Kalendarz

Maj 2007
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

Miesięczne Archiwa: Maj 2007

Koop – Koop Island Blues

Hello my love
It’s getting cold on this island
I’m sad alone
I’m so sad on my own
The truth is
We were much too young
Now I’m looking for you
Or anyone like you

We said goodbye
With the smile on our faces
Now you’re alone
You’re so sad on your own
The truth is
We run out of time
Now you’re looking for me
Or anyone like me

Na na na na…

Hello my love
It’s getting cold on this island
I’m sad alone
I’m so sad on my own
The truth is
We were much too young
Now I’m looking for you
Or anyone like you

Wpis: 813.

Klient w krawacie jest mniej awanturujący się…

Wpis: 812.

Plan dnia…

05:45 – Pobudka[1].
06:45 – Autobus do Dublina[2].
08:25 – Tramwaj do Sandyford.
09:00 – Praca[3].
10:00 – Przerwa na kawę.
10:30 – Praca[4].
12:45 – Przerwa na obiad.
01:45 – Praca[5].
05:10 – Tramwaj do Parku Świętego Stefana.
06:00 – Autobus do Portlaoise[6].
08:00 – Powrót do domu[7].

—–
[1] – Szybka toaleta i wypad z domu. Po drodze zakupy w Gali – Małe Doritos i coś do picia.
[2] – Śniadanie, lektura, drzemka.
[3] – First Active Settlement.
[4] – Signatures i Euro Settlements.
[5] – Keying.
[6] – Doritos, lektura, drzemka.
[7] – Szybki prysznic, kolacja, kanapki na rano.

Wpis: 811.

Emigranci tęsknią w Internecie

Łodzianie wyjeżdżają w poszukiwaniu interesujących studiów lub pracy. Inni zakochują się, a miłość źle znosi oddalenie. Powody spakowania walizki bywają zresztą różne, ale emigrantów łączy jedno – tęsknota za rodzinnym miastem… Nawet gdy na internetowych forach nie zawsze jest ono dobrze wspominane.

W internetowej społeczności przyjaciół Grono.net Katarzyna Podbielska, obecnie mieszkanka Ostrowi Mazowieckiej, założyła forum: „Łodzianie na emigracji”. Tęskni za Łodzią, ale nie mogła już znieść 230-kilometrowego oddalenia od ukochanego. Teraz ta odległość dzieli ją od rodzinnego miasta. – Odnawiają to, odnawiają tamto. Może Łódź nie jest bogata, ale powoli znowu będzie piękna. Dla nas chyba taka jest zawsze… bo ubrana we wspomnienia – zauważa Katarzyna.

Arek, uczestnik tego samego forum, na pytanie o powód wyjazdu, odpowiada krótko: – Miłość nie wybiera… ale jeszcze tu wrócę! A Łódź – brudna czy czysta, zadbana czy odrapana – zawsze będzie dla mnie najpiękniejsza. Byłem kiedyś w Paryżu… Phi, co tam jakiś Paryż! – dodaje młodzieńczo.

Prawie wszyscy łódzcy emigranci są zgodni, że Łódź jest szara, jednak odnajdują w niej wiele ciekawych odcieni szarości.

- Nawet brzydka Łódź ma swój niepowtarzalny klimat – twierdzi Asia Wyrębowska, studentka Uniwersytetu Warszawskiego.

- To właśnie te zaniedbane fabryki tworzą atmosferę naszego miasta. Gdy wjeżdżam na Fabryczną i widzę pierwsze kolejowe zabudowania, wiem, że jestem w domu – dodaje Ola K., jak się zarzeka, „chwilowa emigrantka”.

Michalina Kmiecik, studentka komparatystyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, przyznaje, że często spotyka się ze stwierdzeniem, że Łódź to miasto depresyjne.

- Ale czy „depresyjność” jest cechą negatywną? – pyta. – Trochę tęsknię za beznamiętnym czekaniem na tramwaj, który i tak pewnie nie przyjedzie… – ironizuje.

Właśnie komunikacja miejska – ta sama, którą my, łodzianie, codziennie przeklinamy – okazuje się kopalnią wspomnień.

- Jaka jest wasza ulubiona linia autobusowa lub tramwajowa? – pyta Arek. Dla niego to wiecznie spóźniający się autobus linii 59 oraz tramwaj 46 – nazwany, ze znanych tylko autorowi, zapewne nostalgicznych względów, „lodołamaczem”…

Wieczorami nachodzi ich nostalgia za łódzkimi pubami. Do najmilej wspominanych należą Łódź Kaliska i Jazzga – puby z najbardziej łódzkim, według gronowiczów (uczestników portalu Grono. net), klimatem.

- Mamy masę klubów i miejsc, do których „warszawka” przyjeżdża w weekendy poszaleć – przypomina oklepane legendy Arek, który już nie może się doczekać piątkowego powrotu na Fabryczny pociągiem o 20.30.

