Kalendarz

Sierpień 2007
P W Ś C P S N
« lip   wrz »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Sierpień 2007

Układ z Schengen i jego konsekwencje.

     Nie tak dawno przeczytałem, że Polska wreszcie ratyfikowała układ z Schengen. Zainteresowało mnie to głównie dlatego, że porozumienie to znosiło jakąkolwiek kontrolę dokumentów na granicach wewnątrz UE. Dla mnie dobra wiadomość. Od stycznia na granicach lądowych, później na lotniskach miano zaprzestać sprawdzania paszportów, dowodów etc. Wreszcie pojawiała się realna szansa tego, że żyłbym ze świadomością, iż kiedy chcę, mam ochotę czy zwykłe „widzimisię”, mogę wrócić do kraju. Choćby na chwilę.
Nie mówię, że już godzinę po wejściu układu w życie stałbym na polskiej ziemi, raczej nie, ale miałbym w sobie przekonanie, że mógłbym. To tak, jak z papierosami czy piwem. Nie muszę palić, pić, ale muszę wiedzieć, że mam pod ręką na wypadek, gdyby mnie przycisnęło. Wracając do Schengen, zawsze to jedno ograniczenie w życiu mniej.

     Ucieszyłem się, ale nacieszyć się nie zdążyłem. Ledwie kilka dni później dowiedziałem się o nowym rozwoju wypadków w związku z moją sytuacją. Otóż okazało się, że WKU już sobie odpuściło. Nie znalazło mnie, dało sobie spokój. Dalej nie będą sobie zaprzątać tym głowy. Sprawę przekazali specjalistom – prokuraturze.
Do domu przyszło wezwanie na komisariat. Policja, na polecenie prokuratury, ma ustalić miejsce mojego pobytu. I teraz, są dwie możliwości. Ustala to miejsce, albo nie.
Jeśli ustala, może – ale nie musi – wysłać mi na adres irlandzki wezwanie do stawienia się przed WKU (w celu odbycia zasadniczej służby wojskowej), albo przed samą prokuraturą (w celu odpowiedzenia za uchylanie się od obowiązku obywatelskiego). Natomiast jeśli policji, na polecenie prokuratury, nie uda się ustalić miejsca mojego pobytu, wtedy prokuratura wysyła za mną list gończy. W takim wypadku, przy pierwszej, lepszej kontroli, gdy jakakolwiek służba sprawdza moje dokumenty, natychmiast widzi w kartotece, że oprócz wykroczeń w stylu: „złamanie ustawy o wychowaniu w trzeźwości i zapobieganiu alkoholizmowi (…)” jestem także poszukiwany. A stąd już jeden krok przed sąd. I dupa blada. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nawet jeśli prokuratura wystosuje taki list gończy, to nie przekaże go do „Interpolu” i że będę poszukiwany raczej na terytorium Rzeczpospolitej a nie w całej UE.

     Mimo wszystko, układ z Schengen daje jakieś nadzieje. Daje teoretyczne szanse na wjechanie do Polski niezauważonym. Jeśli celnicy mieliby sprawdzać tożsamość tak, jak to robią na granicy Irlandii z Irlandią Północną, to luz. Tutaj po prostu spoglądają na zdjęcie i puszczają dalej. Nie grzebią w żadnych kartotekach. Przy takim założeniu, jak już zniosą kontrolę także na lotniskach, jest szansa na pojawienie się w kraju. Należy jednak pamiętać, że choćby i istniały jakieś plusy, nie mogą one przesłonić minusów. W chwili, kiedy jest wystawiony na moją głowę list gończy, wystarczy, że – będąc już w Polsce – zatrzyma mnie pierwszy, lepszy patrol policji, np. ze względu na wygląd, krok, czy cokolwiek i wtedy leżę. Płacz i zgrzytanie zębów. A znając moje szczęście, wcale nie jest powiedziane, że tak nie może się stać. Znów trzeba będzie kombinować czy warto ryzykować, szczególnie teraz, kiedy w IR wszystko ułożyło się świetnie a nawet lepiej.

