Kalendarz

Luty 2007
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66247
  • Dzisiaj wizyt: 3

Miesięczne Archiwa: Luty 2007

Irlandia 43 – Anglia 13

     Zaintrygowany pustką, jaka panowała jedenastego lutego wczesnym popołudniem w Portlaoise, postanowiłem przekonać się, co jest tego przyczyną. Nie musiałem prowadzić długiego śledztwa, by zorientować się, że idzie o mecz rugby. Jedenastego lutego, w niedzielę, Irlandia rozgrywała mecz z Francją.
Wszyscy, jak przystało na prawdziwych kibiców sportowych, oglądali transmisję w pubach, przez co miasteczko wyglądało na całkiem wyludnione. Pomyślałem sobie wtedy, że następny mecz i ja obejrzę.
     Tak się złożyło, że dwa tygodnie później, w ostatnią sobotę, Irlandia miała grać z Anglią. Spotkanie w ramach pucharu sześciu narodów. Na dodatek, nie bez podtekstów. O tym, jak Irlandczycy i Anglicy lubią się wzajemnie można by pisać swobodnie i długo, niemal tak samo, jak o przyjaźni polsko-niemieckiej czy polsko-rosyjskiej.

     W sobotę pracowałem z Dawidem. Od rana zgadaliśmy się, że po pracy pójdziemy obejrzeć jak chłopcy z Zielonej Wyspy dają sobie radę z „English bastards”. W trakcie naszej zmiany mieliśmy okazję zaobserwować, jak zmienia się profil klientów. Zazwyczaj w soboty przychodzą całe rodziny, ewentualnie młode pary, które biorą sobie filmy na wieczór. Tym razem królowały matki z dziećmi. Jeśli pojawiał się jakiś facet, to przede wszystkim obcokrajowiec. Ewentualnie ktoś w biegu kupował doładowanie do telefonu i wylatywał. Od godziny piątej jednak, już nie dało się uświadczyć mężczyzny. Wszyscy, jak podejrzewaliśmy, okupowali już puby, bowiem pierwszy gwizdek miał zabrzmieć równo „half five”.
Nie da się ukryć, że i nam udzieliła się atmosfera oczekiwania na wydarzenie sportowe. Śmiało można powiedzieć, ważniejszej rangi, niż mecze mistrzostw świata. Odliczając minuty do końca pracy, drocząc się z szefową, że następnym razem w dzień meczu powinna dać nam wolne, ewentualnie wypuścić przed rozpoczęciem spotkania, Dawid opowiadał o potyczkach Irlandczyków z Anglikami w rugby. Opowiadał o komentatorach, ich słynnych wypowiedziach: „Pada, murawa będzie mokra” albo: „Jeśli Irlandia będzie grała lepiej i zdobędzie więcej punktów, to wygra”. Ja opowiadałem o naszym: „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie”. Ale i tak spoglądaliśmy na zegarki.
Wreszcie o punkt szóstej wybiliśmy z firmy i wbiliśmy się do pubu dla młodzieży.

     Lokal wypełniony był po brzegi. Ledwie udało nam się przysiąść na schodach. Zamówiliśmy napoje (choć Dawid nie powinien był. Cały dzień kaszlał, kichał, nie mógł mówić, ale przed wyjściem na mecz strzelił dwa „Lemsipy” i powiedział, że są rzeczy ważniejsze niż przeziębienie) i zaczęliśmy oglądać mecz.
Irlandia od samego początku przeważała. Prowadziła zdecydowanie i na niewiele pozwalała Anglikom. Osiemdziesiąt tysięcy widzów na stadionie i pozostałe cztery miliony dwadzieścia tysięcy (na cztery miliony sto tysięcy mieszkańców) było zadowolone. Ani przez moment nie musiało się obawiać, że mecz zakończy się jak ten przed dwoma tygodniami (Irlandczycy przegrali w ostatnich minutach). Z jednej strony, to bardzo poprawiało nastroje, z drugiej pozostawiało niedosyt, że nie ma walki. Że mecz wygląda właściwie jak trening (ewentualnie jak występy naszych drużyn piłkarskich w europejskich pucharach). Dotrwaliśmy do przerwy i postanowiliśmy zmienić lokal na jakiś mniej wypchany. Przenieśliśmy się do jednego z „old men’s pubs”.
     Zamówiliśmy następne napoje i spokojnie, bez emocji oglądaliśmy drugą połowę. Właściwie już nic wielkiego się nie stało. Nie było mowy o wyrównanej walce. Anglicy świadomi porażki, nawet nie próbowali odrabiać strat. Irlandczycy grali od niechcenia, od czasu do czasu zdobywając punkty. Kibice w pubie (i – jak zapewniał Dawid – na stadionie) skandowali co prawda: „wbić im pięćdziesiątkę! wbić im pięćdziesiątkę”, ale skończyło się na 43 do 13. Niewątpliwy triumf narodu irlandzkiego nad angielskim. Tym niemniej, osiągnięty zupełnie bez wysiłku. Trochę szkoda, bo liczyłem na bardziej wyrównane spotkanie i emocje do ostatniej sekundy. No nic, przed reprezentacją Irlandii wciąż jeszcze kilka meczy w ramach pucharu sześciu narodów.
Moją uwagę zwrócił natomiast model sędziowania. Wszystkie decyzje sędziego były przekazywane przez mikrofon do publicznej wiadomości, dzięki czemu każdy wiedział, co kierowało sędzim w podejmowaniu takiej czy innej decyzji. Podobnie, w kontrowersyjnych sytuacjach, co do których sędzia nie miał pewności, powoływał się na zapis z kamer telewizyjnych. Świetna sprawa. Wciąż nie rozumiem dlaczego w piłce nożnej nie mogą się na to zdecydować.

