Kalendarz

Luty 2008
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
2526272829  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Luty 2008

Nastała jasność.

Mija miesiąc, jak wciąż czekamy na Internet od lokalnego TelePSA. Cholery można się nabawić i czasem ciążko wściekłość opanować, ale na monopolistę nie wynaleziono jeszcze rady.
Za każdym razem, jak do nich dzwonię, odbiera inna osoba i za każdym razem muszę tłumaczyć o co mi chodzi i dlaczego w ogóle ośmieliłem się ich nękać. Najgorzej było wczoraj – rozmawiałem z przedstawicielką jakiegoś plemienia afrykańskiego, mówiącą w niezrozumiałym narzeczu. Nigdy może nie mogłem nazwać siebie tolerancyjnym, ale mając coraz częściej do czynienia z murzynami wszelkich maści, pozbywam się resztek wyrozumiałości. W każdym razie, panna Rosemary (czy jak jej tam) naobiecywała mi, że już niedługo, że góra tydzień i będzie sygnał w gniazdku, że ruter już wysyłają i naprzepraszała się – i słusznie.
Nam nie pozostaje nic innego, jak czekać. Przynajmniej usłyszałem jakąś datę.

Adresy w innych instytucjach pozmieniane. Już chyba nic nie powinno się ciągnąć za nami. Nie było łatwo, ale też niespecjalnie ciężko. Problemy – jeśli można o nich mówić – wynikały nie z nieprzychylności urzędników / ludzi z działów obsługi klienta ile raczej z wrodzonej irlandzkiej wygody (czyt. godzin pracy, które pokrywały się akurat z moimi godzinami pracy). Ciężko było kogokolwiek zastać po siódmej wieczorem. W sumie, nie dziwię się. Mnie też nie chciałoby się odbierać telefonów od petentów sfrustrowanych całym dniem poza domem. Ale, ale… Koniec końców wszystko pozamiatane / pozałatwiane. Jeszcze kilkanaście dni buforowych na przypomnienie sobie o ewentualnie zaległych sprawach i będę mógł uznać, że przeprowadzka dobiegła końca.

Plan jest taki, żeby nie ruszać się z tego miejsca już w ogóle. A przynajmniej do momentu, kiedy w PL coś drgnie. Coś, to znaczy albo zostanie zniesiony obowiązek meldunkowy, dzięki czemu po przeprowadzce do PL nie będę musiał zgłaszać WKU, że wróciłem albo zniosą wreszcie obowiązkową służbę wojskową i – co ważniejsze; – ogłoszą abolicję dla starszych rocznikiem poborowych. Bo co mi po tym, jak nie będzie nowych nagonek, jak wciąż będę podlegał staremu prawu? To tak, jak z ludźmi zarabiającymi w GB między 2004 a 2006 bodajże rokiem. Niby od jakiegoś czasu nie trzeba rozliczać się podwójnie z Urzędem Skarbowym, ale nigdzie nie słyszałem / czytałem, żeby ogłoszono abolicję podatkową. Mniejsza.
Plan jest taki, żeby nie ruszać się z tego mieszkania, dopóki nie pojawi się teoretyczna możliwość powrotu do kraju. Jak taka się pojawi, wtedy trzeba będzie usiąść i ją przemyśleć. Bo to różnie za te kilka lat (o zniesieniu obowiązkowej służby wojskowej mówi się od dawna, a ostatnią zapowiadaną datą, jaką znalazłem, był rok 2010-ty) może być. Się zobaczy.

W pracy, jak w pracy – raczej zabawnie. W poniedziałek padła nam strona i w ogóle cały serwer, a że jesteśmy firmą z grubsza internetową, to i cała praca padła nam w ogóle. Mieliśmy prawie osiem godzin na robienie tego wszystkiego, na co zazwyczaj nie ma czasu – porządkowanie sklepu. Podobnie było we wtorek. Dopiero późnym popołudniem udało się przywrócić stronie funkcjonalność. Teraz czekamy na dalszy rozwój wypadków.
Ciekawostką w tym wszystkim jest to, że pomimo tego, iż w od poniedziałki do wtorku, przez ponad 24 godziny strona nie działała, komuś udało się złożyć zamówienie on-line. Jak tego dokonał? Nie mamy pojęcia. Nawet za bardzo nie chciało nam się zastanawiać. Z naszego punktu widzenia ważne jest to, że transakcja została zrealizowana i można było spokojnie klientowi wysłać jego towar.
Złą wiadomością natomiast jest to, że nawet jednodniowy przestój wyraźnie odbił się na obrotach firmy. Cóż – bóg ekonomista nie próżnuje.

W weekend poszliśmy sobie na koncert. Nie było źle. Na tyle rzadko wyłazimy do pubów (kwestia chłodu i ciemności), że każde właściwie wyjście byłoby / jest okej. Grał jakiś zespół, potem Daniel a na koniec We Should Be Dead. Ten ostatni zespół jest tu dość znany, nawet byli nominowani do jakiejś tam nagrody (nie wiem czy ją zdobyli, przypuszczam, że nie, bo w przeciwnym razie wiedziałbym) i wydali profesjonalną płytę.
Przy całej sympatii do Daniela i jego zespołu, nie dało się nie zauważyć, że WSBD było o niebo lepsze. Mieli chwytliwsze piosenki, więcej życia w muzyce i haryzmy w wykonawcach. Jak mnie najdzie, to może nawet sprawię sobie ich płytę.

