Kalendarz

Lipiec 2006
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2006

Zakazy

Zgodnie z ustawodawstwem irlandzkim, zabrania sie:

– Sprzedarzy alkoholu po godz. 11:30 w tygodniu (od niedzieli do czwartku) i po godz. 12:30 w weekend. Do tego, w niedziele do poludnia a w swieta cale dnie obowiazuje prohibicja.
Poczatkowo myslalem, ze to paskudna sprawa. Ze zabrania sie w ten sposob decydowania czlowiekowi o sobie, o tym kiedy ma ochote napic sie piwa. Ograniczenie swobody obywatelskiej, powtarzalem sobie, kiedy po 11:30 wywalali z pubu. Ale… Ale to sie zmienilo. Dzieki tej prohibicji pije sie o wiele mniej. Jest skuteczniejsza niz nasza ustawa o wychowaniu w trzezwosci. Majac na uwadze, ze bary zamykaja w wyznaczonych godzinach, po prostu nie ma sensu sie uwalac. Przede wszystkim dlatego, ze nie daj Boze osiagnie sie stan niedopicia, ktorego nie bedzie mozna zaleczyc. Dobrze przeciez wiemy, jak czlowiek chodzi podkurwiony, kiedy ma jeszcze ochote na jedno, a nie moze. Lepiej po prostu sie ograniczyc i nie przekraczac – w moim przypadku – trzeciego, krytycznego. Dodatkowo, od rana rowniez obowiazuje zakaz sprzedarzy alkoholu, wiec nie ma mowy np. o piwku na kaca. Nic, tylko nie pic.

– Palenia papierosow w miejscach uzytecznosci publicznej, w tym, w pubach.
I znowu. Pierwszy odruch: „Jak to!? Nie zapale sobie papierosa do piwa? Masakra”. Ale pozniej zakaz ponownie okazuje sie korzystny. O ile w PL do jednego piwa zdarzalo sie wypalic do czterech fajek, tak tutaj, gora jedna. Przymus wychodzenia za kazdym razem z lokalu, zostawiania towarzystwa czy rzeczy, nerwowe palenie przed drzwiami (jak na uczelni) odbiera przyjemnosc i czlowiek woli juz posiedziec dluzej, niz kopcic peta za petem.

– Spozywania alkoholu w miejscach publicznych.
Jeszcze mnie nie przylapali (mam nadzieje, ze to sie nie stanie), choc zdarza sie spedzac troche czasu w parkach. Jesli jednak staloby sie to, to z miejsca albo mam wlepiona wysoka grzywne (o ile dobrze wyczytalem w gazetach, od 500E wzwyz), albo laduje bezapelacyjnie na kilka tygodni w areszcie. Sady dzialaja tutaj wyjatkowo sprawnie (oczywiscie, gdy rzecz tyczy sie wykroczen). Oskarzyciel przedstawia dowody winy. Obronca prosi o najmniejszy wymiar kary. Sad wydaje wyrok. Wszystko trwa gora piec minut. Pozniej nastepny delikwent.
Nie wspomne o „oddawaniu moczu”. Co tydzien mozna przeczytac w gazecie, ze Polaka, Litwina rzadziej Irlandczyka wlasnie skazano na trzy tygodnie aresztu za lanie na budynek sadu, Gardy, supermarketu…

wpis: 744
+353833323421
PiJ

Spokoj…

Po roznego rodzaju perypetiach sytuacja sie uspokoila. Mam nadzieje, ze juz na dobre.
Przede wszystkim, z domku, w ktorym mieszkamy, wyprowadzili sie Dominik z Wieskiem. Chlopaki byli w porzadku, ale zupelnie nie w naszych klimatach. Zreszta, ciezko jest tu spotkac kogos w naszych klimatach. Wyprowadzili sie wstepnie na dwa miesiace, ale kraza plotki, ze moga juz w ogole nie wrocic. To dobra wiadomosc. Przejelibysmy po nich domek. Zniknelyby problemy z weekendami i staloby sie spokojniej.
Wprowadzil sie Pawel. Mily chlopak. Pierwszy z przeszloscia akademicka. Bardzo dobrze nam sie z nim zyje. Wprowadzil sie tez Tomek, ale praktycznie caly czas go nie ma. W tygodniu siedzi w pracy, albo spi; weekendy spedza w Dublinie.
W pracy takze wszystko wydaje sie jasne. Na razie part-time i nie ma szans na wiecej, ale od pazdziernika, wraz z renegocjacja umowy… Part-time wystarcza, szczegolnie jesli – jak proponowal prof. Kolakowski – „nie chce sie zbyt wiele”.
Zycie towarzyskie zostalo ograniczone wlasciwie tylko do Pajakow, Radzika no i Pawla, wspollokatora. Czasem zdarzaja sie wieksze spotkania, ale raczej przypadkowe niz zaplanowane. Za to rozwijaja sie znajomosci z chlopakami z pracy – Dawidem i Danielem. Z pierwszym mozna pojsc na piwko do pubu, czy pogadac na podworku. Z drugim mozna pozartowac, tym bardziej, ze chlopak jest muzykiem, gitarzysta. Slabosc zrozumiala.
Zycie osobiste – „jak jest dobrze, nie ma o czym pisac”. A jest dobrze.