Inny gronowicz – Piotr Walczak, który włącza się do dyskusji, siedząc przed komputerem „gdzieś tam w Irlandii” – zakłada na forum polemiczny wątek: „A ja nie tęsknię za Łodzią!”. Wyżala się, że na ulicach jest niebezpiecznie, kina bez klimatu, „miasto się stacza”.

W odpowiedzi słyszy od Arka: – Potrzeba więcej optymizmu. Łódź jest naprawdę pięknym miastem, tylko trzeba je pokochać…

Lokalnych patriotów wspiera Bartek, absolwent Politechniki Łódzkiej, obecnie pracujący w Dublinie. Na forum Stowarzyszenia Łódź na Fali zachęca innych emigrantów do wystosowania apelu do władz miasta, by wreszcie zrobiły porządek – tak z psimi kupami (z którymi miało nie być problemu), jak i „kibolami”, którzy – zwłaszcza podczas derbów – stają się telewizyjną wizytówką Łodzi.

- Lubię to miasto i zależy mi, bym za jakiś czas miał do czego wrócić – zapewnia Bartek.

Małgorzata Niedźwiecka, Dziennik Łódzki, 28 kwietnia 2007r.

Wpis: 810.

Moo on the Loo


Moo on the Loo

Wpis: 809.

Jak Walczak został finansistą…

     Historia ta jest długa i zakończona happyendem. Zaczyna się dawno, nawet bardzo dawno. Wbrew Mistrzowi, by poszukiwać jej początku można by cofać się w nieskończoność. Dla nas ważna jest jednak nie nieskończoność, a bliżej określona przeszłość, którą, po dokonaniu wielu zaostrzeń, można zawęzić do dwóch tygodni z odniesieniami do ostatniego roku.

     Dwa tygodnie temu, w pewien poniedziałkowy wieczór, zwyczajnie, jak niemal co dzień, siedziałem sobie z komputerem na kolanach i szukałem – dosłownie i w przenośni – jakiegoś konstruktywnego dla siebie zajęcia. Tak często mijały mi wieczory. Na wpatrywaniu się w monitor. Czasem w film, czasem w jakiś artykuł. Tym razem postanowiłem nie pozostać biernym odbiorcą, postanowiłem podjąć jakąś akcję. Wszedłem na irlandzkie strony z ogłoszeniami o pracę. Wchodziłem na nie często, równie często znajdywałem jakieś propozycje i równie często wysyłałem swoje CV. Nigdy nie dostawałem odpowiedzi. Czy to z powodu małego zaangażowania w list motywacyjny, czy to ze źle skierowanej aplikacji (starałem się o różne posady, w tym, wykwalifikowanego dziennikarza z ponad pięcioletnim stażem, czy kierowcę wozu dostawczego). Zawsze jednak szukałem zajęcia gdzieś w pobliżu. Na tym końcu świata, a przynajmniej Zielonej Wyspy, zwanym Portlaoise.
Chciałem wieźć spokojne życie, w cichym i małym miasteczku, dlatego w swoich poszukiwaniach nie wychylałem się za bardzo. Niekiedy zdarzało mi się wysłać coś do sąsiednich miejscowości, Portalington, Mountmellick czy nawet Tullamore. Zawsze z jednakim skutkiem. W ten poniedziałkowy wieczór coś mnie tknęło i uwziąłem się na Dublin.
Mam znajomych, którzy dzień w dzień dojeżdżają do Dublina i z powrotem i nie ma z tym problemu. Mam świadomość, że setki ludzi tak tu robią. Pamiętam, że z łodzi tysiące osób jeździły do stolicy za chlebem. Dzień w dzień rano, pociągiem, autobusem, jakkolwiek. Za lepszą pracą, płacą, perspektywą. Pomyślałem sobie, dlaczego i ja nie mógłbym tak. Może warto chociaż spróbować. I zacząłem przeglądać oferty.
Postanowiłem sobie, że choć raz odkąd tu przyjechałem nie będę szukał byle czego. Poszukam czegoś, co dawałoby mi satysfakcję. Jakąś pracę, której charakter najzwyczajniej na świecie odpowiadałby mi. Ustaliłem kryteria i kliknąłem „search”. Pojawiło się kilkaset wyników, wybrałem pierwsze z brzegu i rozesłałem swoje CV wraz z krótkim, jak zwykle lakonicznym, listem motywacyjnym.
Zadowolony z podjętych działań (to zawsze na jakiś czas uspokajało sumienie) zasnąłem.