A w ogóle, to nastała jasność. Po czasach irlandzkich ciemności, wreszcie kiedy wsiadam do autobusu albo wysiadam wieczorem, nie jest już tak przygnębiająco. I to jest dobre. Zbliża się moment, kiedy znów podróż wte i wewte nie będzie tylko przykrym, najczęściej przesypianym obowiązkiem a może ponownie stanie się okazją by coś przejrzeć / przesłuchać.

Et de hic hactenus.

Wpis: 884.

Eurowizja, ciąg dalszy.

No to Indyk Dustin jedzie na Eurowizję… Jak dla mnie musi wygrać. Inaczej się nie da. Nie widzę dla niego godnego przeciwnika. Chyba tylko Bolek i Lolek albo Wilk i Zając mogliby mu sprostać, ale chyba się nie wybierają.

Wpis: 883

No need for speed – film drogi.



UWAGA!
Długie, nudne i nic się nie dzieje!

Wpis: 883.

W pracy.

- Chciałbym złożyć zamówienie…
- Proszę bardzo, co chciałby pan zamówić?
- …
- Okej, mogę prosić pana dane? Nazwisko…
- Przeliteruję je panu: di aj si kej
- …

Wpis: 882.

Dorosłość.

Tydzień mija w pracy. Od rana, do nocy poza domem.
W czwartek umawiamy się ze znajomymi na sobotę (gdzie spontaniczność?).
W sobotę wybieramy się do innego miasta na całonocną posiadówę przy piwku.
W niedzielę wracamy zregenerować się przed kolejnym tygodniem poza domem.

Brakuje, żebyśmy zamiast na posiadówy przy piwku umawiali się na obiady albo kolacje a wcześniej martwili się komu zostawić pod opieką dzieci.

Wpis: 881.

Eurowizja 2008

Jak donosi BBC, jednym z tegorocznych kandydatów i jednocześnie faworytem Irlandii na konkurs Eurowizji, jest Indyk Dustin. Zgłoszona do konkursu piosenka brzmi tak:

Tymniemniej, duża część zawodowych pieśniopisarzy oponuje.

Wpis: 880.

Piątkowe popołudnie, prawie wieczór.

Jadę autobusem, będzie kilka dni temu, w piątek. Standardowo – wracam z pracy. Siadam, wyjmuję kanapkę, włączam radio. Autobus rusza. Biorę pierwszego gryza. Siedzący przede mną pasażerowe podają mi jakąś kopertę. Zdziwiony patrzę na nich, potem na kopertę. Kątem ucha słyszę: „przeczytaj i podaj dalej”. Czytam:

Pan James O’Reilly[1] ma zaszczyt zaprosić współpasażerów autobusu
na ślub swojej córki, Panny Margaret O’Reilly z Panem Robertem O’Sullivanem,
który odbędzie się za tydzień w sobotę o godzinie 4:00 p.m.,
w kościele p.w. Matki Boskiej Irlandzkiej,
w miejscowości Staplestown, hrabstwo Carlow.

Irlandzka uprzejmość i bezpretensjonalność. Wcześniej wszyscy pasażerowie autobusu robili zrzutę na prezent gwiazdkowy dla kierowcy. Tym razem, jeden z nas zaprasza całą resztę na ślub swojej córki. Żałuję, że nie zapamiętałem dokładnie kto, gdzie i kiedy. Z przyjemnością pojechalibyśmy.

————
[1] James O’Reilly – nazwisko, jak i wszystkie następne, zmyślone.

Wpis: 879 – errata.

Polityki nie kumam, filozofii nie rozumiem.

Zainspirowany kolejnym tematem na dyskusję blogową, postanowiłem napisać, co następuje: Szczęśliwie przebywam 2242kilometry od tego wszystkiego i mam 100 dni rządów Tuska głęboko w dupie. Zainteresuję się doperio wtedy, kiedy ogłosi amnestię dla poborowych, którzy wyjechali szukać szczęścia za granicą. Jeśli tego nie zorbi, kolejne 100, 200 czy 500 dni jego rządów (o ile przetrwa) też będę miał w dupie.

Wpis: 882.

W dupach nam się od tego pobytu w IR poprzewracało.

