Kalendarz

Marzec 2006
P W Ś C P S N
« lut   kwi »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Marzec 2006

Wojciech Waglewski – Mogło być

A mogło przecież być i tak
że budził bym się sam
Czując się jak zbędny fant
Wśród czterech pustych ścian

A mogło przecież być i tak
Powodów było dość
By nasz misternie tkany plan
Dziś jeszcze znaczył coś

Lecz plan ten gdzieś poza nami
Starannie był wybrany
Złośliwych ker tłum omamił
I dał nas sobie samym

A mogło przecież być i tak
że od nadmiaru win
Przegapiłbym ten jeden znak
Rozminął bym się z nim

Wojciech Waglewski – Mogło być (ok. 3.1 MB)

wpis: 725

Do wyjazdu pozostało 8 dni.

     Najpierw poniedziałek i przeczucie, żeby nie uruchamiać telefonu. Koniec końców, uzasadnione. Teraz dziś. Spacer i rozmowa na temat odnajdywania trupów i kilkanaście minut później widok policji przeszukującej las. Dziwne. Aż strach pomyśleć, że ostatniej nocy śnił mi się pociąg, po którym biegał facet z piłą spalinową i odcinał ludziom nogi. Im bliżej wyjazdu, tym większej frajdy dostarcza mi wyobraźnia. Choć, patrząc globalnie, nigdy nie pozostawiała mnie samemu sobie.
     Poza tym… Praca prawie wykonana, pozostała jedynie kosmetyka (ubarwić pliki na różowiutko i pomarańczowo?). Jutro do oddania. Do odebrania zaś prawo jazdy. Jedna z niewielu założonych przed wyjazdem spraw, którą udało się doprowadzić do końca. Pozostałe – jak np. zakupy, rejestracja w Biurze Pośrednictwa Pracy czy ubezpieczenie, nadal tkwią w martwym punkcie. Oczywiście z powodów finansowych. Finanse bowiem, jak do kilkunastu lat upłynniają się w mniejszych i większych dawkach alkoholu. Jak wczoraj, w Aleksandrowie, gdzie oprócz spotkania z Dżonem Bareljkornem odbył się miting z reżyserem osobnym – Andrzejem Kondratiukiem – i jego Słonecznym zegarem. Źle nie było.

wpis: 724

Krótka rozmowa… Standardowa.

15:57:05 walczak
Te, Brat… Niedługo przylezie do mnie Bonczuś i będziemy żonglować dyskami… Co oznacza, że mogą być przerwy w I-necie… Nie zdziw się.
15:57:16 BIG BROTHER
chuj Ci w dupe!

wpis: 723

Krótka rozmowa… Prorocza.

11:20:06 BONCZUŚ
jestes?
jak bedziesz to sie zglos OK?
15:11:06 walczak
Jestem
15:11:21 BONCZUŚ
wlacz komorke
15:11:29 walczak
A co jest?
15:11:39 BONCZUŚ
SMS
15:12:07 walczak
I tego trochę się boję. Bo może oprócz Twojego SMS-a być jakiś, na który nie mam ochoty.