     Latem w Xtra-Vision jest chujowo. Nie ma pracy. Panuje martwy sezon i przeciętny pracownik najniższego stopnia, choćby nie wiadomo jaki był dobry i tak nie dostanie więcej niż dziesięć, góra piętnaście godzin w tygodniu. Tak było rok temu (wtedy początki były bardzo ciężkie, niemal do października, tydzień w tydzień na dzień przed wypłatą na koncie widniało wesolutkie 0) i zapowiadało się, że tak będzie i teraz. Skończyły się zajęcia na uczelniach i zgodnie z tradycją studenci, którzy do tej pory pracowali najmniej, mieli dostać szansę, natomiast nas przesunięto by na rezerwę. I nawet wakacyjne wyjazdy szefowej, Daniela czy kogo tam jeszcze, nie zmieniłyby sytuacji. Do połowy września, może do października byłoby chujowo.
Zdając sobie z tego sprawę, nie chciałem kolejnego lata gryźć trawy i liczyć czy uda mi się zapłacić czynsz, czy może będę musiał odmówić sobie Guinnessika, Doritos czy Ben & Jerry’s. Taki stan rzeczy powodowałby nic innego, jak tylko frustrację. Nie mogłem się na to zgodzić. Dlatego od marca jakoś zintensyfikowałem odwiedzanie stron z ofertami o pracę. Dlatego w poniedziałkowy wieczór wysłałem kilka CV w różne miejsca rozglądając się za pozycją o dumnej nazwie: Data Entry Clerk.

     Wtorek, dwa tygodnie temu, zaczął się zwyczajowo czyli nijak. Kompletnie. Za oknem słonecznie, praca dopiero popołudniu, w domu pustka i beznadzieja. Słuchanie po raz milionowy tych samych .mp3 czy robienie sobie po raz 366 jajecznicy z cebulą i parówką nie stanowiło żadnej odmiany. Nawet pranie, czy sprzątanie tylko na chwilę zabijały nudę.
Żeby nie siedzieć całkiem bezczynnie, do pracy wyszedłem wcześniej. Myślałem sobie, że idąc wolno jakoś minę ten czas. Potem usiądę sobie na ławce, zapalę, minie kolejnych kilka minut, a w pracy, to już jakoś zleci.
Doszedłem do „centrum”, usiadłem, zapaliłem i czekałem. Wtedy, całkiem niespodziewanie zadzwonił telefon, który nigdy nie dzwoni.

     Spojrzałem na wyświetlacz, numer był obcy i w dodatku z samego Dublina. Z początku myślałem, że dzwoni ktoś z Kwatery Głównej „firmy”. Nigdy im się to nie zdarzało, ale niczego na tym świecie nie można wykluczyć. Mimo to odebrałem. Dzwoniła Maeve z Grafton Recruitments.
– Cześć Piotrek, mówi Maeve, jak się masz?. Wysłałeś nam wczoraj CV z aplikacją na pozycję Data Entry Clerk. Nadal jesteś nią zainteresowany?
– Cześć Maeve, w porządku, a u ciebie? Jasne, że jestem zainteresowany.
– No to pięknie, przyjedź jutro na rozmowę. Nadbrzeże Wellingtona 1, na godzinę 2-gą, co?
– Nie ma sprawy Maeve, gdzie dokładnie?
– Nadbrzeże Wellingtona 1. Zresztą, na e-mail wyślę ci, co masz ze sobą zabrać, jakie dokumenty, to i adres ci podeślę.
– Dzięki Maeve.
– Dzięki Piotrek, do zobaczenia jutro.

     Szczęka mi opadła, papieros zgasł, a ja tępo wpatrywałem się w telefon. „Jak to?” – myślałem sobie. – „Ledwie co wczoraj wysłałem CV a oni już chcą, żebym przyjechał na rozmowę? Że w ogóle chcą, żebym przyjechał na rozmowę? Do tej pory to się nie zdarzało. Nic to, jutro jadę”. Rozgorączkowany poszedłem do pracy. Nie mogłem się na niej skoncentrować. Myślałem tylko o środzie. Po jej skończeniu pobiegłem do domu i chciałem już jak najszybciej zasnąć, obudzić się i wsiąść w autobus, pojechać do Dublina, znaleźć Nadbrzeże Wellingtona 1 i zobaczyć, co się stanie na rozmowie.

     Rano przypomniałem sobie, że miałem dostać jakiegoś e-maila. Sprawdziłem, nic nie było. Trochę się zdziwiłem, nie zniechęciłem się jednak. Pogrzebałem w sieci, znalazłem mapę i miejsce, gdzie znajduje się siedziba Grafton Recruitments. Wylazłem z domu i poszedłem na autobus.
Do Dublina dojechałem wcześniej, o wiele za wcześnie. Zacząłem wałęsać się po centrum. Zwiedzać ośrodki handlu detalicznego, kupiłem sobie płytę.
Wraz ze zbliżaniem się godziny zero denerwowałem się coraz bardziej.
W jakiejś knajpce wypiłem kawę, pogadałem z angielskim żulem, podróżnikiem. Poszedłem na rozmowę.

