Kalendarz

Październik 2007
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Październik 2007

T.eraz U.derzą S.tare K.omuchy

Poniedziałek: Donald Tusk wyczarterował 10.000 jumbo-jetów. Trzy miliony Polaków wraca do kraju.

Wtorek: Zarządzeniem premiera Donalda Tuska zlikwidowano wypadki samochodowe.

Środa: Donald Tusk obniżył podatki – od środy PIT, CIT i VAT w Polsce wynoszą 1%, jednocześnie Donald Tusk zwiększył wynagrodzenia – pielęgniarka zarabia średnio 5890 zł netto, a lekarz 25630 zł netto. Nauczyciele zarabiają od środy 8300 zł netto, a urzędnicy 6250. Zachodnie granice Polski przekraczają tysiące lekarzy z Niemiec, Francji i Irlandii, by podjąć pracę w polskich szpitalach.

Czwartek: W czwartek Donald Tusk gwałtownie podniósł prestiż Polski na świecie – UE ogłosiła wprowadzenie Nicei i pierwiastka jednocześnie, Niemcy zrezygnowały z Gazociągu Północnego, a bałtycką rurą będzie transportowane mięso z Polski do Rosji.

Piątek: W piątek Donald Tusk wybudował 2500 kilometrów autostrad 840 pływalni i 320 stadionów. Hanna Gronkiewicz-Waltz – nowa minister infrastruktury – przecięła 6000 wstęg w ciągu 18 godzin.

Sobota: Donald Tusk rozdał akcje, średnio 70 tysięcy na głowę. Ponadto wprowadził poszóstne becikowe i ulgę na dziecko – bez kozery – pięćset tysięcy.

Niedziela: Po zrobieniu tych wszystkich cudów, siódmego dnia, Donald Tusk odpoczął.

PS. Wieczorem w niedzielę od niechcenia Donald Tusk zniósł przymrozki, by jabłka już nigdy nie drożały.

Wpis: 860.

Weekend.

     Obejrzeliśmy sobie film pt. Melissa P.
     Film nakręcony na podstawie Stu pociągnięć szczotką przed snem, książki, o której swego czasu przez chwilę było głośno.
     Miał być skandalizujący może nawet szokujący. Miał pokazywać świat seksu w złym zwierciadle – uprzedmiotowienie miłości. Został zaliczony do kategorii dramatu, a właściwie dramatu erotycznego.
     Zaczynało się standardem. Młoda, naiwna dziewczyna, na własne życzenie daje się poniżyć. Później daje się poniżyć po raz drugi. Za te poniżenia postanawia odgrywać się na facetach. W tym miejscu kończy się fabuła. Sztampowa do bólu, przewidywalna i powielana w każdym filmie traktującym o zemście. W tym przypadku jednak zemsta była nieuzasadniona, jej powodem bowiem była głupota lub naiwność samej bohaterki. Równie dobrze można było zrezygnować z jakiegokolwiek wątku i zrobić po prostu pornola. Przynajmniej człowiek nie starałby się doszukiwać czegoś, czego w tym filmie nie było. Ale na to nie starczyło już autorom polotu.
     Zaczynało się standardem i było tym standardem przez pierwsze dwadzieściapięc minut. Później, ponieważ nie zapowiadało się na jakąkolwiek zmianę, zasnąłem.
     Zamiast skandalu – nuda.

A na deser – Suburban Knights zespołu Hard-Fi

Suburban days, they last so long
Each shop and office, we sing our song
We all sing we ain’t got nothing
Nothing to do, a big fat nothing
Nothing for me nothing for you

Suburban dreams, just out of reach
Work till you die, that’s what they teach you at school
With that in mind, what’s there to lose
My friends and I don’t stop
Until we’ve got fags and booze
Hear them all singing

Ay… We’re the ones that you’ve forgotten
Oh… But we will not be denied
Ah… Coming out of the shadows
Ay… Yeah, yeah we rock the satellite

Suburban nights, they get so hot
People get angry, we sing our song
We all sing but global terror they say,
We are at war, but ain’t got time for that
Coz’ these bills keep dropping through my door oh oh
Hear them all singing

Ay… We’re the ones that you’ve forgotten
Oh… Out of mind out of sight
Ah… Coming out of the shadows
Ay… Yeah, yeah we rock the satellite

All these people who, criticize us Well,
They’re only saying what we’re seeing with our own eyes
This one way system it ain’t, ain’t paradise
Not everybody wants to race, wants to fight
Hear them all singing

Ay… We’re the ones that you’ve forgotten
Oh… Out of mind out of sight
Ah… Coming out of the shadows
Ay… Yeah, yeah we rock the satellite

Ay… We’re the ones that you’ve forgotten
Oh… Out of mind out of sight
Ah… Coming out of the shadows
Ay… Yeah, yeah we rock the satellite

Wpis: 859.