     Na koniec pozostaje pocieszyć się historią, którą usłyszałem od Ojca. Opowiedział mi, że jego znajomy, całkiem niedawno został zaprowadzony przed oblicze sądu za uchylanie się od służby wojskowej. Chłopak nie wypierał się swojego przestępstwa przeciw konstytucji, mimo to sąd uznał to za niską szkodliwość czynu i odstąpił od wymierzenia kary (KK przewiduje chyba karę do dwóch lat pozbawienia wolności). Jeśli w „procesach” można powoływać się na precedens, to dobrze o tym pamiętać.

     A tymczasem, pora wracać do pracy. Dziś będziemy przewracać wszystko do góry nogami. Przyszły nowe gabloty, zmieniamy pomieszczenie. Zapowiada się radośnie.

Wpis: 842.

Nikt wam tutaj z Anglii nie wróci.

     Ello. Wróciłem z emigracji do Polski, tak na trochę, i megażałuję. Gdy wyjeżdżałem z mego miasta, było wielu ziomków z pokolenia ’80-85. Teraz jakby ich wywiało, nie ma 90 procent. Na ławki przychodzą teraz same nastolatki, starsi to jakieś niedobitki. Z mojego rocznika z klasy same niedorajdy pozostawały, jakiś zapluty Zyzio i gruby Bolo – pisze w liście do Gazety Wyborczej czytelnik przedstawiający się jako Rasfufu.

     W Anglii ludzie się całe weekendy bawią. U nas nawet nie ma takiej nuty, czyli muzy jak u Angoli. Ostatni didżej grający to, co lubię, wyemigrował na wyspy. Nuda jest wielka, doszło do tego, że na weekend wsiadam w banę i jadę na dżampy reggae do innego miasta.

     Czasem na bibkę biorę ze sobą ziomków z dzielni i stawiam im przejazd. Bilety są megadrogie. Jak się jedzie osobowym w tą i z powrotem, to taki bilet kosztuje tyle sieki co w Anglii, tylko że pociąg to ostatnia kupa. U Angoli druga klasa to jak u nas biznesklas, u nas za tą samą siekę ktoś zapodaje plastikowe ławki. Jak ktoś ma w Polszy rodzinę z dziećmi, to tylko może na chacie siedzieć.

     Na jeden weekend wydaję 400 zika: jakieś 120 zika na bilety, 30 na żarło, 200 idzie na wejście na bibkę i napoje, alku nie piję, a bez alku napoje są droższe od browów, za dużą kokakolę w barze na imprezie dla rasta płaci się 15 zika. Z 10 napojów spokojnie wypiję = 150 zika.

     Na same impry idzie mi na miech jakieś 1600 zika, do tego różne zajawki w stylu rower do downhillu za parę kafli, w który miesięcznie części ładuję za jakieś 2-3 stówy, o wyjazdach w góry nie wspominam. Do tego szama, a ja jem wegańsko. Owoce w Polsce są droższe niż w Anglii na ryneczku, nie ma, że ananasy kosztują 3 złote za sztukę. Gdzie marakuje, papaje, gdzie bataty. Na szamę w Polsce tyle samo co w Anglii wydaję.

     W mieście, gdzie mieszkam, totalna pustynia. Nie ma fajnych musikali, nowych oper poza muzealnymi starociami sprzed dwustu lat, nie ma na co pójść. W Anglii byłem raz w operze i było zaje…wesoło i inteligentna nówka opera szła. W Polsce nie ma fajnych imprez, w ogóle nie ma emcees. Kulturalnie jesteśmy lata do tyłu.

     Tutaj ludzie są tak na maksa biedni, że siedzą i się nudzą. Byliśmy na wsi, za stodołą dresy słuchały diskopolo na komórce. Znajomy dred z małego miasteczka opowiadał, ze wszystkie ziomy z bloków chrupią fukę, czyli amfę, i jako rasta nawet nie miał z nimi o czym gadać. Jedyną opcją jest dla niego iść na chatę, włączyć telepralnię i pstrykać pilotem.

     Ludzi nie stać na założenie rodzin, chyba że chcą wegetować, a nie normalnie żyć.