     A poza tym? Po wyjątkowo mroźnej zimie, kiedy to na ulicach dało się słyszeć, „Damn, it’s freezing today, isn’t it?”, termometry wskazywały w okolicach jednego stopnia, czasem dwóch powyżej zera, a śnieg pojawił się jedynie raz, na dwie godziny, poczym stopniał, chyba zaczęła do Irlandii zbliżać się wiosna.


Na drzewach pojawiają się kwiaty.


W ogródkach można zobaczyć tulipany.

I choć ciągle pada, leje, mży, kropi albo siąpi, ulice są zawsze mokre i tylko niekiedy świeci słońce, to dobrą stroną tego wszystkiego jest to, że nie ma mrozów. Nie trzeba martwić się, że zima zaskoczy drogowców, że samochód nie będzie chciał odpalić, że bez rękawiczek ręce zmarzną, bez czapki odmrożą się uszy a bez szalika zaboli gardło.

wpis: 798.

Wojsko ściga pracujących za granicą.

Jak podaje Onet.pl: „Armia bierze się za poborowych, którzy wolą zarabiać pieniądze za granicą, niż spełnić konstytucyjny obowiązek. Wojsku brakuje poborowych, bo większość oznaczonych kategorią „A” uczy się i korzysta z odroczenia, a ci którzy odroczenia nie mają, wyjeżdżają do pracy za granicę – podaje RMF FM.
Lubelska Wojskowa Komenda Uzupełnień nie kryje, że z powodu wyjazdów za granicę, ma problemy z ilością stawiających się do poboru.

- Oni może chcą pójść do wojska, ale nie w tym momencie, gdy wojsko ich potrzebuje – mówi o poborowych jeden z pracowników WKU. Wojsko zaczęło kierować wnioski do organów ścigania, dlatego poborowy, przyjeżdżający do Polski, może mieć problem na granicy.

Za uchylanie się od służby wojskowej grozi kara do 3 lat więzienia”.

wpis: 797.

Klucz…

     Złośliwe trolle, chochliki czy inne skrzaty zaatakowały drzwi do domu. Nie można już ich normalnie zamknąć na górny zamek. Na razie pozostaje jeszcze dolny, ale co, gdy zdecydują się zrobić psikusa i z nim?
     Górny zamek wciąż wygląda niepozornie. Z tą jedynie różnicą, że na stałe jest w nim klucz. To właśnie ten – wątpliwy – dowcip trolli. Można zamek zamknąć, można otworzyć, niby normalnie, przekręcając klucz, ale nie można tego klucza wyjąć.
     Czas teraz poczytać legendy irlandzkie. Jak to jest z tymi złośliwymi trollami. Czy trzeba się z nimi przepraszać? Może w jakiś sposób przekupić? Może siłą? Może podstępem?

klucz

wpis: 796.

Fotorelacja…

obrazek
Sabotażowe działania konkurencji i odpowiedź lojalnych klientów.

obrazek
Ktoś szuka pracy?

obrazek
„Nawet szkolenie przedstawiciela SONY nie ubarwiło nam poranka i wczesnego popołudnia (…)”

obrazek
„W międzyczasie pojawiły się „laski”, Amanda z Tarą i Wincent, by wyciągnąć nas na alkoholowy bifor (…)”

obrazek
„(…) była też reszta ekipy, do której dołączyliśmy (…)”

obrazek
Przy stole nie brakowało dobrego samopoczucia…

obrazek
…także niezaspokajalnego tradycyjnymi metodami głodu.