Moherowe klify.

     Ostatnie tygodnie płyną pod znakiem nieustającej nagonki. Szybkie poranki, praca, krótkie wieczory. Zero czasu wolnego.
     Dzień w dzień to samo. Pobudka, podróż autobusem, śniadanie, praca, podróż autobusem, kilka chwil przed snem – później noc. I tak w kółko. Czasem pięć, czasem sześć dni w tygodniu. Bez przerwy, wciąż to samo. A kiedy przychodzi już dzień wolny, sobota, niedziela, to te 12 godzin starcza akurat żeby posprzątać, poprać, obejrzeć odcinek serialu i z powrotem wpaść w trans.
     Ten brak czasu wolnego przyprawia mnie o narastającą frustrację. Nie mam czasu, żeby obejrzeć sobie film, nie mam czasu, żeby przesłuchać sobie płyty, nie mam czasu, żeby spokojnie zjeść, nie mam czasu, żeby wyjść do pubu, na koncert – nic. Kompletnie nic. Tylko praca, dom, praca, dom, sprzątanie, praca, dom, praca dom. Cholerna monotonia życia dorosłego. Nudy i wspomniana frustracja. Bo może chciałbym przez jakiś czas nic nie robić. Nie patrzeć na zegarek o 9:30 wieczorem i myśleć: „Kurwa, za 8 godz. muszę wstać”. Nie wstawać o 5:30 i już rano wiedzieć, że jak wrócę wieczorem to będę myślał tylko o tym, że następnego dnia wszystko się powtórzy. Bezsens.
     Właśnie – „bezsens”. Jeśli tak ma wyglądać „dorosłość”, „dojrzałość”, „odpowiedzialność” i te wszsystkie rzeczy, do których dążymy będąc młodymi, to ja dziękuję za coś takiego. Wolę nie być „dorosły”, „dojrzały” i „odpowiedzialny”. Brakuje mi luzu. Nie sądziłem, że kiedyś do tego dojdzie, ale najzwyczajniej na świecie brakuje mi luzu. A nie daję sobie rady z życiem w ciągłym stresie. Potrzebuję przerwy. Tygodniowej przerwy i już z utęsknieniem czekam, aż miną trzy miesiące w nowej pracy, żebym mógł skorzystać z przysługującego mi tygodniowego urlopu. Odliczam dni. Zostało mniej, niż trzy tygodnie…

     A w pracy, jak to w pracy. Raz lepiej, raz gorzej – różnie. Wciąż niesamowicie podoba mi się forma. Email, telefon, kontakt z całym światem. To mnie pociąga i z tego powodu bardzo lubię tę pracę. Ze względu na to, nie mogę złego słowa powiedzieć. Mimo, iż na początku nie sądziłem, że będę mógł, na dłuższą metę, poruszać się wśród klamek, kołatek, uchwytów, zamków i innego rodzaju ustrojstwa. Teraz jest okej. Musiałem tylko się przystosować. Trochę to trwało, ale się udało. Na dobrą sprawę, okazuje się, że można (mogę) handlować wszystkim. Klamkami i kołatkami też.
I wydawało mi się, że już się wdrożyłem i robię się coraz bardziej obeznany w tym, z czym mam do czynienia, kiedy nie tak dawno (może ze trzy tyg. temu) szef wziął mnie na rozmowę mówiąc: „Tak Piotrek, po systemie śmigasz biegle, z dostawcami kontakt masz wyśmienity, nie mam do ciebie żadnych zastrzeżeń, tyle tylko, że nie mogę zdzierżyć tego, jak traktujesz klientów. Nie masz w sobie żyłki sprzedawcy. Nie wciskasz im naszych produktów. To niedobrze, bo przecież twoim zadaniem jest sprzedaż”. Obiecałem, że się poprawię i miałem wrażenie, że jest z każdym dniem lepiej, szczególnie, że zbiegało się to z ogólnym wczuwaniem się w rolę. Takim wczuwaniem się, które w moim zwolnionym z natury organizmie dopada mnie nie wcześniej jak po 10-ciu tygodniach w nowym otoczeniu. Tak było i teraz, kedy szef znów wziął mnie na rozmowę i tym razem powiedział wprost: „Masz dwa tygodnie. Jeśli nie zobaczę poprawy nasze drogi się rozejdą”.
     Koniec końcow, ja nie mam sobie niczego do zarzucenia. Staram się, jak potrafię. Nie sam będę siebie oceniał. Się zobaczy.