     Miasta tego kraju są megabrzydkie, z blokowisk zrobiły się slamsy z chwastami na trawniku i każdym balkonem obudowanym w inny sposób, bez kitu w Rumunii jest lepiej – wiem, bo byłem. Ulice i miasta to chaos, pstrokate szyldy w nieładzie, zero ścieżek rowerowych, zero zieleni, sam beton, hałas i samochody. Parki to wychodki dla psów, trawnika się nie uświadczy, a ja trenuję sztuki walki i potrzebuję kawałka zielonego i równego. Jest meganiebezpiecznie, na maksa nazioli, chodzą po mieście i klepią ludzi za długie włosy czy ciuchy rapera nawet.

     Ten kraj jest tak porąbany, że nikt tutaj wam z Anglii czy Irlandii nie wróci, a jak już, to stwierdzi, że się pomylił i pojedzie z powrotem. A wy nic nie umiecie z tym zrobić. Poza pieprzeniem o patriotyzmie i wieczną walką o władzę. Jestem patriotą i wolę mieszkać w Anglii. Niech wam zostaną same Zyzie, Bole i chrupiące fukę dresomuły, które nie wyjadą, bo nie umią i się boją, z nimi sobie budujcie waszą IV RP. IV Rumunię Północy.

     Źródło: Gazeta Wyborcza

Wpis: 841.

Godziny szczytu w Irlandii.

godziny szczytu

Wpis: 840.

the World Fleadh, praca, autobus.

     Mieliśmy w Portlaoise międzynarodowy festiwal kultury irlandzkiej i celtyckiej. The World Fleadh.
Przypuszczalnie, było to największe wydarzenie w naszej mieścinie od czasów, kiedy w 1922 r. zmieniono nazwę z angielskiego Marryborrough na irlandzkie Port Laois.
Na ulice wyległy tłumy (relatywnie rzecz biorąc). Wreszcie było trochę żwawiej. W niektórych pubach zagościła muzyka na żywo. Przyjechały także „gwiazdy”. Pojawiły się stragany przypominające odpustowe stoiska. Zaroiło się od francuskich celtów. Przyjechali też indianie, ale nie wydawali się mieć niczego wspólnego z festiwalem (poza okazją opchnięcia paru swoich wyrobów). Można było wyczuć pewne poruszenie wśród tubylców. Ludzie wydawali się mniej prowincjonalni niż zwykle. Otwarto nawet tymczasową galerię sztuki! Słowiem „działo się”.
Zaliczyliśmy jeden koncert pubowy. Na szkrzypcach, flecie i banjo, grała grupka młodzieży. Młodej młodzieży. Podczas występu popijali kolę. To mówi samo za siebie. Nawet nie grali źle. Specjalnie wyczekali aż towarzystwo się rozkręci (zaczęli grubo po zaplanowanym czasie). Zyskali dzięki temu entuzjastyczny odzew.
Zaliczyliśmy występ Duke’a Speciala. Zagrał rewelacyjnie. Jego przedstawienia w lokalnym „domu kultury” nie można określić inaczej niż tylko spektaklem muzycznym. Mimo ubogiego instrumentarium (pianino, harmonia, instrumenty perkusyjne) ekipa się popisała. Odegrała bardzo, bardzo porządne przedstawienie, w którym nie zabrakło żartów, dialogu z publicznością, a przede wszystkim dobrej muzyki.
A ostatniego dnia, siedząc jednym z niewielu portlaoisowskich ogródków, mogliśmy przyglądać się lokalnej orkiestrze, która z całych sił starała się wygrać z pogodą. Przegrała i musiała ukryć się w bramie.

     Po festiwalu nastąpił powrót do rzeczywistości. Powrót do nowej pracy. Miejsca, w którym większość rzeczy mi sie podoba, choć nie jest tak, żeby nie było minusów (np. brak zaktualizowanej bazy danych z rzeczywsitym stanem posiadania).
Przede wszystkim zachwycam się globalnością. Najzwyczajniej na świecie czuję dziecięcą radość z faktu, że koresponduję z ludźmi ze wszystkich kontytentów. Mam kontrahentów ze Stanów, Wysp, czasem z kontynentu. Mam dostawców z Europy, Azji, Australii i USA. Afrykę, jak do tej pory, reprezentują najczęściej przedstawiciele kenijskiego (nigeryjskiego, kongijskiego – do wyboru) rządu, proszący o wspracie.
Sama firma, jako taka, też jest porządnie umiędzynarodowiona. Ja zastąpiłem Chorwatkę. Za współpracowników mam Polaków, Rosjanina, Chinkę. I chyba tylko szefem jest Irlandczyk. Kosmpolityzm w pełnym wydaniu.
Ten kontakt ze światem przejawia się we wszystkim. W realizowaniu zakupów, w zamawianiu produktów, w rozmowch z klientami. Na początku były małe problemy ze zrozumieniem np. Szkotów (mają dziwaczny akcent), ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Tak, jak mogłem się przyzwyczaić do irlandzkiego, tak i przyzwyczaiłem się do szkockiego czy jakiegokolwiek innego angielskiego.

