Kalendarz

Grudzień 2007
P W Ś C P S N
« lis   sty »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66247
  • Dzisiaj wizyt: 3

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2007

Ku przestrodze!

Wpis: 877.

Życzenia świąteczne.

Dawno, dawno temu, życzenia składałem osobiście, twarzą w twarz. Korzystałem przy tym ze standardowego szablonu: “Dużo zdrowia, jeszcze więcej pieniędzy”. Czasem zdarzało się wtrącić coś o radości, szczęściu, pogodzie ducha i weseleniu się. Nie pisałem świątecznych kartek. Może dlatego, że samemu otrzymywałem wyjątkowo sporadycznie.

Później pojawiły się telefony komórkowe i Internet, w moim wypadku, mniej więcej w tym samym czasie i życzenia osobiste zostały zastąpione życzeniami na odległość. Bez większego wysiłku można było wysłać wiadomość do znajomych w książce telefonicznej czy adresowej. Chwila wpisywania tekstu, oczywiście znów opartego na sprawdzonym szablonie, jeden klik myszką, jedno naciśnięcie klawisza i dawno zapomniane towarzystwo wie, że tego dnia pamięta się o nich. Trzeba przy tym powiedzieć, że pamięć tę zawdzięcza się telefonowi / komputerowi, ale to mniej ważne. Ja cieszyłem się, gdy otrzymywałem taką niespodziewaną wiadomość od kogoś, z kim nie miałem kontaktu przez kolejnych kilka miesięcy lat, wydawało mi się, że tak samo będzie z odbiorcami moich wiadomości. Mniejsza.

Zdarzały się święta, kiedy wkładało się w życzenia trochę więcej inicjatywy, ale należały one do wyjątków i dotyczyły przede wszystkim najbliższej rodziny i znajomych. Tym osobom nie wypadało po prostu życzyć czegokolwiek. To raczej wyjątki.

Tak czy inaczej, w ostatniej dekadzie, przeważało składanie życzeń na odległość i nie bezpośrednio, nie wysilając się przy tym zbytnio…

Teraz, choć na odległość, to jednak osobiście…

Wpis: 876.

Czy jesteś niewolnikiem świąt?

Jeszcze kilka lat temu okres świąteczny czy przedświąteczny niczym nie różnił się od reszty roku. Ot, kolejne dni. Tak samo można wstać przed południem i siedzieć do późna w nocy, tak samo można spotkać się ze znajomymi. Zimniej było na dworze, a na wystawach więcej mikołajów, bałwanów i innych takich. W codzienność wkradał się jeden dzień spędzany z bliższą i dalszą rodziną.
Miałem wtedy wrażenie, że ten dzień jest tylko wymuszonym spotkaniem przy stole. Pełnym nudnych rozmów i udawanej życzliwości. Widywałem się z osobami spokrewnionymi, z którymi jednak nie miałem niczego wspólnego. A już najbardziej drażniło mnie składanie nieszczerych życzeń. Wigilia kojarzyła mi się z oczekiwaniem na jej koniec, powrót do domu i jakiś spokojny seans filmowy. Tak było w czasach ogólnie niezdefiniowanego “buntu”.
Później nastała era “koniec z buntem, bunt na sznur” i święta były tylko okazją do pokazania dystansu. Można było naprawdę miło spędzić czas. Porozmawiać z rodziną, wcześniej postarać się o dowcipne prezenty a na samej Wigili, łamiąc się opłatkiem nie ograniczać się do najczęściej słyszanych: “Zdrowia i pieniędzy”. Sytuacja zaczęła zmieniać razem z wyjazdem z Polski.

Pierwsze święta, rok temu, były – jakby to ująć – przecieraniem się w zwyczajach świątecznych. Po raz pierwszy sami musieliśmy myśleć o przedświątecznych zakupach, zadbać o to, by na stole znalazło się dwanaście potraw i o jeden talerz więcej. Po raz pierwszy też, musieliśmy pogodzić święta z pracą. I przez tę pracę, nie mogliśmy pozwolić sobie na popadnięcie w obłęd zakupów, gotowania, sprzątania. Wszystko odbywało się w przyzwoitych proporcjach, dość skutecznie zamkniętych w ramy ograniczenia czasowego, jakie narzucały nam nasze zajęcia. Koniec końców, pracowaliśmy także we Wigilię do późnego popołudnia. Odbiło się to na tym, że nie udało nam się wypełnić jednego, tradycyjnie polskiego zwyczaju – nie daliśmy rady zorganizować sobie choinki czy nawet stroika. Musiało obyć się bez nich, a to – mimo wszystko – miało wpływ na atmosferę.
Poza tym, święta na wyjeździe, charakteryzują się – jak bardzo by temu nie zaprzeczać – samotnością. Niektórzy z tych, co zostają, będą te samotność zabijać spotkaniami z bliższymi czy dalszymi znajomymi, niektórzy będą cieszyć się własnym towarzystwem, część spędzi święta przed komputerem a jeszcze inni przed flaszką. Tak czy inaczej, samotność jest nieodzownym towarzyszem emigranta i z ukrycia wychodzi najczęściej przy takich właśnie okazjach.

