Kalendarz

Kwiecień 2006
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65569
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2006

Fakty z zycia Walczaka.

1) To juz tylko poltora dnia.
2) Wrocilem na Stradbrook.
3) Dostalem prace. Zaczynam we wtorek.
4) ERA zablokowala mi karte.
5) Fragment z ksiazki: „Tortilla Flat” Johna Steinbecka (tlumaczenie wlasne).

„Wypijanie dwoch dzbankow wina mozna by stopniowac tak: Tuz pod uchwytem pierwszego dzbanka, powazna i rzeczowa rozmowa. Trzy cale dalej, mysli o starych, udanych milosciach. Jeszcze cal i mysli o bylych, nieudanych milosciach. Dno pierwszego dzbanka, ogolny i nieukierunkowany smutek. Uchwyt drugiego dzbanka, silne zwatpienie. Dwa palce nizej, piesn o smierci badz tesknocie. Kciuk, kazda znana piesn…
W tym miejscu stopniowanie sie konczy, poniewaz urywa sie film i ginie pewnosc. Od tego momentu, wszystko moze sie zdarzyc”.

wpis: 733

„Paszcza lwa” to nic.

W czwartek przyjechali do Portlaoise rodzice Wijaty. To byl powod, dla ktorego tymczasowo przekwaterowano mnie do domku, gdzie poznalem: Skrota (45 lat), Wieloryba (50), Ziecia (50) i Kube (30). Rowne chlopaki. Trzej pierwsi pracuja sobie spokojnie na najlepiej platnej posadzie robotnika budowlanego. Czwarty dopiero co przyjechal. Zaden z nich nie zna angielskiego (jeden, zachwalajac walory turystyczne PL powiedzial, ze warto jest zobaczyc: „maybe”), mimo to wszyscy daja sobie tu rade i to calkiem, calkiem.
Skrot jest osoba najbardziej powazana i do tego najinteligentniejsza z nich wszystkich (skonczyl prawo). Reszta nie chwali sie wyksztalceniem.
Po zeszloweekendowych wizytach w „Paszczy Lwa” bylem przekonany, ze juz nic mnie nie zaskoczy. Mylilem sie. Najwieksze pijanstwa, z jakimi spotkalem sie w PL nijak sie maja do tych tutejszych. Zadne kilkudniowe popijawy, zaden Woodstock – nic. To, co sie dzieje w domku, gdzie teraz mieszkam (dzieki Bogu jeszcze tylko dwa dni, inaczej calkowicie stracilbym watrobe) przechodzi najsmielsze wyobrazenia. Powiedziec, ze chlopaki loja na potege, zalewaja paly, pochlaniaja cale gorzelnie wodki, to nic. Oni robia to w takich ilosciach, ze trudno wyrazic to slowami. Nawet matematyczna nieskonczonosc sie przy nich chowa.
Dosc powiedziec, ze tylko wczoraj trzasneli 40 butelek wina, 4 butelki koniaku i dwie butelki wodki.
Oni pija non stop. Budza sie i pija. Potem padaja, wstaja, pija, padaja, wstaja itd. itd. bez przerwy.
W zwiazku z ich trybem zycia, najwiekszym problemem jest kwestia tego, kto pojdzie po wodke (alkohol jakikolwiek). Do sklepu jest 30 min piechota. Na stacje jeszcze dalej. Godzina czekania to dla nich za wiele. Dlatego zbawieniem sa telefony komorkowe, za pomoca ktorych mozna zadzwonic po dostawe. Dlatego moim przeklenstwem jest to, ze jestem kierowca. Potrafia wyrwac ze snu (jak dzis) o 6:30 rano, zebym jechal na stacje (na ktorej alko sprzedaja od 7:00), bo oni ledwo zyja. I jechalbym z przyjemnoscia, w koncu lubie prowadzic, ale pech polega na tym, ze nie mam uprawnien. Nie jestem tu ubezpieczony, a bez tego nie powinienem siadac za kierownice. Tyle tylko, ze oni nie przyjmuja odmowy. Do tego dochodzi stan samochodu. Kompletnie rozbity (przywalili w mur), z potluczona szyba i wykrzywionymi kolami. Tragedia, ale nie mam poniekad wyjscia.