obrazek
Niektórzy na różne sposoby próbowali zdobyć dodatkowe kupony na drinki.

obrazek
Inni ulegali iluzjom sztukmistrza (z Rzeszowa?).

obrazek
„Newbridge zaczepiło się z Portlaoise i dalej już wspólnie (…)”

obrazek
Odnawiały się stare znajomości.

obrazek
Innym w minutę włosy posiwiały.

obrazek
Nie przeszkodziło to jednak pozować do zdjęcia.

obrazek
Siwizna okazała się zaraźliwa.

obrazek
Rozprzesztrzeniała się szybciej, niż ptasia grypa.

obrazek
„Nie mam pojęcia w czyim pokoju wylądowaliśmy (…)”. Wygląda na to, że i Daniel nie wie.

obrazek
„Pamiętam, że za muzykę robił telewizor (…)”

obrazek
Hotel o poranku, ujęcie pierwsze.

obrazek
Hotel o poranku, ujęcie drugie.

obrazek
Taksówka.

obrazek
„Zacząłem wchodzić do różnych sklepów z nadzieją, że może znajdzie się coś, co mógłbym kupić i co byłoby usprawiedliwieniem wycieczki (…)”

obrazek
„Wsiadłem więc w tramwaj (…)”

obrazek
obrazek
„Powłóczyłem się trochę po okolicy, ale jasność na zewnątrz (dzień był bardzo pogodny) nie współgrała z światłowstrętem (…)”

obrazek
„(…) i wbiłem się do pociągu”.

obrazek
W tym samym czasie Dawid drzemał sobie w najlepsze w moim szaliku.

wpis: 795
+353833323421

Przełom stycznia i lutego…

     Zaczynamy od Newbridge.
     Pewnego dnia, a był to czwartek, gdy przyszedłem do pracy, zapytano się mnie, czy nie zechciałbym pojechać do Newbridge, w zastępstwie kogoś, kogo im tam brakuje. W zasadzie nie było to pytanie, a stwierdzenie, aczkolwiek zakomunikowane w dość delikatny sposób. Nie pozostawiwszy mi wyboru, Shay („Szef szefów”), stwierdził właściwie, że mam pojechać do Michelle[1], do Newbridge i pomóc jej w czasach kadrowego kryzysu. Okazało się bowiem, że u niej w sklepie, dwie osoby doznały oświecenia[2], a jedna dostała biegunki i posypał się cały grafik na sobotę. Padło na mnie, bom już „doświadczony” a i Michelle i jej sposób „zarządzania zasobami ludzkimi” nie jest mi obcy. Cóż mogłem zrobić – zgodziłem się.
     Miałem pracować od drugiej do dziewiątej. Z początku sobie myślałem, że pojadę do Newbridge wcześniej, „zwiedzić miasto”, a później udam się do pracy, ale zgadałem się z Michelle, że ona może mnie podwieźć i – co ważniejsze – przywieźć z powrotem do Portlaoise. Umówiłem się zatem z nią na pierwszą przy sklepie. Odebrała mnie i pojechaliśmy te 40 km dalej.
Na miejscu pokazała mi tzw. „topografię sklepu”, cobym orientował się gdzie, co jest. Zapoznała mnie z pracownikami i od razu przydzieliła obowiązki. Przypadło mi przebywanie na „floorze”[3], a od okazji do okazji wspomaganie dzielnych sprzedawców za kasami.
Szło mi w porządku, choć musiałem uporać się z bałaganem pozostawionym przez „rodzimą” ekipę Newbridge (Michelle żaliła się, że towarzystwo zupełnie nie ma pojęcia o merchandizingu). Niekiedy też pojawiałem się za ladą, by służyć pomocą – czy to klientom, czy to współpracownikom (jak się później dowiedziałem z rozmowy z Michelle, wszyscy, których spotkałem, pracują niedłużej, niż dwa miesiące). Dzień minął szybko, a jako atrakcję mogę wspomnieć swoisty sejf, który mieli tam, w Newbridge. Otóż…
Sejf, sprawa ważna[4], wręcz bardzo ważna. U nas taki znajduje się na zapleczu i wygląda, jak sejf. Co innego w Newbridge. Tam, choć znajduje się również na zapleczu, to postać ma zgoła odmienną. Ma bowiem postać dziury w podłodze. I w tę dziurę należy wciskać zarobione pieniądze. A żeby się tam nie zatrzymały i nie zatamowały przejścia kolejnej napływającej kasie, trzeba tę dziurę przepychać rurą (by upewnić się, że utarg dotarł na swoje miejsce).
Skończyłem swoją zmianę i zostałem odwieziony do domu.