Nadchodzące natomiast święta traktujemy już inaczej. Są bardziej zaplanowane. Mieliśmy możliwość przygotowania się do nich z większym wyprzedzeniem. Mogliśmy zawczasu zadbać o posiłki, atmosferę – tym razem skończyło się na stroiku i świecącym w oknie (na modłę irlandzką) bałwanku i ogólnie pojętą świąteczną radość. Duży wpływ na odbiór tegorocznych świąt, przynajmniej przeze mnie, ma też moja praca. Pół roku przebywania w domu jedynie dwie, trzy godziny dziennie plus niekiedy weekendy, nauczyło mnie doceniać, szanować i wykorzystywać co najmnie w stu procentach czas wolny. I tak, święta oprócz świąt samych w sobie, w tym roku traktuję jako wakacje. Cieszę się, że przez te kilkanaście dni nie będę musiał ruszać się z domu, wstawać przed szóstą i kłaść się po dziesiątej, że nareszcie, przez te kilkanaście dni, tak naprawdę, niczego nie będę musiał.
Z tego względu, nie wypierając się bynajmniej tego, jak było wcześniej i tego, jak święta nie wnosiły właściwie niczego w codzienność, wydaje mi się, że wreszcie święta będę traktował jak czas radości i odpoczynku a nie jedynie, jako kolejne dni w roku i jestem przekonany, że o ile wcześniej wołając: “Święta, święta i poświętach” czułem ulgę, tak teraz będę czuł żal.

Wpis: 875.

W poniedziałek, ja nie mogę bo…

Dobra. Nie ma co ukrywać. Pomysł debat na blog.pl już mi się znudził. Jeśli towarzystwo chce mnie wpędzić w polityczną pyskówkę, to ja się wypisuję. Nie mam zamiaru politykować. Polityka, jeszcze bardziej niż religia, powinna być osobista. Zaglądać sobie będę, bo co mi szkodzi. Może trafi się jeszcze jakaś sympatyczna prowokacja.

the Field

Obejrzeliśmy sobie w weekend film pt. the Field. Film irlandzki o Irlandii.
Historia jest prosta. Mamy głownego bohatera, Bulla MacCabe’a, który całe swoje życie pracował na kawałku ziemi dzierżawionej od pewnej brytyjskiej wdowy. Nie mógł pogodzić się z tym, że pracuje dla kogoś o brytyjskiej prowieniencji, ale zaciskał palce i robił. Swoje życie i pracę poświęcał temu, by któregoś dnia przejąć od niej pole. Uważał, że człowiek bez ziemi (a tak zostawili Irlandczyków Brytyjczycy opuszczając wyspę w latach 20-tych) jest nikim. Myślał o tym polu, jako gwarancji istnienia dla swojego syna. Czymś, co konstytuowałoby jego [syna] osobę.
Pewnego dnia wdowa wystawia działkę na aukcję. MacCabe, którego szanowała cała wioska, pewien zwycięztwa, pozoruje licytacje i ostatecznie oferuje całe 50 funtów. Aukcja dobiega końca, wszystko idzie zgodnie z planem, gdy w ostatniej chwili, ofertę Bulla przebija przybysz z Ameryki.
MacCabe zaczyna walczyć „o swoje”, jak mu się wydaje i walczy do samego końca.
Film pokazuje Irlandię świeżo po pozostawieniu przez Anglików. Irlandię wiejską, zacofaną zupełnie niecywilizowaną. Wiejską społeczność i prawa nią rządzące. Stosunek do nomadów, specyfikę pubu spełniającego rolę centrum kulturalnego czy pozycji kościoła w tamtym okresie. Obraz przedstawia też naturę samych Irlandczyków, knąbrnych, prostolinijnych, niekiedy nawet przygłupich, przywiązanych do swoich spraw a w przypadku MacCabe’a i do ziemi. Całość ubarwiona jest malowniczymi widokami irlandzkiej prowincji łącznie z klifami i tradycyjną irlandzką muzyką, którą do tej pory można spotkać w niektórych pubach – w Portlaoise takim miejscem jest (albo był, bo ostatnio przenieśli) Peigs.

