Kalendarz

Luty 2006
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Luty 2006

+48608900000

Era: „Masz wystarczającą liczbę punktów Era Premia, żeby za darmo doładować konto użytkownikowi Tak Tak!”
Walczak: „Mam wystarczającą liczbę punktów Era Premia, żeby pojechać na Madagaskar!”

wpis: 711

Czwartek – niedziela.

Czwartek:
Nie zjadłem pączka, co oznacza, że – jak mówi telewizja – przez najbliższy rok nie będę szczęśliwy.
W zamian za to, poszedłem się odchamić. Na początek do księgarni Mała Litera na wieczorek poetycki z Jasiem Kapelą. Poetą młodego pokolenia (1984), który w chwili, kiedy prezentował swoją twórczość (a robił to dość topornie ze względu na wady wymowy – wymawiał arystokratyczne „ehrrr”, seplenił i jąkał się) wydawał mi się nawet przekonywający ze swoimi „wierszami” w stylu:
MacGyver
Zamiast karabinu
dali maszynowy papier
i długopis kulkowy.
A teraz mówią: Broń się.
czy:
Nie mam nic do powiedzenia dlatego piszę
Jaś żyje, a ja jestem jego prorokiem.
Więc otwórzcie umysł tępymi nożami,
starymi nożycami znalezionymi w piwnicy
i idźcie głosić, że oto nadszedł Ten,
co po angielsku znaczy dziesięć,
więc coś w tym musi być, a jeśli nie wierzycie
to zapytajcie swojej pani od angielskiego,
ona wam powie.
do tego stopnia, że miałem zamiar raz jeszcze odwiedzić Małą Literę, by na spokojnie przyjrzeć się temu, co Jaś napisał. Ale dziś, po kilku dniach, dochodzę do wniosku, że nie jest to moja bajka. Takie wydarzenie mogę traktować, jak odskocznię, ale nie jako esencję trwania.
Po Jasiu Kapeli, uczestnicy spotkania z nim zostali zaproszeni do kina Cytrna na film Gusa van Santa Gerry.
Gerry Film dziwny. Rozpoczyna się sceną podróży samochodem poprzez amerykańskie pustkowia. W pewnym momencie, dwójka bohaterów wysiada i decyduje się na wycieczkę po pustyni. Idą…
Idą…
Idą…
Niekiedy się do siebie odezwą.
Idą…
Idą…
Gubią się. Można byłoby pomyśleć, że wpadną w panikę, zacznie się histeria, wzajemne obwinianie, ale nie. Oni idą dalej. Kilka dni. Z rzadka mówiąc cokolwiek. Wreszcie jeden nie wytrzymuje.
Do tej pory wydawało mi się, że w filmach Jarmuscha nie dzieje się wiele, że islandzki film Noi Albinoi jest obrazem, który trudno przetrzymać (aczkolwiek końcówka rekompensuje godzinę i dziesięć minut wpatrywania się w ekran), ale nie. Na chwilę obecną Gus van Sant przebija wszystko. Jego obraz broni się jedynie plenerami. Nie można odmówić im malowniczości.
Co prawda, jeśli ktoś się uprze, w takiej podróży dwóch samotnych młodzieńców przez pustynię, może dopatrzeć się metafory poruszania się w pustkowiu wielkich miast, gdzie ludzie są tak samo skazani na brak kontaktu z kimkolwiek, są tak samo zagubieni i krążą bez celu. Pytanie tylko, czy jesteśmy uprawnieni do tak daleko posuniętej nadinterpretacji. Mniejsza o to.
Końcówka wieczoru standardowa. Zapiecek, później wyprawa na Lumumbów, drzemka u Pub-isia na schodach i powrót do domu przed świtem.

Piątek:
Praca, niezobowiązujące spotkanie z Art. i Magdą, w wyniku którego – jak zwykle zresztą – powstał plan, by w przyszłym tygodniu zrobić coś konkretnego, co – jak się później okazało – jest o tyle istotne, że w najbliższą sobotę BB ze względu na swoje urodziny wyrzuca mnie z domu.
Wieczór grzecznie w domu, przy lekturze Opowieści o nieumierającym świecie i przed telewizorem.

