Kalendarz

Lipiec 2007
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66047
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2007

Zagrożony spokój duszy i ciała.

     Bandy hiszpańskich turystów krążą po Dublinie.
     Najbardziej upodobały sobie szlak, którym codziennie przemierzam. Jest ich tyle, że skutecznie blokują przejście. Nie sposób ich wyminąć, przeskoczyć, wybić. Mnożą się na potęgę, za nic mając ruch prawo-, czy raczej lewostronny. Irytują nieturystów. Wywołują agresywne odruchy. Nawet: „Puta madre!” nie pomaga.

Wpis: 833.

Irlandzki bilans

     Po trzech miesiącach pracy w Banku nadszedł czas na zmianę. Nie to, żeby praca na obecnym stanowisku mi nie odpowiadała, nawet nie to, żeby te dojazdy mnie tak męczyły… Poszło o to, że wraca Marek, CCU się rozpada… No Fate, No Future.
     Chociaż Nora, moja szefowa, starała się mi pomóc i zorganizowała mi dwie rozmowy w innych oddziałach, to i tak było już za późno. Dave Johnston z Cash Center nie potrafił mnie zachęcić do swojego oddziału – pracy w lochach (podziemiach), pod obserwacją i rewizjami osobistymi na wejście oraz wyjście. Nawet się nie starał, przeprowadził ze mną suchą i mdłą quasi rozmowę kwalifikacyjną. Sprawiał wrażenie, jakbym to ja miał go zachęcić do tego, żeby mnie zatrudnił. Za €19,000 (sic!). Anne-Marie Whelan z E-Bankingu wypadła lepiej. Zapytała kiedy chciałbym bądź mógłbym zacząć, wytłumaczyła na czym polegałaby praca, zaproponowała nawet podwyżkę (z obecnych €20,000 do €21,000). Wszystko to jednak o kilka godzin nie w porę.
     W czwartek rano dowiedziałem się, że Architectural Classics chciałoby mnie zatrudnić. Powiedziałem, wtedy szczerze, że jeszcze się waham i dam odpowiedź popołudniu, ale z każdą upływającą minutą wiedziałem, że odpowiedź będzie twierdząca. Do tego stopnia, że idąc na spotkania z Dave’m czy Anną-Marie, szedłem tam raczej pro-forma i tylko po to, żeby nie sprawić zawodu Norze. A pomyśleć, że we wtorek biłem się z myślami, czy by przypadkiem nie zwiać z rozmowy z AC.
     Tak czy inaczej, od środy, 8-ego sierpnia zaczynam nową przygodę. Nareszcie nie będzie to part-time (vide: XV), nie będzie to temp (vide: UB). Szykuje się przyzwoity permanent full-time. Na dodatek, na bardzo dobrych warunkach, do tego stopnia wręcz, że ciężko odpędzić się od myśli: „A gdzie w tym wszystkim haczyk”?

     Na koniec, tytułowy irlandzki bilans (w zestawieniu z polskim).
     Irlandia. Trzy rozmowy kwalifikacyjne: Xtra-Vision, Grafton Recruitment i Architectural Classics. Trzy zakończone sukcesem. Łatwo policzyć – 100% powodzenia.
     Polska. Sześć rozmów kwalifikacyjnych (które sobie przypominam): Dwa serwisy komputerowe (nie pamiętam nazw), sklep turystyczny (nie pamiętam nazwy), Telekomunikacja Polska, General Electric, księgarnia (nie pamiętam nazwy). Sześć zakończonych porażką. Policzyć równie łatwo – 0% powodzenia.
     A przecież w obu miejscach startowałem z takimi samymi umiejętnościami z tą przewagą, że w Polsce posługiwałbym się językiem macierzystym.

     „Czy wracasz do Polski?” – gdy mnie ktoś zapyta,
     Zakurwię z laczka i poprawię z kopyta.

/Adnotacja odautorska: A wczoraj na Graftonie spotkałem Pana Witka z Atlantydy. Grał irlandzkim przechodniom. Zagadnąłem. Powiedział, że w tym roku też na Przystanek Woodstock jedzie. Chciał mi jeszcze wcisnąć swoje zdjęcie za €1 i trochę od niego jechało alkoholem.

