Kalendarz

Czerwiec 2007
P W Ś C P S N
« maj   lip »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2007

Przepowiednia.

     Od dawna mówiło się, że koniec świata nastąpli (lub rozpocznie się), gdy papieżem zostanie czarnoskóry. Na koniec świata może się nie zapowiada, za papieża mamy przyjaciela Polakóff – Papę Ratziego – natomiast na pewno zapowiada się na przewrót kulturowo-polityczno-ideowy w Irlandii. Otóż, po raz pierwszy w historii, wybrano czarnoskórego burmistrza! I to gdzie? Oczywiście! W Portlaoise!

Kondolencje / gratulacje – poniżej.

Wpis: 822.

Parszywy poniedziałek.

     Ledwie dzień się zaczął, minęło nie więcej, jak pięć i pół godziny, a musiałem wstać. Szybko przebrnąłem przez poranną toaletę, wgrałem co nieco na „empetrójkę”, przygotowałem sobie kanapki na drogę i wybiegłem z domu.
O szóstej trzydzieści pięć stanąłem na przystanku. Autobus powinien był pojawić się lada moment. Zwyczajowo przyjeżdża między 6:35 – 6:45.
     Mijały minuty, papieros się skończył, a transportu do Dublina nie było. Wśród współpasażerów (pani w różowym, gruba dziewczyna i jej mama w aucie) pojawiło się poruszenie. Każdy nerwowo spoglądał na zegarek. Godzina 6:45, to ostatnia chwila, żeby dotrzeć do pracy w Wielkim Mieście na czas. Każde opóźnienie jest równoznaczne z przekroczeniem magicznej granicy godziny rozpoczęcia pracy biurowej – 9-tej. Wreszcie pani z samochodu nie wytrzymała: „Wskakujcie, podjedziemy na główny przystanek, może ten drugi[2] autobus was zawiezie”.
     Wsiedliśmy, podjechaliśmy, wpakowaliśmy się do drugiego autobusu. Dowiedzieliśmy się, że ten pierwszy, z Mountmellick, w ogóle dziś nie wyjechał na trasę. Kierowca rozmawiał przez telefon i z wyraźną irytacją starał się przekonać dyżurnego, że nie będzie teraz zawracał i jechał do Mountmellick. Do tego, nie zamierzał rezygnować ze swojej zwykłej trasy, przez Kildare, New Bridge, Naas etc. Ostatecznie zgodził się zawieźć nas bezpośrednio do Dublina, usłyszawszy zapewnienia, że inny autobus pojedzie jego trasą. Ruszyliśmy.
     Po drodze zbieraliśmy zaskoczonych zmianą i opóźnieniem pasażerów. Prawie udało się wyjechać z Portlaoise, kiedy kierowca się zatrzymał. Oznajmił nam, że właśnie dowiedział się, że jedzie jakiś inny, naprędce wynajęty, autobus, który zawiezie nas do Wielkiego Miasta, a on tymczasem spokojnie pojedzie swoją drogą. Teraz mamy czekać kilka, może kilkanaście minut, potem się przesiąść i będzie po sprawie.
     Czekanie się dłużyło. Było coraz bardziej nerwowo. W końcu inny autokar podjechał. Przesiedliśmy się i zostawiliśmy Portlaoise za sobą. Mijał kwadrans po siódmej.

