Kalendarz

Styczeń 2008
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2008

Najbardziej dołujący dzień w roku.

Poszliśmy w sobotę na film Alien Vs. Predator – Requiem. Film, który miał nie mieć fabuły, miał nie prowokować do przemyśleń czy zadawania pytań. Miał za to idealnie nadawać się do żarcia popkornu i siorbania koli. Swoje zadanie spełnił w stu procentach. Nie zawiodłem się.
Sama historia, jeśli można w ogóle używać tego słowa, ogranicza się do eksterminacji Obcych przez Predatora i poniekąd ludzi z zapadłego, amerykańskiego miasteczka gdzieś na głębokiej prowincji. Ponieważ film nie ma prowokować do zadawania pytań, oglądając nie zastanawiamy się, dlaczego Predator gania Obcych, dlaczego lądują w takiej, a nie innej okolicy, dlaczego akurat w tym czasie do domu wraca "mama żołnierz". Nie zastanawiamy się też dlaczego scenarzyści wciskają w usta swoich postaci dialogi w stylu: "Przecież rząd nas nie okłamie" i dlaczego decydują się na zrujnowanie końcówki filmu. Jeśli koniecznie chcieli sobie zostawić furtkę dla następnej częsci, równie dobrze mogli skończyć obraz dwie sceny wcześniej. Przynajmniej nie wychodziłoby się z kina z niesmakiem.
Tak czy inaczej, film obejrzeliśmy i nawet się nie dłużył (podobnie, jak wg mnie filmem rozrywkowym jest I Am Legend, który jest prosty, widowiskowy, w miarę krótki – w sam raz na niedzielne popołudnie), nie udało się za to zjeść dwóch dużych porcji popkornu. Były za duże.

Wyczytałem w artykuliku, że po przeanalizowaniu różnego rodzaju statystyki i dodaniu do nich własnych przemyśleń, nie mniej słynni, niż amerykańscy, angielscy naukowcy, doszli do wniosku, że na dziś, na przedostatni poniedziałek stycznia, przypada najbardziej dołujący dzień w roku. O ile do tej pory byłem pełen podziwu dla amerykańskich naukowców, tak powoli jednaką estymą zaczynam obdarzać ich angielskich kolegów. Obie grupy zdają się mieć nieskończone pokłady kreatywności w wynajdywaniu coraz to nowszych badań. I oby tak dalej. Przynajmniej jest ciekawie.
Jeśli o mnie chodzi, to generalnie nie uważam, żeby przedostatni poniedziałek stycznia był najbardziej dołującym dniem w roku. Tak właściwie, to uważam, że nie ma czegoś takiego, jak uniwersalny, najbardziej dołujący dzień w roku. Dzień, w którym mieliby się dołować wszyscy. Przypuszczalnie każdy przeżywa swoje wzloty i upadki i ma swoje najbardziej dołujące dni w roku. Gwiazdka, Dzień Dziecka czy inne takie, jeszcze nienazwane. Przeczuwam natomiast, że z przedostatniego poniedziałku stycznia, dzięki angielskim naukowcom, już niedługo zostanie zrobione święto. Ten poniedziałek stanie się dniem uroczystym, może wolnym od pracy (bo po co chodzić zdołowanym do roboty?), jeszcze jednym dniem, kiedy będziemy wręczać sobie prezenty, chodzić do pubów i napędzać koniunkturę producentom pierdółek.

Wpis: 880.

Wyjątkowo zimny styczeń.

W ambasadzie było spokojnie. Poszedłem na umówioną godzinę[1]. Odpowiedziałem Pani Konusl na przysłane przez łódzką prokuraturę pytania. Dowiedziałem się, że jestem pierwszym przypadkiem, którego wojsko ścignęło w Irlandii. Wcześniej Pani Konsul trafiały się sprawy rozwodowe, spadkowe – cywilne. Ta była pierwsza karna.
Prokuratura pytała się mnie, za pośrednictwem Pani Konsul, o różne rzeczy. Nic nadzwyczajnego, ale całe zeznanie zajęło mi półtorej godziny. Nie spodziewałem i miałem nadzieję, że uda mi się wcześniej dotrzeć do domu.
Teraz mam czekać na orzeczenie sądu. Grozi mi kara pozbawienia wolności, grzywna bądź nagana. Najbardziej wolałbym naganę / upomnienie.