Wpis: 832.

Poszukuję zajęcia.

     Moja jednostka się rozpada. To przesądzone. Chociaż związki zawodowe wciąż walczą, wiadomo, że najpóźniej w listopadzie po Clearing Control Unit pozostanie jedynie wygasające wspomnienie.
     Pracownicy etatowi (nie najemnicy, jak ja) martwią się mniej. Mają gwarancję zatrudnienia na podobnych stanowiskach, za co najmniej tę samą stawkę. Ja jestem zdany na siebie. Mogę czekać, aż Grafton coś dla mnie znajdzie (ale najpierw musiałbym uzupełnić dokumenty o jakikolwiek ślad tego, że pracowałem w Filmotece, co jest o wiele bardziej skomplikowane, niż może się wydawać[1]), mogę też szukać we własnym zakresie.
     Czekam zatem, aż wyjaśni się sprawa z Łowcami Głów, a w międzyczasie kombinuję za ich plecami.
     Wysyłam masę CV. Żeby się nie przemęczać, wysyłam drogą elektroniczną. Na dziesięć, piętnaście wysłanych do Wielkiego Miasta, trafia się jedno, góra dwa wysłane w rejon. Taka już prawidłowość. Na prowincji, to i „szukajcie, a znajdziecie (…)” przestaje funkcjonować, a jeden wyjątek z pewnością nie potwierdza reguły.
     Wyjątkiem była jakaś firma z Mountmellick.
     Zadzwonili pewnego dnia. Powiedzieli, że następnego organizują rozmowy kwalifikacyjne. Ja im na to, że następnego dnia, to oni mogą mnie pocałować w…, bo najpierw muszę zagadać ze swoją szefową, a dopiero później umawiać się na pogawędki, innymi słowy, nie wcześniej niż za dwa, trzy dni. Wtedy oni, nie pozostając dłużnymi, odpowiedzieli mi podobnie, że jeśli tak stawiam sprawę, to też mogę ich pocałować w… Pożegnaliśmy się tylko grzecznie i tak skończyła się przygoda z pracą w rejonie.
     Co innego z Wielkim Miastem. Nawysyłałem się tych CV co niemiara. Na dodatek, podawałem dwa różne nr-y telefonów, bo akurat poddałem się i zdecydowałem się przejść na abonament. Nr-y telefonów, z których raz jeden, a raz drugi nie działał. Przez to nie widziałem, czy ktoś dzwonił, czy nie i w ogóle. Dziko było. Aż w końcu, w piątek, zadzwonił nowy nr.
     „Dzień dobry” – usłyszałem – „My z firmy takiej, to a takiej… Składał pan do nas ostatnio CV”.
     „Dzień dobry” – odpowiedziałem – „Tak, oczywiście” – przytaknąłem tłukąc się z myślami, która to firma.
     „Zapraszamy zatem pana na rozmowę. Termin do ustalenia. Poniedziałek, wtorek, przed południem, po, jak panu wygodnie”.
     „Wtorek popołudniu, muszę uprzedzić swojego pracodawcę” – powiedziałem doceniając profesjonalizm. Takie podejście mi się podobało. W końcu w CV, jak wół, stało, że mam pracę i nie dysponuje garściami czasu wolnego – „Zadzwonię jeszcze w poniedziałek, potwierdzić”.
     „W porządku”.
     I tym oto sposobem, jutro mykam na rozmowę do Architectural Classics. Cholera wie, co to, ale spróbować nie zaszkodzi.

     Dziś w pracy powiedziałem szefowej, że jutro potrzebuję pół dnia wolnego, wyjawiłem też powód. Wyraziła zgodę bez zbędnych zastrzeżeń. Dodała tylko:
     „Wiesz, w piątek rozmawiałam z ludźmi z Cash Centre i E-Banking. Szukają pracowników. Poleciłam cię. W porządku”?
     „Tak, w porządku”.
     „To ja wyślę im teraz e-maila, że się zgadzasz i może umówię cię z nimi na jakąś wizytę, co? Zobaczyłbyś na czym polega praca w Cash Center, w E-Banking”?
     „Jasne, Nora”.
     A w ten sposób mam ustawione dwie wizyty i być może rozmowy w Ulster Banku. Jedną już w czwartek. Następną w przyszłym tygodniu. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli będę miał z czego wybierać. Pojawi się pytanie, jakimi kierować się kryteriami, ale… Ale na razie do tego jeszcze daleko. Czas wreszcie nauczyć się wiązać krawat, żeby jutro na rozmowie wyglądać poważnie.
     Na koniec, Nora dodała:
     „Napisali, że chcieliby się z tobą spotkać, zanim sprzątnie cię im ktoś sprzed nosa”.