Te libacje z nimi maja jednak tez dobre strony. Przez domek przewija sie masa ludzi mniej zniszczonych. Zawiera sie nowe znajomosci, ktore w przyszlosci moga zaprocentowac. Wymienia sie telefonami, uwagami i w ogole…

Cale szczescie, nie sama wodka czlowiek zyje. Wazniejsze sa inne rzeczy. Wazniejszy jest dylemat, czy jak przyjedzie do mnie J. mamy wynajac osobne mieszkanie czy mieszkac z Wijata i Karolajna (tylko wtedy co z Radzikiem?). Wazniejsze jest to, ze dzis dzwonila do mnie Melanie z Xtra-Vision i zaprosila na „interview”. Wazniejsze wreszcie jest to, ze juz za 235 godzin, na lotnisku w Dublinie wyladuje ta osoba, po za ktora juz nikogo na swiecie mogloby nie byc.

wpis: 731

Portlaoise

Czwartek
Pozegnanie na lotnisku. Przykro bylo sie rozstawac. Gdybym w lutym, kiedy kupowalem bilet, wiedzial, ze tak bedzie, na 100% nie zdecydowalbym sie na lot. W PL tez jakos wszystko ulozyloby sie. Ale bylo juz za pozno, by rezygnowac. Choc i taka mysl przebiegla przez glowe. Mimo to, polecialem.
Sam lot przebiegal pod znakiem dwoch piwek, wodki w foliowych woreczkach i rozmowy z Slawkiem (wspolpasazerem), ktory tez lecial szukac szczescia na Zielonej Wyspie.
Z lotniska odebral nas Wijata i zawiozl do swojego apartamentu. Sterylne mieszkanie, dwie sypialnie, dwie lazienki, living room, kuchnia, balkon. Powitala nas Karolajna. Ledwie rzucilismy bagaze, bimber Radzika juz byl otwarty. Troche pozniej byl pusty. Podobnie 0.7 Absolwenta… Pierwszy dzien w nowym miejscu. Nawet nie pamietam, co mi sie snilo. Wiem tylko, ze nie bylo latwo zapomniec, ze jeszcze kilka godzin wczesniej, na lotnisku zostawilem J.

Piatek:
Od rana 0.5 Polskiej Wisniowej. Pozniej sen. Jak na wakacjach. Wieczorem kolejna wodka i piwka, tym razem lokalne. Dzien minal bez wrazen. Nawet nie zobaczylem miasta.

Sobota:
Ciezki poranek. Spacer po „correction beer”. Oczekiwanie na wieczor i impreze w tzw. „Paszczy Lwa”. Oczekiwanie przerywane na przemian SMSami, piwami, snem.
W „Paszczy Lwa” totalna masakra. Kto nie byl, ten nigdy nie zrozumie. Masakra zakonczona drzemka na jakims fotelu i pobudka bez okularow. Szok. W obcym miescie, w obcym panstwie, na drugi dzien zgubic okulary. Hardkor. Nie mowiac o tym, ze „Paszcza Lwa” jest kawalek od domu a droga nieznana. Na szczescie byl Wijata, ktory niemal za reke zaprowadzil mnie na Stradbrooke Nawet nie trafilem w materacyk.
Okazalo sie pozniej, ze okulary, zapobiegawczo, zabrala Karolajna, ktora kilkadziesiat minut wczesniej taszczyla na Stradbrooke Radzika.

Niedziela:
Od poludnia leczenie kaca. Piwo, sen, piwo, sen. Ciezko bylo. Bardzo. Ale dalismy rade. A wieczorem lokalny pubik „Lounge”, w ktorym pyszny, przepyszny Guiness (a nawet dwa) i kupno samochodu. Chlopaki z „Paszczy Lwa” postanowili kupic jakies auto od Ukraincow. Wijata, jako ekspert, mial wydac opinie. I wydal. Taka, ze z 400E utargowal na 300E. Uwazal, ze i tak przeplacili.
Noca dokonczylismy zapasy i padlismy po ciezkim powitaniu.

Nie pamietam do kogo (oprocz wiadomo kogo) przez ten czas wydzwanialem. Nie pamietam komu pisalem SMSy. Niczego wlasciwie nie pamietam. Pierwsze kilka dni doslownie utopilo sie w alkoholu.

Poniedzialek:
Spalismy do poludnia, albo i dluzej. Pozniej, postanowilismy z Radzikiem przejsc sie po miasteczku, zobaczyc co wazniejsze miejsca. Zwiedzilismy Shopping Center, Main Road, jakies poboczne uliczki i w godzine wrocilismy do domu. Takie jest Portlaoise. Chocby nie wiadomo, jak daleko chodzic, po godzinie i tak juz jest sie w miejscu, z ktorego sie ruszylo.
Bylismy troche zniesmaczeni, bo pierwsza i podstawowa rzecza, ktora trzeba tu zalatwic, to PPS. Bez tego ani rusz. Ale zeby miec PPS, trzeba miec zaswiadczenie o zakwaterowaniu. A tego zaswiadczenia nie mielismy, bo nasza Land Lady zapomniala. Bez PPS nie bardzo nawet jest sens szukac pracy, bo jedyne, co mozna znalezc, to praca nielegalna praca na budowie. Ciezka, ryzykowna i malo atrakcyjna. Trudno, musimy uzbroic sie w cierpliwosc. Tyle, ze ta cierpliwosc tez ma swoje granice. Szczegolnie, ze wyrobienie PPSu trwa srednio tydzien. Kolejny tydzien bezczynnosci.
Zapadla tez decyzja. J. przyjezdza do mnie.