wpis: 722

Pętla

Pętla     Chcąc nie chcąc, jest jeden temat, który zawsze wydaje mi się interesujący. Pewnie dlatego, że czuję się z nim nierozerwalnie związany. Czuję, że w każdym z bohaterów, uczestniczących w historiach traktujących o tym temacie mogę odnaleźć kawałek siebie. Na ile przerażające jest takie patrzenie w lustro? Na ile może spowodować jakąkolwiek reakcję? Nie da się określić. Jednak, jakby z natury, odczuwam masochistyczną przyjemność patrzenia na kolejnych herosów zmagających się z Dżonem Barlejkornem i użalania się (nad bohaterem? nad sobą?) nad tą zastraszającą beznadzieją, z której – koniec końców – i tak nic nie wynika.
     Czy będzie to Leaving Las Vegas, z pamiętnym monologiem: „Sam już nie pamiętam, czy piję dlatego, że zostawiła mnie żona, czy żona zostawiła mnie dlatego, że piję”, które nie pozostawia wątpliwości, dokąd zmierza ten, kto wybrał taką drogę… Czy to będzie John Barleycorn, autobiograficzna powieść Jacka Londona, gdzie można przeczytać: „Po raz pierwszy upiłem się, gdy miałem pięć lat”, która pokazuje mniej destrukcyjne działanie związku kryjącym się za kodem: C2H5OH… Czy wreszcie Rok Dabla, który – jakby na przekór wszystkim – pokazuje, że można być wyleczonym alkoholikiem i całkiem dobrze sobie z tym radzić… W każdym razie, we wszystkich tych miejscach kultury, można (mogę) się odnaleźć. Do tego doszła jeszcze Pętla na podstawie opowiadania Hłaski.
     Historia jest prosta. Kuba, zdeklarowany i zmarnowany alkoholik chce podjąć ostatnie wyzwanie i spróbować rzucić picie. Postanawia sobie, że pewnego dnia nie wypije nawet jednego kieliszka wódki. Tak, by odtruć się trochę przed zaplanowanej na dzień następny wizycie na detoksie. Na wizytę namówiła go bezgranicznie zakochana w nim Krystyna.
Od samego rana męczą go znajomi, który gratulują mu decyzji. Kuba nie wytrzymuje ich telefonów, a także mieszkania, w którym wszystko kojarzy mu się z pijaństwem i wychodzi z domu. Bez celu wędruje po ulicach miasta. Spotyka dawnego znajomego, wdaje się w kłótnię z robotnikami, ubliża kelnerce w zaprzyjaźnionym lokalu, spotyka Wielką Niespełnioną Miłość. Rozdrażdniony do granic możliwości (kto pije, ten wie, jak ciężko jest dnia następnego, szczególnie, kiedy nie można, kiedy obowiązki np. nie pozwalają), rozpoczyna bójkę, ląduje na komisariacie. Zostaje wypuszczony i na progu rozstrojenia nerwowego trafia do baru. Poddaje się. Wypija jeden kieliszek, drugi, trzeci, następny… Zaprzyjaźnia się z niespełnionym saksofonikiem, ale alkohol w jego wypadku jest słabą więzią społeczną. Wystarczy kilka godzin, by przyjaźń przerodziła się w agresję. Kuba zostaje wyrzucony z baru, do domu podwozi go przypadkowo spotkany sąsiad. W mieszkaniu czeka na niego Krystyna i choć Kuba tłumaczy jej beznadziejność jego sytuacji, ona nie chce wierzyć. Następnego dnia rano, już nigdzie z Kubą nie pójdzie.
Historia prosta, ale sama w sobie realistyczna. Tylko co z tego? Kto już pije, jest bliżej lub dalej położenia Kuby. Kto jeszcze nie pije i tak nie zrozumie. Trochę tak, jak z Johnem Barleycornem. Jeśli zrobić by z tego lekturę szkolną, w gimnazjum dzieciaki widziałyby w treści po prostu sposoby na to, co można robić po alkoholu. Podręcznik pijaka. Jeśli lektura miałaby mieć miejsce w LO, niekiedy mogłoby już być za późno. Przynajmniej patrząc po sobie. Gdzieś w LO przegapiony został moment, w którym można było przestać, lub przynajmniej nie przekraczać granicy nałogu. Teraz już tylko płacz i zgrzytanie zębów. Trudno.
     Dla formalności należałoby dodać, że główną rolę, rolę Kuby świetnie zagrał Holoubek, rolę saksofonisty-pijaka Fijewski. Inne [role] nie są tak wyraziste ale dopełniają perfekcji film Hasa. I choć film stary (w przyszłym roku stuknie mu pięćdziesiątka), jak najbardziej nadaje się do obejrzenia.

/cum alienum nuntiorum: Wczorajsza chaotyczna melancholia ustępuje miejsca zwyczajowemu wyzuciu z emocji. Nieprzespana noc, dużo pracy na głowie no i Pętla skutecznie wyleczyły z niepotrzebnych wahań. Czas na powrót do życia.

wpis: 721

Do wyjazdu pozostało 11 dni.