     Mam dobry humor, bo przez moment martwiłem się, że zostanę irlandzkim bezrobotnym, a przecież uciekałem z kraju także przed taką sytuacją.

—–
[1] Grafton mnie sprawdza. Zadzwonili do Xtra-Vision, to zrozumiałe. Dostali referencje, wszystko gra. Jednak ich skrupulatność sięgnęła o wiele dalej – do Polski. Zadzwonili do Filmoteki. Nie dostali żadnej odpowiedzi, kontakt z instytucją zrzucili na mnie. Za tydzień upływa mi termin przedłożenia czekokolwiek, co potwierdzałoby moją wersję CV. Co więcej, zadzwonili na Uniwersytet. Szczęściem, Dziekan, Rektor czy kto tam jeszcze, powiedział, że miałem przygodę ze szkolnictwem wyższym. Dzięki Bogu, Grafton nie szperał dalej. Nie wiem bowiem, czy w Finlandii jeszcze o mnie pamiętają (ja pamiętałem i żeby ubarwić CV o tym wspomniałem), nie mówiąc o sztabie wyborczym Olechowskiego czy innych pomysłach.

Wpis: 831.

Nowe wyzwania.

     Bank raz po raz stawia przed nami nowe wyzwania. Tym razem wymyślił sobie, żeby każdy pracownik wziął jutro ze sobą szalik. Chodzi o to, że będziemy ustanawiać / pobijać rekord Guinnessa w długości szalika (obecny wynosi 33.75 mili, co równa się 59 tys szalików).
     Na porannej odprawie zostaliśmy zobowiązani, aby dobrowolnie wziąć udział w akcji, a przy okazji wspomóc, również dobrowolnie, fundację Make A Wish niewielką, ale nie mniejszą niż €5, kwotą.
     A za trzy tygodnie ja, za pięć, do dziesięciu reszta, rozstaje się z Królewskim Bankiem Szkocji.

/Z informacji pogodowych: Wczoraj tylko trochę padało. Dziś znowu leje.

Wpis: 830.

Powódź.

     Wczoraj nas zalało.
     Zaczęło padać po 10-tej. Padało, padało, lało etc. aż z parkingu zrobił się basen, a samochody zamieniły się w amfibie. Akurat nad naszym magazynem zaczął przeciekać dach i trzeba było ewakuować ważne dokumenty. Do tego, okna serwerowni okazały się wyjątkowo nieszczelne. Przelewało się przez nie litrami.
Przyszedł fachowiec. W magazynie poradził postawić wiadro (stary, sprawdzony, irlandzki sposób). W serwerowni chciał wyłączyć prąd. Powstrzymał go Karol, szef, słowami: „If server stops, we’re fucked”. Wtedy fachowiec zdecydował się podłożyć jakąś folię i nią kierować wodę zdala od urządzeń elektrycznych.

     A dziś, jak do tej pory, nie pada (sic!).

/Adnotacja odautorska: Zalało prawie całe wschodnie wybrzeże. Pozalewało domy, ulice pozamieniały się w potoki. Stanęły tramwaje, kolej, w ogóle komunikacja. Wiele osób jeszcze do soboty nie będzie miało prądu, telefonu itd.

Wpis: 829.

Prognoza pogody.