     Do pracy dojeżdżam, jak poprzednio, autobusem. Na szczęście, nie muszę się już telepać tramwajem na drugi koniec Dublina. Podróż autobusem zaś, zawsze jest niezwyczajna.
Mam szalonego kierowcę. Odległość dzielącą Portlaoise z centrum Dublina pokonuje w godzinę z minutami. Góra godzina dwadzieścia. Między samochodami stojącymi w korku jeździ tak, jakby prowadził rower a nie kilkuosiowy pojazd. Zdarza mu się jeździć chodnikiem, przeklinać kierowców, trąbić na nich etc., byle tylko dowieźć nas na czas. Wydaje mi się, że traktuje nas wszystkich, jak swoich podopiecznych bardziej niż zwykłych pasażerów. Niekiedy zagada, niekiedy poczęstuje „żelkiem”. W drodze powrotnej natomiast, puszcza nam filmy, najczęściej komedie, żebyśmy odstresowali się po całym dniu. Sam zresztą też ogląda. Patrzy na telewizor, który ma bezpośrednio nad głową, a czasami na jezdnię. Nie przeszkadza mu to pędzić, jak szalony. Kiedy jeździłem rejsowymi autobusami, podróż zawsze przekraczała półtorej godziny. Jemu się jeszcze nie zdarzyło. Dzięki temu, kiedy wracam do domu na siódmą nie jest to tak przytłaczające, jak wcześniej – przed dziewiątą.

Wpis: 839.

Duke Special

bilet
Bilet. Ledwie udało się kupić dwa przedostatnie. W przeciwieństwie do Sky Venue, w Dunamaise można liczyć na komplet.

scena
Scena. Zdjęcie udało się zrobić w tej samej chwili, w której robił ktoś inny. Nie wolno było używać lampy błyskowej, mimo to, od czasu do czasu coś błyskało.

support
Ekspresyjny ale nie przekonujący artysta supportujący Duke’a. Trzeba przy tym przyznać, że na uznanie zasługuje to, co kolo robił z „loopem”.

bulmers
W przerwie między występami, raczymy się piwkiem.

bilet
Jeszcze tylko chwila…

bilet
Trójka aktorów spektaklu muzycznego. Każdy będzie miał swój wkład. Mnie najbardziej podobał się perkusista, który niekiedy kradł przedstawienie.

bilet
Tym niemniej, pozostała dwójka, też grała bardzo przyzwoicie.


I na koniec, moja ulubiona piosenka: Salvation Tambourine. Niestety, nie ma oficjalnego teledysku, a na YouToube wszystkie są takiej jakości.

Wpis: 838.

Walczak 2k7

Walczak 2k7

Wpis: 837.

Potęga Internetu!

     O ile to, co się dzieje w polskiej polityce, świecie (półświatku) mody i bezobyczajowości obchodzi mnie z dnia na dzień coraz mniej, wciąż odwiedzam onet.pl czy wirtualną.

     Dziś zostałem zaskoczony informacją, że będzie transmisja z Woodstocku.

     Nie mogłem przegapić takiej szansy. Co prawda, patrzenie w monitor i słuchanie z głośniczków, nijak się ma do „atmosfery” zjawiska, to – jak mówią mędrcy – „na bezrybiu i rak ryba”. Dobre i to.