Wtorek:
Pierwsze bojowe zadanie. Sprawdzic warunki uzyskania tutejszego becikowego (nie pytac dlaczego). Pobyt w biurze, w ktorym zalatwia sie te formalnosci byl wielkim, wielkim przezyciem. Po pierwsze, wreszcie kontakt z jezykiem irlandzkim. Po drugie – „nienatychmiastowosc”. O ile wydawalo mi sie, ze ja jestem „nienatychmiastowy”, to Irlandczycy przechodza samych siebie. Przebijaja mnie o glowe, albo i wiecej. Ale udalo sie. On zrozumial mnie, ja jego i z tej radosci poszedlem do kawiarenki internetowej wydrukowac sobie CV z nowym numerem telefonu, adresem i w ogole.
W drodze powrotnej zahaczylem o Lidl, gdzie maja najlepsze piwka z tych najtanszych. Bylem tez w bibliotece, w ktorej chcialem sie zarejestrowac, ale rejestracja wymaga potwierdzenia zakwaterowania (jak PPS), a Tracy (Land Lady) znow zapomniala. Niech bedzie przekleta na wieki. Na szczescie takie pierdoly i tak nie sa w stanie zaklocic tego, co najwazniejsze. A przeciez wiemy, ze: „Jedno tylko jest takie pewne, jedno jest najwazniejsze, zawsze milosc, zawsze milosc (…)”.
Wtorek mial byc drugim dniem niepicia, a wiadomo, drugi najtrudniejszy. Nie przetrzymalem. Wieczorkiem opilem kilka i umowilem sie na nastepny dzien na powazna rozmowe z Wijata. W koncu to jego mieszkanie i wypada z nim skonsultowac przyjazd J. Przyjazd cholernie juz – mimo ze nawet tydzien nie minal – wyczekiwany.

Sroda:
Po poludniu (zazwyczaj spie do poludnia) poszedlem sobie na spacer. Radzik pojechal na budowe, Wijata i Karolajna do pracy. Odwiedzilem lokalny dworzec kolejowy (zeby wiedziec, gdzie po pijaku nie lazic i w jakie pociagi nad Atlantyk nie wsiadac) i – standardowo – centrum. A w centrum spotkala mnie niespodzianka. Ale od poczatku.
Szukanie pracy w Portlaoise polega na lazeniu od sklepu do sklepu, od fabryki do fabryki i wpraszaniu sie. Zagadywaniu i zostawianiu CV. Odezwa sie, nie odezwa – nie wiadomo. Jednak bez zostawionych CV szans nie ma. Radzik taka rundke zrobil juz we wtorek i w kilku miejscach przyjeli mu jego dokumenty. Raczej nie ma co liczyc na gazety czy lokalne biuro posrednictwa pracy. Liczy sie osobista wizyta i pozor, ze zalezy na danej posadzie. Wracajac do niespodzianki.
Mialem zamiar, lub, zeby powiedziec inaczej, mialem marzenie, by pracowac w lokalnej bibliotece. Jako pomoc pomocnika, cokolwiek. Jesli nie w bibliotece, to w ksiegarni, sklepie muzycznym, sklepie ze sprzetem muzycznym, cos w tym stylu. Ale na razie nie znalazlem w sobie tyle odwagi, by wchodzic do kazdego napotkanego sklepu i tlumaczyc o co mi chodzi. Taka nachalnosc, ktora jest tu wymagana, nie jest w mojej naturze. Co innego, gdybym zobaczyl ogloszenie, ze kogos poszukuja… I to wlasnie stalo sie w srode. Przechodzac obok czegos pomiedzy ksiegarnia a wypozyczalnia kaset wideo rzucilo mi sie w oczy wielkie ogloszenie. Natychmiast wlazlem, zostawilem CV i uslyszalem, ze mam sie zglosic nastepnego dnia. Popadlem w przedwczesna euforie, bo takie slowa jeszcze niczego nie oznaczaja. A do tego, nie mam PPSu. No ale, pierwszy krok za mna.
Uradowany wrocilem do domu. Pochwalilem sie dobra nowina.
Pozniej wrocil Wijata i wyszlismy na zaplanowana dzien wczesniej powazna rozmowe. Przebiegla dosc spokojnie a wnioski byly takie: 1) Karolajna i on panicznie boja sie J.; 2) Dopoki Radzik z nami mieszka, nie ma mowy o jej przyjezdzie. Czyli, zgoda jest, ale po pewnym warunkiem. Warunkiem, ktory jest do spelnienia. Po tym wszystkim, poszlismy do „Lounge” na Guinessa. I sie zaczelo.
W polowie piwa odezwal sie do nas podpity Irlandczyk. Ze i ja bylem podpity, natychmiast nawiazalem rozmowe. Facet jest nauczycielem historii, ja studiowalem filozofie. Facet jest ciekawy obozow koncentracyjnych, ja powstania w 1916 itd. itd. Bardzo taka rozmowa mnie podbudowala, bo okazalo sie, ze rozumiem i jestem rozumiany, a o to tez mialem obawy. Ten Irlandczyk nawet zazartowal, ze mowie po angielsku lepiej od jego kolegi (co nie odbiegalo od prawdy, bo jego kolegi w ogole nie mozna bylo zrozumiec). W koncu musial facet isc do domu, bo go zona (i szostka dzieci – katolik) wzywala. Dopilem piwko i z Wijata i Karolajna wrocilismy do domu.
Tam strzelilismy jeszcze winko i wdalismy sie w powazne rozmowy z Radzikiem. Na tyle powazne, ze zaczelismy na siebie krzyczec. A poszlo o nieskonczonosc. Bo ciezko nam bylo podac jej przyklad. Mnie przyszedl do glowy tylko jeden.