IT Crowd

Wciąż pozostajemy też pod wrażeniem serialu komediowego the IT Crowd. Wszystkie 12 odcinków obu serii łyknęliśmy niemal za jednym zamachem z długimi przerwami na salwy śmiechu. Już dawno nie widziałem tak śmiesznego serialu. Idealnie trafił z poczuciem humoru, tematyką, grą aktorską po prostu wszystkim. W skali od zera do dziesięciu dałbym dziesięć bez wahania.
Generalnie serial opowiada o dwóch „ynformatykach” – Roy i Moss – dbających o to, by w firmie przynoszącej zyski rzędu 18 miliardów miliardów rocznie sprawnie działały komputery. Ich główną rolą jest odbieranie telefonów i rozwiązywanie problemów użytkowników. Rozwiązania zazwyczaj sią banalnie proste i sprowadzają się do ponownego uruchomienia komputera tudzież podłączenia go w ogóle do prądu. „Ynformatycy” owi mają problemy z relacjami międzyludzkimi i tylko siebie wzajemnie tak naprawdę rozumieją. Nie przeszkadza im to i pewnie dalej żyliby sobie spokojnie w swoim podziemiu (ich biuro usytuowane jest w piwnicy szklanego budynku korporacji), gdyby pewnego dnia ich przełożony nie wysłał im pani manadżer.
Jen – tak ma na imię pani manadżer – musiała przejść rozmowę kwalifikacyjną, na której wykazała się niezwykłą kompetecją w dziedzinie komputerów (wysyłanie emaili, odbieranie emaili, kasowanie emali, klawiatura, monitor, klikanie myszką, prawym, lewym klawiszem, dwuklik etc.). Gdy już odwiedziła Roya i Mossa z początku opornie zaprzyjaźniła się z nimi. Przytrafiały im się różne przygody (pożar, impreza domowa, wyprawa na musical czy firmowa sesja poświęcona stresowi), które mimo początkowej niechęci, w kolejnych odcinkach połączyły bohaterów.
Dialogi w serialu są rewelacyjne. Krótkie, cięte, błyskotliwe i pełne specyficznego anglo-irlandzkiego humoru (serial wyprodukowała telewizja angielska, scenarzystą jest Irlandczyk). Gra aktorska, jak na serial, wyjątkowo udana. Każda postać w dwudziestu minutach odcinka daje z siebie dużo, swoją rolę odgrywa perfekcyjnie – Katherine Parkinson jako wybuchowa Jen, Richard Ayoade grający całkowicie społecznie niedojrzałego „ynformatyka” Mossa czy wreszcie Chris O’Dowd, leniwy, trochę otyły Irlandczyk Roy. Ciekawostką, jak na serial jest to, że kręcono go przed publicznością. Śmiech, który można usłyszeć w tle nie jest wmontowany a jest rekacją ludzi zgromadzonych w studiu.



Próbka humoru – parodia ostrzeżenia pojawiającego się na płytach DVD

/z innych informacji:

  • Zbliżają się święta, a czasu jak nie było, tak nie ma. Nie ma kiedy zrobić świątecznych zakupów, nie ma kiedy kupić kartek świątecznych, prezentów, nie ma czasu w ogóle na nic.
  • W pracy po dziesięciu dniach sytych, przyszła kolej na ubogie, stąd m.in. chwila, by cokolwiek skrobnąć na blogu. Jedyne, co ostatnio ożywia pobyt, to oczekiwanie na przerwę świąteczne i pytania klientów o katalog. Mam ich kilka dziennie i odpowiedź przygotowaną starannie: „Nie, nie posiadamy katalogów ani broszur; jesteśmy firmą proekologiczną i oszczędzamy puszczę amazońską wraz z innymi lasami”.
  • Wigilię spędzamy we własnym gronie, ale już w pierwszy bądź drugi dzień świąt przyjmujemy znajomych na „podwieczorek”.
  • Na Sylwestra na razie jedno zaproszenie, od Dawida, znajomego jeszcze z czasów Xtra-Vision. Się zobaczy.

Wpis: 874.

Czy należysz do Generacji V?

Odpowiedź jest banalnie prosta. Nie. Nie należę.

Mimo, że w Internecie jestem od dawna. Mimo, że od samego początku używałem IRC, później ICQ czy Tlena. Pomimo tego, że jak tylko powstawały pierwsze serwisy zawsze się do nich zapisywałem (pewnie wciąż jest wiele miejsc, gdzie figuruję, a o których zapomniałem), pomimo tego, że aktywnie czatowałem, nawiązywałem internetowe znajomości, wypowiadałem się na grupach dyskusyjnych czy forach i pomimo tego, że w tej chwili biorę udział w spędzie będącym najlepszym przykładem piątej generacji (generacji V – virtual, jeśli ktoś woli), nie zaliczam siebie do niej.
Nieważne, czy patrząc zzewnątrz wydawać się może, że jestem zatopiony w szeregu powiązań łączących mnie z tą generacją i nieważne, że uczestniczę w niej w każdy możliwy sposób regularnie, codziennie od kilku lat spędzając godziny przed komputerem czy telefonem, nie utożsamiam się z tym tworem i tyle.