     Wszedłem do sekretariatu. Przywitała mnie Polka. Powiedziała, że rozmowa będzie dwuetapowa. Na początek test z pisania na klawiaturze, później już właściwa rozmowa.
Posadziła mnie przed komputerem, wytłumaczyła zadanie: „Tu masz dane, przepisz te dane do tej bazy danych; masz przepisać trzy rekordy” i życzyła powodzenia.
Napisałem, co miałem napisać. Ona zmierzyła wynik i powiedziała, że kwalifikuje mnie on na właściwą rozmowę. Zaprowadziła mnie dalej, do Maeve.
Z Maeve pogadałem o tym i o tamtym. O tym dlaczego chcę pracować w banku (nie wiedziałem, że chcę pracować w banku, CV – jak zwykle – wysyłałem nie zdając sobie do końca sprawy, do kogo wysyłam), jakie studia skończyłem (nawet filozofii nie skończyłem), ile zamierzam zostać w Irlandii (nie mogę wrócić) i czy w przypadku podjęcia pracy w Dublinie rozważam przeprowadzkę (oczywiście, że rozważam – teoretycznie). Na koniec dała mi listę dokumentów do dosłania oraz ankietę do wypełnienia. Wtedy obudziła się we mnie przezorność. Zaproponowałem, że zamiast pocztą, doręczę dokumenty osobiście. Będzie okazja do przypomnienia się sobie i ewentualnego wykazania zaangażowania w poszukiwanie czy też chęci rozpoczęcia nowej. Zgodziła się i umówiliśmy się na następny dzień, na tę samą godzinę.

     Wróciłem do Portlaoise.

     W czwartek, od rana męczyłem się z ankietą. Była długa, szczegółowa i szczególnie nieprzyjemna. Wymagała wiedzy, której nie posiadałem (bo skąd niby miałbym znać adresy szkół w których się uczyłem?) i w ogóle jakoś mi nie szło. Ledwie znalazłem wszystkie papiery (np. Dowód Osobisty miałem na dnie walizki, Paszport gdzieś zupełnie indziej, nie mówiąc o Pay Slipach czy innych, już lokalnych papierach) i poszedłem na autobus.
Tym razem nie jechałem już tak wcześnie. Wyliczyłem sobie, że wystarczy, jak zostawię sobie zapas na kawę i tyle.
W Dublinie byłem po pierwszej. Chlupnąłem małą czarną, dokończyłem ankietę (którą kończyłem także w autobusie) i poszedłem do Maeve.
Wzięła wszystkie dokumenty (wciąż jednego mi brakowało) i powiedziała formułkę, której nigdy nie lubiłem: „Dobra Piotrek, to na teraz tyle, skontaktujemy się z Tobą. Pamiętaj tylko podesłać nam ten wyciąg z banku”. Podziękowałem za rozmowę, zapewniłem, że jak tylko dostanę dokument z banku – podeślę i wyszedłem, trochę w sumie zawiedziony. W swojej naiwności myślałem, że może usłyszę jakieś konkrety, propozycje co i jak. Szczególnie, że dałem złapać się w sidła łowców głów. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że szukam pracy przez pośrednika, a na tym nigdy się nie wygrywa. Ile to już historii słyszało się (oczywiście z Polski), jak to łowcy głów za grosze najmowali swoich pracowników różnym firmom itd. Tak czy inaczej, wciąż miałem pracę w Xtra-Vision i myślałem sobie, że jak trzeba będzie, to zaciśnie się pasa i będzie się gryźć trawę. Trudno.
Z rozmyślań wyrwał mnie telefon. Maeve.
– Piotrek? Zapomniałam, mógłbyś jeszcze raz zrobić ten test z pisania na klawiaturze?
– Nie ma problemu Maeve.
Zawróciłem.

