Kalendarz

Kwiecień 2007
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2007

DePhazz – Hell Alright

Baby, don’t be so hot,
Baby, don’t be so hot, on me.
Baby, don’t be so hot,
Baby, don’t be so hot, on me.

I’ll have your balls, on silver plate,
Ignore your calms, enjoy my hate.
I’ll burn your place, drive you insane,
I’ll slap your face, no pain, no game.
Wreck your guitar, and scratch your records,
and scratch your records, and scratch your records.

Wpis: 807.

Na zapleczu branży rozrywkowej.

Na zapleczu branży rozrywkowej, wczesnym popołudniem miała dziś miejsce dramatyczna, acz krótka akcja. Otóż sprzedawca Walczak, jak to ma w zwyczaju wyszedł sobie na chwilę, na papierosa. Rozejrzał się dookoła i decydując się nie stać w drzwiach, ruszył dziarsko przed siebie poprzez stertę kartonów. Tak się składało, że pod tą stertą czaiła się zdradliwa, dolna część pewnej niedobrej i podstępnej ramy opartej ukosem o ścianę. Kiedy sprzedawca Walczak stanął na jednym z kartonów niespodziewając się zupełnie ukrytego pod nimi zagrożenia, zdradziecka i podstępna rama zaatakowała go znienacka. Na zasadzie dźwigni, na złość sprzedawcy Walczakowi, wyrżnęła go z całej siły w pysk. Sprzedawca Walczak w jednej chwili stracił wzrok i opanowanie. Okulary poszybowały pod samo niebo, poczym spadły niedaleko a spokój został zmącony nieziemskim bólem. Dzielny sprzedawca Walczak nie poddał się jednak zdradzieckiej i podstępnej ramie, tylko odzyskawszy wzrok, nawymyślał jej wszystkimi brzydkimi wyrazami, których nauczył się przez swoje dwudziestokilkuletnie życie. Później, zapalił papierosa.

I byłoby okej, gdyby nie to, że paląc zastanawiał się, czy odwet był skuteczny, bowiem nie miał pewności, czy zwymyślając ramę (bądź, co bądź irlandzką) po polsku, został odpowiednio zrozumiany.


ilustracja

wpis: 806.

Nieoczekiwana zmiana miejsc.

W grudniu, w „firmie” pojawił się Shane. Facet wzięty z łapanki po tym, jak Michelle przeniosła się szefować w Newbridge, a Ian doznał oświecenia i opuścił szeregi Xtra-Vision na dobre.
Shane przyszedł na stanowisko zastępcy szefa. Z początku wydawał się być nawet sympatyczny. Miał swoiste poczucie humoru i sprawiał wrażenie osoby, z którą da się współpracować. To były pozory.

Po kilku dniach okazało się, jaki jest. Przyszedł z zewnątrz. Nie miał pojęcia o pracy w firmie. Zaczął się rządzić, na dodatek całkiem chaotycznie. Kiedy zwracaliśmy mu uwagę, my – choć niżsi stanowiskiem – więksi stażem, miał tylko jedną odzywkę, by „nie kwestionować jego postanowień”. Kiedy działał zupełnie wbrew przyjętym zwyczajom i na dodatek kazał nam tak postępować pojawiał się dysonans. Z jednej strony, jako przełożonego powinniśmy byli go słuchać, z drugiej strony sumienie i doświadczenie podpowiadało niepodporządkowywanie się. Pojawiały się konflikty. Nie da się ukryć, że najwięcej ich było na linii Shane i moja osoba. Raz po raz coś było nie tak.
O ile na początku, jeszcze w okresie świątecznym, można było wszystko tłumaczyć zamieszaniem, jego niedoświadczeniem, to już po kilkunastu tygodniach jego widzimisia stawały się coraz bardziej irytujące. Dawaliśmy mu kredyt zaufania, ale on wciąż nie robił postępów. Wręcz przeciwnie, praca z nim była tragedią. Na jednej z nim zmianie wiadomo było, że trzeba robić za dwóch. On wciąż siedział na telefonie, albo udawał, że coś robi. Szlag człowieka trafiał.
Pamiętam nawet, jak szefowa wydzwaniała do Centrali, zabiegając o przedłużenie jego kontraktu mając nadzieję, że będą z niego ludzie. Dostał dodatkowe dwa miesiące.

Nic się nie zmieniło. Jak nie pasował do firmy, tak nie pasował. Wyjeżdżał na różne szkolenia, niekiedy organizowane indywidualnie dla niego i nic. Pałę przegiął tydzień temu w sobotę.
Jak zwykle, firma miała być zamknięta o północy. Shane zmył się o dziewiątej. Wraz ze zbliżaniem się godziny duchów, chłopaki szykowali się do wyjścia, wtedy wrócił. Odczekał, aż minie dwunasta, wylogował ich z systemu, żeby nie było, że siedzą w pracy za długo i dał im zadanie bojowe. Posegregować ok. pięciu tysięcy okładek alfabetycznie. Chłopaki wyszli z pracy po drugiej. Chuj ich strzelał. Nie dość, że w weekend musieli zostać dłużej, to jeszcze nikt im za to nie zapłacił.