     Zastałem ekipę, która szykowała się na „kokodżambo”.
     Noc szybko się zaczęła, potrwała trochę w Egansie[5], potem w Peigsie[6] i tyle.

     Później nic się nie działo, aż nadeszła następna sobota. Wraz z nią kolejny dzień pracy.
     Dzień mijał swobodnie i spokojnie. Zacząłem o dziesiątej, miałem kończyć o szóstej. Pracowałem z Danielem i tak naprawdę czas mijał nam na rozmowach o zbliżającej się imprezie firmowej[7]. Praca w pracy zaczęła pojawiać się dopiero pod koniec zmiany. Gdzieś w okolicach czwartej, mieszkańcy Portlaoise i Midlands[8] w ogóle, przypomnieli sobie o istnieniu sklepu i zaczęli uderzać coraz to większymi falami. Dla nas, sprzedawców, oznaczało to wzmożone napięcie i wysiłek. Lataliśmy więc, jak w transie, od lady do zaplecza przynosząc klientom to, czego sobie w swoich fanaberiach zażądali, w międzyczasie odbierając telefony od innych klientów, którym nie chciało się ruszyć d… z domu, a którzy chcieli sobie coś tam zarezerwować. I właśnie w takich okolicznościach, gdzieś pod godzinę piątą, może piątą trzydzieści, zadzwonił telefon z Leixlip[9], który, przez nieostrożność, odebrałem. Leixlip mówiło: „Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną – Początek ma być wypożyczane od zaraz”. Było to o tyle dziwne, że data premiery była wyznaczona na poniedziałek. Ale było to też o tyle normalnie, że konkurencja regularnie łamie daty premier wyznaczanych przez dystrybutorów, a my, by nie być za nią [konkurencją] w tyle, też te daty łamiemy, choć nie jako pierwsi, dzięki czemu unikamy odpowiedzialności.
Telefon odebrałem, wysłuchałem przesłania, odłożyłem słuchawkę i dalej obsługiwałem klientów.
Wreszcie czas mojej zmiany dobiegł końca. Wylogowałem się z systemu (podbiłem kartę – jak, kto woli), wypisałem z książki wejść i wyjść i poszedłem na zakupy. Kupiłem to, co miałem kupić i wychodząc z Centrum Handlowego[10] otrzymałem kolejny telefon. Tym razem dzwonił Shay (Szef szefów). Zapytał się wprost, czy rozmawiałem z Leixlip (nie mogłem zaprzeczyć, Leixlip zawsze pyta się, „z kim ma przyjemność”, by ewentualnie wiedzieć kogo później ścigać – tym razem padło na mnie). Zapytał się też dlaczego Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną – Początek wciąż nie jest na półkach. Przestraszony, odpowiedziałem, że – zresztą zgodnie z prawdą – w nawale obowiązków informacja przekazana mi przez Leixlip najzwyczajniej na świecie umknęła mi z głowy. Shay nie przyjął wytłumaczenia, powiedział, że przez moją nieuwagę, a nieuczciwość konkurencji straciliśmy „loads of money” (pieprzył, za przeproszeniem głupoty, bo w branży wypożyczalni, w Portlaoise, nie mamy żadnej, ŻADNEJ konkurencji) i że w związku z tym, zostaną wobec mnie wyciągnięte konsekwencje dyscyplinarne. Tym samym zrujnował mi weekend (przypomnę, była sobota wieczór; dodam, niedzielę miałem mieć wolną, także poniedziałek do popołudnia).
     Co się wtedy ze mną działo. Pierwsza myśl – „dadzą mi ustną naganę[11]”. Kolejna: „Nie, na pewno nie ustną, za poważna sprawa, pewnie będzie pisemna”. Dalsze wersje kataklizmu, który miał nastąpić w poniedziałek (Shay wyraźnie zaznaczył, że „w poniedziałek Linda z tobą pogada”) przedstawiały się bądź finansowo („odbiorą mi bonus za czwarty kwartał”, „odbiorą mi urlop”, „odbiorą mi i to i to”), bądź rozrywkowo („nie puszczą mnie na imprezę firmową”), by wreszcie, w apogeum paniki, przybrać postać ostateczną: „na mur, beton mnie zwolnią, nie ma innej opcji, w końcu dzwonił sam Shay”. I kiedy w poniedziałek, po nerwowym weekendzie szedłem do pracy na spotkanie z przeznaczeniem o imieniu Linda, w mojej głowie przeważała myśl, że ustna nagana byłaby super (myśl całkiem poroniona, bo tak naprawdę, nie powinienem myśleć, że nagana jest super).
     Linda wzięła mnie na dywanik. Poprosiła o moją wersję wydarzeń. Ze zrozumieniem kiwała, gdy mówiłem, że: „najzwyczajniej na świecie zapomniałem, w natłoku klientów Teksańska Masakra (…) po prostu wyleciała mi z głowy”. Zapytała czego się spodziewam. Odpowiedziałem, że „najgorszego”. Po czym dodałem, że nie sądzę, bym na to zasługiwał. Chciała zatem wiedzieć, na co – wedle mojego uznania – zasługuję. Zasugerowałem jej ustną naganę i się zgodziła. Powiedziała, że i tak za coś takiego, nie mogłaby mnie ukarać bardziej. Dodała jeszcze, żebym założył sobie jakiś notatnik, coś, gdzie mógłbym zapisywać różne sprawy tak, by być pewnym, że nie wylecą mi z głowy. Pokornie przyznałem jej rację, a we wnętrzu odczułem wielką ulgę. „Wciąż jestem pracownikiem Xtra-Vision” – myślałem sobie – „Już nazajutrz jadę na imprezę firmową”. Rozluźniony dokończyłem zmianę, wróciłem do domu, by we wtorek, idąc do pracy, koncentrować się na jednym…