     Polka znów posadziła mnie przed komputerem i powiedziała: „Rób to, co wczoraj”. fTym razem już bardziej wyluzowany rozsiadłem się wygodnie i zacząłem. Test wyglądał tak, że miałem kartkę z danymi, na ekranie bazę danych. Moim zadaniem było przepisanie tych danych. Prosta sprawa. Dzień wcześniej miałem pięć minut na wpisanie trzech rekordów. Pomyślałem, że skoro test ma wyglądać tak samo, jak wczoraj, to i dziś to będzie moim zadaniem. Zacząłem, po dwóch minutach skończyłem, ale – o dziwo – test się nie skończył (dzień wcześniej przerwał się samoistnie). Z lekka zdezorientowany, zawołałem tę Polkę. Ona szybko powiedziała mi, że tym razem zasady się zmieniły i mam pisać przez pięć minut i ile wpiszę, to moje. Usiadłem, dokończyłem. Na dowiedzenie się nowych zasad straciłem minutę. Zapytałem się o wynik.
Dzień wcześniej miałem ponad 4000 znaków na godzinę (przy wymaganych przez pracodawcę 2000 – 2500 znaków na godzinę). Teraz, z minutową przerwą wystukałem średnią ponad 6000 znaków. Polka jednak, chcąc by test był wiarygodny, postanowiła, że go powtórzymy, bo w końcu straciłem minutę. Zgodziłem się, w końcu co mi innego pozostawało. Myślałem sobie, że skoro nie mam szans zakasować ich językiem, wykształceniem czy doświadczeniem, to zabiję ich wszystkich pisaniem na klawiaturze. Zrobiliśmy kolejny test. Dobiłem do niecałych 7500 znaków, ale przy 12% błędów. Wymaga się, by próg błędu nie przekraczał 10%.
Pamiętam, jak jeszcze w Polsce, kiedy w ogóle zaczynałem uczyć się pisać na klawiaturze i kiedy już właściwie nauczyłem się, osiągałem prędkości rzędu 7000 znaków na godz. Ale przy 15% błędów. Wyglądało na to, że nic się nie zmieniło.
Polka powiedziała, że i tak już trzykrotnie przekroczyłem wymaganą prędkość, że nie spotkali się z kimś takim i że gdyby nie te błędy, to od razu przepchnęłaby mnie dalej. A tak, może się okazać, że przez niedokładność odpadnę zupełnie. Zadzwoniła jednak do Maeve skonsultować się, bo – jak mówiła – szkoda byłoby rezygnować ze mnie. Maeve wyraźnie powiedziała, że ona musi do banku, przyszłego pracodawcy, wysłać konkretny wynik, na którym nie może być więcej niż 10% błędów. Zadecydowały z Polką, że zrobią mi test potrójny i najlepszą z trzech prób uznają za wiążącą.
Polka podpowiedziała, żebym już nie przeginał z prędkością, ale skoncentrował się na celności uderzeń w klawiaturę. Kiwnąłem głową, że się postaram i zasiadłem do potrójnego testu.
Mięło piętnaście minut i zapytałem się o wynik. Polka w sekretariacie ze cztery razy sprawdzała. Ponad 11000 znaków na godzinę przy 5% błędów. Dumny jak paw, albo jak 11000 pawi, podziękowałem, pożegnałem się i wyszedłem.
Pokręciłem się trochę po Dublinie i wróciłem do Portlaoise.

     Weekend minął, jak minął, aż nastał wtorek, tydzień temu.

nbsp;    Na początek dostałem SMSa od Lindy o tym, że koniecznie musimy pogadać. Na takie SMSy nie odpowiadam. Potem dostałem telefon od Maeve z pytaniem, czy już doszedł wyciąg z konta. Nie, jeszcze nie doszedł, powinien pojawić się dnia następnego. Potem dzwoniła jakaś Christine, ale akurat nie odebrałem telefonu. Nagrała się tylko, że ma mi kilka pytań do zadania i żebym oddzwonił. Oddzwoniłem. Christine chciała wiedzieć, czy oprócz klepania w komputer, podjąłbym się także bezpośredniej pracy z klientem. Nie widziałem problemu, tym bardziej, że od roku pracuję bezpośrednio z klientami. Następnie zadzwoniła Linda z informacją, że dzwonił do niej Grafton o moje referencje i z pytaniem dlaczego odchodzę. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie odchodzę tylko zaprzedałem się łowcom głów. Powiedziała, że skoro pytają się o referencje, to znaczy, że serio o mnie myślą. I pytała, czy jestem niezadowolony z pracy w XV. Szczerze powiedziałem, że jestem niezadowolony z tego, że po roku, kiedy osiągnąłem perfekcję i stałem się najlepszym pracownikiem (wedle kryteriów wydajności pracy ustalanych przez Xtra-Vision) nadal nie mam szans na żaden awans, czy podwyżkę, a wręcz przeciwnie, czeka mnie wakacyjny marazm i wegetacja, na którą nie chcę sobie pozwolić. I że to nie jest nic osobistego, bo dobrze mi się współpracuje i z nią i z innymi, ale biznes jest biznes. Powiedziała, że mnie nie wini i że wie, jak jest, ale ona niczego z tym nie może zrobić. Takie są zasady funkcjonowania XV i tyle. Ja też powiedziałem, że jej nie winię, bo zdaję sobie z tego sprawę. Uspokoiłem tylko, że jeszcze przecież nie odchodzę. I wszystko może się zdarzyć. Umówiliśmy się tylko, że w czwartek popracuję za Daniela. Znowu zadzwoniła Maeve. Zapytała się, czy wolałbym pracować w centrum Dublina (oczywiście, dojazd bezpośredni) czy raczej na obrzeżach (raczej nie, nie dość, że trzeba dostać się do Dublina, to potem jeszcze ze 20 min. tramwajem się telepać), bo jeśli w centrum, to ktoś ważny z Ulster Banku chciałby ze mną w czwartek porozmawiać i przekonać się jak stoję z językiem i czy sprostałbym kontaktom z klientami. Niestety, chwilę wcześniej umówiłem się, że w czwartek popracuję, ale powiedziałem, że jak coś, to piątek mam wolny. Powiedziała, że skontaktuje się z Ulster Bankiem i oddzwoni. Oddzwoniła, udało się przełożyć rozmowę na piątek, tylko na razie nie było wiadomo na którą. I to był ostatni telefon we wtorek.