Sobota:
Od rana wycieczka na Lublinek. Po południu znów „Projekt Nieumierający Świat”. Mimo, że to ostatnia sobota karnawału, dla odmiany, można było ją spędzić na spokojnie. BB powiedział, że nie muszę już dla niego tłumaczyć filmu the Game Of their Lives, co jest dość poważną ulgą, bo oglądanie filmu sekunda po sekundzie, spisywanie tego, co mówią aktorzy i tłumaczenie, bynajmniej nie jest przyjemne. Psuje całą zabawę.
Wieczorkiem wziąłem się na Robbe-Grilleta i jego Dżin. Czerwona wyrwa w bruku ulicznym. Wytrzasnąłem go z Filmoteki pamiętając, jak swego czasu został mi polecony przez „wiadomo kogo”. Francuska „nouveau roman” w dobrym wydaniu. Warto było wrócić. Zakręcona na tyle, że jakakolwiek próba streszczenia czy zrecenzowania mijałaby się z celem.

Niedziela:
W planach kontynuacja „Projektu NŚ”. Wcześniej kilka godzin on-line, by w razie potrzeby odrobić pewne zaległości internetowe. Ponowna wycieczka na Lublinek i spokojne doczekiwanie poniedziałkowego poranka, kiedy znów wpadnę w rytm praca / dom / praca / dom.

wpis: 710

Krótka rozmowa z Ojcem Dyrektorem

 - Byłem w Sopocie.
 - Tak, Sopot. Fajnie miejsce. Ale poza molem i główną ulicą, to właściwie niczego tam nie ma. Za to Gdańsk! Ta Starówka, te nadbrzeża Motławy. A kościół mariacki! To dopiero jest coś…
 - Niech pan mnie nie podpuszcza.

wpis: 709

Zmiana planów

Miał być Shaman’s Blues the Doors (przez moment był). Mało być Nie zabiję nocy Wilków. Ale nie będzie.

wpis: 708

Film widmo

     Praca w Filmotece Narodowej, z pozoru, może wydawać się monotonna i mało refleksyjna. Otwórz karton, wyjmij puszki z filmem, zdecyduj, czy trzeba je znieść do piwnicy (filmy dokumentalne, a także wszelkie materiały na taśmach magnetycznych), zawieźć na pierwsze (seriale i filmy od „S”) czy na drugie piętro (filmy od „A” do „R”, filmy krótkometrażowe i filmy animowane). Przetransportuj w odpowiednie miejsce, posortuj, przejrzyj, czy nie są uszkodzone, kiedy trzeba opisz, skataloguj i ustaw we właściwym pomieszczeniu na właściwym regale.
Każdy karton zawiera około czternastu puszek z taśmami. Na każdy film składa się przynajmniej negatyw obrazu (NO), negatyw tonu (NT) i różnorakie taśmy dodatkowe – wśród nich zwiastuny, napisy, teledyski, fragmenty etc. Do tego dochodzi, przy niektórych filmach, dupnegatyw obrazu (DNO), duppozytyw obrazu (DPO), kopia wzorcowa (KW), musterkopia (MK), dźwięk magnetyczny zapisany na taśmie optycznej (RR), efekty dźwiękowe magnetyczne zapisane na taśmie optycznej (ERR), muzyka magnetyczna zapisana na taśmie optycznej (MRR) i ich kopie, kopie tych kopii itd.
Jedna puszka z taśmą, to jeden akt. Jeden akt, to około dziesięciu minut filmu. Przeciętny film trwa dziewięćdziesiąt, może sto minut. Łatwo policzyć, że całość będzie wynosić przynajmniej 10 aktów NO, 10 aktów NT, 10 aktów KW i kilka aktów materiałów dodatkowych. Często dochodzą DNO, DPO (także po 10 aktów) i jeden film rozrasta się do 50 puszek z taśmami.
Większość z tych filmów jest porządnie opisana. Na puszkach są etykiety, które mówią o tytule filmu, ilości aktów, roku produkcji itp. Niektóre są tajemnicze i nie posiadają etykiet. Wtedy procedura wygląda w ten sposób, że wyjmuje się taśmę, wplata w specjalną maszynę do przewijania i na jeszcze bardziej specjalnym ekranie do podglądu sprawdza, co kryła w sobie puszka widmo. Na szczęście, na początku każdego aktu (NO, NT, DPO, DNO, ale nie KW czy MK) znajduje się kilkanaście klatek z wytłoczonym tytułem i numerem aktu. W takich przypadkach identyfikacja, choć nie jest oczywista, nie jest trudna – jedynie trochę bardziej czasochłonna. Jeśli taka sytuacja ma miejsce, należy film porządnie opisać. Aby tego dokonać, uruchamia się Internetową Bazę Filmu Polskiego (..:: link ::..), wklepuje rozpoznany tytuł, a po uzyskaniu odpowiednich informacji, wypełnia się filmotekową naklejkę.
Na koniec, gdy już film jest ustawiony na swoim miejscu i właściwie opisany, trzeba jeszcze go skatalogować. Wypełnić odpowiedni formularz, w którym podaje się ile film ma aktów, jakie są do niego materiały podstawowe (NO, NT itd.) i jakie dodatkowe (zwiastuny, napisy początkowe, końcowe, duble, klatki stop itd.). Po tak wykonanych czynnościach, można powiedzieć sobie, że praca nad jednym filmem została uwieńczona sukcesem.
Filmów z Wrocławia przyjechało od groma i trochę, w związku z czym, tę procedurę powtarza się milion albo i więcej razy. Niekiedy jednak trafiają się zagadki.