     Do Dublina dojechaliśmy stosunkowo prędko. Godzina z kawałkiem, to całkiem niezły czas, wziąwszy pod uwagę, że o tej porze rozpoczynają się gigantyczne korki. Marne to było pocieszenie, bo i tak byliśmy spóźnieni, ale zawsze to coś. Nawet w najbardziej optymistycznej wersji, nie było szans, żeby wyrobić się na czas. Można było co najwyżej minimalizować osuniecie czasowe.
     Można by było.
     Można by było, gdyby autobus pojechał do Parku Świętego Stefana[3], jak to miał w zwyczaju. Ale nie. Kierowca postanowił pojechać na dworzec autobusowy utrudniając nam tym samym dotarcie do pracy. W ten sposób pojawiła się kolejna niedogodność – bieg ulicami Dublina. Do biegu – owszem – jestem przyzwyczajony, ale po pracy, kiedy pokonuje tę samą trasę, ale w przeciwnym kierunku, żeby zdążyć na bezpośredni autobus do Portlaoise i nie tłuc się autobusem do Limerick, który wlecze się przez napotkane miasteczka. Na bieg od rana nie byłem przygotowany. Tylko kogo to obchodziło? Wyjścia nie było, trzeba było się sprężyć i postarać dotrzeć do Parku Świętego Stefana jak najprędzej.
     Wyrobiłem się w 15 minut z hakiem. Po drodze wziąłem jeszcze poranne gazety. Było porządnie po wpół do dziewiątej, jak wpadłem do tramwaju, usiadłem wygodnie i zacząłem czytać. O tym, że na jakimś pokazie lotniczym helikopterowi odpadły drzwi i runęły na tłum. O tym, że urodził się żółw, którego skorupa zamiast przypominać „0” przypomina „8”. O tym, że Glastonbury po raz kolejny utonęło w deszczu etc. Czas mijał relatywnie szybko. Zbliżał się końcowy przystanek. Wsiadła kontrola biletów.
     W tym całym zamieszaniu od rana, o jednej rzeczy zapomniałem. Właśnie o bilecie. Szlag by to trafił! Jakby wszystkiego było mało, to doszedł jeszcze mandat za jazdę na gapę. Mandat, który nie bardzo mam jak zapłacić, bo w godzinach, kiedy biuro firmy kontrolerskiej jest otwarte, czy w godzinach, kiedy otwarta jest poczta, ja pracuję. A na moim odludziu, w Sandyfordzie, nie uświadczysz niczego poza innymi biurami. Nie ma szans na oddział poczty właśnie. Jest szansa na przelew elektroniczny, ale pewnie wymagana jest karta kredytowa, której mój z kolei bank nie chce mi przyznać. Tak czy inaczej, pomyślałem sobie wtedy, że nowy tydzień rozpoczął mi się wyśmienicie. Lepiej już nie mógł. Na tym jednak nie koniec.

     W pracy, jak to w pracy. Raczej spokojnie i raczej bezstresowo, narzekać nie mogę. Taki urok. Jednak tego dnia, jak nigdy, zaczęły do mnie przychodzić e-maile. Swego czasu na nie wyczekiwałem. Teraz wiem, że niekoniecznie potrzebnie. Otóż teraz już wiem, jeśli już jakiś e-mail przychodzi, to najczęściej z pretensją, że coś jest nie tak. A to nie na to konto przelałem jakieś fundusze, a to pomyliłem się, co do kwoty i inne takie. Na szczęście, nie są to sprawy wagi życia i śmierci i wszystko można odkręcić, ale mimo to zawsze pozostaje poczucie błędu. Nie własnego, co prawda, ale…
     Był i miły akcent, jeden, jedyny tego dnia. Zadzwoniła do mnie jakaś paniena z biura tłumaczeń, czy nadal jestem zainteresowany pracą dla nich. Wbiła się w zły moment, bo i dzień miałem zły, ale udało mi się na tyle zebrać w sobie, że nie odrzuciłem całkowicie jej oferty. Powiedziałem jedynie, że na chwilę obecną, to mam co i gdzie robić, ale jeśli praca w biurze tłumaczeń umożliwiałaby pracę zdalną, to ja chętnie. Niestety, odpowiedziała, że musiałbym przez najbliższe trzy tygodnie koczować w Athlone. Na to nie ma szans, bo do Athlone nie ma jak dojechać. Nie mówiąc o tym, że nie miałbym za bardzo jak wytłumaczyć swojej trzytygodniowej nieobecności w Banku. Mniejsza.