wpis: 743
+353833323421
PiJ

trzy miesiące

Minęły trzy miesiące. W tym czasie dużo się wydarzyło. Jeśli chcieć by opowiadać o wszystkim, zajęłoby to masę czasu. Poza tym, nie o wszystkim trzeba by wspominać. Jest kilka wydarzeń, które lepiej przemilczeć. Jest – na szczęście – wiele innych, które zostaną zapamiętane, jako te dobre… Te, do których warto wracać we wspomnieniach.
Przede wszystkim sam fakt wyjazdu. Decyzja, jaką podejmuje się raz. Decyzja, którą podejmuje się na zawsze. Choć jeszcze wcześnie, śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że do powroty do Polski – jeśli w ogóle – będą miały charakter okazjonalnych wizyt towarzysko-wakacyjnych. W pewnym sensie, nic tam nie mam. Rodzina, znajomi – owszem, ale poza tym? Niedokończone studia, nieuregulowany stosunek do służby wojskowej etc. Mniejsza o to.
Irlandia mi się podoba. Irlandia, gdzie przejścia dla pieszych są wybrzuszone tak, że auta muszą zwalniać, gdzie z dwóch oddzielnych kranów leci bądź wrząca bądź lodowata woda, gdzie na zakończenie koncertu gra się hymn narodowy, gdzie ludzie są powolni, uprzejmi i uśmiechnięci. Irlandia w postaci Portlaoise. Miasteczka, które z początku wydawało się całkowitym zadupiem, zresztą słusznie, a które z czasem staje się „domem”. To fakt, że jest tylko jedno kino, jedna sala koncertowa, jedno centrum handlowe i dwa pomniejsze supermarkety, dwa parki, jedna reprezentacyjna ulica, a wszystok można obejść w góra godzinę, ale można się przyzwyczaić. Do tego stopnia, że jedyna wyprawa do Dublina przyprawiła mnie o lęk przed wielkomiejskością. Nagły przeskok w rytm masy ludzi, samochodów, autobusów, tramwajów spowodował, że poczułem się nieswojo, choć wcześniej nieswojo czułem się bez tego wszystkiego.
Wizyta w Dublinie była ważna, bo odmieniła dotychczasowe życie kawalerskie o 180 stopni. Z mniejszymi czy większymi urozmaiceniami, ta odmiana trwa do dziś i nie zapowiada się, aby miała minąć.
Przez te trzy miesiące w Irlandii raz zmieniłem miejsce zamieszkania. W sumie, pracowałem (pracuję) w jednym miejscu. W pracy poznałem znajomych, z których jeden jest gitarzystą / wokalistą w zespole rockowym, a drugi mieszka na tym samym osiedlu, co ja, więc niekiedy spotykamy się „na podwórku”. Tyle, że chłopak raczej typ sportowca, co w piłkę pogrywa, nie do końca mój typ rekreacji. Przez te trzy miesiące raz byłem na imprezie firmowej, imprezie połączonej z karaoke. Czy śpiewałem? Jasne – „Living On a Prayer”.
Przez te trzy miesiące przewinęło się w otoczeniu całe multum Polaków, jednak tylko trójka wydaje się godna uwagi. Reszta to typy albo nadające się do odstrzału, albo do zignorowania. Pod tym względem nie jest najlepiej. Człowiek ma ochotę od czasu do czasu do kogoś otworzyć pysk, a okazuje się, że w kółko rozmawia się z tymi samymi osobami, w kółko o tym samym. To jednak kwestia czasu… Liczę na to, że jak trochę jeszcze poprawię się w języku, to i z autochtonami będzie można się dogadywać i w mieszanym towarzystwie robić spotkania. Bo spotkań, takich jak w Zapiecku, jak na Świątecznej czy jak w Kasablance czy w Poniatowskim, gdziekolwiek, tutaj czasem brakuje. Tego nie da się ukryć.

A poza tym, wszystko po staremu. Tygodnie mijają tak samo. W sobotę informacja, w które dni do pracy. Raz tylko jeden dzień w tygodniu, innym razem cztery, tym razem trzy. Najczęściej na wieczory, więc od rana prace domowe, jakieś zakupy, pranie… Wycieczka do FASu, ewentualnie po Main Street w poszukiwaniu jakiegoś drugiego „part-time’u”. A wieczorem do pracy. Jak nie do pracy, to na bronka. Po miesiącu w nowym miejscu. Miesiącu pełnym nerwów, wreszcie trzeba odreagować. Tym bardziej, że współlokatorzy wyjechali na dwa miesiące i chata wolna.

Z niespodzianek: Znalazłem kartkę do siebie, wypisaną przez siebie (sic!). Dopiero później przypomniałem sobie, że w bibliotece, pytając się o Aleksandrę Maryninę, pani prosiła, żebym napisał adres, a ona się rozezna, czy można cokolwiek ściągnąć i da mi znać.

wpis: 742
+353833323421
PiJ