Prawdę mówiąc, od jakiegoś czasu można zauważyć wytwarzanie sztucznych generacji. Po raz pierwszy zwróciłem na to uwagę kilka lat temu, gdzie w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst Wandachowicza. Nawiązała się dyskusja i potem, raz po raz pojawiały się nowe generacje – „Jana Pawła drugiego”, „moja”, „porzucona” teraz „V”. Wcześniej były generacje „X”, „MTV”, „juppie” pewnie i inne. Nazw nie pamiętam. Nie będę się nimi przejmował. Chodzi tylko o to, że stało się chyba zwyczajem, żeby narzucać młodzieży (i nie tylko) jakieś nazwy, szufladkować ją w grupy, nadawać przynależność.
Z mojej strony wygląda to tak, jakby jacyś niezdefiniowani „oni” nie mogli sobie dać rady z tym, że pojawiają się coraz to nowe mody, za którymi podąża większa część osób. Trendy, które rodzą się znikąd, by przez chwilę zaistnieć a później odejść w niebyt. I ci niezdefiniowani „oni”, sami nie dający się wciągnąć w nowy szał i nie dający sobie rady z sytuacją, by uspokoić siebie i wyobrazić sobie, że mają wszystko pod kontrolą, wymyślają nazwy i następnie klasyfikują kto podpada pod jaką kategorię. Tak jest łatwiej. Co zrobilibyśmy bez tych wszystkich stereotypów, klas, grup etc.? Całą psychologią[1] mógłby trafić szlag. Człowiek, bez pojęć ogólnych mógłby się pogubić i zapanowałby nieład. Mniejsza. Wracając do tematu przeróżnych generacji…
Tak samo, jak niezdefiniowani „oni” potrzebują umieszczać ludzi w grupach, tak samo duża część osób musi przynależeć do grup. W końcu homo sociale animal quod similes suos odit est. Na tym opiera się popularność wszelkiego rodzaju spędów społecznościowych i w żaden sposób nie można potępiać, oceniać czy coś w tym stylu. Ot, tak było, jest i będzie. Całkowita symbioza. Obopólna zgoda. Koniec. Kropka.

Jeśli jednak sam miałbym przypisać się do jakiejkolwiek generacji, z pewnością, bez jakichkolwiek wątpliwości i w ogóle na 100% byłaby to ta, z piosenki Cool Kids of Death

Cool Kids of Death – Generacja Nic

Światła nie ma w tobie, zgasło jak złe sny.
Nowoczesny człowiek to na pewno nie ty.
Światła nie ma we mnie, zgasło kiedyś tam.
Nowoczesny człowiek to na pewno nie ja.
Wiem, że razem można wiele.
Kogo więcej, ten ma rację.
A my stwórzmy razem szybko całkiem nową generację.

Generacja nic! Generacja nie!
Generacja nikt! Generacja źle!
To nie może się udać, to się kończy źle.
Generacja nic! Generacja nie!

Światła już w nas nie ma. No i dobrze, że zgasło.
Nie rzucamy się już w oczy. To jest miejska partyzantka.
Wynieś z domu wszystko, podpał łóżko, wyważ drzwi.
Zbuduj sobie barykadę.
Broń się do ostatniej krwi.
Światła już w nas nie ma. Przepaliło się.
Generacja nic! Generacja nie!

Generacja nic! Generacja nie!
Generacja nikt! Generacja źle!
To nie może się udać, to się kończy źle.
Generacja nic! Generacja nie!

——
[1] – Odkąd pamiętam, mam niechęć do psychologi, nie mogę pogodzić się z tym, że ktoś koniecznie chce mnie przypisać do jakiejś konkretnej kategorii osób. Niechęć pogłębiła się wraz z kilkoma zajęciami na studiach i od tamtej pory nie zmalała.

Wpis: 873.

Czy Jaruzelski miał rację.

Nie ma się co oszukiwać. W kwestii stanu wojennego nie powinienem się wypowiadać. Przynajmniej merytorycznie. Tak samo, jak wg mnie, nie powinny wypowiadać się osoby, które wtedy miały 18 lub mniej lat. My wszyscy możemy sobie co najwyżej dywagować. Gdybać i zakładać jak jego wprowadzenie mogło wyglądać, co mogło oznaczać etc. Tak czy inaczej to zawsze będzie gdybanie.

Można udawać, że się nie „gdyba”. Można opierać się na zachowanych materiałach, czy opiniach osób, które wtedy przeżywały 13-ty grudnia. Problem polega na tym, że materiałów jest niewiele i można mieć podejżenia, że nie są całkowicie obiektywe, a opinie ludzi uwikłanych w okres stanu wojennego już zupełnie obiektywne być nie mogą.