     Dzień zbliżał się ku końcowi. Spieszyło mi się, żeby wyjść jak najszybciej, bo miałem jeszcze biznes do załatwienia „na mieście”. Te codzienne biegi z tramwaju do autobusu wykluczają jakiekolwiek biznesy, dlatego, jeśli chcę mieć choć trochę czasu dla siebie, muszę wyrwać się wcześniej z pracy, co nie jest proste, bo wymaga się ode mnie, żebym siedział do piątej, choć i tak od wpół do czwartej nie ma co robić. Czasem udaje mi się wybiec za kwadrans piąta, czasem jest to za pięć. Ile zaoszczędzę w pracy, tyle mam na mieście. Tym razem wyszedłem za dziesięć.
     Biegłem na przystanek, pamiętając tym razem o bilecie. Roztropnie, zamiast kupić go tam, gdzie wszyscy (na przystanku w „moją stronę”), postanowiłem kupić go naprzeciw. Oczywiście automat do biletów nie działał – wiadomo. „Tam gdzie wszyscy” była kolejka i wiedziałem, że nie wsiądę w ten tramwaj, który właśnie miał odjechać. Nie zdążę. Miałem nadzieję na następny, ale nie. Tuż przede mną stanęła para podstarzałych Hiszpanów i zaczęła bawić się automatem do biletów, działając mi tylko na nerwy. Kiedy wreszcie go rozpracowali, odjechał drugi tramwaj, wsiadłem dopiero w trzeci. Nerwy mnie rozsadzały. Jak nigdy.
     Na mieście, jak zagubiony, szukałem interesującego mnie miejsca. Jak jakieś znajdywałem, okazywało się, że już za późno. Przed szóstą, wszystko pozamykane, dziękujemy, dowidzenia. Szału można było dostać. Traciłem czas na bieganie w kółko tylko po to, żeby przekonać się, że niczego nie znajdę i pewnie spóźnię się na drugi autobus do domu. Pozostanie mi powrót ostatnim równoznaczny z wcześniejszym, półtoragodzinnym oczekiwaniem na dworcu. Ledwo wytrzymywałem napięcie. Mimo to, wciąż biegiem, pognałem wreszcie, zrezygnowany, na dworzec. Udało mi się złapać przedostatni autobus.
     Wsiadłem, zjadłem, poczytałem, zasnąłem. Miałem nadzieję, że to już koniec.

     Wysiadłem. Miałem jeszcze pójść do lokalnego sklepu, ale było to ponad moje siły. Nie takiego dnia. Obrałem azymut dom i ruszyłem z buta. W połowie drogi chciałem zapalić papierosa. Sięgnąłem do kieszeni po zapalniczkę i… Nie ma. Zniknęła. Tak samo, jak klucze. Kurwa mać! Tego już było za wiele. Za jakie grzechy? Za co taki dzień mnie spotkał? Nie mogłem sobie tego wytłumaczyć. Wnerwiony do granic możliwości doszedłem do domu. Zadzwoniłem. Cisza.
     Nikt nie otwierał. Nie mamy w zwyczaju otwierać drzwi. Wiadomo, że każdy z nas ma klucze i jeśli ktoś dzwoni, to tylko jakiś intruz. Zadzwoniłem po raz drugi, trzeci… Jeszcze chwila i miałem zacząć rzucać kamieniami w okna. Rozstrojenie nerwowe brało nade mną górę. Zadzwoniłem jeszcze raz, na wszelki wypadek. Udało się.

     Po piętnastu godzinach parszywego dnia poza domem, wreszcie mogłem z siebie zrzucić ciężar ubrania i ciężar przeklętego poniedziałku, 25-ego czerwca.

Wpis: 821.

Jeden dzień w Cork.

Cork
Husaria po irlandzku.

Cork
Uliczka tylko dla dorosłych.

Cork
Mój projekt (sic!)?

Cork
Uliczka niefestiwalowa.

Cork
Uliczka festiwalowa.

Cork
Studenci na schodach.


Koncert Afrykańczyków w środku Cork.


Serducho!

Wpis: 820.

Do Tallaght.

     Od jakiegoś czasu w kuluarach Jednostki Czyszczenia Kont (Clearing Control Unit) krążyła plotka, że mają nas przenieść na Tallaght. Mówiło się, że Królewski Bank Szkocji (the Royal Bank Of Scotland), którego częścią jest Bank Północnoirlandzki (Ulster Bank), chce zgromadzić cały dział Płatności (Payment Operations) w jednym miejscu. Miało to ujednolicić pracę, ale także zaoszczędzić na kurierach, którzy teraz wciąż gdzieś jeżdżą.
     Ze dwa tygodnie temu zorganizowano firmowe śniadanie, na którym dokładniej przedstawiono plan. Nowy budynek, dojazd, parking, stołówkę, te sprawy. Sprawozdanie z niego zdała nam Marie, mówiąc jednocześnie, że niedługo przyjedzie do nas osobiście Wincent, szef Działu Płatności. Opowie szczegółowo, co i jak.
     Dziś przyjechał.
     I powiedział.
     „Ze względu na restrukturyzację, z końcem Listopada, Jednostka Czyszczenia Kont przestaje istnieć. Proces restrukturyzacji będzie przebiegał etapowo, a rozpoczyna się już dziś. Na kolejnych spotkaniach zostaną przestawione dostępne opcje. Zatrudnienie na innym stanowisku, zatrudnienie na podobnym stanowisku, dobrowolne rozwiązanie umowy. Do końca lipca jest czas na podjęcie decyzji. Z początkiem sierpnia rozpocznie się przenoszenie zadań z Dublina do Edynburga. Razem z nim rozpocznie się przenoszenie pracowników. Cała operacja nie potrwa dłużej, niż kwartał”.
     …
     Potem jeszcze odbyło się spotkanie z przedstawicielem związków zawodowych. Mówił, żeby nie panikować. Żeby na jutrzejszym spotkaniu „oko w oko” powiedzieć bez ogródek, co się o tym wszystkim myśli. Ale też, żeby dowiedzieć się jak najwięcej na temat proponowanych stanowisk. Dopytać o szczegóły przenosin, wakacje, pensje etc. Podkreślał, że należy powoływać się na umowy podpisane z dniem integracji (wcześniej Ulster Bank nie był częścią the Royal Bank Of Scotland), gdzie zapisane są gwarancje zatrudnienia i inne takie.