     Prognoza pogody dla całej Irlandii na okres od maja do sierpnia bieżącego roku.
     Przewiduje się zachmurzenie umiarkowane, duże bądź bardzo duże z przewagą dużego.
     Przewiduje się temperatury powietrza wahające się od 10°C do 15°C, nocą pomiędzy 8°C, a 10°C.
     Przewiduje się ciągłe opady deszczu o różnym natężeniu i obfitości. Od mżawek i bryz, przez deszczyki, „kapuśniaczki”, deszcze, deszczyska, opady poziome, pionowe, kilkunastosekundowe, ulewy do oberwań chmur, ścian deszczu itd.
     Nie przewiduje się na ten okres słońca.

Wpis: 828.

Hybrasil – God Bless the Devil

Wpis: 827.

„Mohinder”

     Do pracy, dzień w dzień, jeżdżę tym samym autobusem. O tej samej – niemal zawsze – porze, tą samą trasą, z tymi samymi ludźmi.
     Niekiedy siedzę sam, częściej z „Mohinderem”, Hindusem (chyba), który, z sobie tylko wiadomego powodu, upodobał sobie przysiadanie się do mnie. Wsiada dwa przystanki dalej, rozgląda się swoimi indyjskimi oczyma na swojej, brązowej, okrągłej, okraszonej czarnym wąsem twarzy i wypatrzywszy mnie, szczerzy zęby w powitalnym uśmiechu, grzecznie mówi: „Good morcing”, po czym siada.
     Zrozumiałbym to zachowanie, na przykład gdyby w całym autobusie nie było już innych miejsc wolnych. Nawet nie pojedynczych, a podwójnych. Większą, dla mnie, przyjemnością jest podróżować sobie samemu, niż dosiadać się do kogoś. Szczególnie, kiedy mam możliwość rozwalenia się na dwóch siedzeniach. Zrozumiałbym też „Mohindera”, gdybyśmy prowadzili ożywione dyskusje społeczno-polityczne, skracające nam czas podróży. Ale nie…
     „Mohinder” siada, dzwoni do kogoś (żony, dziewczyny, chłopaka – na tapecie ma przystojnego Hindusa, podejrzałem – taty, mamy, Mahatmy Ghandiego, Matki Teresy z Kalkuty, kogokolwiek), później przysypia. Na szczęście, stara się nie opierać swojej głowy na moim ramieniu. W swoim zachowaniu nie różni się wiele ode mnie. Ja też siadam, zamiast dzwonić, jem, a potem zapadam w drzemkę…

     Z „Mohinderem”, wysiadamy w tym samy miejscu – na Grafton Streecie. Razem biegniemy do tramwaju, razem jedziemy na Sandyford i dopiero tam rozchodzimy się do swoich zajęć. Z „Mohinderem”, razem wracamy tym samym autobusem. Z „Mohinderem”, prawie w ogóle nie widujemy się w Portlaoise.

     Przez pewien czas, do dziś, myślałem, że taka wspólnota, choć milcząca, może okazać się przydatna w sytuacjach kryzysowych, gdy np. któryś z nas zaśpi. Ja zaspałem dziś.

     Zasnąłem, będąc przekonany, że na pewno się obudzę na właściwym przystanku. Do tej pory jeszcze go nie ominąłem, choć przysypiam często. Byłem też przekonany, że poruszenie wywołane przez wstającego „Mohindera” mnie przebudzi. W ostateczności, liczyłem na to, że „Mohinder” wstając i widząc, że ja jeszcze śpię, a wiedząc, że razem z nim jadę dalej, na Sandyford, najzwyczajniej na świecie, po ludzku, europejsku, chrześcijańsku, mnie obudzi…
     Nic z tego.
     Jak otworzyłem oczy, „Mohindera” już nie było. Podobnie większości pasażerów, a autobus jechał dziwnymi ulicami.
     Wysiadłem, dotarłem na przystanek tramwajowy, potem do pracy. Skończyło się dobrze, ale morał z całej historii jest jeden. Nie można ufać barbarzyńcom, bez względu na to, jak bardzo szczerzą do ciebie zęby.

Wpis: 826.