I tak, częśc osób będzie uważać, że Generał postąpił słusznie, bo na granicach stały wojska zaprzyjaźnionych narodów Układu i gdyby nie udało się zdławić demokratycznych dążeń we własnym zakresie, te wojska pomogłyby nam. Inna część osób będzie uważać przeciwnie, bo wojska zaprzyjaźnionych narodów, a przede wszystkim Matki Rosji miały w tym czasie inne problemy.
Część pomyśli sobie, że sytuacja w kraju stawała się coraz gorsza (głównie ze względu na brak zaopatrznia w sklepach) i być może Generał chciał odwrócić od tego uwagę. Jeszcze ktoś może powiedzieć, że całe to posunięcie było na tyle sprytne, że zapoczątkowało rozpad komunizmu.

Można mówić wiele. Na każdy inny zresztą temat też. „Gdzie dwóch Polaków, tam trzy poglądy” – jak głosi staropolskie przysłowie.

Fakt jest taki, że przestały działać radio i telewizja, telefony, zamknięto szkoły, nie ukazywały się gazety poza sławną Trybuną Ludu, rozpoczęły się strajki, które potem w wiadomy sposób były pacyfikowane. Że przedstawiciele polskiej dyplomacji występowali o azyl i byli zaocznie skazywani na karę śmierci za zdradę stanu. Że internowano setki osób, kolejne setki powołano z powrotem do służby wojskowej / milicyjnej.

Słyszałem opowieści o ludziach, którzy krakali[1] na przechodzące połączone patrole żołnierzy i milicjantów. Słyszałem, że bardzo modne było wydawanie gazetek i właściwie każda szanująca się grupa młodych ludzi miała swoją. Wiem, o poborowych, którzy akurat w tym okresie zmuszeni byli odbywać swoją służbę wojskową i z każdego dnia z przerażeniem zastanawiali się, czy to właśnie dziś każą im strzelać do cywili. Ze strachem brali udział w patrolach, które składały się z jednego Sbeka, jednego milicjanta i jednego żołnierza. Wiem, że Ojciec musiał stoczyć heroiczne boje z jednym z takich patroli, żeby móc zadzwonić po pogotowie, kiedy w tamtym okresie miał rodzić się mój brat. I pewnie, gdybym bardziej się tym interesował, rozmawiał z większą liczbą osób, takich opowieści byłoby dużo i każda z nich odnosiłaby się raczej do przeciętnego człowieka, któremu nagle na ulicę wjechały człogi i który i tak nie miał wpływu na to, co działo się ponad nim. Tych, którzy rzeczywiście o czymś decydowali było niewspółmiernie mniej i chcąc nie chcąc nie należą / należeli oni do kręgu osób mi znajomych.

Natomiast na pytanie, czy Jaruzelski miał rację, nie potrafię odpowiedzieć. Intuicyjnie czuję, że tej racji nie miał, ale czym może być intuicja przeciwstawiona argumentom?

To wszystko nie zmienia jednak mojego stanowiska, że jako część hisotrii najnowszej, powinno się o stanie wojennym mówić w szkołach tak, by przeprowadzane rok rocznie sondaże nie pokazywały jak wielką ignorancją w tej materii wykazuje się dzisiejsza przyszłość narodu

——
[1] – Patrole były reprezentacją powołanej na czas stanu wojskowego Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON).

Wpis: 872.

Wielka debata polskich Blogerów

Jeszcze kilka dni temu (10-ego grudnia) wchodzę na blog.pl i co widzę? Nic.
Stary, kilkuletni wygląd. Wciąż ten sam panel administracyjny. Wciąż tak samo skromnie, ktoś mógłby rzec oldskulowo i w pewnym sensie odstraszająco.
Dodałem sobie wpis jakgdyby nigdy nic i wszystko było wporządku.

Minęły dwa dni i dokonała się rewolucja.

Na pierwszy rzut oka nie można się połapać co gdzie jest i do czego służy. Dodawanie notek, zmiana czcionek, zarządzanie poprzednimi wpisami czy komentarzami? Zmieniona forma, pytanie czy była taka potrzeba i czy zmiana jest na lepsze.
Do wszystkiego można się przyzwyczaić zatem do nowego wyglądu i obługi też. Kwestia czasu. Prawdopodobnie po dwóch, trzech tygodniach, a już na pewno po miesiącu dwóch, nawet nie będzie się pamiętać, że kiedyś strona główna wyglądała inaczej. I w porządku, panta rei, żeby zacytować klasyka klasyków.
Natomiast na plus muszę uznać to, co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy po wejściu na zaaranżowany na nowo blog.pl. Pomysł dyskusji ponad podziałami.