     I może byłby to dla mnie szok, gdyby nie to, że ja i tak nie mam tu przyszłości. Zostałem zatrudniony w zastępstwie Marka, który wyjechał na dwumiesięczne wakacje. Mam za niego popracować, ale kiedy wróci, to sruuu… Chłopak ponownie pojawia się w połowie sierpnia, czyli akurat wtedy, kiedy wszystko się zacznie.
Dla mnie wniosek jest jeden. O ile wcześniej wzbraniałem się przed szukaniem nowego zajęcia do ostatniej chwili, tak teraz wiem, że nic nie stałoby się, jeśli znalazłbym coś od zaraz. Już nie ma żadnej nadziei, na to, że zostanę. Nie ma też miejsca na jakiekolwiek wyrzuty sumienia.
Co prawda szefowa mówiła, że e-banking lub inne działy wciąż poszukują pracowników mojego szczebla, ale może to jest właśnie ta chwila, w której należałoby rozważyć powrót do Portlaoise.

Wpis: 819.

J.R.R. Tolkien – Dzieci Hurina

Dzieci Hurina     Nie mogę, no po prostu nie mogę. Czytam juz chyba trzeci tydzień i nic. Zupełnie mnie nie wciąga. Mnie! Miłośnika Tolkiena, co jeszcze nie tak dawno z wypiekami na twarzy śledził ekranizację Najlepszej Powieści Fantazy. A teraz?
     Kupiłem nowe wydawnictwo, „Dzieci Hurina”. Myślałem, że jak z każdym nowym dziełem JRR Tolkiena, już od pierwszych kartek będzie przeszywał mnie dreszczyk emocji. Od pierwszej, do ostatniej strony będę zastanawiał się, co będzie dalej, jak rozwinie się akcja i jak wszystko się skończy. Liczyłem na wyrazistych bohaterów, walkę dobra ze złem, walkę człowieka ze swoimi słabościami, na kilkupłaszczyznowość interpretacji i wreszcie na ukryty morał. I co?
     Nic.
     Mecze się niemiłosiernie. Strona za stroną, na siłę. Jakieś bitwy, wyniosłe rozmowy. Pożegnania, obietnice, wszechobecne napuszenie. Za krzty czegoś, co mogłoby wciągnąć. Elfy sobie, ludzie sobie, siły zła panują. Ciężko zapamiętać imiona bohaterów. Po trzech tygodniach nawet 100 stron nie przebrnąłem i już wolę bezwiednie patrzeć się w szybę jadąc autobusem. Bez sensu. Nie potrafię się wczuć. Książka mnie odstrasza. Co gorsza, burzy legendę.
     Może to kwestia języka. Może tłumaczenie Skibniewskiej było lepsze od oryginału. Może to kwestia tego, ze w edycji „Dzieci Hurina” palce maczał Christopher, syn Mistrza. Może pora nie ta? Wczesny poranek bądź popołudnie? Może w końcu – nie te lata. Nie wiem.

Wpis: 818.

Przykładowy dzień.