     Pięć godzin w pracy ciągnęło się w nieskończoność. Klientów było, jak na lekarstwo, a wszystkie standardowe zadania wykonaliśmy z Danielem bardzo szybko. Nawet szkolenie przedstawiciela SONY nie ubarwiło nam poranka i wczesnego popołudnia. Wreszcie męczarnia się skończyła. Mogłem pójść kupić ostatnią część garderoby[12] – czarną koszulę – pognać do domu i równie szybko pognać do sklepu, skąd miał mnie zabrać Daniel, by przetransportować mnie do Citywest Hotel, w Saagart pod Dublinem.

     O czwartej trzydzieści wszyscy byliśmy gotowi. Ekipy podzieliły się po równo. Ja jechałem z Danielem i Wincentem. Amanda wzięła Tarę i Dawida.
     Podróż minęła pod znakiem upierdliwości Wincenta, który to raz po raz wykrzykiwał: „Patrzcie!”, po czym dodawał np.: „O! Opona!” albo: „O! Chmury!”, ewentualnie: „O! Most!” czy wreszcie: „O! Droga!”. Do tego tykał się wszystkiego w samochodzie, od okienek, przez popielniczkę i klimatyzację, do pasów bezpieczeństwa czy innych takich włącznie. Daniel ledwo go zdzierżył. Daniel, który na co dzień jest raczej niemrawy. Mniejsza…
     Na miejsce dojechaliśmy z niewielkimi problemami (zabłądziliśmy w Saagart) ale za to z dość dużym wyprzedzeniem. Zarejestrowaliśmy się w recepcji i rozeszliśmy po pokojach. Mnie przypadło w udziale spać z Dawidem i Danielem. Prawdę powiedziawszy, to i tak było mi bez różnicy. Z kim miałbym nie spać, i tak pewnie dotarłbym ostatni, rzucił się na łóżko i miał wszystko gdzieś. Ale przynajmniej na bezalkoholowy bifor było okej. Pogadaliśmy sobie, pooglądaliśmy TV. W międzyczasie pojawiły się „laski”, Amanda z Tarą i Wincent, by wyciągnąć nas na alkoholowy bifor. Wzbroniliśmy się, wiedząc, że swoista wstrzemięźliwość może później zaprocentować. One, zrezygnowane, poszły sobie. My, wypiwszy kawę i dokończywszy odcinek Futuramy, podążyliśmy ich śladem.