W Internecie pełno jest różnego rodzaju spędów. Ostatni i najpopularniejszy na dniach to chyba nasza-klasa.pl. Większość z nich to dodawanie zdjęć i licytacja liczbą znajomych (mimo to i do tego przystąpiłem, jak ponad pięc lat temu przystąpiłem do spędu pod wezwaniem „załóż bloga”, wtedy licytowało się liczbą linków do blogów znajomych i, a może przede wszystkim, liczbą komentarzy – w zasadzie nie ma różnicy). Pomysł, by dyskutować na z góry zadany temat wydaje mi się o tyle dobry, że może odświeżyć ogólny pomysł na prowadzenie blogów.
Kiedy wyrosło się z ery opisywania imprez, tudzież z imprez samych w sobie, kiedy na codzień tylko jakby w rytmie tamtamów praca, dom, praca, dom, weekend, kiedy to wszystko sprawia, że człowiek wyzbył się jakiejkolwiek kreatywności, bo zwyczajnie nie ma na nią czasu, pojawia się pomysł nie wiadomo kogo na stymulację tysięcy prawie wymarłych „blogowiczów”.

Podchwytuję ten pomysł. Przyłączam się do kolejnego spędu. Nie wiem na jak długo i na ile intensywnie, ale co mi tam. Na pewno nie zaszkodzi.

/z innych informacji:

  • Z ambasadą w sprawie złożenia zeznań jestem umówiony na 10-ego stycznia. Tak sobie myślę, mam nadzieję, że to nie będzie mój ostatni dzień w Irlandii, tego bym nie chciał. Postanowiłem jednak nie przejmować się zbytnio przynajmniej do 9-ego stycznia. Temat uważam za odłożony.
  • Nasza klasa z początku mnie wciągnęła. Do tego stopnia, że gdy dziś od rana była niedostępna, jakoś tak dziwnie mi było nie móc sprawdzić, czy nie pojawił się nikt nowy. Mam tymniemniej wrażenie, że już wszyscy ci, którzy mieli się dopisać, zrobili to.
  • Coraz bardziej nosi mnie, żeby zacząc zamiast pisać tutaj, to nagrywać krótkie wystąpienia. W końcu „słowo pisane do mnie nie przemawia, bliższy organizm, to telewizja”. Nosi mnie na tyle, że już nawet były czynione pewne próby. Pewien jestem, że teraz tylko kwestią czasu jest, kiedy pojawi się pierwszy taki „mówiony wpis”.
  • Nowy sposób edycji HTML na serwisie blog.pl jest kurewsko chujowy. Do tego nie działa pod Operą. Nie obsługuje tagu ABBR i nic nie wyświetla się tak, jak powinno. Zdaje się, że dłużej niż kilka chwil zajmie opanowanie nowego międzymordzia (interfejsu).

Wpis: 871.

Przerwa na reklamę.

Wpis: 870.

Poczta Polska.

Praca w sklepie internetowym rządzi się pewnymi prawami. Jednym z nich jest niemal wyłącznie telefoniczny bądź mailowy kontakt z klientami. Gros interesów załatwia się w ten sposób. Przyjmuje zlecenia, przekazuje je dostawcom, zleca transport firmom kurierskim etc.

Standardowo procedura wygląda tak: Dzwoni klient i mówi, że chciałby zamówić to i to. Sprzedawca, ja, odpowiada mu nie ma sprawy, tyle tylko, że tego akurat nie mamy na stanie i musimy zamówić u dostawcy, a to może nieco potrwać. Klient na to okej i transakcja jest księgowana.
Sprzedawca dzwoni do dostawcy i składa zamówienie na towar dla klienta zaznaczając przy tym, by towar ten najpierw został wysłany do sprzedawcy tak, by ten mógł sprawdzić, czy wszystko jest w porządku a później przekazać go dalej. W zależności od zamówienia, czas oczekiwania jest różny. Niekiedy jest to 7 dni a niekiedy i 60 dni (w tym miejscu należy dodać, że w celach marketingowych, czas dostawy, który widnieje na stronie jest lekko zaniżany, by zachęcać klientów to większej liczby zakupów).
Gdy zbliża się termin dostawy towaru od producenta, sprzedawca kontrolnie wykonuje telefon sprawdzić, czy wszystko idzie zgodnie z planem. W większości przypadków słyszy, że będzie kilkudniowe opóźnienie. Gdy upływa termin dostawy, sprzedawca zaczyna odbierać ponagalające telefony od klientów najczęściej niezadowolonych ze zwłoki. Wtedy musi pokazać kunszt łgając przed nimi ile wlezie. Mniejsza.
Po nerwowym dla obu stron oczekiwaniu, sprzedawca wreszcie otrzymuje zamówiony u dostawcy towar, może go sprawdzić i przekazać firmie kurierskiej by ta, jak najprędzej dostarczyła go do klienta. Firma kurierska zostawia numer przesyłki zapewniając, że od tej pory będzie można ją śledzić na każdym etapie jej dostarczania.
W większości przypadków, po kilku dniach klient otrzymuje swoją przesyłkę i mimo nieścisłości w deklarowanym o rzeczywistym okresem oczekiwania na paczkę jest zadowolony. Zdarza się, że wyśle email z podziękowaniem.
Niestety, zdarzają się też sytuacje, w których klient po tygodniu odkąd został poinformowany, że jego paczka jest już w drodze, nie wytrzymuje nerwowo i zaczyna ponownie wydzwaniać z fundamentalnym, jak mu się zdaje, pytaniem gdzie są moje rzeczy. W takim wypadku sprzedawca z góry przeprasza za zaistniałą zwłokę i obiecuje sprawdzić stan przesyłki w firmie kurierskiej. Dzwoni i sam nadziewa się na stek kłamstw wielce podobny do tego, którym wcześniej karmił co niecierpliwszych swoich klientów. Słyszy wtedy, że np. klienta w chwili dostawy nie było w domu (przy czym klient, np. emeryt, zapewnia, że się nigdzie z domu nie rusza), słyszy, że nie ma takiego adresu (zanim przekazał paczkę firmie kurierskiej, [sprzedawca] dokładnie sprawdził adres i kilkukrotnie potwierdził go z klientem), słyszy, że w przedsiębiorstwie zamawiającym towar nikogo nie było (a na stronie firmy przewozowej widzi, że kurier starał się dostarczyć przesyłkę np. na pół godziny przed północą). Historii jest cała masa. Właściwie żadna już nie dziwi. Na szczęście, po różnego rodzaju przejściach, prędzej czy później klient dostaje swoją przesyłkę, a czasem nawet w ramach rekompensaty za przedłużające się oczekiwanie, obietnicę kilkuprocentowej zniżki przy następnych zakupach. Ale to tylko mała dygresja tytułem wstępu.

