Kalendarz

Listopad 2006
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Listopad 2006

W pracy…

Poniedziałek…
Przyszedłem zgodnie z planem na trzecią. Zalogowałem się, wpisałem do dziennika i zacząłem rutynowe usługiwanie klientom. Reszta towarzystwa siedziała na zapleczu i walczyła z dostawą. Odkąd nadszedł okres przedświąteczny, dostawy mamy dzień w dzień (wcześniej tylko raz w tyg.).
Zadzwonił telefon. Odebrałem. Usłyszałem od pani w słuchawce, że ta wcześniej dogadała się z Lindą, że ma wieczorem odebrać PSP i że Linda specjalnie dla niej tę PSP przygotowała. Okej, powiedziałem. I rzeczywiście, chwilę później znalazłem pudełko z PSP, do którego była przyklejona kartka z nazwiskiem tej pani.
Jakiś czas później Linda, szykując się do wyjścia, powiedziała, że wieczorem zgłosi się osoba, by odebrać PSP. Odpowiedziałem, że wiem o tym i że wszystko mam pod kontrolą. Linda poszła, dzień toczył się dalej.
Pod wieczór pojawiła się wspomniana klientka. Sprzedałem jej PSP. Odeszła zadowolona.
Wieczór toczył się dalej, pracy było coraz więcej, znów zadzwonił telefon. Znów ta pani. Z informacją: Wszystko w porządku, tyle że w pudełku nie ma (sic!) PSP.
Zgodnie z prawdą powiedziałem, że ja jedynie przekazałem pudełko. Nie zaglądałem do niego i nie wiem, dlaczego nie było w nim PSP. Nie ja je przygotowywałem. Myślałem, że sprawa zakończona. Że klientka przyjedzie na drugi dzień i pogada z Lindą, co i jak.
Poniedziałek minął.