     Po długiej i krętej, jak labirynt, drodze, dotarliśmy do sali, która była swego rodzaju poczekalnią przed właściwą salą jadalnianą. Był barek, który zaatakowaliśmy, była też reszta ekipy, do której dołączyliśmy. Kilka grzecznych słów. Wymiana uprzejmości. Newbridge zaczepiło się z Portlaoise i dalej już wspólnie. Jeszcze tylko papierosek na zewnątrz i weszliśmy na salę główną zaatakować jakiś stolik.
     Zajęliśmy jeden z większych.
     Chłopaki – Dawid, Brendan (z Newbridge), Shane (też z Newbridge) i jeszcze jeden (też Newbridge) – dorwali się do baloników z helem. Michelle z Lindą do piw, a „laski” do drinków. Chłopaki piszczeli nawdychawszy się helu, Szefowe zaczynały gadać o pierdołach, a „laski” się rozkręcały (zamawiając kolejne drinki).
Na szczęście pojawił się kelner i wzbudził zainteresowanie potrawami. Jako danie główne można było wybrać jedno z dwóch: indyka albo wołowinę. To poprzedzone było zupką (albo jakimś kremem, cholera wie), a po tym następował deserem. Do tego, oczywiście, wino. Z początku tylko jedna lampka, ale jak się towarzystwo rozkręciło, to i zdarzył się moment, w którym Dawid miał przed sobą cztery lampki czerwonego i dwie białego, podobnie Linda.
Dla ścisłości, ja zamówiłem wołowinę, strzeliłem dwa czerwone, a do deseru kawkę. To, co najlepsze, chciałem zachować na koniec.
     Po części kulinarnej nadeszła część oficjalna. Z przemową wystąpił jakiś gościu. Podziękował wszystkim za przybycie, podziękował za „ciężką pracę” w okresie świątecznym. Przyznał nagrodę sklepowi, który najlepiej się spisał i zaprosił wszystkich do zabawy, czego dwa razy nie musiał powtarzać. Sala opróżniła się szybciej, niż gdyby miała się ewakuować na wypadek jakiegoś niebezpieczeństwa.
Niektórzy zaatakowali wtedy bar. Inni, specjalnie przygotowane kasyno. My poszliśmy do konsoli PS2, zmierzyć się w turnieju o telewizor.
     Do turnieju przystąpiłem. Przerżnąłem w pierwszej rundzie. Nie było mi przykro. Po raz pierwszy grałem w Buzz, Jungle Party. Nie miałem do siebie pretensji. Dawid doszedł najdalej, do trzeciej (z sześciu) rundy, ale ostatecznie też niczego nie wygrał. Wtedy pojawił się „problem Amandy”.
     Dziewczyna spodliła się porządnie. Nie mogła ustać na nogach, nie mogła wypowiedzieć słowa. Tempo, które sobie narzuciła, może nie powaliłoby Tary, ale było za szybkie na nią. Mówiąc wprost, odjechała. Chęć opieki natychmiast wyraził Brendan węsząc w tym swoją szansę, ale Dawid mu się postawił i stwierdził, że wystarczy Amandzie dać się przespać. Niech dziewczyna dojdzie do siebie. Brendan sobie odpuścił, ale problem pozostał. Tymczasowo zaopiekowała się nią Michelle, później Linda, my staraliśmy się znaleźć kogoś, kto zatroszczyłby się dziewczęciem. Jak się okazało, podczas gdy my szukaliśmy Tary, Amanda zdążyła w pijackim bełkocie zbluzgać i Lindę i Michelle.
Koniec, końców udało się Tarze zaprowadzić ją do pokoju. Impreza mogła toczyć się dalej.
     Nadszedł czas na zaimprowizowane kasyno. Swoich sił można było spróbować w ruletce, pokerze czy oczku. Na wejście dostawało się kilka żetonów. Od umiejętności, zależało, czy ich liczbę się pomnoży, czy wręcz przeciwnie. A gra warta była świeczki. Można było powiększyć sobie w ten sposób fundusz wakacyjny[13]. Ja znalazłem Dawida i Wincenta przy stoliku z oczkiem. Wszedłem do gry. Po kilku jednak rozdaniach moja przygoda z hazardem dobiegła końca. Wszystkie żetony jakoś tak rozeszły mi się. Miałem wrażenie, że to wina krupierki, która widząc moje niedoświadczenie, powinna była pozwolić mi kilka razy wygrać, żebym się wciągnął etc. Ale nie. Bezlitośnie zdarła ze mnie wszystkie żetony. Niby można było później dokupować następne żetony (za kupony na drinki), tyle tylko, że trzeba było ustawić sobie priorytety. Postanowiłem nie przegrywać kuponów w oczko, o!
Mogę jeszcze dodać, że krupierka w pewnym momencie zapragnęła być wodzirejką i kiedy ktoś wygrywał (bądź przegrywał) inicjowała odpowiednie okrzyki radości czy smutku. A kiedy ktoś zgarnął porządną stawkę, porywała wszystkich do „wężyka dookoła sali”. Średnio mi się to podobało. Zostawiłem Dawida, któremu szło całkiem przyzwoicie i Wincenta, który w ogóle nie wiedział o co w tym wszystkim chodzi i poszedłem do baru. Tam znalazłem Daniela. Pogadaliśmy chwilę, potem kolejną i poszliśmy obejść teren imprezy raz jeszcze. Po drodze zahaczyliśmy o samochód Bonda (cała impreza była zorganizowana pod przewodnim motywem najnowszych przygód agenda JKM). Można było sobie zrobić zdjęcie przy samochodzie, można było wsiąść i poczuć się jak bohater książek Fleminga. Z tym drobnym szczegółem, że wpierw należało dorzucić coś na Barretstown[14]. Coś, czyli minimum €5. Zachęcała do tego, dość nachalnie, specjalnie wynajęta modelka. Na tyle nieumiejętnie, że oberwała ode mnie hasłem: „Don’t give a shit ‘bout Barretstown. They can kiss my ass”. Udała obrażoną, a my z Danielem poszliśmy dalej, by dotrzeć do szefostwa, które już zaczynało przejawiać oznaki zmęczenia.
