Kalendarz

Wrzesień 2007
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2007

Ostatnie Tango w Paryżu

     Dziś na Parc des Princes mecz ostatniej szansy. Reprezentacja Irlandii gra z Argentyną na Mistrzostwach Świata w Rugby. Po tragicznym występie przeciwko gospodarzom, w którym ponieśli sromotną klęskę, Irlandia musi pokonać Argentynę różnicą przynajmniej siedmiu punktów zdobywszy cztery przyłożenia by myśleć o awansie do ćwierćfinałów. Musi jeszcze liczyć na to, że Francji powinie się noga w meczu z Gruzją[1].

     W ocenie irlandzkich komentatorów, szanse na zwycięstwo Irlandczyków są nikłe, stąd określenie mianem „Ostatniego Tanga w Paryżu”. Reprezentacja rozegrała zaledwie średnie spotkanie z Namibią. W drugim meczu długo męczyła się z Gruzją. O trzecim, o druzgoczącej porażce z Francuzami, w ogóle się nie wspomina. Irlandczycy zdobyli w nim zaledwie 3 punkty. Przy takiej postawie, tylko cud mógłby sprawić, że podopieczni Eddiego O’Sullivana wyjdą z grupy.

     Tydzień temu, tuż po meczu, wszyscy wzajemnie się obwiniali. Trenerzy zawodników, zawodnicy menadżerów, gazety trenerów; oskarżeniom nie było końca. Wyciągano na światło dzienne skłonności niektórych graczy do hazardu czy problemy osobiste. Około wtorku atmosfera się zmieniła. Irlandczycy unisono zapowiadali walkę do ostatniego gwizdka, wielkiego ducha w drużynie wreszcie nadprzyrodzone zwycięstwo z kroczącą od wygranej do wygranej reprezentacją Argentyny. Pojawiło się powiedzenie: „four tries or die”. Pod koniec tygodnia jednak, okazało się, że irlandzcy gracze zaczynają przypominać sobie o kontuzjach i jeden po drugim wycofują się z turnieju. Gracze i kibice Czarnych Pum, jak nazywany jest zespół Argentyny, zacierają ręce. Już teraz bowiem wiadomo, że po raz drugi w historii Mistrzostw Świata w Rugby, Argentyńczycy awansują do ćwierćfinałów.

     Pomimo znikomej szansy na wyjście z grupy, czy chociażby na podjęcie walki z Argentyną, Irlandia żyje meczem. Rugby, to po sportach galickich, najpopularniejsza dyscyplina. Popularniejsza nawet niż golf, wyścigi (konne / psów) czy snooker, nie wspominając o piłce nożnej. W niektórych okręgach jest to nawet sport numer jeden. W mediach, ale także w codziennych rozmowach temat pojawia się najczęściej. Czuje się napięcie. Oczekiwanie doprawione niedowierzaniem ale i ciekawością jednocześnie.

     Jedno jest natomiast pewne. Dziś przed 4:00 pm, Irlandia opustoszeje. Z ulic znikną wszyscy jej mieszkańcy (wykluczając emigrantów). Każdy będzie świadkiem tego Ostatniego Tanga w Paryżu.

———-
[1] Sport spekulatywny – Doskonały przykład znany także z polskiego ogródka. Najpierw coś się zawala całkowicie, a później zaczyna się liczyć… Oni wygrają, zdobędą mniej punktów, będą mieli taką a taką różnicę w bramkach, my tutaj przy pomocy Matki Boskiej zwyciężymy, pokonamy niepokonanych i mając matematykę za sobą, awansujemy. Na tym polu, Irlandia niczym nie różni się do Polski.

/komentarz pomeczowy: Dla ścisłości, Irlandia przegrała 15 do 30.

Wpis: 853.

Paranoja przed świtem.

     Budzę się. Rozglądam dookoła. Ciemno za oknem. Dobry znak.
     Wstaję. Zapalam światło. Odruchowo ubieram się.
     Nie słyszałem budzika. Dziwne. Myślę.
     Spoglądam na zegarek w kształcie laptopa…

     …jest 58 minut po północy.