     Poza pracą, natomiast, nic się takiego nie dzieje. To mnie trochę przeraża. Pamiętam, jak będąc jeszcze wiecznym studentem, drażnili mnie ludzie, którzy opowiadali tylko o pracy. Teraz to rozumiem. Sam najczęściej nie mam niczego innego do powiedzenia, ale mimo wszystko wciąż mnie to drażni. Z tą różnicą, że kiedyś drażnili mnie inni, teraz drażnię sam siebie. To chyba zły znak. Wracając jednak do tego, co się dzieje poza pracą.
     Rozpoczął się kolejny tydzień, jak walczymy z naszym landlordem, żeby ruszył tyłek i zajął się niesprawnym boilerem. Potyczkę rozpoczeliśmy osobiście, ale przedstawiciele serwisów potraktowali nas z rasistowską wyższością mówiąc, że nie z nami będą załatwiać sprawy, tylko z włascicielem mieszkania. Nasza rola się skończyła, przejął ją Johny i od tamtej pory wszystko trwa w zawieszeniu.
Mówi się o Hiszpanach, że „maniana”. W Irlandii nie jest lepiej. Tutaj mamy „no hussle” i „soon”. Czegokolwiek by nie mówić o Irlandczykach, to na pewno nie można przypisać im pośpiechu. Są z typu ludzi nienatychmiastowych. Ma to swoje dobre strony. Kiedy już wypadam z autobusu w naszym malutkim Portlaoise, uspokajam się właśnie tym, że ludziom się nie spieszy. Jeżdżą powoli, chodzą powoli. Nie widzą – jak i ja niekiedy nie widzę – sensu biec. Za to mają plusa. Niestety, są też i złe strony tej nienatychmiastowości. Z cudem graniczy załatwienie czegoś na czas. Potrzeba tysiąca telefonów i setek naprzykrzań się, żeby wreszcie zostać potraktowanym poważnie. Żeby nie zostać zignorowanym (wiem to z doświadczenia w firmie; tutaj też wiele rzeczy dzieje się „później”). Tak jest teraz w przypadku Johnnego i niedziałającego boilera. Najpierw landlord wyjechał sobie na wakacje, potem okazało się, że serwisy, które zna, nie chcą naprawiać tego świństwa, potem przysłał jakiegoś swojego funfla, który też tylko wzruszył ramionami. Nie posunęliśmy się w całej sprawie ani o krok. Jedyna różnica to taka, że Johnny regularnie przysyła nam wiadomości: „Nie zapomniałem o was, jak tylko będę coś wiedział, dam znać”. Chyba ma ustawiony szablon w telefonie.
     Byliśmy na wyborach. Wynik skomentuję jednym słowem: „porażka”. Pora na chwilę zadumy. Mniejsza.
Byliśmy na wyborach, ale niełatwo było dojechać. Do samego Dublina droga prosta, ale później już tylko pod górkę. Przebić się przez centrum, na szczęście w niedzielę, nie było trudno – ot po prostu, przejażdżka. Natomiast z centrum do ambasady. To była zabawa.
Mieliśmy mapkę wydrukowaną z google. Dwa sprzeczne ze sobą adresy i trzy sprzeczne ze sobą informacje. Gdy dojechaliśmy w okolice zobaczyliśmy grupki osób błąkające się w poszukiwaniu komisji wyborczej. Niesamowite było to ile ludzi chce wziąć udział w głosowaniu. To dobrze świadczy o świadomości społecznej. Na plus. Tak czy inaczej, zeszło nam dobrych kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt minut na jeżdżeniu w kółko i szukaniu odpowiedniego miejsca. Wreszcie znaleźliśmy, ustawiliśmy się w kolejce. Potem wepchąłem się bez kolejki. Zagłosowałem i byłem z siebie zadowolony. Opuściłem jak dotąd tylko jedne wybory (dotyczące przystąpienia Polski do UE) i nie mam zamiaru opuszczać innych.
Potem powrót do domu i oczekiwanie na początek kolejnego tygodnia. To właśnie jest przesrane. Jestem w domu, niedzielne popołudnie, a w głowie mam to, że następnego dnia rano będę musiał posuwać do pracy. Przeraża mnie to, że brakuje mi luzu do tego stopnia, że niedzielne popołudnie, zamiast wyjść do pubu, przejść się deptakiem, pójść do kina czy parku, myślę o poniedziałku i całym przerąbanym tygodniu. Muszę mieć przerwę, jak nic, muszę odpocząć… Jeszcze trzy tygodnie… Mniejsza.
     Dzień wcześniej byliśmy na klifach (zdjęcia). Było super.

