Kalendarz

Maj 2008
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

Miesięczne Archiwa: Maj 2008

O podróżach bez biletu.

Jak co dzień, wychodzę z pracy. Wsiadam do „swojego” autobusu, zajmuje „swoje” miejsce. „Mój” kierowca rusza. Jedziemy ulicami Dublina. Podróż przebiega spokojnie.
Zbliżamy się do ronda Szalonej Krowy. Słyszę, że kierowca dostaje SMSa. Mówi coś pasażerowi siedzącemu z przodu.
Facet wstaje. Przechodzi pomiędzy siedzeniami i mówi:
- Jak ktoś nie ma biletu, to teraz jest pora żeby kupić. Zaraz za rondem wsiądzie kontrol.
Kilku pasażerów podnosi sie z miejsc. Kupują bilety. Na przystanku za Szaloną Krową wsiada jeszcze jeden podróżny. Porozumiewawczo spogląda na kierowcę.
Za nim wsiada kontroler.

Zazwyczaj większość pasażerów kupuje bilety. Choć trzeba powiedzieć, że kierowca tego nie ułatwia.
Przed przyjazdem do Polski, kiedy nie było sensu, żebym kupował bilet tygodniowy, wchodząc do autobusu prosiłem o bilet powrotny. Za pierwszym razem, kierowca tylko spojrzał się na mnie i powiedział: „siadaj, synu”. Drugiego dnia spojrzał się ponownie i słysząc, że nalegam sprzedał mi bilet ulgowy mówiąc tylko: „nie przejmuj się”.
Dzisiaj, gdy rano chciałem kupić bilet, kierowca tylko popatrzył się rozbrajająco i powiedział: „maszyna [do wyadawania biletów] nie działa, siadaj synu”. Nie jest łatwo kupić bilet.

Konsekwencje jazdy bez biletu, tym niemniej, nie są przerażające. Przynajmniej dla pasażerów.
Dotychczas, gdy kontrol przyłapywał kogoś na jeździe na gapę, mówił tylko: „idź no, kup bilet i niech to się więcej nie powtórzy”. Nie było mowy o żadnych mandatach czy innych nieprzyjemnościach. Niemiło było tylko kierowcy, bo wedle tutejszego zwyczaju, to on jest odpowiedzialny za swoich pasażerów i za to, by płacili za przejazd. I tak, kiedy okazywało się, że kilkoro pasażerów jedzie za darmo, kontrol zatrzymywał autobus, wychodził z kierowcą na zewnątrz i coś impulsywnie sobie tłumaczyli. Gdy kierowca wsiadał potem do autokaru i ruszał w dalszą drogę, nigdy nie był już w dobrym nastroju.

Wpis: 903.

Nie udało się.



Mój faworty, Indyk Dustin, przerżnął półfinały Eurowizji. Niestety.

Wpis: 902

Radio Armageddon

Radio Armageddon Od czasów pierwszych Cool Kids of Death nie było niczego, co trafiłoby tak idelanie w moje zapotrzebowanie na popkulturę. Melodie chłopaków, ale też i teksty, bardzo przypadły mi do gustu. Doceniałem wtedy to, że wpasowali się w pewną niszę i wypełnili ją po brzegi.
Te kilka lat temu zdawało się, że tego właśnie wszyscy, od zatrutego świata muzycznego, przez dziennikarzy, do podstarzałej młodzieży, oczekiwali. Cool Kids of Death dały wypracowany i wyrachowany produkt na miarę i potrzeby ówczesności. Dziś to samo – wg mnie – robi Żulczyk.

Choć jestem dopiero w 2/3 książki i dawkuję sobie końcówkę na przyszły tydzień, już teraz mogę napisać, że Żulczyk się we mnie wstrzelił. Sposób, w jaki pisze (poplątanie Teraz z Wcześniej, różne narracje); słowa, których używa (terminologia współczesności z tysiącami odniesień do „Majspejsów”, „Gadu”, „Jutubów” i in.) i to, o czym pisze są czymś, na co miałem ochotę. Dostałem od niego produkt kompletny – taki, jaki chciałem. Miałem potrzebę na niezobowiązującą historyjkę młodzieżową, na modłę opowiastek Niziurskiego czy Bahdaja, umiejscowioną w dzisiejszej rzeczywistości i właśnie coś takiego sprzedaje mi Żulczyk. Opowiada o grupie muzycznej Radio Armageddon, której lider miał ochotę skończyć z buntem („koniec z buntem, bunt na sznur!”) dostępnym w markowych sklepach i popularnych stacjach radiowych. Miał zamysł wywołać rewolucję. Swoisty koniec świata

Nie. Nie jest to pomysł odkrywczy, czy nowy. Wydaje mi się, że każdy, albo przynajmniej większość, przeżywa w pewnym momencie takie olśnienie. Tak się jakoś składa, że najczęściej zdarza się to w okolicach osiemnastego roku życia, w okresie, o którym pisze Żulczyk. Sam pamiętam, jak wydawało mi się, że wszystko jest złudzeniem („telewizja kłamie a oryginały nie istnieją”), spiskiem ogólnoświatowych korporacji, sprzysiężeniem zła przeciwko jednostce. Były manifestacje, głośno i z przekonaniem krzyczane hasła, koncerty zespołów „anty-”, była czytana literatura podsycająca nastroje, były czarne bluzy z kapturem i było zaangażowanie.
Później to wszystko minęło, chyba większości mija, i tylko z lekką trwogą patrzyło się na młodsze pokolenia, którym jeszcze nie przeszło. Szczególnie mając na uwadze rozczarowanie, które towarzyszyło okresowi zmiany i późniejszej adaptacji do „normalnego” życia. Mniejsza… W każdym razie, raz na jakiś czas potrzebuję czegoś, co mi przypomina tamte czasy i sprawia, że znów – nawet jeśli tylko przez chwilę – czuję się, jakbym miał siedemnaście lat i odpowiedzialność za nawracanie świata na swoich barkach. Niestety, nie będąc już młodzieżą, nie budzi się to we mnie samoistnie. Muszę kupować substytuty. Namiastki, tabletki na bycie „Przeciwko wszystkim, przeciw wszystkiemu, przeciwko tobie i sobie samemu (…)”. Taki specyfik, kilka lat temu sprzedali mi Cool Kidsi, to samo dziś robi Żulczyk.

Po sześciu latach, znów czuję w sobie duszę anarchisty, mam ochotę przechodzić skrzyżowania w poprzek a już na pewno na czerwonym świetle. Czytam Radio Armageddon i chcę, kurwa, mordować!

Wpis: 901.