Tydzień był dziwny. Zaczął się w piątek wycieczką na zakupy (wciąż łudzę się, że przed wyjazdem nabędę parę rzeczy). Polazłem do Gniazda Szatana (zwanego potocznie Galerią Łódzką), ale nie pasuję do tego miejsca. Każden jeden sklep firmowy sprawiał, że czułem się coraz bardziej obco. Nie jestem i chyba nie będę klientem Galerii. To nie dla mnie. Zahaczyłem jeszcze o parę sklepów GSM i wylądowałem w Zapiecku. Lokalu, którego dawno, dawno temu nie lubiłem. W mojej paranoi wydawał mi się sztuczny i niewart uwagi. Teraz za to polubiłem bardzo. Bardzo, bardzo. Także dlatego, że jest to chyba jedyne miejsce w Łodzi, w którym niczego jeszcze nie spieprzyłem. Inne miejsca, Jazzga, Kresowa, Biblioteka etc. kojarzą mi się z niepotrzebnymi kłótniami. W Zapiecku, przynajmniej na razie, jest inaczej. Lepiej.
W Zapiecku wylądowałem na jedno piwko, odstresować się po wizycie w Gnieździe Szatana. Niestety, z jednego piwka zrobiły się dwa, trzy, cztery… I tak aż do nocy. Później podróż na Rąbień. Drzemka. Powrót do domu. Drzemka. Przeprowadzka Bonków. Drzemka. Niedziela. Ledwie wyszedłem z pracy, a już kończy się weekend.
Niedziela była zła. Toksyczne SMS-y i po raz kolejny wychodzi na to, że choć patrzymy na ten sam świat i oglądamy te same rzeczy, widzimy je zupełnie inaczej. Niepotrzebnie. O ile w Zapiecku jeszcze niczego nie spieprzyłem, tak moje mieszkanie robi się pod tym względem coraz gorsze. Szczęściem, za kilkanaście dni zostawiam to wszystko w pizdu.
Tydzień za to był dobry. Wziąłem pracę do domu. Teraz już nie biegam z puszkami taśmy filmowej. Trzepię palcami po klawiaturze. Katalog filmów robię. Praca w domu tyleż wygodna, co ciężka. A najcięższa motywacja. Niełatwo zebrać się w sobie i poświęcić kilka godzin dziennie. Dlatego wynajduje się inne zajęcia. Filmy, na przykład. Książki. Różnie.
Wtorek, to powitanie wiosny. Standardowo, w tym miejscu, gdzie jeszcze nic złego się nie wydarzyło. Z Justynką i Krysiem. Spokojnie. Jakiś koncercik. Piweczka. Bardzo miło.
Środa praca, ale czwartek znów bezpieczne miejsce. Docelowo. Bo z początku Dalmacja. Klub dopiero co odkryty (w grudniu), ale też już spalony. Niech to szlag! W Zapiecku, jak w domu. A nawet lepiej. Są koncerty, chłopcy śpiewają. Nie jest źle. Powrót do domu z przygodami (bo to zły autobus był). Piątek, biforek w barze Anna (dobre miejsce), w Iron Horse (też dobre miejsce), później plenerek 2006, na który zjawiło się więcej obcokrajowców (Erasmusów), niż Polaków. Pośpiewali po francusku, popili Żubrówkę i zagubili się. A my wylądowaliśmy, jakże by inaczej, w Zapiecku. Grali cyganie i było super. Później jeszcze przygoda w Retro. Barmanka była paskudna i niemiła, choć młoda. Bardziej pasowałaby do okienka pocztowego. Na złość jej i wszystkim w środku, zrobiliśmy pół striptiz i pokaz tańców brzucha. A co! Niech ma. Na koniec powrót, ale nie do domu. Do Aleksandrowa. I git. Co prawda nie dało się, jak cztery lata temu pójść na basen, ale też było nieźle. Noc, dzień, noc, dzień. Piwka, wódeczka, kinderniespodzianki. I powtarza się sytuacja sprzed tygodnia. Ledwie się człowiek obejrzy, jeszcze pamięta, jak szedł w czwartek do Z., a tu już łikend pękł. Pękł w Z. Na koniec nie mogłem sobie odmówić, i pojechałem samotnie poleczyć się trochę. Dwa piwka, długa rozmowa z Irlandią i dom, gdzie właściwie nie pasuję. Jak do Galerii.