     Porozmawialiśmy, pożartowaliśmy i z przerażeniem stwierdziliśmy, że zamykają salę. Można zamawiać ostatnie drinki. Później pozostanie już jedynie Residents’ Bar (płatny). Nie przegapiliśmy okazji.
W tym czasie, z kasyna wrócili Dawid, Wincent i Tara. Ta ostatnia poznała jakichś Polaków (z którymi też miałem okazję – chcąc nie chcąc – zamienić kilka słów). Postanowiliśmy wspólnie nawiedzić Bar Dla Gości Hotelowych. Zwartą grupą przemieściliśmy się z miejsca na miejsce. A tam, drink rozmowy, niemiła sytuacja, w której Dawid zaczął wyzywać się z jakimś gościem (jak się później okazało menedżerem innego oddziału firmy), aż wreszcie decyzja, żeby jeszcze pójść do któregoś z pokoi, tam skończyć imprezę. Była może trzecia, czwarta nad ranem.
     Nie mam pojęcia w czyim pokoju wylądowaliśmy. Pamiętam, że za muzykę robił telewizor, a ktoś wyjął specjalnie na tę okazję przywieziony alkohol. Jakąś wódkę, chyba piołunową. Było nas kilka osób. I znowu, jakieś anegdoty, gadanina. Chęć zapalenia papierosa (w pokojach hotelowych jest to surowo wzbronione) i na koniec, gdy zbliżał się świt, trzeba było zakończyć imprezę.
     Dziwnym trafem okazało się, że chłopaków z mojego pokoju już dawno nie ma i sam muszę podążać labiryntem do pokoju nr 3625. Jakoś się udało, ale droga była na tyle długa i trudna, że rozjaśniła mi nieco umysł. Spowodowała też, że właśnie wtedy w mojej głowie pojawił się pomysł pojechania do Dublina. Od zaraz.
     Wpadłem do pokoju. Zostawiłem chłopakom kartkę, żeby się nie martwili. Spakowałem się (zapomniałem przy okazji szalika) i wybiegłem z powrotem na korytarz pełen krętych chodników. Dotarłem do restauracji. Serwowali akurat śniadanie. Wypiłem morze kawy, przekąsiłem jajko z bekonem i jakieś parówki. Na recepcji poprosiłem o taksówkę i po kilku chwilach oczekiwania ruszyłem do Dublina.
     Miły taksówkarz zawiózł mnie do centrum. Podziękowałem, wysiadłem i poszedłem do najbliższego baru, po następne morze kawy. Czułem, że nieprzespana noc, na dodatek spędzona dość intensywnie, zaczyna się na mnie odbijać. Myślałem, że kawa jakoś pomoże. Pomagała średnio. Wyszedłem i zacząłem się zastanawiać, po co właściwie pojechałem do Dublina. Zacząłem wchodzić do różnych sklepów z nadzieją, że może znajdzie się coś, co mógłbym kupić i co byłoby usprawiedliwieniem wycieczki i – co tu ukrywać – niemałego wydatku. Nie znalazłem jednak niczego. Na dodatek dopadało mnie zmęczenie. Znów zakotwiczyłem się w jakimś barze. Znów wypiłem morze kawy. Przetrąciłem hamburgera z frytkami. Już na ulicy, zdecydowałem, że to będzie koniec wyprawy i czas szykować się do domu. Wtedy zstąpiła na mnie jasność. W przypływie głębokiego uniesienia dojrzałem, że do Portlaoise muszę, MUSZĘ pojechać pociągiem. Wsiadłem więc w tramwaj, pojechałem na dworzec, kupiłem bilet i dowiedziałem się, że najbliższy pociąg mam za dwie godziny. Powłóczyłem się trochę po okolicy, ale jasność na zewnątrz (dzień był bardzo pogodny) nie współgrała z światłowstrętem, który mnie coraz mocniej opanowywał. Zakotwiczyłem się w barze dworcowym. Strzeliłem Guinnessika, potem Calsberga i wbiłem się do pociągu. W nim natychmiast zasnąłem. Przebudził mnie raz kontroler.
Drugi raz przebudził mnie strach, że przejechałem Portlaoise. Pociąg stał na jakiejś stacji. Wyjrzałem przez okno. Stacja wyglądała jak ta w Portlaoise. Wybiegłem na peron i tuż przed odjazdem pociągu zauważyłem jednak różnicę. Niby drobną, ale mającą wielkie znaczenie. Stacja, budynek, perony, przejście nad torami, wszystko było takie samo, za wyjątkiem napisu na tabliczce. Widniało tam Portalington. Zdążyłem wsiąść z powrotem. Kilka minut później wysiadłem już w Portlaoise, do którego dojeżdżając czułem się (przy zachowaniu odpowiednich proporcji, ma się rozumieć), jak dawniej wracając do Łodzi. Znajome przedmieścia, znajome ulice, budynki widoczne z okien pociągu, wreszcie znajomy most, peron, stacja.
Czym prędzej pognałem na Rockview, zaczerpnąć nieco drzemki.