     Znalazłem film z sierpnia 1989 roku, pt.: „Sara”. Co dziwne, do Łodzi dotarło 9 aktów, niestety, jedynie KW. Wpisanie w IBFP (..:: link ::..) wyświetla jedynie „Sarę” z 1997 roku, z Lindą, Pazurą, Włodarczyk i kim tam jeszcze. IBFP jest wciąż w fazie uzupełniania danych i już wielokrotnie zdarzało mi się, że jakiegoś filmu w niej nie było lub był pod innym tytułem (często materiały, które przyszły do Filmoteki Narodowej są opatrzone tytułem roboczym a nie takim, pod którym film był dystrybuowany), ale taki moment – w przypadku, kiedy brakuje NO czy NT – jest miejscem, od którego zaczynają się schody.
Gdyby to było NO lub NT, na początku i na końcu taśmy byłyby te klatki z tytułem i nie byłoby problemu. Wystarczyłoby odwinąć kawałek, przyjrzeć się dokładnie i już byłoby wiadomo, co dalej z takim aktem począć. W przypadku KW rzecz się ma inaczej.
Kopia wzorcowa (KW), to taki materiał, z którego następnie robione są kopie eksploatacyjne. Jest pełen. Nie zawiera informacji o numerze aktu czy tytule. Jest gotowy do tego, żeby go powielić i puszczać w kinach. To na szczęście oznacza, że posiada „kredyty”, „listę płac” czy jakby tego nie nazwać. Można spokojnie zobaczyć, kto jest reżyserem, kto operatorem, kto występuje i to jest normalna czynność w takim wypadku. Tak też zrobiłem.
Film poszedł na stół. Po kilkunastu metrach taśmy pokazał się tytuł: „Sara”, a po kilku następnych reżyser, pan Henry Kostrubiec (..:: link ::..). „No to jesteśmy w domu” pomyślałem sobie i pobiegłem do IBFP. Tam, wpisawszy jego nazwisko, dowiedziałem się, że w listopadzie 1989 roku, pan Kostrubiec wyreżyserował film pt.: „Oko cyklonu” (..:: link ::..). Na dodatek film powstał w Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu. Wyciągnąłem więc wniosek, że niechybnie „Sara” musi być roboczym tytułem „Oka cyklonu”. By się jeszcze upewnić, dalej zacząłem przewijać taśmę. Znalazłem operatora, pana Zdzisława Kaczmarka (..:: link&nbsp::..). Sprawdziłem w IBFP – zgadzało się. Operatorem „Oka cyklonu” był pan Kaczmarek. Zadowolony, już chciałem triumfalnie rozpocząć katalogowanie, kiedy przypomniałem sobie, że przecież Filmoteka, ma w swoich zbiorach „Oko cyklonu”. Mogę więc obejrzeć jego pierwszy akt KW i upewnić się, że to ten sam film. Czym prędzej pobiegłem poszukać odpowiedniej puszki, a kiedy dotarłem na miejsce, stanąłem jak wryty. „Oko cyklonu” składa się z dziesięciu aktów. Pojawił się pierwszy dysonans. Wziąłem jednak puszkę i poszedłem wrzucić ją na stół. Zacząłem przewijać i zobaczyłem właściwie to, co nie powinno mnie dziwić. Reżyserem tego filmu był pan Kostrubiec, operatorem pan Kaczmarek.
Wniosek mógłby być prosty. Najzwyczajniej na świecie, panowie Kostrubiec z Kaczmarkiem, w 1989 roku zrobili dwa różne filmy. Wniosek taki pewnie przyszedłby mi do głowy, gdyby nie to, że zdecydowałem się obejrzeć coś więcej, niż tylko ich napisy początkowe. I tak, zarówno w „Oku cyklonu”, jak i w „Sarze” na przyspieszonym podglądzie widać było biegających i strzelających hitlerowców, uciekających Żydów, narady w tajnych kwaterach i w ogóle, wiele rzeczy wyglądało podobnie. Wtedy pojawiła się kolejna myśl: „Może «Sara», to film z niewykorzystanych scen «Oka cyklonu»”? Jak człowiek siedzi kilkadziesiąt minut i sam wymyśla sobie problemy, wtedy takie – absurdalne – rozwiązania przychodzą mu do głowy. „Przecież w «Sarze» grają zupełnie inni aktorzy. Aktorzy! Właśnie!”. Z tą myślą znów wróciłem do „Sary”. „Oko cyklonu” już nie pozostawiało wątpliwości. Jest „Okiem cyklonu” i nie ma niczego wspólnego (nie licząc reżysera, operatora i roku produkcji) z drugim filmem, natomiast „Sara”…
Zobaczyłem, że główną rolę w tym filmie odgrywa pani Katarzyna Walter (..:: link ::..). Pełen nadziei, że może dzięki niej uda się rozwiązać zagadkę tajemniczego filmu widmo, pobiegłem wpisać jej nazwisko do IBFP. I dupa! Pani Walter, owszem, jest aktorką, występowała w kilkunastu filmach, ale nie w 1989 roku. W tym momencie zgłupiałem.
Oglądałem czołówkę, a później cały pierwszy akt filmu, który jest zatytułowany „Sara”. Ma konkretnego reżysera, operatora, został nakręcony w konkretnym roku i jest osoba – prawdziwa, nie fikcyjna – która odtwarza główną rolę. Mam 9, przyzwoicie opisanych puszek z taśmami. Mogę ich dotknąć, mogę je obejrzeć a w przypływie złości mogę nimi rzucić o ziemię. Ale mimo tego wszystkiego, wszelkie znaki w Internecie (odwiedziłem też m.in. stronę pani Walter, przegooglałem, co mogłem) i w wykazie filmów z Wrocławia mówią, że taki film istnieje.
Z dezorientacją, można byłoby się zapytać: „Jak jest”?