Przypadkiem zajrzałem do najstarszej skrzynki e-mail. Jeszcze na yahoo. Oto, co znalazłem:
1 — (11.09.2003)
Terve (Hej) Gosia!
dopiero niedawno zlapalem kontakt ze swiatem za pomoca I-netu. dzieki za wiad. na GieGie.
do Fin. wrocilo lato… panuja tu teraz ‚upaly’ (oczywiscie, jak na lokalne warunki). temperatura jakos tak oscyluje w granicach 25-ciu stopni, co jest calkiem niezlym osiagnieciem.
ogonie cholernie podoba mi sie wyjazd za granice. ciesze sie niezmiernie, ze mi sie udalo. mysle sobie, ze to bardzo, ale to bardzo pozyteczne ‚doswiadczenie’. mysle tez, ze bede polecal je kazdemu.
sama Fin. nie rozni sie bardzo od PL. powiedzialbym, ze na pierwszy rzut oka roznic nie widac. wcale nie jest czysciej, schludniej itp., wcale Finowie nie sa bardziej zorganizowani, czy jakos inaczej poukladani w sobie. dopiero przy blizszym poznaniu widac, ze maja niektore maniery inne niz Polacy… ale – kazda nacja ma swoj styl.
mieszkam sobie w akademiku… mam swoj pokoj. obok mnie mieszkaja dwaj Chilijczycy, z nimi dziele kuchnie i lazienke… super goscie. prawie non stop sie smieja… a jak zaczynaja nawijac po hiszpansku, to juz w ogole jest ubaw, bo ja z hiszp. to rozumiem
jedynie dwa, moze trzy slowa… mniejsza o to…
calkiem nowym przezyciem bylo dla mnie poznawanie ludzi z ‚calego swiata’. wiesz… tu Chilijczycy, tu Argentynczycy, Hiszpanie, Wlosi, Niemcy i cala masa Francuzow… na tle tych ludzi Polacy wypadaja blado… zawsze laza naburmuszeni… staram sie nie miec z nimi kontaktow… w koncu nie przyjechalem tutaj by zabawiac sie z Polakami.
po niecalych dwoch tyg. ciezko mowic, zebym znalazl jakichs przyjaciol… mam kilkoro znajomych, sposrod ktorych wyroznia sie Soma, Wegier. z nim moge pogadac ‚o wszystkim’ (przy piwku, dwoch, trzech…)
wiem, wiem… dla Ciebie to zadna nowosc, ale dla mnie to super uczucie… byc gdzies daleko, nie mowic ‚swoim’ jezykiem itd.

na teraz koncze…
pozdr. serdecznie.
p.w.

PS
po ulicach, zamiast kotow, czy psow, w Jyvaskyla biegaja wiewiorki… cale tabuny wiewiorek :-)
—–

2 — (11.09.2003)
Terve (Yo) Wojt!

wreszcie, wreszcie po dlugich przebojach tutaj udalo mi sie dorwac do I-netu. mam jeszcze male problemy… np. nie moge sprawdzac e-maili na koncie retsatowskim (Retsat nie daje dostepu przez www), co mnie troche martwi, bo tamto konto bylo – jakby to powiedziec – oficjalnym kontem… i teraz nie wiem, czy ktos, cos do mnie pisze, czy nie… moze Ty znasz jakis sposob?
wszystkie aplikacje typu Outlook, Pegasus, Incredimail odpadaja… w gre wchodzi sprawdzanie jedynie z
jakiejs innej strony www.
jestes juz mgr? moze powinienem zaczac e-mail od ‚Terve mgr Kubiak!’? ;-) pamietam, ze wspominales cos o tym, ze bedziesz sie ‚magistrowal’ jakos we wrzesniu… nie pamietam dokladnej daty.
jesli jestes juz mgr, to z przyjemnoscia wypije Twoje zdrowie… zreszta, jesli nie jestes… tez wypije…
w ogole, myslalem, ze bedzie o wiele gorzej, ze bedzie tutaj problem z chlaniem… cale szczescie nie ma…
jest z kim sie napic (na razie w gre wchodzi tylko Wegier, Czeszka, jakies dwie murzynki i jakies Wegierki, ale na poczatek to juz cos), jest czego sie napic (znaczy sie piwsko, bo inny alko. jest cholernie drogi… wlasciwie to nie wiem, czy cholernie… srednio sie tym interesowalem… fakt jest taki, ze
inny niz piwsko alko. mozna dostac tylko w specjalnych sklepach… w zwyklych zawartosc alko. w napoju nie moze przekraczac 4.5%) i – co najwaznejsze jest za co sie napic (jak na razie przynajmniej… mam dniowke ok. 10€, 6 browcow kosztuje 5€, wiec mam jeszcze 5€ na fajki, chleb itp.)
mieszkam sobie w osobnym pokoju, ale obok mnie sa jeszcze dwa pokoje, w ktorych mieszkaja Chilijczycy (zabawni goscie, ale pic nie umieja) i z nimi dziele kuchnie i lazienke. warunki sa calkiem, calkiem…
moglbym miec I-net za darmo w kademiku, ale musialbym miec swoj komputer. o kupnie tutaj nie ma co marzyc… ceny laptopow zaczynaja sie od 1299€, a o przyslaniu z PL, czy innych rozwiazaniach tez srednio mozna myslec… troche szkoda, bo do ‚pelni szczescia’ – jesli moge tak powiedziec – brakuje mi wlasnie stalego dostepu do I-netu. dobrze, ze udalo mi sie w koncu zdobyc tutaj wlasny login i haslo. od tej pory moge (oczywiscie nie w godz. lekcyjnych, ale sa od tego wyjatki) siedziec na Univ. i ‚korzystac’ z Sieci.
na poczatek tyle wystarczy… jak sie wydarzy cos wartego wzmianki (nie wiem, czy mam pisac, o tym, jak sie tu uchlewam, jak prawie zerzygalem sie w saunie itp. ;-)), to jeszcze skrobne… jesli masz jakies konkretne pyt., to pisz na ten adres: underhill_79@yahoo.com, albo na: underhill_79@tlen.pl. te sa pewne… z retsatem, jak pisalem na poczatku sa problemy… moze z czasem uda mi sie je rozwiazac…
pozdr. tradycyjnym ‚psssyk’ (dzis kupuje 12 browcow, tak ‚na wszelki wypadek’).
p.w.
PS
pozdrow wszystkich, do ktorych dotrzesz… jesli ktos bedzie mial ochote ‚skrobnac’ do mnie, to przekaz te adresy…
—–