     W środę rano wreszcie dostałem upragniony przekaz z banku. Natychmiast go zeskanowałem i posłałem Maeve. Ta oddzwoniła niemal w tej samej chwili, dziękując za dokument i mówiąc, że jeśli chodzi o rozmowę z Bankiem, to odezwie się później. I rzeczywiście, później się odezwała. Umówiła mnie na piątek, na godz. 11, w siedzibie Ulster Banku na Nadbrzeżu św. Jerzego. Powiedziała, że jeszcze wyśle mi e-mail z danymi osób, z którymi będę miał się spotkać i z ogólnymi wskazówkami.
Wśród tych wskazówek stało: „i choć rozmowa ma charakter nieformalny i ma na celu sprawdzenie twojej znajomości języka angielskiego oraz swobody posługiwania się nim, wymagane jest, byś ubrał się formalnie, tj. w garnitur, jasną koszulę, krawat itd.”. I się zaczęło.
Przecież ja nie mam garnituru. Nawet w Polsce nie miałem. Do trybu życia, jaki prowadziłem, nie był mi zupełnie potrzebny. Na wszystkie trzy, czy cztery rozmowy kwalifikacyjne w Polsce chodziłem ubrany, jak najbardziej swobodnie, żeby wykazać się – jeśli w ogóle – to kwalifikacjami, a nie wyglądem. Wyglądać ma model. Tak sobie wtedy myślałem, ja muszę coś innego sobą reprezentować. A tu nagle, wymaga się ode mnie, żebym pojechał pod krawatem.
Z początku się opierałem, powtarzałem sobie, nie ma bata. W końcu, do szybkiego i dokładnego pisania na klawiaturze nie jest potrzebny garnitur, choć z drugiej strony, jeśli w grę wchodził bezpośredni kontakt z klientem, może rzeczywiście wypadałoby jakoś wyglądać. Ale idą dalej, nawet jeśli tak, to dopiero, jeśli zaoferowano by mi pracę, a nie, na jakimś tam spotkaniu. Komu w końcu miałbym się pokazywać? Klientom czy szefom? – Chwila zastanowienia – chyba jednak szefom. Klamka zapadła. Trzeba w pracę w Dublinie zainwestować i to porządnie.
Przygotowałem spis rzeczy, które były mi potrzebne: marynarka, koszula, krawat, pasek, spodnie, buty. Na dobrą sprawę, nie miałem niczego na stanie. Od biedy koszulę – ale była czarna, pogrzebowa. Zdecydowałem, że następnego dnia, należałoby uzupełnić braki.