Wtorek…
Wstałem, zadzwonił tel. z firmy. Dzwonił Daniel z pytaniem, czy mógłbym pojawić się w pracy wcześniej. Nie ma sprawy, powiedziałem mu i zacząłem szykować się do wyjścia.
Na miejscu dowiedziałem się, że kilkukrotnie dzwoniła centrala z pytaniem o moje dane, adres, telefon… Na dodatek pytali się, czy to ja sprzedałem dzień wcześniej PSP bez PSP w środku. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale – koniec końców – ja nie mam sobie niczego do zarzucenia. Wyjaśniłem tylko Danielowi, jak się dzień wcześniej sprawa miała i wydało mi się, że wszystko rozeszło się po kościach.
Dzień upływał normalnie, ja byłem na froncie, chłopaki na zapleczu wojowali z dostawą.
Klient za klientem, ruch, jak na wtorki, niespotykany. W pewnym momencie przychodzi klientka chcąca wypożyczyć film.
Jak zwykle w takich sytuacjach, sprawdzam, czy ma czyste konto. Nie ma. Jest winna firmie trochę ponad 10E za przetrzymane filmy i 25E za film, którego nie oddała już przez 40 dni. Zwracam jej uwagę. Zaczyna się awanturować i mówi, że na sto procent oddała film. Ja sprawdzam w systemie – nie mamy tego filmu. Sprawdzam jeszcze, czy przypadkiem klientka nie zwróciła okładki bez płyty w środku… Bingo! Mówię więc: Mamy okładkę, nie mamy dysku czyli tak, jakby pani nie oddałą filmu. Ona, że na pewno oddała. Ja, że jakby oddała, to dysk byłby w środku. Ona, żebym przestał z nią dyskutować, bo ona wie lepiej. Ja, żeby sama zobaczyła, że dysku nie ma. Ona, że pewnie ja ukradłem. Ja, że dopóki nie przyniesie dysku, ja nie wypożyczę jej filmu. Ona, że dysku nie ma, a film chce wiząć i chce pogadać z moim przełożonym. Nie ma przełożonego, mówię, będzie w czwartek. To ja przyjdę w czwartek, odpowiada. I mówi, że chce numer do centrali oraz moje dane. Grzecznie daję, dodając, że mój przełożony powie jej dokładnie to samo. Dopóki nie będzie dysku, lub nie zostanie zapłacona kara za jego zgubienie, filmów nie będzie. Klientka odchodzi z pustymi rękoma i wściekła. Mnie też nie jest miło, w końcu „klient nasz pan”. Idę na papierosa.
Wtorek toczył się dalej, ale już po kilkudziesięciu minutach znowu trafiła się klientka awanturująca się. Tym razem poszło o to, że na okładce jest cena 4E, a film w systemie figuruje pod ceną 1.5E. W związku z czym nie da się go wypożyczyć w specjalej ofercie 4 filmy za 4E na 7 nocy za 10E. Mozna w innej, trzy filmy za 1.5E na 7 nocy.
Widziałem, że klientka zaczyna wrzeszczeć na Amandę. Poszedłem spróbować załagodzić sprawę. Mówię, jak sytuacja wygląda. Na okładce jest błędna cenia, za to przepraszamy (jako firma), ale mając do opanowania kilkanaście tysiący okładek ciężko jest nad wszystkimi zapanować i takie błędy się zdarzają. Niestety system nie pozwala mi na dokonywanie zmian cen i manipulację ofertami dlatego jedyne, co mogę zrobić, to zaproponować wybranie innego filmu spośród tych za 4E. Baba się wściekła i zaczęła wyzywać do „tere-fere” (w tłumaczeniu Stuhra). Ja jej na to – spokojnym głosem, co (z czego dobrze zdawałem sobie sprawę) rozsierdziło ją jeszcze bardziej – że i tak nic nie mogę zrobić. Rzuciła jeszcze kilkanaście „tere-fere” i zagroziła, że już nigdy niczego z firmy nie wypożyczy. Wtedy się nie powstrzymałem i rzuciłem jej na odchodnę: Twój wybór, nam to rybka. Poszedłem na fajkę.
Praca znów się nawarstwiała. Już wiadomo było, że ze wszystim się nie wyrobimy i trzeba będzie ustalać priorytety. Trzeba będzie coś pominąć. Wtedy zadzwonił telefon.
Dzwonił ojciec tej baby od „tere-fere”. Wyzwał mnie przez telefon, powiedział – niezgodnie z prawdą – że prawo handlowe stanowi, iż cena umieszczona na okładce jest ceną obowiązującą. Ja mu na to, że i prawo tak stanowi, ale ja przed swoim przełożonymi rozliczany jestem z tego, żeby sprzedawać i wypożyczać coś wyłącznie po cenie figurującej w systemie i nie ma mowy, żebym to obchodził. Do tego, że mając w sklpie kilkanaście tysięcy okładek nie jest możliwe zapanować nad wszystkimi, że błędy się zdarzają, są wręcz nie do uniknięcia, za co szczerze, jako firma, przepraszamy. On, poirytowany, że mówię spokojnie, straszył, że zadzwoni do centrali i mnie znajdzie… Powiedziałem mu tylko, że numer centrali znajdzie na rewersie karty. Wściekły rozłączył się. Ja, również wyprowadzony z równowagi (co się rzadko zdarza) poszedłem na kolejnego papierosa.

Środa…
Od rana wydzwaniał Daniel, że centrala nęka go o tę PSP. Powtórzyłem moją wersję.
Jednak, gdy przyszedłem do pracy, okazał się, że to nie koniec sprawy i pewnie będą jakieś następstwa. Śmialiśmy się z chłopakami, że w centrali będą się nieźle głowić, kogo zatrudnili, skoro w przeciągu dwóch dni przyszły trzy skargi na jednego pracownika.