     „Tak jest”!

wpis: 706

Z cyklu: Podróże Walczaka dookoła świata – Sopot

     Jedziemy!
     Decyzja zapadła jednogłośnie. Była godzina siódma z minutami, dziewiętnastego dnia lutego, roku 2006-ego. Bohaterowie opowieści – Kryś i Walczak – znajdowali się na Świątecznej i właśnie postanowili gdzieś pojechać. A na Świątecznej nie znaleźli się przypadkowo.

     Dzień wcześniej, w sobotę, Walczak spotkał się z Wijatą, pożegnać się i załatwić ostatnie biznesy. Spotkał się także z Dejwem, napić się w Lizard Kingu piwka, Red Hota (spirytus, syrop malinowy, tabasco) i porozmawiać o życiu.
W tym samym czasie, Kryś robił bifor w Zapiecku, by pojechać – razem z Kubiakiem i Kupiszem – na tajemniczą zabawę, z której jednak szybko musiał się (razem z kolegami) ewakuować, bowiem Kupisz przyłożył któremuś z obecnych tam gości.
Koniec końców, Walczak i Kryś, a także Kubiak i Kupisz spotkali się w Zapiecku z zamiarem pogadania, a także poczekania na mające powrócić z gór Stadko.
Zamiar został zrealizowany i około godz. czwartej całe towarzystwo znalazło się na Świątecznej.

     Zanim Kryś z Walczakiem wsiedli do pociągu byle jakiego, spojrzeli w rozkład, dogadali się z Kubiakiem, co do dofinansowania podróży i uatrakcyjnienia jej gitarą („Weźmiemy, co Wojt? Zarobimy jakoś na powrót”), wykonali kilka telefonów i wysłali kilka SMS-ów by spróbować kogoś jeszcze zwerbować, na Retkini zrobili najpotrzebniejsze zakupy (dzbanek wina, kilka piw, papierosy, kilka bułek i coś do nich) i zaopatrzyli się w bilety.
Wsiedli do pociągu na północ. Ich celem, po krótkiej wymianie zdań, stał się Sopot. Gdynia, wydawała się Walczakowi, po kilku podobnie spontanicznych wyprawach, mało atrakcyjna, Gdańsk również. Kryś, pomimo uprzedniej znajomości miasta letniego festiwalu piosenki, uprzejmie zgodził się sugerując nawet, że jest tam jedno miejsce szczególnie warte odwiedzenia – knajpka gdzieś na lewo od Monciaka.
W pociągu chłopaki pogratulowali sobie decyzji, porozmawiali wesoło i pośmiali się szczerze, wypili piwka, wypalili papierosy i zmęczeni całonocnym czuwaniem padli spać [1].