Gdy we wtorek przyszedłem do pracy, Linda poprosiła mnie do „składziku” na zapleczu. Spodziewałem się czegoś złego. Zazwyczaj na rozmowę w „składziku” proszone są osoby, które coś przeskrobały. Choć nie miałem sobie nic do zarzucenia, to mimo to zawsze była jakaś obawa. W każdym razie.
Linda zapytała wprost, czy już wiem, co się stało. Szczerze odpowiedziałem, że nie. Okazało się, że czas Shane’a w firmie dobiegł końca. Centrala nie wytrzymała i zdecydowała się rozwiązać umowę z zastępcą szefa w trybie natychmiastowym. Nie powiem, nie byłem tym faktem załamany, żeby nie powiedzieć, że odczułem wręcz satysfakcję. Później jeszcze dowiedziałem się, że Shane, kiedy dowiedział się o decyzji, zaczął wydzwaniać do Wincenta w poszukiwaniu wsparcia. Wydzwaniał nawet do Michelle. Zaczął zachowywać się podle. Podobno i Wincentowi i Michelle naopowiadał jakichś bzdur, zrugał Lindę i w ogóle. Mniejsza.
Dla mnie istotny jest fakt, że faceta już więcej w firmie nie ma. Niby nie maczałem w tym palców, raczej publicznie na niego nie narzekałem (nie licząc rozmów z współpracownikami), to mimo wszystko, poczułem się lepiej. I to mogłoby być wszystko, gdyby nie to, że jego odejście zbiegło się w czasie z innym wydarzeniem, a mianowicie…

A mianowicie kilka dni wcześniej przyjęto do pracy Polkę, która załapała się z ogłoszenia, jakie firma dawała w polskich gazetach. Pozytywnie przeszła wszystkie rozmowy kwalifikacyjne i załapała się na stanowisko szefa, docelowo w Killane. Jednak ze względu na nieoczekiwane wydarzenia, szef szefów, czyli Shay (swoją drogą, jak rozmawialiśmy w czwartek, dziwił się, że Shanie nie użalał się też mnie; odpowiedziałem mu delikatnie, że nie byliśmy z Shane’m najlepszymi przyjaciółmi), zaproponował jej pozostanie w Portlaoise. W związku z czym, od wtorku moją przełożoną jest Polka. A to niesie ze sobą pewne obawy.

Przede wszystkim, jak się z nią porozumiewać. Po polsku czy angielsku. Kultura podpowiada, by w obecności Irlandczyków mówić po angielsku, ale niekiedy ciężko, kiedy trzeba coś na szybko i mając na uwadze, że jest możliwość komunikacji w ojczystym języku, tłumaczyć coś po angielsku. Na razie staram się tak robić. Nie zawsze jednak wychodzi. Szczególnie, że teraz ona jest na początku drogi zaznajamiania się z kulisami działania firmy, a ja, co zrozumiałe, jestem jej swego rodzaju przewodnikiem. Na dodatek, ona była lektorką języka angielskiego w Polsce i we mnie pojawia się strach, jak przed nauczycielem / profesorem. Taki zwykły strach studenta przed kimś starszym i mądrzejszym. Choć między Bogiem a prawdą, jej bycie lektorką w PL w ogóle nie jest tu zauważalne. Ale to kwestia wyrobienia się.
Po drugie, jak już przejdzie wszystkie szkolenia i zacznie nami rozporządzać, zawsze mogą pojawić się podejrzenia, że traktuje mnie po kumotersku. Nie da się ich uniknąć. Obawy z tym związane są takie, że ona, żeby się wykazać, może traktować mnie ostrzej niż całą resztę. Tak, na wszelki wypadek, żeby nie było. A tego wolałbym uniknąć, tak samo, jak kumoterstwa zresztą. Pozostaje liczyć na jej profesjonalizm.
Na koniec może dojść do tego, że szefostwo zdecyduje się pozbyć któregoś z obcokrajowców. Jeden, wystarczy w zupełności. I moja obawa podpowiada, że z mniejszą stratą pozbędą się mnie, szeregowego pracownika, niż kogoś z „kadry”.

Wszystko jednak „wyjdzie w praniu”.

Wpis: 805.

Scenka rodzajowa, typowa.

Czas: piątkowe, popołudnie.
Miejsce: Dom.
Osoby: Paweł, Piotrek.
Paweł, swoim zwyczajem, wchodząc do domu mówi na przywitanie:
- Halo!
Piotrek mu odpowiada:
- Hola, hola!
Po chwili namysłu, Piotrek już sam do siebie.
- Chyba mi się samogłoski poprzestawiały.
Kurtyna!