Wpis: 852.

Rozdwojenie jaźni.

     Jednym z niewielu dyskomfortów doskwierających na wygnaniu jest językowe rozdwojenie jaźni. Nie jest to problem przytłaczający (jak brak kontaktu z bliskimi) bądź całkowicie przerastający (jak wszeochogarniająca powszedniość, powtarzalność, nuda, beznadzieja) możliwości przeciętnego emigranta, niemniej jednak daje się we znaki. Czasem bardziej czasem mniej dotkliwie.

     Językowe rozdwojenie jaźnie towarzyszy emigrantowi codziennie i w każdej sytuacji.

     Pojawia się wraz z pobudką. Pierwsze myśli, zazwyczaj niemiłe i przeklinające poranek „wypowiadane” są w ojczystym języku emigranta. Bluźnierstwa, niepochlebne przywitanie dnia i inne im podobne najbardziej soczyście, szczerze i relaksująco brzmią w języku polskim. Jednocześnie już w tym samym momencie, emigrant atakowany jest językiem obcym. Najpierw w porannych wiadomościach, towarzyszących mu przy niezwykle wymagających czynnościach wstawania. Później w prasie, radiu w drodze do pracy.

     Gdy emigrant dociera wreszcie do pracy, w której posługuje się przede wszystkim językiem obcym jest możliwe, że jego myśli zaczynają pojawiać mu się w głowie właśnie w tym języku. Przebywając w otoczeniu osób mówiących wyłącznie obcojęzycznie, sam przełącza się na taki tryb. Myśli i mówi (pisze, czyta) po angielsku, wpada w językowy trans. Czuje się w nim pewnie, swobodnie i nie sprawia mu większego problemu gdyby nie to, że raz po raz jego językowy trans przerywany jest przez nawrót języka ojczystego. Sytuacja zmienia się i teraz przebywając głównie w otoczeniu języka obcego tylko od czasu do czasu atakowany jest swoim własnym. Z serwisu internetowego, na który spojrzy, ze strony pracownika innej firmy, z którym utrzymuje kontakty zawodowe, ze strony współpracowników, wreszcie ze strony znajomych.

     Wieczorem, gdy emigrant wraca do domu proporcje ponownie się odwracają i powoli wynurza się z gniazda języka obcego zapadając się w otchłań języka ojczystego. Po całym dniu przerwy prowadzi rozmowy telefoniczne, osobiste już wyłącznie we własnym języku. Czuje ulgę, rozluźnienie, przestaje koncentrować się na przypominaniu sobie obych słówek, zwrotów. Nie wytęża już słuchu, by jak najwięcej zrozumieć. Porozumiewa się naturalnie.

     I tylko w tle słyszy wieczorne wiadomości, potem jakiś serial, film. Zasypia myśląc po polsku ale otaczając się obcymi odgłosami.

Wpis: 851.

Krzyżacy, luźne skojarzenie.

Złota kolekcja
„Mistrz Urlyk, wzywa twój majestat panie i księcia Witolda na bitwę śmiertelną i aby męstwo, którego wam widać brakuje, podniecić, śle wam te oto dwa… dzieściacztery piwa (…)”

Wpis: 850.

Tożsamość narodowa.

     Kolekcjonuję adresy. Imiona, numery telefonów, kody pocztowe, wszelakie dane objęte ustawą o ich ochronie. Przez moje ręce przewija się po kilkanaście, nawet do kilkudziesięciu zamówień dziennie. Każde z nich zawiera pełne dane klienta. Na tym polega moja praca.

     Przyglądam się tym danym, rejestruję je. Tworzę specjalne bazy. Dla pewności sprawdzam każdy kod pocztowy. Patrzę na mapie, w które miejsce na świecie wysyłamy dane zamówienie. Jakieś siedemdziesiąt procent idzie do Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej.