     Obudzili się w Tczewie, a dobudzili w Gdańsku. Otworzyli dobre na każdą okazję Reddsiki. Zebrali się i wysiedli w Sopocie.
Spojrzeli na rozkład jazdy i sprawdzili, że powrót mają bądź o 20:50 (wtedy ok. kwadrans po trzeciej byliby w Łodzi) bądź o 0:30 (w Łodzi siódma z minutami). Było to o tyle istotne, że Walczak na drugi dzień miał iść do pracy, a nie chciał za bardzo przeginać i nie pojawiać się wcale, tudzież pojawiać się spóźnionym (zmęczonym, głodnym etc). Zadowoleni z perspektyw, ruszyli przed siebie.
Na początek sklep spożywczy z piwkiem, oczywiście przy głównej ulicy miasta. Po drodze dość standardowy, ale całkiem przyjemny neogotycki kościół, później Monciak (taka trochę mniejsza Piotrkowska), a przy nim rozpływający się dom, w którym znajdowało się kino. Dalej „najstarszy kościół w Sopocie” (rocznik 1869) i wreszcie – wiadomo – molo.
Weszli na rzeczone molo i postanowili pójść na sam koniec, żeby siąść sobie, wypić piwko, i z twarzami skierowanymi w stronę Szwecji zagrać na gitarze, rozkoszując się chwilą. Miejsce – niestety – zajęli im tamtejsi wędkarze i musieli zadowolić się prawie samym końcem. Kilka piosenek w wykonaniu Krysia, kilka łyków piwa i opowieści sprzed lat wypełniło im czas. Jednak po niecałej godzinie, ze względu na panujący chłód, zdecydowali się wrócić do miasteczka i poszukać jakiegoś miejsca, w którym można byłoby się ogrzać, a przy okazji coś zjeść.
Pierogarnia była droga, „Kebap” mało atrakcyjny [2]. Wylądowali w barze mlecznym Serwatka (w innych wersjach, Stefanka, Śmietanka itp.). Zamówili dwa zestawy podstawowe – piwo plus obiad – kotlet schabowy, surówki, ziemniaki (dla Krysia poczwórna porcja) i dalej cieszyli się chwilą.
Zjedli. Za oknem zrobiło się ciemno. Postanowili pójść jeszcze na plażę, po drodze odwiedzając jeszcze sklep spożywczy, zamelinować się gdzieś, obrobić dzbanek wina, pograć na gitarze tak długo, aż znów nie przemarzną i na ostatnie godziny pobytu w Sopocie odwiedzić jakąś przyjazną klubokawiarnię.
Plan zrealizowali.
Na plaży znaleźli kawałek murka tuż nad brzegiem morza, na którym mogli sobie przysiąść. Zrobili dzbanek winka. Pograli na gitarze, pogadali o tym i tamtym. Po raz kolejny zapewnili siebie, że taki wyjazd był im potrzebny [3]. Ostatecznie też zdecydowali, że do Łodzi wrócą tym pociągiem, który rusza po północy. Wrócili do miasta i zabunkrowali się w najlepszym miejscu całego wieczoru – Jazz & Blues café Puzon.