Czwartek…
Mam dwa dni wolne. Wyłączyłem telefon. Za żadne skarby nie wracam przez te dni do pracy. Muszę odpocząć, przede wszystkim psychicznie.

wpis: 772
+353833323421

Banki…

     Dostałem informację, że upomniał się o mnie bank przedsiębiorców i inwestorów w PL. Za długo nie dawałem znaku życia (nie dokonywałem wpłat), w związku z czym uznano mnie za „zmarłego” i zapytano listownie, czy – po opłaceniu odsetek za prowadzenie konta bez wpływów na nie – uprzejmie zrezygnuję.
Nie miałem takiej ochoty.
Przede wszystkim dlatego, że chciałem – na wypadek nieoczekiwanego powrotu do PL, mieć jakieś konto… A po drugie, że jakoś szkoda mi, tak po ludzku, było rezygnować z banku, który zgodził otworzyć mi rachunek, mimo iż minimalna miesięczna wpłata na konta w tym banku zazwyczaj wynosi 1500 PLN. Mniejsza…
     Dowiedziawszy się, że bank mnie ściga, postanowiłem dać jednak znak życia. Postanowiłem – jako, że jest to bank ze wszechmiar internetowy – zalogować się. Sprawdzić, choć dobrze wiem, co działo się na rachunku i w ogóle. W tym momencie zaczęły się „problemy”.
     Bank, uczulony – i słusznie – na bezpieczeństwo, wystawia przeróżne certyfikaty, klucze publiczne, odciski palcy i inne takie, by zapobiec dostaniu się na konto osobie niepowołanej. Zgadzam się, to dobra polityka. Jej niekwestionowalność rozbija się w drobny pył, kiedy osoba powołana chce się dostać na swoje konto, ale – jak to z ludźmi bywa – zapomniała jednego, drugiego, trzeciego, milionowego hasła. Ja zapomniałem.
Kombinowałem, kombinowałem, poinstalowałem jakieś certyfikaty i chuj wie co. Kombinowałem z hasłem. Wreszcie się udało. Konto w banku inwestorów i przedsiębiorców wciąż jest aktywne. Co prawda z debetem (rekordowo niskim, jak na moje możliwości – vide: PKP, MPK i co tam jeszcze), ale zawsze. Ucieszyła mnie ta wiadomość.
     Pomyślałem, że mogę z tego konta zrobić coś w rodzaju lokaty oszczędnościowej. Gdyby, jakimś cudem nadprzyrodzonym, zdarzyła mi się nadwyżka „Juro”, mógłbym ją sobie przelać z mojego obecnego banku właśnie na polskie konto. Kto wie, może kiedyś, niewiedzieć czemu, odwiedzę ojczyznę. Wtedy drobne oszczędności mogłyby się przydać na drobne przyjemności. Niby mógłbym oszczędzać w normalny sposób, nie wiem, wkładać Euro za Euro pod materac, albo wrzucać do świńskiej skarbonki, ale… Ale do tego trzeba mieć silną wolę. By nie zajrzeć pod materac, czy by nie zajrzeć śwince… A tu, z polskim bankiem inwestorów i przedsiębiorców nadarza się niespotykana okazja. Otóż… Mam przy sobie, a jakże, ich kartę płatniczą, tyle, że – ojojoj… jaka to strata – zapomniałem PINu. Więc wszystko to, co ewentualnie wpłacę na to konto nie będzie mogło być ruszone aż do dnia, w którym dumnie stanę przed panienką z okienka z oddziału przy al. Politechniki z dowodem i uśmiechem na ustach. To dobra wiadomość. Taki jest plan. Od czasu, do czasu, coś przetransferować, tak na wszelki wypadek. Pierwsza okazja, już w najbliższy piątek. Czy jednak podołam wyzwaniu? Czy dobrowolnie zdecydję się na naciśnięcie klawisza „Execute”? Się okaże. Takich postanowień w życiu czyniłem miliony…