     W tym wszystkim podoba mi się to, że choć większa połowa zamawiających podaje w adresie Zjednoczone Królestwo, to wciąż zdarzają się niepoprawni nacjonaliści, którzy utożsamiają się ze swoją narodowością i uparcie twierdzą, że mieszkają np w Szkocji czy Irlandii Północnej i nie są częścią Korony Brytyjskiej.

/z innych wydarzeń: Skończyło się lato, na dworze coraz ciemniej od rana i coraz szybciej zmierzcha wieczorem. Zimno się robi i ponownie deszczowo. Nic nadzwyczajnego niby, ale przyzwyczaiłem się do tego, że było odmiennie. Słonecznie i jasno. Pora przestawić się na sezon jesienno-zimowo-wiosenny.
W sobotę, jak dopisze pogoda i kac będzie niewielki, szykujemy się na wyprawę do Galway. Wypadałoby wreszcie zobaczyć miasto, które miało być celem pierwszej podróży. Poza tym, stamtąd już tylko rzut beretem nad Ocean.
W pracy w porządku. Codziennie przyjeżdżam trochę wcześniej. Mam czas na śniadanie, telewizję prasę. Potem 8 godzin siedzienia na telefonie i Internecie. A na koniec dnia podróż do domu autobusem z „moim” kierowcą.

Wpis: 849.

Zeszłotygodniowy wypad do Limerick.

Limerick 2007.09.08Widok ogólny, rzeka ShannonLimerick 2007.09.08Rewolucjonista szykuje się do tawernyLimerick 2007.09.08Walczak z wielką lufąLimerick 2007.09.08Jest tam kto?Limerick 2007.09.08Ulica z widokiem na zamekLimerick 2007.09.08Trzynastowieczna zabudowa z dwudziestopierwszowiecznym dodatkiemLimerick 2007.09.08Kamień, cegła… Jeden piesLimerick 2007.09.08Nowocześnie też jest

Wpis: 848.

Przerwa na reklamę

Wpis: 847.

Podróże autobusem, to zupełnie inny rozdział.

     Autobus prowadzi „mój” kierowca, którego „darzę”.

     „Mój” kierowca przepisy ruchu drogowego traktuje jak zaledwie luźną sugestię, zdarza mu się jeździć po chodnikach, wyprzedzać na trzeciego, przejeżdżać na czerwonym świetle, skręcać z lewego pasa w prawo etc., a wszystko to, by dowieźć nas, swoją trzódkę, na czas.

     „Mój” kierowca, sympatyczny, pięćdziesięcioletni na oko, mężczyzna z brzuszkiem i w okularach, sprawia wrażenie zatroskanego losem swojej trzódki i bardzo stara się, aby nam wszystkim było komfortowo. Każdego zapyta się, co słychać, powie miłe słowo, życzy powodzenia czy udanego dnia. Dba o to, by w jego autobusie panowała przyjazna atmosfera.

     „Mój” kierowca, co rano puszcza nam radyjo z pobudzającą muzyką, wiadomościami, informacjami o korkach w Dublinie, ot taką poranną papkę. Ta papka jest na tyle nieinwazyjna, że zupełnie nie przeszkadza np. w drzemce, lekturze, makijażu. Tej papki można też spokojnie słuchać – spikerzy nie są upośledzeni umysłowo, nie śmieją się ze swoich własnych dowcipów, przekazują rzetelne informacje i puszczają przyzwoitą muzykę.

     „Mój” kierowca, każdego popołudnia troszczy się o to, by podróż powrotna nie przebiegała bezpłciowo. Niekiedy zażartuje, gdy wsiadamy do autobusu albo zabawnie skomentuje jakąś sytuację innym razem poczęstuje żelkiem. Wczoraj np., nie wiadomo skąd, wytrzasnął gumowego szczura, którym straszył wsiadające panie. Niektóre nawet nabierały się na jego dowcip. Niemal zawsze puszcza nam jakiś film na DVD (przed którym widnieje informacja, że publiczne odtwarzanie wzbronione – ale „mój” kierowca zdaje się ignorować taki zapis), cobyśmy zajęli się czymś podczas półtoragodzinnego powrotu do domu, żeby ten czas upłynął nam szybciej. Najczęściej puszcza nam lekkie i niezobowiązujące komedyjki. Przeważnie niegłupie. Od czasu do czasu pokazuje jakiś film akcji czy dramat.