Czwartek:
A dzis, coz, od rana kacyk. Ale z dobra wiadomoscia. Da sie dzwonic do Polski bardzo, bardzo tanio – 10E za 3.5 godz. Co natychmiast wykorzystalem. Pozniej wizyta w tej ksiegarni, gdzie pani powiedziala mi, ze maja kilka CV, w przyszlym tygodniu wybiora pare i skontaktuja sie z poszczegolnymi osobami. Pozostaje czekac.
Teraz kawiarenka. Zaraz „Lounge” i do domu. Bo dzis eksmisja. W zwiazku z przyjazdem rodzicow Wijaty, na tydzien mamy sie z Radzikiem wyniesc. Takie zycie.

To tyle na teraz. Zle nie jest. Szczegolnie, ze juz 28-ego. :-)

wpis: 730

Bilans.

Niecałe 27 lat życia.
25 na Retkini, 21 na Batalionach. Bez mała 20 spędzonych na edukacji.
Jedna Wielka, Wielka, Wielka milosc, parę mniej lub bardziej zobowiązujących znajomości.
Ludzie, którzy: „przyszli i poszli, ale paru zostało”.
Kilka nałogów.
Trochę języków obcych.
Cynizm, wyrachowanie, hipokryzja, słaby wzrok, niewyraźna mowa.
Jedna poważna próba skończenia z tym wszystkim.
Odwiedzone państwa ościenne.
Prawo jazdy, certyfikat z pobytu w Jyväskylä, stary dowód osobisty.
Lalka i Klub Pickwicka.
Pełno skradzionej muzyki i filmów.
Gitara, nieużywana od wiosny 2002.
Czarno-biało-szary pokój, na ścianie kalendarz z grudnia 2005, na szafce plakat JPII.
Dwa niepodarowane prezenty, niewiele więcej otrzymanych.
Potłuczony telefon.
Dużo niedokończonych spraw.
Milion niepoukładanych myśli.

wpis: 728

Tak było

Wtorek – Aleksandrów.
Środa – praca.
Czwartek – praca, Zapiecek, Aleksandrów.
Piątek – praca, Dąbrowa, bar Anna, meczyk, Zapiecek, Bonki.
Sobota – lew Retkini, Bonki, Lizard King, Aleksandrów.
Niedziela – praca.
Czyli zupełnie zwyczajnie. Tak było też trzy lata temu przed wyjadem do Fin.

wpis: 727

Zbigniew Hołdys – Molier

Molier to był Żyd
Rejtan to był chyba Czech
Gierek to był skin
Adolf Hitler to był gej
Lenin nie był zły
Che Guevara mocno żył

Tyle powiedzieli dziś ludzie
Kiedyśmy przez miasto szli
Solidarność to był motłoch
Komuniści pozwalali żyć

Jezus to był świr
Jelcyn wczoraj mało pił
Manson to był bóg
Teodor Sziwkow nie był mój
Miłosz to jest nikt
Goethe niepotrzebnie żył

Tyle powiedzieli dziś ludzie
Kiedyśmy przez miasto szli
Solidarność to był motłoch
Komuniści pozwalali żyć

Język to mistrz od wykrzywiania słów
Jakby czuwał nad nim wielki Manitu
Rozum to szatan, a więc lepiej niech śpi
Ale słuchać, słuchać pozwólcie mi

Jaruzelski żonę bił
Pele to był król
Marilyn Monroe to był cud
Urban to był chuj
Zespól Perfekt nie był mój

Tyle powiedzieli dziś ludzie
Kiedyśmy przez miasto szli
Solidarność to był motłoch
Komuniści pozwalali żyć

Zbigniew Hołdys – Molier (ok. 6.2 MB)

wpis: 726