzuciła się po swój bagaż. Część poszła do jedynego jeszcze otwartego okienka informacji / obsługi pasażera. Ustawiła się w kolejce. My za nimi.
Porządnie spanikowani, postawieni w nowej sytuacji (o której do tej pory słyszeliśmy z radia albo widzieliśmy w telewizji) po raz pierwszy. Upewniliśmy się, czy gdyby wszystko poszło zupełnie źle i nie odelcielibyśmy wczoraj, moglibyśmy jeszcze raz przenocować u Piotrka, wysłałem też SMSa do szefa, że nie dam rady pojawić się następnego dnia w pracy. Na pewno nie był zadowolony, tym bardziej, że wcześniej niejednokrotnie powtarzał mi, że nie można nie mieć planu ‚B’. Trzeba być gotowym na wszystko etc. Mniejsza…
Ustawiliśmy się w kolejce do jedynego otwartego okienka informacji / obsługi pasażera i czekaliśmy. Reszta pasażerów też czekała. Raczej spokojnie. Jeśli mieli jakieś komentarze, zachowywali je dla siebie. Nikt nie starał się robić burd czy wydzierać się na bogu ducha winną obsługę lotniska. Zaczynałem zastanawiać się, co dalej… Czy uda się odlecieć jeszcze w niedzielę samolotem, który pierwotnie miał nas przerzucić przez Morze Irlandzkie? Czy może od rana podstawią jakiś dodatkowy lot? Może rzeczywiście porozsadzają nas po innych lotach i 200 pasażerów będzie wracało na Zieloną Wyspę kilkunastoma przelotami? Może trzeba będzie zostać tę noc w Edynburgu, rano pojechać do Glasgow, stamtąd jakimś promem do Dublina / Belfastu? Może są z Edynburga jakieś autobusy do Dublina / Belfastu? Może trzeba będzie znaleźć kolejny lot, Aerlingusa czy czegoś innego? Uspokajało mnie to, że na 100% któraś z tych opcji wypali i damy radę dotrzeć do domu, do Irlandii. Uspokajało mnie to, że w razie czego mielibyśmy gdzie przenocować.
Przez cały czas uroczy głos szkockiej informacji przypominał pasażerom, by odebrać swoje bagaże i czekać w kolejce do jedynego otwartego okienka informacji / obsługi pasażera.

W pewnym momencie, zbliżała się godzina 23:30, wśród pasażerów ponownie zawrzało. Na jaw wyszła cała prawda[1] i kto tylko się jej dowiedział, pędził z powrotem w kierunku poczekalni złapać lot do Dublina.
Musieliśmy ponownie przejść przez bramkę bezpieczeństwa, ustawić się w poczekalni. Musieliśmy pokornie czekać, aż podwiozą nas lotniskowym autobusem do samolotu i czekać, aż samolot wystartuje, co ostatecznie udało się dobrze po północy.
Sam lot nie trwał długo – wylądowaliśmy po 1:00. Podobnie odprawa celna w Dublinie, podróż na parking czy wreszcie powrót do Portlaoise.
Ostatecznie, drzwi do domu otworzyliśmy o godz. 3:10. Niedługo później padliśmy spać.
Dawno już miałem tak intensywnych i pełnych wrażeń, wypełnionych po brzegi 48 godzin

————
[1] Co się okazało? Okazało się, że z jednej strony, Dublin wysłał nasz samolot z opóźnieniem (wtedy dowiedzieliśmy się, że mamy ponad godzinną obsuwę w czasie) a z drugiej strony, Edynburg planował sobie na ten wieczór / tę noc remont pasów startowych.
Chłopaki, odpowidzialni za remont, wyszli na pasy zgodnie ze swoim planem. W życiu nie przypuszczali, że jeszcze będzie krążył im nad głową samolot (tak właściwie dwa, bo jeszcze jeden lot był opóźniony tego wieczoru). Pilot z Dublina w życiu nie pomyślałby, że Edynburg odmówi mu zgody na lądowanie. My, pasażerowie, w życiu nie pomyślelibyśmy, że tak przebiegać będzie nasza podróż.
Kiedy samolot z Dublina nie dostał zgody na lądowanie (ze względu na remont pasów startowych) i nakazano mu powrót, nam pasażerom powiedziano, że lot został odwołany. Tym, którzy lecieli z bagażem, kazano go odebrać. Wszystkim polecono pogadać z Ryanairem o ewentualnych odszkodowaniach, rekompensatach czy czymkolwiek.
Kiedy ustawiliśmy się w kolejce i czekaliśmy, co dalej – lotniska w Edynburgu i Dublinie, a także Ryanair, kłóciły się niemiłosiernie i w końcu zwyciężył zdrowy rozsądek. Dublinowi i Ryanairowi udało się przekonać Edynburg, by ten na moment przerwał swoje prace remontowe tak, żeby nasz lot mógł wylądować, zabrać pasażerów i zniknąć. Prawdopodobnie poszło o kasę. Mniejszą tracił Edynburg na chwilowym zaprzestaniu remontu płyty lotniska, niż na wypłacaniu wsyzstkim pasażerom i pewnie Ryanairowi odszkodowania za szkody wynikłe z całkowitego odwołania lotu.
Mieliśmy to szczęście, że nie mieliśmy ze sobą bagażu. Ci, co mieli i co zdążyli go odebrać (na wyraźne polecenie obsługi lotniska) zostali z niczym, bowiem nie działay już punkty nadawania bagażu i na dodatek wszystko było robione w pośpiechu, więc nie było szans, żeby samolot zabrał na pokład te wszystkie walizki czy torby (poza podręcznymi, ma się rozumieć). Takim pasażerom powiedziano wprost: Lecicie sami i zostawiacie bagaż, a on przylatuje jutro z pierwszym lotem Ryanaira do Dublina albo zostajecie razem z bagażem i liczycie na to, że następnego dnia rano nie będzie kompletu w samolocie. Mam wrażenie, że większa część osób poszła na to pierwsze rozwiązanie. Lot, w każdym razie był prawie pełen.
I jeszcze mała dygresja – leciało z nami towarzystwo młodych Irlandczyków z rodzinami (opiekunami). Coś, jakby ktoś organizował osiemnastkę (czy raczej 21-wsze, poważniej obchodzone tutaj, urodziny). Ekipa była podpita, głośna niekiedy nawet rozśpiewana. Przez chwilę taki lot, przypomniał mi te wszystkie powroty 158 czy innymi nocnymi autobusami, gdzie brygadzie nawalonych osób wydawało się, że są super, bo potrafią na głos cytować dialogi z "Rejsu" albo "Misia" czy też śpiewać mniej lub bardziej sprośne przyśpiewki. Mniejsza…

Wpis: 904.