Słucham, oglądam sobie…

     Libertad – Nowa płyta Velvet Revolver. Przyzwoita, hardrockowa, bez większych zastrzeżeń, ogólnie na plus. Zdrowa, żywiołowa, czerpiąca z najlepszych czasów swojego gatunku. Bardziej twórcza niż odtwórcza. Są szybkie piosenki, są wolne, spokojne, są nawet zahaczające o stylistykę country. Mimo to nie da się uniknąć odniesień do GN’R. Jakby nie patrzeć, w końcu to stary skład bez wokalisty. I tu właśnie leży pies pogrzebany. Wszystko ładnie, pięknie. Pierwsze dźwięki każdego z utworów i partie bez wokalu pozwalają myśleć, że mamy do czynienia z GN’R. Slash, Matt, Duff grają, jak potrafią najlepiej – jak grali za „starych, dobrych czasów”. Ale kiedy wchodzi wokal, pojawia się konsternacja. Nie takiego oczekiwaliśmy. Brakuje zawodzenia Axla. Można oczywiście przywyknąć. Wręcz jest to nieuniknione. GN’R is dead i trzeba się z tym pogodzić. Potrzeba jednak co najmniej kilku przesłuchań płyty Velvet Revolver, żeby uwolnić się od jarzma przeszłości. Dopiero wtedy odkrywa się nową jakoś i zaczyna traktować VR jako autonomiczną grupę. Grupę, grającą przyzwoitą, zdrową, żywiołową, hardrockową muzykę. Grupę nie będącą bynajmniej zespołem w stylu „tribute to”.

     Cross – Kolejny francuski elektroniczny album, tym razem nagrany przez grupę Justice. Płyta ciężkostrawna, roztrzaskana, niejednolita, przez co ciężka do sklasyfikowania. Jeśli takie było zamierzenie – osiągnięte w stu procentach, jeśli jednak nie… Mieliśmy we Francji Air i jego wyśmienity „easy listening”, potem jego naśladowców (Zero 7, Blue States etc.) w innych krajach. Chłopaki wyraźnie wiedzieli, czego chcą i w tę stronę dążyli. Mieliśmy i Daft Punk, twórców celujących bardziej w parkiety, niż w domowe zacisze. Mieliśmy Phoenixa, Les Rtythmes Digitales, wszyscy jednak obierali spójne, raczej wąskie ścieżki. W przypadku Justice tak nie jest. Cross jest na tyle nierówny, że nie sposób się określić. Niektóre utwory mogłyby i pasować na parkiet, inne mogłyby urozmaicać domowe prywatki, jeszcze inne są, jak wyjęte z gry komputerowej czy ścieżki dźwiękowej do wątpliwej jakości filmu sci-fi. Jednego utworu słucha się przyjemnie, by zaraz zostać zaatakowanym przez zgrzyty, których słuchać się nie da. Jak dla mnie, za duże niezdecydowanie. Dlatego, na Justice stawiamy krzyżyk.

     Colour Me Kubrick – Autentyczna, choć fabularyzowana, opowieść o człowieku, który podszywał się pod znanego, choć nierozpoznawalnego reżysera. Bohater, Alan Conway, grany przez Johna Malkovitcha, nie chce pogodzić się z tym, że jako Alan w ogóle nie funkcjonuje w społeczeństwie, nie jest uważany, tym bardziej, że ma skłonności homoseksualne, postanawia wcielić się w postać Stanley Kubricka. Tym imieniem i nazwiskiem przedstawia się nowopoznanym osobom różnych proweniencji, od przypadkowych gejów poznanych w specyficznych klubach, przez muzyków heavy-metalowych do wziętych komików. Wszystkim im obiecuje udział w swoich przyszłych produkcjach zyskując tym samym ich przychylność, ale także hojność. Żerując w ten sposób, Alan bawi się w najlepsze rzadko kiedy trafiając na kogoś, kto rozpoznaje jego prawdziwe oblicze. Podwójna gra, trwa dopóki jego historią – właściwie historią oszukanych przez niego osób – nie zainteresują się media.
Film jednego aktora. John po raz kolejny pokazuje, że grać potrafi, nie straszne mu są najbardziej zakręcone role i dobrze się przy tym bawi. Obraz sam w sobie przyjemny, strawny, opowiedziany w dość interesujący sposób bez zbytniego wyolbrzymiania ludzkiej naiwności, czy przypadłości Alana. Nie narzuca odbioru i stawia pytanie, czy też dalibyśmy się nabrać, gdyby ktoś nam wmówił, że jest Chopinem.