     Zacząłem Habakukiem. Zespół reggae’ujący. Nawet w porządku. Nie podobały mi się przeróbki piosenek Kaczmarskiego, ale to raczej nie z winy chłopaków z Częstochowy, a bardziej z winy Kaczmarskiego, który mi się nie podobał w ogóle. Ot, nie mój typ.
     Później Kobranocka. Od nich się wszystko zaczęło, a raczej skończyło na [moim] pierwszym Przystanku. Miałem sentyment. Dziś się pozbyłem. Dziesięć, bez mała, lat minęło. Oni wciąż grają to samo. Ja jednak, już nie tego samego oczekuję. Nawet Hipisówka nie brzmiała tak, jak powinna. Tu przestroga: Nie należy legend konfrontować z rzeczywistością.
     Dalej Carantouhill (czy jakoś tak). Bez uznania. Bez komentarza.
     Potem jacyś zaborcy zza zachodniej granicy. Dość przyjemnie grali. Może nie porywająco, odkrywczo i nowatorsko, ale poszerzanie horyzontów i proponowanie nowych brzmień rockowych nigdy nie było mocną stroną Owsiaka i Woodstocku. To tak, jakby wymagać od Niedźwieckiego, żeby zrezygnował ze swojej Basi (Trzetrzelewskej) na rzecz Cool Kidsów. Nie-do-pomyślenia.
     Teraz montuje się przebrzmiałe Type O Negative.
     Dzień zamknąć mają Kwasopijcy, ale pewnie nie doczekam. Zresztą, fanem nigdy nie byłem, a moją tolerancję zdobyli jedynie własną aranżacją Another Brick In the Wall. Dodam, że lepszą niż oryginał.

     A jutro? Jutro drugi dzień. Noszę się z zamiarem, żeby i wtedy – mimo, że na odległość – uczestniczyć w Przystanku. Być świadkiem końca pewnej epoki, której najlepsze lata już minęły, a której przedłużanie na siłę byłoby tylko stratą dla widowni i organizatorów.

     Na koniec refleksja:
     Choć to ostatni Woodstock (jak wynika z zapowiedzi organizatora), to mój pierwszy – trzeźwy.

Wpis: 836.

Koniec z bankiem.

     Ostatniego dnia w pracy nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Zupełnie tak, jak przez poprzednie trzy miesiące. Robię swoje w swoim tempie i odliczam czas do końca.

     Czy będzie mi brakować CCU? W pewnym stopniu na pewno. Zawsze to jakiś etap życia, zawsze to trochę zdrowia zostawione. Miałem okazję poznać specyfikę pracy w biurze. Otrzeć się o całkowicie egzotyczną wcześniej bankowość. Poprzebywać wśród ulubionego otoczenia komputerów, drukarek, telefonów i faksów.
Poznałem kolejnych miłych, cierpliwych i wyrozumiałych Irlandczyków, z których każdy był specyficzny na swój sposób.
Byłem świadkiem końca ich miejsca pracy. Tego, w jaki sposób walczyli o jego zachowanie, bądź o jak najlepsze warunki gdzieś indziej. Dzięki temu miałem możliwość zobaczyć jak wyglądają rozmowy trójstronne, na co zwraca się w nich uwagę. Jak bardzo różnią się stanowiska pracodawcy, pracownika i związków zawodowych etc.

     Czego na pewno nie będzie mi brakować? Dojazdów tramwajem na sam koniec Dublina, do Sandyford. Choć okolica cicha i spokojna, do tego malownicza (z jednej strony stawy, z drugiej irlandzkie „góry”), to podróż LUASem z centrum i do centrum rozbijała mnie najbardziej. Nie będzie mi też brakować wszechobecnej polskiej młodzieży, do której – generalizując – nie mogę się przekonać. Do tych wszystkich dziewczynek i chłopców ścigających swoje kariery… Mniejsza…

     A na pożegnanie dostałem kubek.

/z ostatniej chwili: Właśnie zadzwoniła jakaś baba z Portlaoise proponując mi pracę na miejscu. Niech ją szlag! Gdyby tylko zadzwoniła dwa, trzy tygodnie wcześniej. No niech ją kule biją!

Wpis: 835.

Liczba miesiąca.

Jak donosi prywatny urząd statystyczny, w miesiącu lipcu, liczba dobrych uczynków wyniosła: 116.

Wpis: 834.