wpis: 771
+353833323421

2moro 2FM tour

2moro2fm     Od jakiegoś czasu, od sierpnia, może początków września nosiło mnie, żeby pójść na koncert. Czułem w sobie nieodpartą potrzebę posłuchania muzyki na żywo. Odezwała się we mnie dusza rockowa. Muzyka puszczana z komputera nie była w stanie zastąpić dobrego koncertu. Do tego, przestałem bywać w klubo-kawiarniach, gdzie od czasu do czasu można było trafić na grajków. Wiedziałem, że długo w ten sposób nie pociągnę. Na nieszczęście, Portlaoise jest na tyle niewielką miejscowością, że ciężko oczekwiać, by pojawił się w nim ktoś znaczący. Pozostawało liczyć na małe, lokalne zespoliki. Zespoliki, które, swoją drogą, wcale nie muszą być złe. Jak teraz przypomnę sobie, to przecież i w PL, w zamierzchłych czasach pierwszego roku studiów, znajdowałem przyjemność w uczęszczaniu na koncerty nieodżałowanej Ksenofobii. Mniejsza…
     Wreszcie nadarzyła się okazja.
Pracuję z Danielem, muzykiem lokalnej Nova Static. Niestety, jego zespół się rozszedł, bo perkusista rzucił wszystko w cholerę i poszedł pracować jako wózkowy na lotnisku. Daniel chodził przybity, aż na początku października zadzwoniła do niego menadżerka zespołu Fairuza. Zespołu, który został wybrany przez najpopularniejsze tutaj radio 2FM, jednym z trzech najbardziej obiecujących młodych zespołów Irlandii. Menadżerka zapytała wprost. Radio 2FM organizuje trasę koncertową po IR. Z Fairuzy odszedł basista. Szukają następcy. Czy Daniel nie miałby ochoty?
Tego dnia byliśmy razem w pracy. Od razu można było zobaczyć zmianę na twarzy chłopaka. Przejął się. Wręcz pytał, co ma zrobić. Moje zdanie było proste – idź. Co ma być, to będzie, a szansa może być niepowtarzalna. Zdecydował się.
Od tamtej pory zaczął próby z Fairuzą. Opowiadał, że szło mu nieźle. Opowiadał też o tym, jak wyglądają przygotowania do tournee. O tym, że będą występować z dwiema innymi kapelami. Że będą mieli własny autobus, że noclegi zabukowane w hotelach, że sale koncertowe oferują darmowe drinki i wyżerkę… Jednym słowem, trasa koncertowa z prawdziwego zdarzenia.
     W Portlaoise grali we czwartek. Nie było mowy, żebym nie poszedł.

     Zaczęło się od tego, że nie wiedziałem, gdzie jest wejście do Sky Venue. Polazłem i próbowałem dostać się za kulisy. Spotkałem tam Daniela. Pogadaliśmy chwilę. Powiedział, że życie rockowca jest wyczerpujące i że nie sądził, że tak będzie.
Spotkałem później innego Irlandczyka, który wydawał się być tak samo zagubiony. Razem zdecydowaliśmy podążyć za „tłumem”. Znaleźliśmy wejście.
W środku, sala niewielka, góra połowa Dekompresji, nie było nikogo. Sprawdziła się przepowiednia Daniela, który wcześniej wspominał, że Sky Venue charakteryzuje się tym, że nawet gdyby grało tam U2, sala nie byłaby wypełniona choćby w połowie.
Z czasem towarzystwo zaczęło się schodzić, ale i tak, w szczytowym momencie sala była wypełniona w góra jednej szóstej.
Spotkałem Iana, mojego byłego przełożonego. Był ze swoją narzeczoną. Podczepiłem się pod nich. Pogadaliśmy trochę. Na scenę weszła pierwsza kapela o niewiadomej nazwie.
Zaczęła od tego, że gitarzysta kilkukrotnie w trakcie piosenki stroił gitarę. Mogło to wygldać na zaplanowany zabieg, ale gdy w drugiej i trzeciej piosence zachowywał się tak samo, nabraliśmy podejrzeń, że kapelę przerósł występ dla 2FM.
Później na scenę wszedł Echogram. Oni zagrali rewelacyjnie. Z ekspresją, pozytywnie, z pałerem. Do tego, używali trochę elektroniki, co odróżniało ich od miliona smętnych, rockowych kapel z wysp. Aż chciało się bić brawo.
Dalej grała Fairuza Daniela. Coby nie mówić, zagrali przeciętnie. Porządnie, ale nie nadzwyczajnie. Jak rzemieślnicy, którzy mają wykonać swoje zadanie. Wypadli lepiej od pierwszej grupy, ale bardzo blado w porównaniu do Echogramu.
Miała wystąpić jeszcze trzecia kapela, ale ja wymiękłem. Miałem na drugi dzień otwierać sklep, zbliżała się godzina duchów, a w moich żyłach pływały dwa cidery i dwa Guinessy. To wystarczająca dawka. Wróciłem do domu.