Wczoraj zadzwonił do mnie zniecierpliwiony klient. Miał prawo, minęły już prawie dwa tygodnie on spodziewanego czasu dostawy, a on wciąż nie ma swoich produktów. Poirytowany, starając się zachować pozory uprzejmości, poprosił mnie, żebym skontaktował się z dostawcą i dowiedział się, co z jego rzeczami. Zmęczony jego ciągłymi telefonami (wydzwania prawie codziennie, czasem i w weekendy), obiecałem, że niezwłocznie to uczynię.
Zadzwoniłem do producenta – przypadek sprawił, że firma mieści się w Polsce – który uprzejmie podał mi informację, że przesyłka została wysłana (zresztą zgodnie z zaleceniem) bezpośrednio do klienta już kilka dni wcześniej. Producent podał mi także numer tej przesyłki, żebym mógł sprawdzić sobie, gdzie ona w danej chwili się znajduje. Przekazałem tę wiadomość klientowi, ten wpisał numer w wyszukiwarkę i okazało się, że taka paczka nie istnieje a przynajmniej nie ma jej w rejestrach uznanych firm kurierskich.
Zadzwoniłem więc jeszcze raz do producenta, który tym razem z rozbrajającym spokojem powiedział mi, że przecież skorzystał z uznanej firmy kurierskiej, paczkę nadał na poczcie i możne nawet przefaksować mi potwierdzenie nadania. Żeby trochę uspokoić klienta, przesłałem mu to potwierdzenie, a sam zacząłem penetrować stronę internetową poczty w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, w które dałoby się wpisać numer przesyłki i sprawdzić, co się z nią w chwili obecnej dzieje.
Mogłem poczytać sobie o firmie, spojrzeć na wiadomości dla filatelistów, wyszukać najbliższy urząd pocztowy, a także sprawdzić aktualny cennik. Mimo starań, nie znalazłem (pod)strony, gdzie mógłbym śledzić paczkę. Nie chciałem się poddawać i pomyślałem, że najzwyczajniej na świecie, zadzwonię do nich. Tak, jak robię to tutaj, na miejscu, z moją firmą kurierską. Jeden telefon, numer przesyłki i miła obsługa już tłumaczy mi się, dlaczego paczka jeszcze nie dotarła wymyślając najprzeróżniejsze, często niestworzone historyjki. Miałem nadzieję, że na poczcie będzie trochę inaczej – w końcu to instytucja państwowa (czytaj poważna) – a do tego, trochę z ciekawości, interesowało mnie, jak na rodzimej ziemi obsługa klienta tłumaczy się z opóźnień czy innych niedogodności. Może potrafiłaby mnie czymś natchnąć? Może usłyszałbym wymówkę, której jeszcze nie słyszałem, a której mógłbym użyć dla swoich celów? Tak czy inaczej, postanowiłem zadzwonić.
Na stronie znalazłem jedynie numer 0-801. Niestety, na taki numer nie można dodzwonić się zza granicy. Ni Skype, ni stacjonarny ani nawet komórka nie pozwalają na połączenia z polskim 0-801. Przez chwilę myślałem, żeby zadzwonić do jakiegoś kierownictwa (oficjalne numery do prezesa – raczej jego sekretarki) czy innych działów, ale odpuściłem sobie. Zadzwoniłem ponownie do producenta.
Tam, już z lekkim przerażeniem (być może niesłusznie, ale wydawało mi się, że polski producent przyjął dziwną postawę; miałem wrażenie, że wyjątkowo obawia się utraty kontrahenta zza granicy – ale może to tylko zboczenie po półtorarocznym pobycie… sam nie wiem, nieważne) podano mi numer urzędu pocztowego, w którym tę paczkę nadano. Zadzwoniłem.