Wpis: 804.

Irish wannabe.

     Na początek akcent humorystyczny. W środę, w tygodniu poprzedzającym premierę PS3, zgodnie z grafikiem miałem mieć wolne. Spokojnie przygotowałem sobie śniadanie, zasiadłem na tronie, którego rolę na chwilę obecną spełnia płócienne krzesełko i zacząłem posiłek. Zbliżała się jedenasta, dzień się dopiero rozwijał. Zadzwonił telefon. Spojrzałem na wyświetlacz i zobaczyłem: XTRA-VISION. Odebrałem. Po drugiej stronie odezwał się Daniel.
– Cześć Piotrek, co słychać? Masz jakieś plany na dziś?
– Cześć Daniel, ok. A u Ciebie? – Odpowiedziałem grzecznie. – Na dziś teraz, czy na dziś wieczór?
– Nie, nie. Na dziś teraz.
– A to nie. – Skłamałem, bo miałem, już po raz trzeci zresztą, zamiar obejrzeć film dla dzieci Barnyard. – Co się stało?
– Wiesz, tak się zastanawiałem, czy nie mógłbyś wpaść do pracy. Bo, rozumiesz, Claire miała dziś ze mną pracować, ale właśnie zadzwoniła i powiedziała, że zatrzasnęła się w mieszkaniu i nie może wyjść. Tak sobie pomyślałem, że może Ty przyszedłbyś zamiast niej.
– Nie ma sprawy Dan. Daj mi tylko jakieś pół godziny, może czterdzieści minut. Co powiedziałeś o Claire?
– Zatrzasnęło się biedactwo w mieszkaniu i nie może wyjść.
– A to dobre. W porządku, widzimy się za kilkadziesiąt minut.
– Do zobaczenia.
Co miałem zrobić. Poszedłem. Sytuacja Claire zatrzaśniętej w mieszkaniu i nie mogącej wyjść, od tamtej pory krąży po „firmie” jako zabawna anegdota. Choć niedługo miną dwa tygodnie, wciąż zdarza się usłyszeć: „Claire, trzeba było prześcieradła powiązać i oknem wyjść”.

     Drugi punkt programu ma zgoła odmienne zabarwienie. Mamy czwartek tego samego tygodnia. Zgodnie z grafikiem pracowałem od jedenastej do siódmej. Pracowałem z Shane’em, z którym nie mogę znaleźć porozumienia. Niemal zawsze się kłócimy. Przełożony, ale niedoświadczony. Nie mogę wzbudzić w sobie do niego szacunku, mniejsza. Pracowałem z Shane’em. Na drugą zmianę miał przyjść Wincent i Amanda. Wincent pojawił się regulaminowo, parę minut przed szóstą. Amandy ani widu ani słychu.
Zbliżała się godzina siódma, zadzwonił do firmy telefon. To była Amanda. Zdołała jedynie powiedzieć:
– Kuzynka mi się powiesiła. Nie przyjdę do pracy.
Wyglądało na to, że Wincent na nocną zmianę zostanie z Shane’em. Ja wybyłem do domu. Ale już pół godziny później mój przełożony (który ma to do siebie, że jak jest w pracy, to nie pracuje; nie pomaga, wręcz przeszkadza, więc dla Wincenta był całkowicie nieprzydatny jako „współpracownik”) wydzwaniał niemal błagając mnie, żebym przyszedł i pomógł im.
Poszedłem.

     Trzecia informacja, to wyjazd do Cork.
     Ładne miasto. Na tyle ładne, że można byłoby chcieć tam mieszkać. Z tej chęci można ustanowić sobie pewien mały cel (zboczenie firmowe – wciąż mamy jakieś „targety” do osiągnięcia) do zrealizowania. Tak, jak jeszcze w PL celem mógł być Kraków.
Miasto położone na wybrzeżu, nad rzeką przecinającą dolinę (albo kotlinę, nigdy nie mogłem zapamiętać). Na obu brzegach wzniesienia, na wzniesieniach dzielnice mieszkalne. Praktycznie z każdej strony panorama na centrum miasta. A centrum w porządku. Irlandzkie uliczki, małe knajpki, ale budynki już wysokie (relatywnie, rzecz jasna), bo czteropiętrowe. Kilka domów towarowych i komunikacja miejska. Ludzie bez pośpiechu (w przeciwieństwie do Dublina) i w ogóle jakoś tak sympatycznie.
Kilka zdjęć.

Cork

Cork

Cork

Cork

Cork

     I na koniec, zbliża się punkt krytyczny. Na 53 kontakty w telefonie, 26 z nich, to kontakty irlandzkie (nie wliczając w to Polaków z IR). Jak łatwo policzyć, jeszcze jeden i będzie ich połowa, a stąd już bliżej niż dalej.

Wpis: 803.