     Do biura docieram między 8:30, a 9:30. Różnie.
      Mówię grzecznie: „Dzień dobry” i siadam za biurkiem. Loguję się do systemu. Odruchowo uruchamiam Outlooka (choć i tak nikt do mnie nie pisze). Zabieram się za tzw. Servicetills. Najpierw Euro. Przepisuję z kartki do Excela pewne kwoty. Dane z banków AIB, BofI, NIB i TSB. Wypisuję na te kwoty kwity. Daję je do podpisania przełożonym i przekazuję dalej, do osoby zajmującej się tzw. Exchange. Później Sterlingi. Ponownie, z kartki do Excela. Plik wysyłam do kogoś z Północy. Servicetill kończę tym, że wypisuję jeszcze masę kwitów na różne kwoty. Znów daję do podpisania i wrzucam do specjalnych koszyczków, tzw. Tellers. Jest godzina 9:45.
     Dalej zabieram się za First Active Settlement. Gdy zaczynałem, drukowałem pewien raport, później wpisywałem go do Excela. Robiłem błędy i trwało to wieczność. Teraz robię metodą Ctrl+C – Ctrl+V i wyrabiam się w powiedzmy 20 min. Wypisuję jeszcze kwity na sumę, jaką wyrzuci mi Excel, daję do podpisania i wrzucam do koszyczka Waste Keying. Jest po 10-tej.
     Wychodzę na papierosa, piję kawę. Mam na to pół godziny. Przymusowe. Rzadko kiedy wytrzymuję, wracam wcześniej.
     Przed godziną jedenastą startuję z PMG Settlement. Tzn., przeglądam faxy. Spisuję pewne dane, wypisuję – a jażeby inaczej – kwity, daję do podpisu. Część sobie zostawiam, resztę przekazuję do pokoju obok, do EDSu.
     Chwilę po 11-tej zabieram się za Euro Settlement. Resztę danych z faxów, kwoty z pliku Exchange (przygotowanego wcześniej przez kogoś innego) i kartek z Missing Batches wklepuję do kolejnego pliku Excela. Jeśli brakuje wielu Bachów, zajmuje mi to nawet godzinę. Zazwyczaj mniej i nawet, jak się nie spieszę, to i tak przed 12-tą jestem gotowy. Zaczynam się nudzić. Przeglądam strony Banku (nie mam wyjścia na świat), spoglądam na zegarek, idę na papierosa i obiad.
     Mam na to godzinę. Wyrabiam się w pół. Wypalam, zjadam i staram unikać się rozmów z młodzieżą. Ze starszymi niekiedy zamienię słówko, ale na razie za mało się znamy, żeby było o czym opowiadać. W okolicach pierwszej wracam do biura.
     Wysyłam faxem to, co sam faxem dostałem. Zbieram dane z EDSu, żeby dokończyć Euro Settlement (zdarza się, że czekam na nie nawet do 4:30, najczęściej są jednak wcześniej). Kończę z Euro Settlement, drukuję wyniki, daję do podpisu. Zazwyczaj jest przed drugą.
     Przedostatnim moim zadaniem jest Waste Keying. Otwieram odpowiedni program i zaczynam masowe klepanie w klawiaturę. Klepię to, co sam sobie przygotowałem, także to, co przygotowali inni, to co przyszło z EDSu i nie wiadomo skąd jeszcze. To klepanie zajmowałoby mi jakiś czas nawet, gdyby nie to, że klepią wszyscy, a pracy jest góra dla dwóch osób. Wyrabiam się do drugiej piętnaście, góra drugiej trzydzieści. Zaczynam się nudzić i przeglądam strony Banku.
     Po trzeciej zabieram się za Teller. Siadam przed specjalnym komputerem wyposażonym w maszynkę do czytania specjalnych kodów na czekach czy innych kwitach. Otwieram odpowiedni program i zaczynam wklepywać dane. Czasem też przepuszczę coś przez tę maszynkę. Jeśli jestem bardzo wolny, zajmuje mi to godzinę. Od czwartej siedzę i się nudzę, przeglądam strony Banku. Patrzę na zegarek i na tyle, na ile przed 9-tą pojawiłem się w pracy, przed 5-tą z niej wychodzę.

Wpis: 817.

Zalety i wady.

     Po miesiącu można pokusić się o pierwsze generalizacje.
     Na plus, przede wszystkim, trzeba zaliczyć to, że jest to praca biurowa. Przyjazne środowisko kabli, monitorów, klawiatur i biurek. Otoczenie automatów do kawy, kserokopiarek i ton papieru, to miejsce, w którym w naturalny sposób się odnajduję. Moje zajęcia dzielą się na klepanie w klawiaturę i wypisywanie kwitów, z przewagą – to też na plus – tego pierwszego.
     Po drugie, nie jest to praca w młodym, dynamicznie rozwijającym się zespole (przynajmniej bezpośrednio, bo zaraz obok mamy EDS, a tam… pożal się Boże) ze wszystkimi tego konsekwencjami, czyli pieprzeniem o głupotach. Jak wiadomo, nie należę do młodzieży.
     No i czas wolny. Po raz pierwszy od podstawówki, regularny tryb życia z regularnymi przerwami. Życie, przynajmniej zawodowe, jak najbardziej ustabilizowane. Ta sama godzina pobudki, ta sama godzina powrotu, ta sama pensja, żadnych niespodzianek. I tak tydzień w tydzień.