wpis: 770
+353833323421

W pracy…

     Afera!

     Zgodnie z warunkami, jakie narzucił Disney, jego film Piraci z Karaibów, skrzynka umarlaka miał się pojawić w sprzedarzy w ostatni poniedziałek. Wcześniej, w piątek, miały zostać wypuszczone kopie przeznaczone do wypożyczenia.
W „mojej” firmie przygotowaliśmy wszystko zgodnie z planem. Już w czwartek, tydzień temu, mieliśmy dwa wielkie kartonowe pudła. Jedno z napisem: „friday – rental”, drugie: „monday – retail”.

     W piątek, od samego rana, ludzie szaleli na punkcie Piratów z Karaibów (…). Praktycznie każdy klient ich wypożyczał. Lekko przed wieczorem już nie mieliśmy żadnych kopii. Cała rzesza tych, co za dnia pracowali i nie mieli okazji wstąpić do firmy, musiała odejść z kwitkiem. Rozczarowania dopełniał fakt, że najczęściej Piraci (…) byli brani z jakimś innym filmem, dzięki czemu klient mógł ich mieć przez dwie, a nie przez jedną noc. Mniejsza…

     Jednak już w piątek wieczorem pojawiły się pierwsze pogłoski, że konkurencja – Blockbusters – zaczęła też, mimo wyraźnych dyrektyw Disneya, sprzedawać Piratów. Moja firma się wściekła, bo było za późno by dzwonić do kompanii pana Walta od Myszki Mickey z prośbą o dyspensę. Jak można było się spodziewać, szefostwo wychodziło z siebie i zaczęła się robić nerwowa atmosfera. Konkurencja sprzedaje, jest pierwsza, odbiera klientów. I co z tego, że my mamy najtaniej i na dodatek z darmowym bonusem w postaci notatnika. Ludzie zdążą kupić gdzie indziej.
Piątek skończył się niemiło.

     W sobotę od rana panowało podobne poruszenie. Nie można było dodzwonić się do pana Walta. Ludzie pytali, kiedy będą mogli kupić, bo już np. w Tesko czy Game Stopie mogliby, ale wiedzą, że u nas będzie taniej. Jak automatyczna sekretarka powtarzaliśmy, że nie przed poniedziałkiem. Wysłaliśmy też szpiegów w przebraniu zwykłych klientów, by we wszystkich możliwych sklepach kupili Piratów (…) i wzięli rachunek na wypadek dyskusji z ekipą Disneya.
Aż wreszcie udało się. Szefostwo dodzwoniło się. I choć Disney stanowczo zapowiedział, że jeśli złamiemy umowę, oni nie przyślą nam swojego kolejnego hitu Cars, to po kilku tekstach w stylu: „Inni złamali umowę przed nami, musimy bronić swojego interesu etc.” dał się przekonać i od sobotniego popołudnia także Xtra-Vision sprzedawało Piratów z Karaibów, skrzynię umarlaka.