Przyznali mi wreszcie kartę kredytową. Od półtora roku się starałem, ale ze stanem konta oscylującym w okolicach zera, z początku nie miałem szans. Dopiero, kiedy zacząłem pracować w banku, zacząłem mieć realną nadzieję. Udało mi się powstrzymać i nie wysyłać aplikacji co dwa tygodnie. Przetrzymałem ponad pół roku i udało się. Od kilku dni wreszcie mogę robić zakupy on-line. Ciężko się zdecydować, co pójdzie na pierwszy ogień.
Zawiodłem się jednak trochę na tym, jaki limit wydatków mi przydzielono. Mogę sobie osławione „waciki”, co najwyżej kupić, ale uzbroję się w cierpliwość i może za jakiś czas poproszę o jego [limitu] zwiększenie.
Na razie zastanawiam się, czy w codziennych sprawunkach korzystać ze zwykłej karty płatniczej czy może z nowej, kredytowej i czy to w ogóle ma jakieś znaczenie. Pewnie nie. Przekonam się po pierwszym rachunku.

Zupełnie niespodziewanie odebrałem dziś emaila od firmy zajmującej się tłumaczeniami. Firmy, do której prawdopodobnie kiedyś, dawno, dawno temu wysłałem swoje CV w naiwnym przekonaniu, że będą potrzebowali kogoś takiego, jak ja. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, kiedy to mogło być. Przypuszczam tylko, że wysyłając swoje zgłoszenie, kierowałem się niesiony naiwnym przekonaniem, że student (prawdopodobnie) trzeciego / czwartego roku filozofii może podbić rynek tłumaczy nie mając w posiadaniu nawet pierwszego certyfikatu językowego, a jedynie szczere chęci. Tak czy inaczej, odebrałem dziś emaila.
Firma pyta się w nim, czy nie wziąłbym udziału w ich projekcie. Na to ja odpowiadam, że oczywiście, że wziąłbym. O ile będę w stanie pogodzić to z moim pierwszoplanowym zajęciem, to co mi szkodzi. A potem w mojej głowie uknuł się chytry plan.

Od jakiegoś bowiem czasu[2], spoglądam na ogłoszenia, w których szuka się tłumaczy. Powodowany szczerą naiwnością albo chęcią zysku (tłumaczom płacą tutaj bardzo, bardzo dobrze) widzę siebie w takiej roli. Niestety, poza „doświadczeniem” wyniesionym z zajęć translatoryjnych, niczym innym nie mogę się pochwalić. I tak sobie pomyślałem, że jakby ta firma była zainteresowana współpracą, to z mojej strony mogłoby to zaowocować kolejnym punktem w CV i gdyby kiedyś, w przyszłości, znów przyszedł mi pomysł, żeby zostać tłumaczemlub kimś podobnym, mógłbym legitymować się czyms więcej niż tylko naiwnością[3]. Się zobaczy.

I jeszcze jedna sprawa. W pracy właśnie zwolniło się miejsce nadwornego informatyka. Osoby odpowiedzialnej przede wszystkim za cały sklep od drugiej strony, ale także za inne, codzienne czynności (typu wymiana tuszy w drukarce, czy naprawa Skype’a). I tak sobie pomyślałem. W sumie, chyba po raz pierwszy, a na pewno jeden z pierwszych, raz w życiu. Może, zamiast pchać się po liceum, potem po PSZ-cie, na filozofię, warto było iść w kierunku świata zer i jedynek? Może po szkońćzeniu PSZ-tu, trzeba było pociągnąć informatykę i dziś zamiast użerać się z klientami, użerać się z komputerami? Może nie trzeba było poprzestawać na HTMLu i dorocznej zmianie wyglądu bloga, tylko próbować się rozwijać? Może. Teraz już i tak na to wszystko można tylko patrzeć z perwspektywy ex post.

Na koniec, żeby nie zapomnieć, że samymi przyjemnościami człowiek żyje, kupiłem sobie kubeczek:

kubeczek
Nie mogłem oprzeć się malutkiej ubijaczce do piany (czy jak to się tam fachowo zwie)
i malutkiej tarce do haszu / czekolady.

———-
[1] – Gdy w grudniu zadzwoniła do mnie osoba z Ambasady, żeby poinformować mnie, że mam stawić się na złożenie wyjaśnień 10-ego stycznia 2008-ego roku o godzinie dwunastej, powiedziałem wprost, że nie mogę. Nie chciałem, żeby sprawy zawodowe (praca) mieszały mi się z karnymi (prokuratura). Pani z Ambasady zaproponowała wtedy godzinę 14:00, ale i ta była za wczesna. Po krótkich negocjacjach, zgodziliśmy się na 15:30.
[2] – Od wiosny zeszłego roku, o ile mnie pamięć nie myli.
[3] – Ktoś może powiedzieć, że to żadna naiwność a pycha. Takie samoprzekonanie, że jest się nie wiadomo kim. Właściwie, że może być się nie wiadomo kim. I będzie to prawda. Dopóki nie spróbuję i nie przekonam się, że do czegoś nie jestem jednak stworzony (vide: muzyk rockowy), łatwo nie odpuszczę.

Wpis: 879.

Nowy rok.

Witam siebie w Nowym Roku. Życzę sobie wszystkiego dobrego, dużo szczęścia, radości i zdrowia. Jak najmniej kłopotów i zmartwień.