Wpis: 858.

Dublin o poranku.

dublin o poranku

Wpis: 857.

Bułgarski pościkk…

- Those Belgian lanterns, where do they come from?
- India.

/z innych informacji: Liczba miesiąca września: 91.

Wpis: 856.

Kontakt…

     Praca w sklepie internetowym charakteryzuje się kilkoma czynnikami. Jak każda inna, zawiera też pewne nieodłączne elementy składające się na jej podstawy.
     We wszystkich działalnościach handlowych, pierwszeństwo stanowi trzepanie pieniędzy. Na drugim miejscu jest klient. Jak daleko jest od pierwszego do drugiego miejsca, to najczęściej ściśle strzeżona tajemnica danej firmy.
     W sklepie internetowym bardzo ważny jest kontakt z klientem. Ponieważ większość sprzedaży odbywa się niebezpośrednio kluczowym, głównym, najbardziej istotnym elementem jest łączność ze światem. Telefon przy uchu, palce na klawiaturze, oczy wpatrzone w monitor. Informacje atakujące kanałami conajmniej dwóch zmysłów.
     Klient zadowolony, klient zdegustowany, producent opóźniający dostawę, producent domagający się płatności i wiele innych pojawia się w codziennej pracy w sklepie internetowym. To wszystko musi mieć sposób by przedostać się do pracownika.
     Odnosząc się natomiast do punktu pierwszego, jest tylko jedna rzecz, na której, w przypadku sklepu internetowego, oszczędzać się nie powinno, a wręcz nie można. Rzecz jasna – rachunki za telefon / internet.

     To wydaje się jasne, ale nie na tyle, żebyśmy właśnie z tego powodu, przez pół dnia w piątek byli odcięci od świata.

Wpis: 855.

Wybory

     Zapisałem się na wybory. Wysłałem zgłoszenie do Ambasady, żeby dopisali mnie do listy wyborców. Chcę po raz kolejny spełnić jeden z niewielu obowiązków obywatelskich, to których się poczuwam.

     Można było pójść osobiście, zadzwonić albo pobrać z Internetu specjalny formularz, wypełnić i formalności załatwione. Mam nadzieję. Prosiłem ich o potwierdzenie przyjęcia mnie do spisu wyborców, ale niczego nie otrzymałem. Obawiam się, że może mieć to związek ze zmianą statusu z zameldowanego na bezdomnego, ale staram się być dobrej myśli. W miarę możliwości, jak znajdę chwilę wolnego, to przekręcę do nich z pytaniem. Chcę być pewny, że jak zjawię się przed komisją w dniu wyborów, nikt nie pokaże mi środkowego palca.

     Odkąd uzyskałem prawa wyborcze, stawiam się przed komisją by wskazać swojego kandydata. Był tylko jeden wyjątek, do eurowyborów. Chcę mieć świadomość, że zrobiłem wszyskto, co w mojej mocy, żeby w strukturach władzy reprezentowali mnie ci przedstawiciele, których popieram. Nie chcę dopuścić do sytuacji, w której nie idę na wybory, a później nie jestem zadowolony z ich wyniku. Bezzasadnie narzekać na rezultat.

     Tak czy inaczej, 21-ego października zamierzam przypomnieć o sobie ojczyźnie i wybrać jedynych, słusznych kandydatów.

Wpis: 854.