     I to mógłby być koniec historii gdyby nie to, że identycznie rzecz się miała z nowm Oasis. Oficjalna, światowa data wydania – poniedziałek, 20 listopada, a w niektórych miejscach można było dostać już w niedzielę, czy w sobotę wieczorem. Tyle, że w sobotę wieczór, czy w niedzielę szefostwo XV nie miało szans dodzwonić się do dystrybutora, więc musieliśmy wstrzymać się do poniedziałku.

/komentarz odautorski:
1) A w środę, w oddziale XV w Portlaoise miało miejsce ogólnoirlandzkie zebranie District Managerów. Całe szczęście, choć przypadkiem, ustalając grafik na ten tydzień nie dałem sobie środy.
2) A już dziś idę na koncert kumpla z pracy. Grał chłop w podrzędnym, lokalnym zespolikiem, występował któregoś razu jako support dla kapeli z samego Dublina i ta kapela, kiedy radio 2FM wybrało ich jako obiecujących przedstawicieli irlandzkiego smętnego rocka zaprosiła Daniela do współpracy ze względu na to, że właśnie odszedł od nich basista. Ciekaw jestem, jak chłopak da sobie radę. Ciekaw też jestem, jak wygląda sala koncertowa w Portlaoise – Sky Venue. Krążą o niej plotki, że nawet gdyby grało tam U2, i tak nie byłaby zapełniona po brzegi. Się okaże.

wpis: 769
+353833323421

W pracy…

– Xtra-vision Portlaoise, mówi Piotrek, w czym mogę pomóc?
– Piotrek? Shay[1] z tej strony, jak się masz?
– Dzięki Shay, co u Ciebie?
– W porządku. Słuchaj, bardzo jesteście zajęci? Dużą mieliście dostawę?
– Niezupełnie Shay, dwa telewizory. A ludzi na razie, jak na lekarstwo.
– To dobrze, dobrze… Pójdź do Game-Stopu[2] i zobacz od kiedy i w jakiej cenie będą sprzedawać „Gears Of War”?
– „Gears Of War”? Okej, nie ma sprawy. Jaka konsola? Playstation? X-Box 360?
– X-Box 360. Tylko, Piotrek, tak, żeby cię nie poznali. Musimy mieć niższą cenę i zacząć sprzedawać przed nimi.
– Dobrze Shay. To zaraz idę na tajną, szpiegowską misję. Dam znać.
– Dzięki Piotrek.
– Do usłyszenia Shay.

—–
[1] Shay – szef wszystkich szefów, tzw. district manager XV.
[2] Game Stop – jedyne miejsce w Portlaoise mogące być konkurencją dla XV.

wpis: 768
+353833323421

Dzień Niepodległości…

Od niepamiętnych czasów trzeciej klasy liceum, Święto Niepodległości czciłem w sposób szczególny, mianowicie zapuszczając wąs a’la Piłsudski. Wąs nigdy taki nie wyrastał, przypominał raczej wąs Małysza, ale służył za symbol.
Jeszcze w październiku pamiętałem, żeby Święto Niepodległości i przebywając na emigracji zarobkowej upamiętnić w ten sposób. Niestety. W tzw. międzyczasie dostałem kilkukrotnie służbowe polecenie ogolenia się, później jakoś goliłem się sam z siebie i skończyło się tym, że kiedy wczoraj uświadomiłem sobie, że to już dziś powinienem wyglądać jak Marszałek (Małysz), było za późno. I w ten sposób, pierwszy od kilku lat Dzień Niepodległości zdobię ciszą pod nosem.

wpis: 767
+353833323421

Fáilte go Port Laoise

portlaoise

wpis: 766
PiJ
+353833323421