3 — (30.07.2001)
Hej SCIFO !!!

Mam do Ciebie wielka prosbe…
Jak zapewne wiesz, lub nie, jestem przez najblizsze dwa tygodnie na Chojnach i mam nieco utrudniony dostep
do Internetu. Ale nie potrafie sie bez niego obejsc, dlatego miedzy innymi siedze teraz w kawiarence. Mam jednak maly problem. Otoz nie moge dostac sie na swoja skrzynke na poland.com’ie i tu pojawia sie prosba do Ciebie. Czy moglbys sprobowac sprawdzic, czy cos do
mnie przyszlo… Miala tam sie pojawic informacja o spotkaniu, ktore mialo sie odbyc dzis. Poniewaz ja nie moge odczytac tej poczty, nie wiem, czy jest wciaz aktualne.
Jesli znalazlbys chwilke czasu, sprobuj dostac sie na moj adres pwalczak@poland.com i sprawdz, czy cos do mnie przyszlo. Najfajniej by bylo, gdybys skonfigurowal sobie outlooka na to moje konto (serwer pop3 i stmp -
mail.poland.com) i jesli by Ci sie udalo sciagnac e-mail’e, odczytal jeden od kolesia o ksywie PM2Z, albo Pawel Ziolkowski (nie pamietam, jak on sie
podpisuje) i wyslal mi na komorke info o spotkaniu (oczywiscie moze sie okazac, ze nic nie przyszlo, ale
sprobowac warto). A-ha, jesli bys ustawial to moje konto w outlook’u, to
zrob tak, by outlook pozostawial kopie wiadomosci na serwerze, ok?
Byloby bardzo fajnie, gdyby Ci sie udalo.

Pozdr.
Piotrek i Ania.

PS.
Sprawa jest w miare pilna.
—–

Jak to dawno temu było… A teraz? Połikendowy chaos i trzęsienie rąk. Dupa.
Bo z tylu różnych dróg przez życie / każdy ma prawo wybrać źle

wpis 720

Wspólnie Przywitajmy Wiosnę – Plenerek 2006

Wspólnie Przywitajmy Wiosnę – Plenerek 2006 (odsłona pierwsza) (czyli happening bez jakiegokolwiek celu)

Radość? Szczęście? Wiosna? Palma? Coś wyjątkowego? Tak. Zróbmy to.

Słyszałeś co ostatnio zrobili Hiszpanie? Jeśli nie słyszałeś, to możesz o tym przeczytać niżej. Pokażmy, że Polak też potrafi

Do rzeczy:
W najbliższy piątek (24 marca 2006) parę chwil przed godziną 20.00 spotykamy się w Łodzi w parku Sienkiewicza (przy fontannie od strony ulicy Sienkiewicza). Każdy, kto ma ochotę przynosi piwko.

PUNKTUALNIE O GODZINIE 20.00 UWALNIAMY PIWO Z PUSZEK I BUTELEK.

Przez dwadzieścia minut (do 20.20) spijamy sobie spokojnie wiosenny plenerowy browarek ciesząc się luźną pogawędką z osobami współplenerującymi, po czym opuszczamy miejsce spotkania i udajemy się na zwyczajowe piątkowe zabawy, do tych miejsc, do których zazwyczaj chodzimy w piątki wieczorem.

Sprowadź maksymalnie dużo osób. Wyślij proszę tego maila do wszystkich swoich znajomych. Pokażmy, że jest nas dużo – nie wiem po co, ale pokażmy! Niech Łódź będzie plenerowym pierwiosnkiem!