     Minus za to jest jeden. Dojazdy. Pięć, a nawet sześć godzin dziennie w podróży. Czas zmarnowany. Rano jem, śpię. Popołudniu jem, czytam, śpię, ale ile można? Czas chyba wozić ze sobą komputer. Po nocach ściągać filmy, a w podróży sobie oglądać…

Wpis: 816.

Pidżama Porno – Spokój w głowach

Niczego nie jest mi szkoda
Nic z tego czego jeszcze mi brak
Starczy gdy kocham
Huczy las i wieje wiatr
I także to że
Co noc zasypiamy twarzą w twarz
Frontem do tej samej rzeki
Ile sił tylu nas czeka u bram
Lecz czy starczy nam sił
Wystarczy?

Moja wolność
Moja swoboda
Tak wolność gdy mam
Kieszenie pełne czereśni
Nie lękam się cienia diabła i wroga
Moja wolność
Moja swoboda

Stąd uciekać nie ma po co
Stąd – nie za bardzo jest nawet dokąd
Dzwon na góry świętej szczycie
On – bardziej realny niż myślicie
Jak mam to wytłumaczyć
W jakie ubrać to słowa
Co się liczy najbardziej?
Spokój w głowach
Pokój w głowach
Spokój w głowach
Pokój w głowach

Wpis: 815.

Podróże.

     Ze względu na charakter pracy, a właściwie jej odległość, ostatnio dużo podróżuję. Autokarami, tramwajami.
     Pod pewnym kątem, wszystkie podróże są do siebie podobne. Niesamowicie monotonne, rzadko kiedy ubarwione jakimś wydarzeniem.
     Poranna przejażdżka autokarem do Dublina, to przede wszystkim dosypianie. Zarówno moje, jak i współtowarzyszy. Niekiedy tez podjadanie. Tramwaj tymczasem, to przeglądanie gazet. Najczęściej darmowych, pełnych krótkich, niczym radiowe niusy, informacji.
     Tramwaj powrotny, to walka ze znużeniem. 25 minut jazdy z modlitwą w głowie o zapałki, które można byłoby wcisnąć miedzy powieki. Później jeszcze krótki bieg ulicami na dworzec autobusowy i na koniec półtorej godziny w autokarze. A tam znowu kanapki, książka, radio, od czasu do czasu i sen.
     Dzień w dzień, tydzień po tygodniu.

     Żeby jednak nie było tak zupełnie beznadziejne, zdarzają się tez urozmaicenia.

     Któregoś razu, jechałem już autobusem powrotnym. Przysypiałem z lekka. Przemęczony całym dniem, znużony podróżą. Oparłem głowę o szybę, włączyłem radio i myślami byłem już w domu.
     Wtedy, zupełnie niespodziewanie, kierowca włączył mikrofon.
     „Witam wszystkich państwa na pokładzie autokaru Bus Eireann. Przypominam, że autokar jest miejscem publicznym, w związku z czym, obowiązuje w nim zakaz palenia oraz spożywania alkoholu. Przypominam również, że od kwietnia obowiązuje przepis, który mówi, że w autokarze, jak w każdym innym pojeździe, należy mięć zapięte pasy, o co do państwa apeluje. Dodam tylko, ze Garda okazjonalnie urządza kontrole, a za jazdę z niezapietymi pasami grozi kara grzywny do €500. Dziękuję wszystkim państwu za uwagę i życzę milej podroży”.
     Rozejrzałem się po pasażerach. Byli tak samo zaskoczeni. Żaden oczywiście nie zapiął pasów. Wszyscy wrócili do swoich zajęć – głownie drzemki.

     Innym razem, dojeżdżałem już do Portlaoise. Wyglądałem przez szybę, ale spoglądałem także na wewnętrzny telewizor (niekiedy autokary maja takie telewizorki I puszczają na nich widok z kamery umieszczonej w przedniej szybie). Zobaczyłem na nim samochód Gardy. Zatrzymywała wszystkich i kontrolowała papiery. Nas też zatrzymała. W tym momencie, wszyscy pasażerowie, jak jeden mąż, zapieli pasy.
     Po chwili do środka wszedł Gardzista. Sprawdził. Wyszedł.
     Pasażerowie odpięli pasy. Autobus ruszył dalej.

Wpis: 814.