Wyprowadziliśmy się z Rockview i mieszkamy teraz „na własnym”. Nie do końca, bo wciąż wynajmujemy, ale przynajmniej nie dzielimy mieszkania z nikim.
Była masa kłopotów z wyprowadzką, z przeniesieniem wszystkiego z jednego miejsca na drugie. Ostatecznie potrzebne były dwa kursy. Nie przypuszczaliśmy, że tyle różnego rodzaju rupieci uzbieraliśmy przez ostatnie półtora roku. Teraz mamy kłopoty – głównie z powodu braku czasu – z podłączeniem Internetu (wersja optymistyczna 4 tygodnie, o wersji pesymistycznej nie chcę nawet myśleć), telewizji (wciąż nie wiem do jakiego operatora się zgłosić). Do tego trzeba doliczyć jeszcze dzwonienie po bankach, telefonii i wszystkich innych instytucjach[1] z informacją o zmianie adresu.
Mieliśmy za to całą kupę radości z urządzania się w nowym mieszkaniu. Gdy już tylko udało się wszystko (prawie wszystko, trzeba było zostawić kilka rzeczy – nie zmieściły się do auta) przewieźć i wyrzucić na środek, całe popołudnie zajęło nam rozkładanie poszczególnych przedmiotów na ich nowe miejsca. Wprowadzaliśmy swoisty, taki na skalę mikro, „New World Order”. Nadal mamy uśmiech przekraczając próg „własnych” czterech ścian. To świetnie wpływa na samopoczucie. Był taki moment na Rockview, że i tamto miejsce traktowaliśmy jak swoje. Głównie przez zasiedzenie i panujące akurat lato, ale nie da się tego porównać z obecnym. Tu nigdy nie będzie tak, że jako nasze będziemy je traktować tylko sporadycznie. Tu zawsze, a przynajmniej przez pół roku, bo na tyle wstępnie podpisaliśmy umowę, będziemy czuli się jak u siebie, jak w całości przez siebie urządzonym miejscu.
Z tej radości kupiliśmy przenośną lodóweczkę na 24 browary i odtwarzacz DVD w cenie zgrzewki piwa. Trzeba było oszczędnie, bo cała przeprowadzka nieźle dała nam się we znaki.

Różne przygody rzuciły nas na tydzień, na wakacje do Mullingar, do Radzika. Spędziliśmy tam kilka dni i nocy i źle nie było. Uwolniliśmy się od atmosfery Portlaoise i poznaliśmy pierwszych miłych i normalnych. Niezakompleksionych, bezpośrednich i bezpretensjonalnych. Mamy zamiar odwiedzić ich w przyszłym tygodniu, potem może za kolejne kilka. Chcielibyśmy podtrzymać kontakt.

W pracy, jak to w pracy, okres poświąteczny, mało radosny. Szef robi bilans i wścieka się, gdy księgowi przedstawiają mu finanse. Widzi w nich – i finansach i księgowych – samych wrogów, co wcale niedwuznacznie odbija się na atmosferze panującej w firmie. Na szczęście zarówno Wojtek jak i Peter 1 zapewniają, że tak jest rok rocznie i to kwestia przeczekania. Czekam zatem. Choć trzeba przyznać, że bywa naprawdę nieciekawie.

Na dodatek, w dupach nam się od tego pobytu w IR poprzewracało. Jechaliśmy sobie ostatnio na przejażdżkę w pobliskie góry. Góry, to może za duże słowo… Mają nie więcej niż 400, 500 m.n.p.m. Na szczęście są blisko (10 min. drogi) i przez ich środek prowadzi wąska droga, więc nie trzeba wysiadać z auta, tylko można uprawiać zmotoryzowaną turystykę górską (a brzuch rośnie – 90kg już dawno mam za sobą). I tak sobie jechaliśmy po tych górach, słońce nad nimi świeciło, bezwietrznie, było dobre 10 – 12 stopni na plusie i mi się wtedy pomyślało: „Zimno”.
Dopiero później uświadomiłem sobie – kurde, jest druga połowa stycznia, jeszcze dwa lata wcześniej zapadałbym się w śniegu albo taplał w błocie pośniegowym, przeklinałbym warunki atmosferyczne i marzł na minus trzydziestostopniowych mrozach, a dziś narzekam, że jest ledwie 10 stopni na plus? Że jak wysiadam z auta i idę do domu parę kroków to „marznę”? Niesamowicie się człowiek zmienia pod wpływem wygody. Konsumpcjonizm, dogórybrzuchemleżenie, życie leniwe w sensie nieruchliwości.
Jak się tak nad tym zastanowić, to w ogóle się nie ruszam. Rano wstaję i idę kilka minut na przystanek, siadam w autobusie. Siedzę około godziny. Potem idę kilka minut do pracy i siadam za biurkiem, siedzę dziewięć godzin z przerwami na siku czy papierosa. Dalej wstaję, idę jeszcze krócej do autobusu i siadam. Jadę ponad godzinę. Wracam kilka minut do domu i siadam do kolacji / komputera / filmu (niepotrzebne skreślić) i na koniec się kładę spać, żeby następnego dnia wstać rano. I tak w kółko. Siedem dni w tygodniu. Czasem tylko zmienia się autobus na samochód, bo trzeba zrobić zakupy. Ale jakby po supermarkecie można było jeździć autem, to pewnie i z tego bym korzystał… 90kg już dawno mam za sobą. Mniejsza.

———-
[1] Mam za sobą m.in. telefonię, gdzie infolinię opanowała hinduska zaraza. Dogadać się z takimi naprawdę ciężko. Polskiego nie znają i na dodatek słabo rozumieją polsko-angielski. Literowanie nowego adresu, w dodatku z pamięci, było dość wyczerpujące.

Wpis: 881.