Ze spraw porządkowych: wiosenny pierwiosnek browarowy w parku Sienkiewicza spijmy w sposób maksymalnie niepozostawiający śladu. Postarajmy się nie zostawić nawet jednego śmiecia.

Nagle w środku dużego miasta spotka się dużo nieznanych sobie osób, wypije w pogodnej atmosferze wiosenne piwko i nie zostawiając po sobie fizycznego śladu rozejdzie się w swoje strony.

Fatamorgana?

Hiszpania: publiczne picie – turniej miast. PAP, pi 17-03-2006, ostatnia aktualizacja 17-03-2006 18:53

W wielu miastach hiszpańskich tysiące młodych ludzi zebrało się w piątek w parkach, na placach i w innych miejscach publicznych, żeby się wspólnie bawić i raczyć napojami alkoholowymi.

Pierwsze zbiorowe pijaństwa rozpoczęły się w Sewilli na południu i Valladolid na północy – informują stacje radiowe. Wczesnym popołudniem młodzi ludzie zaopatrywali się w sklepach w wino, rum, whisky oraz plastikowe kubki.

Wszystko zaczęło się od Sewilli, gdzie przed miesiącem studenci zwołali SMS-ami około pięciu tysięcy ludzi na zakrapiane przyjęcie pod gołym niebem z okazji zakończenia sesji egzaminacyjnej.

Młodzi ludzie z innych miast postanowili nie zostawać w tyle, a nawet poprawić „rekord” ustanowiony w Sewilli, a ta nie zamierza oddawać palmy pierwszeństwa. Umówiono się na 17 marca. Wezwania do wielkich zabaw pojawiły się w ok. 20 hiszpańskich miastach.

Minister spraw wewnętrznych Jose Antonio Alonso ostrzegł młodzież, że picie alkoholu jest zabronione w wielu miejscach publicznych i że policja nie dopuści do łamania prawa.

Minister zdrowia Elena Salgado skrytykowała ten swoisty turniej miast jako ”zamach na zdrowie” młodych ludzi.

Kto się nie pokaże, będzie musiał zdzierżyć w swych koszmarach…
postrach niepijących
Postrach Niepijących!

wpis: 719

Do wyjazdu pozostały 22 dni.

     Umyśliłem sobie, że dziś, wracając do domu, nabędę pasek do spodni, a także zrobię sobie zdjęcie do prawa jazdy. Ot, takie dwie niewinne czynności.
Pasek miałem zamiar kupić na retkińskim ryneczku, którego od samego początku nie trawię, ale który jest w miarę regularnym miejscem zaopatrywania się w niektóre rzeczy, zdjęcie zrobić u Pejskiej, gdzie regularnie się fotografuję, gdzie ostatnio – jakoś rok temu w maju – robiłem sobie zdjęcie do paszportu, na którym wyszedłem piekielnie opuchnięty i przepity (nie bez powodu).
     By czymkolwiek zająć sobie podróż tramwajem, przygotowywałem sobie gadkę z potencjalną sprzedawczynią pasków do spodni.
 — Pasek potrzebuję — niby mówię ja.
 — A jaki? — odpowiada sprzedawczyni.
 — A zwykły. Wie pani, ja nie potrzebuję jakiegoś specjalnego, z klamerką, gdzie wygrawerowana jest swastyka i napis „Gott mit uns”.
     Z kolei, u fotografa natknąłem się na młodą, miłą panienkę, której zupełnie się tam nie spodziewałem. Zawsze zdjęcia robiła mi właścicielka zakładu. Kobieta z pokolenia moich rodziców.
Jak to bywa w takich sytuacjach, gdy młoda, miła panienka odpowiadała mi „dzień dobry”, nabrałem obsesyjnego podejrzenia, że skądś ją znam, tylko znowu nie pamiętam. Szczególnie teraz, po incydencie na koncercie. Dopadła mnie paranoja, że po pijaku poznaję osoby, których potem nie mogę sobie przypomnieć. Co gorsza, nie mogę tego wykluczyć. Tak czy inaczej, młoda, miła panienka, choć na oko wydawała się znajoma, taką nie była. Zrobiła, co miała zrobić (nie udało się przepchnąć kolczyka, byłem zmuszony wydłubać go sobie z ucha), wzięła kaskę i tyle się widzieliśmy. A na zdjęciach wyszedłem lepiej, niż ostatnim razem.
     Ech… Codzienność.

wpis: 718

Do wyjazdu pozostały jeszcze 23 dni.