     „Mój” kierowca, kiedy dojeżdżamy do Portlaoise, zatrzymuje się wszędzie tam, gdzie chce wysiąść ktoś z jego trzódki nie bacząc przy tym na to, że tamuje cały ruch. Na koniec zawsze powie: „trzymaj się i do zobaczenia jutro, synu”.

Wpis: 846.

Irlandzkie ciemności

     Skończyły się czasy, kiedy budziłem się, a na dworze wciąż było jasno. Gdy wstaję, panują irlandzkie ciemności. Porannę toaletę, szybkie śniadanie do autobusu i drogę na przystanek rozjaśnia mi sztuczne oświetlenie. Słońce wychodzi zza horyzontu coraz później, coraz mniej czasu zostaje na ewentualną lekturę (nie, żebym codziennie czytał, częściej drzemię). Jak tak dalej pójdzie, to za miesiąc, może półtora i wysiadać w Dublinie będę przed wschodem.

     O ile wcześniej, kiedy budziłem się, a na dworzu panowała już jasność, poranki nie sprawiały mi kłopotu. Teraz zasypiam. Jakbym nie był w stanie usłyszec budzika, jeśli na dworze nie świeci słońce. Dopóki było inaczej, dopóki lato – przynajmniej kalendarzowe – za oknem, godzina 5:30 nie była wyzwaniem i na wszystko starczało czasu.

     Dwukrotnie w zeszłym tygodniu, przebudziłem się prawie godzinę później. Spojrzałem za okno, spojrzałem na zegarek, przekląłem siarczyście i wybiegłem z domu. Nie było śniadania w autobusie, nie było kanapek na drogę powrotną, nie było nic poza nerwami.

     Dziś obudziłem się jeszcze później i już nawet nie było sensu biec na autobus.

     I nie ma znaczenia, czy wieczorem kładę się spać przed dziesiątą, w okolicach północy czy później. Nie ma znaczenia, czy wracam z pubu czy spędzam czas przed telewizorem, komputerem. Poranne wstawanie sprawia problemy.

     A to dopiero początek, tak na dobrą sprawę. Lato się ledwie kończy, czas na jesień, zimę, wiosnę… Na pobudkę w irlandzkich ciemnościach, podróż do, z pracy i drzemkę w irlandzkich ciemnościach. Życie w zamkniętych pomieszczeniach, przy sztucznym oświetleniu… a zatem, i tak dalej.

/komentarz odautorski: Poza tym, wszystko w porządku. W pracy okej. Przenosimy się z pomieszczenia do pomieszczenia tylko po to, żeby za kilka miesięcy (wedle planu) przenieść się ponownie. Tymczasowe miejsce na pewno nie przypomina sklepu z prawdziwego zdarzenia, panjują w nim chaos i bałagan skutecznie uniemożliwiając jakiekolwiek rozeznanie. Na dobre wychodzi tylko to, że gros zamówień składanych jest przez telefon czy email.
Polacy zremisowali z Portugalią. Meczyk miał interesujący przebieg. Najpierw prowadzenie, potem remis, bramka na 2 : 1 dla Portugalii i wreszcie wyrównanie tuż przed końcem. Były emocje. Teraz czas na Finlandię (Irlandia w tym samym czasie zremisowała ze Słowacją i jeśli nie pokona Czechów może pożegnać się z zabawą).
Dzień później, Kubica mógł, ale jego ekipa się nie popisała. Weekend, ogólnie rzecz biorąc, spędzony „sportowo”.

Wpis: 845.

Irlandzkie góry.

widoczek
Ani toto wysokie, ani skaliste… Ot takie pagórki.

widoczek
I nawet drzew nie mają.

Wpis: 844.