W słuchawce usłyszałem: „Urząd pocztowy Józefów, o co chodzi?” i momentalnie przeniosłem się w inną rzeczywistość, w inne czasy. Opróc głosu zniechęconej pani urzędniczki, zniesmaczonej tym, że ktoś w ogóle śmie jej zawracać głowę, słyszałem w tle odgłos mieszania herbaty w szklance i jakieś luźne rozmowy. Natychmiast wyobraziłem sobie to wszystko, co ja mogłem oglądać w Misiu czy Zmiennikach a czego moi rodzice czy dziadkowie doświadczali osobiście.
Gdy próbowałem pokrótce wyjaśnić, z jakim zapytaniem w ogóle dzwonię, usłyszałem swojskie: „że co?”. Gdy wyjaśniłem szczegółowo i na przykładzie cytując numer przesyłki, który dostałem, jedyne, na co panią z urzędu było stać, to szyderczy śmiech i stwierdzenie: „Chyba pan żartuje? Chce pan sprawdzić, gdzie teraz jest nadana u nas przesyłka? Nie ma takiej możliwości”. Zapytałem się w tej sytuacji o numer telefonu, gdzie mógłbym zadzwonić i dowiedzieć się czegoś więcej, ale usłyszałem tylko z irytacją w głosie: „Jak przesyłka nie dojdzie w przeciągu dwóch tygodni, może pan złożyć reklamację, do widzenia”. Po chwili tylko głuchy sygnał.

Cała ta rozmowa rozbawiła mnie tylko. Pomyślałem sobie, że jeszcze większą pewnie konfuzję wywołałbym u tej pani z urzędu pocztowego, gdybym przedstawił się jako osoba dzwoniąca zza granicy, a nie ktoś, kto niedawno osobiście nadał u nich przesyłkę. Zabrzmiałbym prawdopodobnie, jak Waiss robiący niewinnych i nieświadomych ludzi w konia. Nieważne. Poniosło mnie trochę. Porównałem jeszcze tę rozmowę do takiej, którą odbyłem dosłownie kilka dni wcześniej z irlandzką pocztą. Tam też nadaliśmy przesyłkę, też były problemy, ale sposób, w jaki mnie potraktowany był zgoła inny.
Wyjaśniono mi pobieżnie, jak działa wysyłanie paczek do US. Co zrobić i gdzie dzwonić, jeśli się zgubią i najlepiej jakich argumentów używać, jakie dane cytować. Poczułem się załatwiony przez urzędnika w tym dobrym tego słowa znaczeniu.

Once

Obejrzeliśmy sobie Once. Współczesny film irlandzki o muzyku i emigrantce. On zagubiony, bo wypuścił z rąk miłość, ona zagubiona, bo w obcym kraju. Pomagają sobie wzajemnie odnaleźć to, co dla nich obojga ważne. Spotykają się na zatłoczonym Graftonie, jeżdżą Dublin Busami, muzykują w sklepach z instrumentami, odwiedzają Bray.
Film okazał się być bardzo miły, ładny i łagodny. Do tego w pewien sposób bliski, bo rozgrywał się w okolicy. Był moment, że dzień w dzień biegałem zatłoczonym Graftonem, a w końcu wciąż mijam Millennium Spear na O’Connellu. Do tego język, tzw. dubliński akcent plus ten specyficzny język emigrantów i sposób w jaki ich (nas?) przedstawiono. Stłoczone na małej powierzchni, zamknięte społeczności, gdzie tylko jedno mieszkanie ma telewizor, który wszycy przychodzą oglądać i tylko jedna osoba mówi po angielsku i wszyscy do niej właśnie zwracają się ze swoimi sprawami.
Scenarzyści bardzo sprawnie wyszli z zakończenia. W pewnym momencie zdawało się, że zabrnęli w ślepy zaułek, szczególnie w scenie nad morzem, ale dali sobie radę. Przynajmniej w moim mniemaniu.

/z innych informacji:

  • Liczba listopada: 103.
  • Odezwała się Ambasada. Powinienem jak najszybciej zadzwonić i umówić się na przesłuchanie.
  • Od tygodnia zżera mnie irlandzka, jednodniowa grypa.
  • Koncert Fun Lovin’ Criminals raczej udał się. Wyszedłem z dwiema koszulkami i płytą supportu Cantaloop.
  • Gry komputerowe jak nie działały, tak nie działają choć i tak nie bardzo byłby na nie czas.

Wpis: 869.