—–
[1] – Michelle – Niegdyś zastępczyni menadżera w Portlaoise, obecnie menedżer w Newbridge. Dobra znajoma Lindy, mojej szefowej.
[2] – Oświecenie – Niewytłumaczalna idea mówiąca, że należy zrezygnować z pracy w Xtra-Vision, bez podania przyczyny i ze skutkiem natychmiastowym. W Portlaoise, już „za mojej kadencji” mieliśmy takiego jednego, co to przeszedł rozmowę kwalifikacyjną, przyszedł pierwszego dnia do pracy i kiedy po czterech godzinach wyszedł na przerwę obiadową, doznał właśnie oświecenia i więcej się nie pojawił.
[3] – Floor (z ang. podłoga) – Jeden z obowiązków pracownika Xtra-Vision. Dbanie o to, by sklep wyglądał właściwie. By nowości były na swoim miejscu, muzyka, gry na swoich. To co na sprzedaż na półkach na sprzedaż, to, co do wypożyczenia w sobie odpowiednich rejonach etc.
[4] – Sejf – Dobrze zabezpieczone miejsce, do którego na bieżąco należy wrzucać utarg. Jeden taki „wrzut” nie może przekraczać €150.
[5] – Egan’s – Lokalna tancbuda. Wejście €10.
[6] – Peigs – Miejsce spotkań ludzi nielubujących się w tancbudach, tudzież młodzieżowych klubo-kawiarniach, jednocześnie nieprzepadających za zgredziałymi spelunkami.
[7] – Impreza Firmowa – Doroczny spęd pracowników Xtra-Vision, odbywający się w początkach lutego, w hotelu pod Dublinem. Mający być, z założenia, podziękowaniem zarządu wobec pracowników, za wysiłek w ostatnim i najbardziej dochodowym, kwartale poprzedniego roku.
[8] – Midlands – Środkowy region Irlandii, którego stolicą jest Portlaoise. Rozciąga się na kilka hrabstw, w tym Laois, Offaly, Westmeath i może jeszcze Tipperary.
[9] – Leixlip – Miasto w środkowej Irlandii, dla pracowników Xtra-Vision z Midlands, regionalna kwatera główna. Wyżej jest już tylko Dublin.
[10] – Centrum Handlowe – Ledwie jedno Tesko i kilka sklepików.
[11] – Ustna nagana (inaczej: verbal warning) – Pierwszy stopień upomnienia pracownika. Po dwóch ustnych naganach następuje pisemna. Drugiej pisemnej już nie ma, w zamian dostaje się wymówienie. Na szczęście, nagany ustne mają trwałość (przydatności do spożycia) jedynie trzy miesiące, poczym odchodzą w niepamięć.
[12] – Garderoba – W tym wypadku składała się z czarnych spodni i czarnej koszuli. Jakoś nie mogłem przemóc się do garnituru. Garnituru, z którym wiąże się anegdota. Otóż, byłem nauczony, że garnitur w j. ang. to „suit” i kiedy mówiłem do znajomych, że nie zakładam „suit”, raczej coś normalnego, patrzyli się na mnie, jak – za przeproszeniem – debila. Oni, a właściwie Dawid, wspominali tylko coś o „tux’ach”. Jak mi później wytłumaczyli „tux” (a właściwie „tuxedo”), to u nich garnitur, zaś „suit” to kombinezon (głównie roboczy).
[13] – Fundusz wakacyjny – Kwota, jaką firma wypłaca za pobyt na urlopie. Kwota zależna od pozycji pracownika i tego, ile podczas nieobecności przepracowałby godzin.
[14] – Barretstown – Jakiś sierociniec albo inne podobne miejsce, z którym współpracuje Xtra-Vision rok rocznie organizując zbiórki pieniędzy.

/komentarz odautorski: Fotorelacja w najbliższym czasie.

wpis: 794
+353833323421