Po krótkim wstępie…

Święta minęły spokojnie. Kilkanaście dni bezczynności, beztroskich pobudek przeplecionych paroma wycieczkami i dwoma dniami monitorowania, czy w sklepie coś się dzieje.
We Wigilię mieliśmy 12 potraw a w pierwszy dzień świąt równie dużo piw. Dawno już nie pamiętam zabawy, z której wracałbym przed ósmą rano. Nie było źle.
Sylwester, to symboliczna pięćdziesiątka whiskey i niemal zero fajerwerków na zewnątrz. Irlandczycy na prowincji najwyraźniej nie potrafią się do końca bawić. Daniel, znajomy z Xtra-Vision, spytany dzień później gdzie i jak się bawił, odpowiedział tylko, że było dużo alkoholu i głośno grała muzyka. O sztucznych ogniach ani słowa.

Po świętach i Nowym Roku przyszła pora na powrót do pracy. Pierwsze kilka dni, spodziewając się, że nie będzie korków, jeździłem autem. Te podróże były o wiele szybsze i wygodniejsze niż autobusem. Mogłem spokojnie wsiąść do auta przed ósmą (w porównaniu do autobusu, w który wsiadam o 6:30) czyli obudzić się po siódmej (a nie, jak teraz o 5:30) i być w pracy przed dziewiątą. Wracałem dobre pół godziny wcześniej. Po drodze mogłem sobie słuchać radyja czy muzyki niezagłuszanej przez film puszczany przez „mojego kierowcę” i nie nużyło mi się tak, jak siedząc bezczynnie i niewygodnie w autobusie. Nawet koszty takiej podróży, mniej więcej dwa razy wyższe niż przejażdżki autobusem, nie wydawały się tak drastyczne.
Niestety, skończyłya się irlandzka przerwa świąteczna, na drogi wróciło dwa miliony irlandzkich samochodów i przejazd z Portlaoise do Dublina znów zacząłby zajmować dwie i pół godziny. Musiałem wrócić do podróży autobusem obiecując sobie, że jeśli tylko znów pozwoli sytuacja, będę jeździł autem.

Od kilku dni mamy prawdziwy atak zimy. Raz na dzień pada śnieg a temperatura spada poniżej zera.

zaśnieżone auto
Skorupa śnieżna pokrywająca auto przed poranną podróżą do pracy.

Gdy w wiadomościach obejrzałem materiał o przewidywanym przymrozku -6 i specjalnie z tego powodu podjętych działaniach przez opiekę społeczną, która w przeddzień spodziewanego „kataklizmu” odwiedzała ludzi starszych z pytaniem, czy dadzą sobie radę i niczego im przypadkiem nie potrzeba, zapytałem Petera jak to jest, że Irlandczycy panikują przy -6. Dowiedziałem się od niego, że podobno szczytem mrozu w ostatnich kilkunastu, kilkudziesięciu latach było dla nich -10 i słysząc -6, wolą za wczasu przygotować się na najgorsze.
Jak nie pada śnieg, to leje deszcz. Porównywalny z tym letnim. Leje i zalewa wszystko, powoduje rozlewiska, obsuwanie się ziemi i inne takie. Pogoda typowo butelkowa. A skoro o tym mowa, liczba grudnia – w przybliżeniu 60. Jakoś tak od połowy miesiąca statystyki uległy rozjechaniu i po tych kilku tygodniach, jakie w tym czasie minęły trudno jest ustalić dokładnie.

Dziś natomiast ma być wielki dzień. Na 15:30 idę do Ambasady wyjaśnić raz na zawsze – mam nadzieję – sprawę z Wojskiem. Teoretycznie, WKU już wie na czym stoi i odpuściło sobie moją osobę. Jedyne obostrzenia, jakie mnie w tej chwili obowiązują, to zakaz zameldowania na terenie kraju do 50-tego roku życia (chyba, że wcześniej zmienią się przepisy). Niestety w kontakty z WKU wmieszała się prokuratura łódzka, która koniecznie chce się dowiedzieć, czy rzeczywiście popełniłem przestępstwo i umyślnie uchylałem się od służby wojskowej.
Z początku nalegali, że muszą przesłuchać mnie na miejscu, w Łodzi, ale udało się tak załatwić sprawę, że zeznania będę składał tutaj, w Dublinie. Mam się stawić na portierni i odpowiedzieć na pytania, które przesłała prokuratura. Jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Czy uznają mnie winnym i skażą na dwa lata więzienia (to opcja najmniej optymistyczna), wymierzą karę grzywny ze względu na niską społeczną szkodliwość czynu czy może skończy się na pouczeniu. Przypuszczam, że wychodząc z ambasady i tak nie będę tego wiedział, jednak przynajmniej pewną część całego procesu będę miał za sobą.

Wpis: 878.