     Obejrzałem film Avatar (Singapur). Jeden z wielu, który kiedyś zakolejkowałem w eMule, a gdy już się ściągnął, nie pamiętałem dlaczego w ogóle nim się interesowałem. To się dość często zdarza. Ze względu na znikomą pojemność dysku, gdy tylko coś wpadnie mi w oko (muzyka, film), natychmiast dodaję do eMule, by czekało na swoją kolej. Czasem trwa to miesiąc. Czasem i pół roku. Później się zaskakuję, bo nie potrafię przypomnieć sobie, co strzeliło mi do głowy, by akurat tę, a nie inną rzecz, kraść z Internetu. Nieważne.
Film Avatar podobał mi się. Był z lekka cyberpunkowy (choć za jasny), a takie też lubimy. Ogólnie rzecz biorąc, opowiadał o przyszłości, w której wszyscy ludzie podłączeni są do globalnej sieci i niczego przed Systemem nie mogą ukryć. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Na takie wyjątki poluje główna bohaterka. Dostaje kolejne zlecenie. I gdy je wykonje, słabnie w niej wcześniejszy cynizm. Poznaje detektywa i razem starają się dowiedzieć, dlaczego jej kolejny cel ma być znaleziony i zlikwidowany.
Fabuła naciągana. Nie jakaś odkrywcza. Taki niskobudżetowy Matrix. I jak to bywa w tego rodzaju filmach, niski budżet przekłada się na grę aktorów (wątpliwej jakości) i efekty specjalne (bez komentarza). Jednak, jeśli bardzo się uprzeć (a wiemy, że nadinterpretacja nie jest mi obca), można doszukać się czegoś więcej, niż banalnej hisotrii rozgrywającej się w osławionej już niedalekiej przyszłości. Można pomyśleć, że film zadaje pytania o wolną wolę i determinację. Problem stary, jak świat, a przynajmniej tak stary, jak filozofia. O ile wcześniej problemem było, jak połączyć boską wszechwiedzę z ludzką wolną wolę, tak w czasie przyszłym problemem może być połączenie wszechwiedzy Systemu z tym, co ludzie robią i myślą. Może być, nie znaczy, że jest. Jeden z bohaterów mówi, że w różnych epokach różne – jakby to powiedzieć – rzeczy nazywamy Bogiem. Pojęcie pozostaje. Zmienia się jego zakres. Ale, żeby nie ciągnąć poważnego tematu, bagatelizuje zadając sobie retoryczne pytanie: „Czy to, co widzę, jest tym, na co patrzę?”
Do tego, do filmu nie ma polskich literek, więc i tak pewnie większości nie zrozumiałem. Ale fajnie się oglądało. Lekko.

     W pracy, po staremu. Właściwie to, co pierwotnie miało zostać zrobione – już wykonane. Teraz trzy tygodnie obijania się i wymyślania sobie, żeby nie zanudzić się na śmierć, coraz to nowych zajęć. Ostatecznie kończy się na przysłowiowym przelewaniu z pustego w próżne. Mimo to, zdarzają się urozmaicenia. Jednym są np. wizyty Warszawy. Przyjeżdżają chłopaki i zawsze wnoszą trochę ożywienia. Innym są cotygodniowe „praktyki” studentów filmoznawstwa. Przychodzą co piątek. Docelowo mają mnie zastąpić, jak już sobie ucieknę za granicę szukać szczęścia. Są o tyle urozmaiceniem, że dostarczają mi nowej roli – przewodnika po meandrach pracy w Filmotece. W piątki staję na wysokości zadania i sprawdzam się z zarządzania zasobami ludzkimi. Zabawa całkiem fajna. Tym bardziej, że chłopaki – jak to zwykle z początku bywa – są cholernie ambitni i nadgorliwi. Jakbym widział siebie na początku każdej drogi. Jednym zdaniem: jeszcze im się chce. Nie przypuszczałem, że na koniec przygody z Filmoteką zostanę „manadżerem”.