     W czwartek, od rana, biegaliśmy po sklepach. Ja – jak niektórzy uważają – gustu nie mam, lub – jak sam wolę twierdzić – mam gust specyficzny. Lepiej byłoby, żebym był pod kontrolą. I jak już ruszyliśmy w tę wyprawę po sklepach, okazało się, co zresztą nie było zaskoczeniem, że Portlaoise jest kompletnym zadupiem i niczego nie ma. Pełen nerwów kupiłem jakieś spodnie i buty. Na uspokojenie dostałem krawat. Poszedłem do pracy.
Linda, od samego początku zachowywała się tak, jakby nic się nie działo. Ja też pracowałem, jakbym wcale na drugi dzień nie miał mieć ważnej rozmowy. Tylko przez chwilę napomknęliśmy o tym i temat się rozwiał. Powrócił jakiś czas później.
     Jak zwykle w pracy, nie odbierałem telefonów. Jak pracuję, to pracuję i nie odbieram. W pewnej chwili poczułem jednak, że dzwoni. Wyszedłem na papierosa, zobaczyć, co się dzieje. To był Dublin i Grafton. Oddzwoniłem. Powiedzieli, że bez podania przyczyny, rozmowa kwalifikacyjna została odwołana. Zbiło mnie to z tropu całkowicie, bo już porządnie byłem na nią nastawiony. Po godzinie, może więcej, zadzwonili raz jeszcze mówiąc, że mogą mi zaproponować coś innego, jeśli wciąż byłbym zainteresowany. Za nieco mniejszą stawkę i jednak na obrzeżach miasta. Zapytałem się wtedy o godziny pracy, bowiem… Bowiem z Portlaoise do centrum Dublina można dojechać na autobusem na 8:45 – 9:00. Zakładając, że miałbym się jeszcze telepać 20 min., to tam, gdzie miałbym pracować, mógłbym być najwcześniej ok. 9:30 (Jest jeszcze opcja z pociągiem, ale na tyle kosztowna, że choć wygodna, pewna i pozwalająca pojawić się w dowolnym miejscu Dublina o dowolnej porze – nieopłacalna). Na moje pytanie uzyskałem odpowiedź, że choć godziny pracy są biurowe, czyli od 9:00 – do 5:00, menadżerka kierująca zespołem nie robi problemów, jeśli ktoś przychodzi pół godzi. później i tyleż samo później wychodzi. Umówiłem się z nimi wtedy w ten sposób, że na drugi dzień z rana zbadam połączenia i sprawdzę, na którą mogę być na miejscu (przypuszczalnie właśnie 9:15 – 9:30). Gdyby to odpowiadało mojej prawdopodobnej, przyszłej szefowej, to decyduję się i już od zaraz mogę podjąć pracę.
Maeve zgodziła się i cała sprawa odroczyła się przynajmniej o jeden dzień. Mimo to, nie stałą się przez to mniej skomplikowana.
     Gdy rozmawiałem z Graftonem, grafik w XV był ułożony tak, że w następnym tygodni praktycznie w ogóle nie miałbym godzin (miałbym 9). Mając to na uwadze, gdy zostałem zapytany, czy mógłbym zacząć od poniedziałku, bez wahania odpowiedziałem, że tak. Specyfika zatrudnienia w XV pozwalała na w miarę swobodne, choć w pewnych granicach, manipulowanie zmianami i wiedziałem, że gdyby przyszło mi zacząć prędko, mógłbym się z kimś zamienić. Jednak kiedy zdążyłem (na zapleczu branży rozrywkowej) rozmówić się z Maeve i wróciłem do pracy, zobaczyłem, że grafik właśnie uległ zmianie. Linda zdecydowała, że miałbym pracować od niedzieli do środy po osiem godz., czyli jak na warunki letnie bardzo przyzwoicie. Zaprotestowałem. Linda nie kryła zdziwienia. Szczególnie, że jeszcze jakiś czas wcześniej mówiłem jej, że na drugi dzień mam odbyć rozmowę kwalifikacyjną i że rozmowa, to tylko rozmowa, a teraz mówię jej, że być może już od poniedziałku podejmę nowe zajęcie i nie będę mógł pracować tych zmian, które mi przydzieliła. Starała się zaszantażować mnie tygodniem wypowiedzenia, ale powiedziałem, że owszem, mogę go odrobić, np. w niedzielę, a potem w następną sobotę i niedzielę, czy jakkolwiek inaczej, ale w weekendy. Zmieniła tylko grafik i wyszła z pracy. Ja do końca dnia myślałem o tym, że w piątek mam przetrzeć szlaki na Sandyford.

     Obudziłem się po szóstej będąc święcie przekonanym, że autobus mam o 6:50 (tak stało na rozkładzie na przystanku i na stronach internetowych przewoźnika). Na tę właśnie godzinę byłem na przystanku, ale autobusu nie było. Wiedzą, że godziny przyjazdów i odjazdów autobusów w Irlandii są godzinami orientacyjnymi cierpliwie czekałem, choć każda minuta oddalała mnie od pojawienia się na obrzeżach Dublina na czas.
Wyczekałem pół godziny i porządnie poirytowany poszedłem na pociąg. Myślałem sobie, że skoro już i tak nie zbadam czasu, jaki zajmowałaby mi podróż, to przynajmniej postaram się poszukać ewentualnego miejsca pracy.
Pociągiem dojechałem szybko i bez przygód. Wysiadłem, wsiadłem w tramwaj, potem w drugi i dojechałem do Sandyford. Na kartce miałem zapisany adres: Ulster Bank, Clearing Control Unit, Sandyford Industrial Estate, Foxrock, Burton Hall Avenue, Sandyford, Dublin 18. Najważniejszym fragmentem był: Sandyford Industrial Estate.
Wcześniej, jeszcze w domu, posprawdzałem sobie, gdzie mniej więcej mam się kierować. Ale kiedy dotarłem na miejsce zupełnie się zgubiłem. SIE obejmuje w cholerę kilometrów kwadratowych, poplątany jest siecią nielogicznie rozplanowanych ulic, nie posiada żadnych znaków rozpoznawczych, a wszystkie budynki wyglądają tak samo.
Z początku myślałem, że mi się samemu uda. Nic z tego. Musiałem zasięgnąć języka. Dopiero czwarta osoba, którą zagadnąłem naprowadziła mnie na właściwy trop. Koniec końców, po czterdziestu minutach wałęsania się, trafiłem. Budynek znajdował się tuż przy krańcówce tramwajowej, tyle, że wejście było „od drugiej strony”.
Zadzwoniłem do Maeve i powiedziałem, że wszystko okej. Wiem gdzie mieściłaby się moja przyszła praca i sprawdziwszy połączenia – skłamałem – wiem, że mógłbym się w niej pojawiać na zapowiadaną dzień wcześniej godz. 9:15 – 9:30 i jeśli to odpowiadałoby szefostwu, to podejmuję pracę i gotów jestem zacząć choćby od zaraz. Maeve odpowiedziała mi, że się skontaktuje z Bankiem i oddzwoni. Była godzina 11:00.
     Pochodziłem jeszcze po okolicy. Znalazłem Londisa, kilka sklepów z dywanami, salon samochodowy, dwie kawiarenki i siedzibę Microsoftu. Wsiadłem w tramwaj. Po dwóch przystankach wysiadłem, z ciekawości, zobaczyć, jak wygląda Dublin poza centrum, ale wyglądał średnio, więc wróciłem delektować się podróżą tramwajem.
Dojechałem do centrum, pochodziłem po sklepach, uliczkach, wylądowałem w fastfoodzie i pubie (miałem okazję spróbować Baby Guinnesa, drinka (szota) z likieru kawowego i Baleysa), a telefonu od Maeve jak nie było, tak nie było. Wreszcie wsiadłem do autobusu. Wtedy zadzwoniła i powiedziała: „Na 99% zaczynasz we wtorek. Dziś nie było bezpośredniej szefowej, ale to nie pierwszy raz podsyłamy jej kogoś z łapanki i wiemy, że zawsze się zgadzała. Nie ma powodu, dla którego tym razem miałoby być inaczej. Innymi słowy, masz nową pracę”. Ucieszyłem się, ale spanikowałem słysząc „99%”. Wypytałem się, jak mam to rozumieć, Maeve powtórzyła tylko swoją formułkę, ale dla uspokojenia dodała, że w poniedziałek jeszcze do mnie zadzwoni z potwierdzeniem na 100%. Wróciłem do Portlaoise.