     Premonition – Sandra Bullock, kochająca żona, dowiaduje się pewnego poranka, że jej mąż zginął w wypadku samochodowym. Życie jej się załamuje, ledwie zbiera się w sobie, by następnego poranka obudzić się i stwierdzić, że ukochany jest cały i zdrowy. Następnego poranka, gdy się budzi, widzi rodzinę w żałobie. Jeszcze następnego, z mężem jest wszystko w porządku…
Było Memento, był niedoceniony, a bardzo dobry Primer, był Jacket i cała masa innych filmów z pogmatwaną czasoprzestrzenią. Premonition nie wnosi niczego nowego. Sandra gubi się w tym, co widzi. Nie wie, jakiego dnia się budzi, co ją spotka. W końcu wymyśla sposób, jak sobie z tym poradzić, a widz nadal nie dostrzega w tym wszystkim logiki. Choćby się dwoił i troił, nie nadąża za porażającym scenariuszem, aż wreszcie odpuszcza sobie próbę zrozumienia, ogląda obrazki i beznamiętnie słucha dialogów. Po pewnym czasie wyłącza fonię, bo Sandra w swoim zagubieniu, zaczyna moralizować zastanawiając się nad tym, co w życiu jest najważniejsze. Odwiedza księdza, poszukuje wiary. A widz dostaje sielankowe widoczki kochającej się rodziny. Wtedy wyłącza i wizję. I właściwie koniec.
Chyba, że ktoś jest na tyle wytrzymały, że pozbawiwszy się złudzeń, co do treści filmu, wytrwa do ostatniej sceny zmierzyć się ze scenarzystami i ich pomysłem. I to jest wyzwanie, jakie Stawia ten obraz. Dla takich ludzi cześć i chwała, bo widać nie straszne im… rozczarowania.

Wpis: 825.

Oświadczenie pracodawcy.

     Zgodnie z polityką Grupy RBS (the Royal Bank Of Scotland Group), wszystkie niewielkie jednostki są w swoim czasie włączane w skład innych, większych. Taki właśnie los spotkał UB CCU (Ulster Bank, Clearing Control Unit). Nie jest i nie powinno to być nic zaskakującego. Grupa RBS regularnie weryfikuje przydatność podlegających jej działów i mając na uwadze wydajność, ale także oszczędności, decyduje się na zamykanie tych mniejszych, łączenie ich z im podobnymi. W ten sposób Grupa pozostaje na konkurencyjnym rynku bankowości, zarówno indywidualnej, jak i przedsiębiorczej. Decyzja o zamknięciu UB CCU została podjęta i nie ma od niej odwrotu. Ta kwestia w ogóle nie podlega dyskusji.
     Grupa RBS docenia dotychczasowych jej pracowników i oferuje im korzystne warunki zatrudnienia na podobnych bądź innych stanowiskach wewnątrz Grupy. Grupie zależy na tym, żeby zatrzymać pracowników z dużym doświadczeniem, znających panujące wewnątrz niej realia i w obawie przed ich migracją nie proponuje im półrocznych odpraw. Dzięki temu ma nadzieję, że większość, jak nie wszyscy zatrudnieni obecnie w UB CCU, po krótkim przekwalifikowaniu, znajdą odpowiadające im zajęcia w innych, zaproponowanych przez Grupę, oddziałach, ie. DMC (Dublin Mortgage Center) bądź CC (Cash Center). W tym miejscu nakłania do ich odwiedzenia i zapoznania się ze specyfiką pracy. Jednocześnie Grupa RBS wycofuje się z wcześniejszej propozycji oferty pracy w dziale bankowości elektronicznej (E-Banking), ze względu na niewielki rozmiar tej jednostki i prawdopodobny (podobny, bądź taki sam, jak w przypadku UB CCU) los, który może ją spotkać.
     Ze swojej strony Grupa RBS zachęca do pozostania w jej strukturach gwarantując wynagrodzenie na dotychczasowym poziomie, możliwość dalszego rozwoju i prowadzenia kariery wedle upodobań pracownika do wygodnego dla pracownika szczebla.

Wpis: 824.