     W niedzielę za to, miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie zespołu, który w 2004-tym roku przebojem wbił się do grupy tych kapeli, które szanujemy, podziwiamy a przede wszystkim bardzo lubimy – Strachy Na Lachy. O ile koncert woodstockowy pamiętam, jak przez mgłę (alkoholową), a ich listopadowy koncert miał bardzo ciężką atmosferę z różnych względów, tak ten niedzielny był świetny. Zero stresu. Zero rozgrywek pozakulisowych. Tylko muzyka.
Do tego stopnia dobrze się bawiłem, że po raz pierwszy od dłuższego czasu, nie oglądając się na ryzyko, wlazłem pod scenę, by poszaleć, jak dawniej. Pokrzyczałem (choć nie do utraty głosu), poskakałem (do siódmych potów) i zeszło ze mnie napięcie (którego i tak nie było ostatnio wiele). Na dodatek spotkałem znajomych i nieznajomych. Zdravka z narzeczoną, Sylwię i jej dwie koleżanki (oczywiście imion nie pomnę), Anię i jej koleżankę (imienia również w pamięci brak), oczywiście Janka i jeszcze jednego znajomego ze Stadka (też bezimiennego). I ku mojemu zaskoczeniu, chłopaka, który na mój widok wrzasnął: „Underhill?” – już od dawna nie posługuję się tym pseudonimem – „Nie znasz mnie, ale moja koleżanka rozmawia z tobą na GG” (ech… ta popularność). Nie można zapomnieć o Krysiu i Przemku, z którymi i biforek i afterek – na spokojnie, na zimnie, na dobre i złe.

     Coraz częściej też pojawia się motyw kompletowania rzeczy na wyjazd. Na razie pewien jestem jednej rzeczy – Lalki. Bez niej z Łodzi się nie ruszę. Wezmę też jeszcze Dune. Co ponadto? Na razie ciężko zdecydować. Może trochę muzyki? Miłka Malzahn i jej Sequel się kłania. Się dopiero okaże.

wpis: 717

Gawiedziowstręt

     Jak co dzień, od dobrych kilku miesięcy, wczesnym popołudniem wracałem sobie do domu. Wracałem w dobrym – również, jak co dzień – nastroju. Tym lepszym, że wracam przed zmrokiem. Powroty po zmierzchu, czy to wcześniej ze szkoły, czy teraz z Filmoteki Narodowej, zawsze mnie przytłaczały. Nie to, żebym nie lubił ciemności… Ale jakoś tak sympatyczniej, kiedy przekraczam próg, a na niebie wciąż słońce. Mniejsza o to. Jak co dzień, wczesnym popołudniem wracałem do domu.
     Wysiadłem z tramwaju. Poczekałem na zielone światło. Przeszedłem jezdnię. Poczekałem, aż pod zdradziecką górkę, na której wiele osób, szczególnie zimą, ekwilibrystyczne odstawia fikołki, podejdzie jakaś panienka. Spokojnie wdrapałem się. Minąłem Lidla, gdzie akurat setki żyjących w pośpiechu retkinian robiło zakupy. Minąłem kort, na którym swego czasu pewna ekipa wydeptała triumfalne: „KOCHAM PIĆ”, a później: „DUPA”. Minąłem górkę osiedlową, na której zimą cała masa dzieciaków poluje na sankach na przechodzniów. Minąłem wreszcie gabinet lekarski i ścianę z wielkim napisem: „ELEGANCE”. Od klatki dzieliło mnie kilkanaście metrów. Wtedy się zaczęło.
     Tuż przed drzwiami stała sąsiadka. Inna, razem z córką i wnuczką, właśnie wysiadała z samochodu. Nie byłoby może w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie to, że piekielnie, wręcz paranoicznie, nie cierpię jeździć z sąsiadami windą. Drażnią mnie. Drazni mnie: „Dzień dobry, co u sąsiada słychać?”, drażni mnie: „Jak piesek?”, drażni mnie: „Co u brata?” i drażni mnie: „A sąsiad wciąż pracuje?” Krew mnie zalewa i kilkadziesiąt sekund wspólnej jazdy zamienia się w koszmar. Zbiera się we mnie szewska pasja, którą potem trudno zniwelować. Na samą myśl, że mam jechać z innym mieszkańcem bloku, w głowie wybucha wielkie: „Kurwa mać!”, a dłonie same zaciskają się w pięści. Stąd, kiedy tylko mogę, unikam towarzystwa. Nie widzę sensu, by narażać siebie na niepokój i sąsiadów na moją nieprzychylność. Tym razem nie było łatwo.
     Szybko oceniłem sytuację. Sąsiada, która właśnie otwiera drzwi, będzie jechać na czwarte piętro. Ta, która wysiada z samochodu, mieszka na „moim” – dziewiątym. Błyskawiczny rachunek i moment później znajduję siebie przy drzwiach, pomagającego sąsiadce nr 1 je otworzyć.

wpis: 716