     Jak się można domyślać, czas do poniedziałku (choć w większości spędzony w XV) płyną mi strasznie wolno. A w poniedziałek, to zwolnił już zupełnie. Telefonu od Maeve spodziewałem się już od dziesiątej, ale rozsądek podpowiadał, że mogę nie być jej jedyną sprawą na głowie tego dnia i może zadzwoni dopiero koło jedenastej. Jak minęła jedenasta, dałem jej czas do dwunastej, potem z nerwów zasnąłem. O pierwszej nadal nie dzwoniła, dlatego o drugiej wysłałem do niej e-maila z niby to pytaniem, że skoro następnego dnia mam zacząć, to z kim mam się skontaktować tam na miejscu i wyszedłem z domu. Musiałem coś ze sobą zrobić. Nosiło mnie, żeby wydawać pieniądze. Miałem ochotę kupić sobie odtwarzacz .mp4, albo telewizor, albo cokolwiek, co uspokoiłoby mnie na krótką metę (wiadomo, że nie na długą; jedynie do chwili spojrzenia w konto). Skończyło się na szafce do pokoju.
Maeve oddzwoniła po czwartej.

     „Tak, tak Piotrek, wszystko okej, zaczynasz pracę, tyle, że od środy. Zaraz wyślę ci niezbędne dokumenty, wypełnij je jak najszybciej i odeślij z powrotem. Bye-bye”.

     I w ten oto sposób, po roku pobytu z Irlandii, z pracownika branży rozrywkowej, stałem się pracownikiem branży finansowej.

Postscriptum.
     Z XV kończę w nadchodzącą niedzielę. Nie będę pracował dla banku, będę pracował dla łowców głów, którzy wynajmą mnie bankowi. Mam umowę tymczasową, długoterminową, na pełen etat. Z początku, przez pierwsze bodajże dwa miesiące, będę na tzw. „emergency tax”, co oznacza, że urząd skarbowy będzie zabierał mi prawie połowę wypłaty. By się tego podatku pozbyć, potrzebne są dokumenty z XV, Tax Office i dobra wola mojego nowego pracodawcy. Dojazd, lekką ręką, zajmować mi będzie ok. 2 godzin, niekiedy dwóch i pół (szczególnie powrotny), ze względu na niezgranie autobusów. Będę wstawał bardzo rano i kład się spać bardzo wcześnie. Ale i tak warto. Chociażby dlatego, że będzie to nowe doświadczenie. Nigdy do tej pory nie byłem pracownikiem biurowym, a taką przyszłość od jakiegoś czasu dla siebie widziałem (zawsze powtarzałem, że jeśli miałbym opuszczać XV, to tylko na pozycję „biurwy”). Będę miał okazję poczuć się, jak „prawdziwy łodzianin”, który co dziennie dojeżdża do Warszawy (z zachowaniem odpowiednich proporcji, rzecz jasna). Nie wspominam o czymś takim, jak nowe znajomości, Dublin sam w sobie, czyli wyrwanie się choć na chwilę z zaściankowości Portlaoise czy kolejny punkt w CV.

     Tym optymistycznym akcentem…

Wpis: 808.