Klubokawiarnia rewelacyjna. Dobrze przyciemniona z przyciszoną, dżezową muzyką, utrzymana w ciepłych kolorach, specyficznie udekorowana, z bardzo miłą obsługą i klientelą. Zamówili po piwku i rozpoczęli właściwą część wieczoru. Rozmawiali o sprawach wielce poważnych i całkiem błahych. Śmiali się do rozpuku i popadali w nastrój zgoła odmienny. Dobrze się bawili, jak choćby wtedy, kiedy Kryś porwał dekorującą pomieszczenie suknię ślubną i przyodział się w nią. Czas mijał przyjemnie. Zamówili kolejne piwo i zastanawiali się, czy lokal nie zostanie zamknięty zbyt wcześnie. Zapytali się barmanki, bardzo sympatycznej zresztą, czy będą mogli posiedzieć do północy, czyli do momentu, w którym będą musieli przemieścić się na dworzec. Dziewczyna zapytała się w jakim celu, przecież o tej godzinie nic z Sopotu nie odjeżdża. Wtedy w ich oczach pojawiło się na moment zwątpienie. Dzięki uprzejmości barmanki, sprawdzili w Internecie rozkład jazdy. Wyszło na jaw, że – rzeczywiście – jest pociąg do Łodzi o 0:30, ale tylko w sezonie, a najbliższy, którym będą mogli wrócić odjeżdża dopiero o 5:38 i w Łodzi jest przed południem. Z trwogą spojrzeli po sobie. Poprzedni pociąg, ten o 20:50 już dawno odjechał. Dziewczyna powiedziała, że tak długo, jak to będzie możliwe, będą mogli pozostać u niej w barze, ale na pewno nie do piątej nad ranem. Ona ma swoje obowiązki i nie może zostać z nimi do samego końca. Ponieważ już i tak nie było odwrotu, postanowili się tym nie przejmować i dalej korzystać z chwili wytchnienia od wszystkiego.
Nadszedł jednak moment, kiedy musieli opuścić Puzon. Zapytali się jeszcze, gdzie w takim razie mogliby spędzić resztę nocy. Dowiedzieli się, że powinien być w Sopocie lokal, który jest czynny całą dobę, więc na upartego tam mogliby się zamelinować. Sęk w tym, że był to lokal dedykowany mniejszościom seksualnym. Nie mając wyjścia, musieli zaryzykować. Podziękowali za informacje, za mile spędzony wieczór i wyszli. Na koniec usłyszeli jeszcze: „Tylko, chłopaki, uważajcie na siebie i lepiej w Pomponie nie zasypiajcie”. Zaryzykowali i poszli.
Po drodze upewnili się jeszcze w przydworcowych jadłodajniach (budach z hamburgerami, frytkami itp.), jak dojść do Pompona i czy rzeczywiście jest to miejsce takie, jak dowiedzieli się w Puzonie. Napotkani taksówkarze i panie z jadłodajni potwierdzały ich wcześniejsze informacje.
Znaleźli lokal i weszli. Była godzina druga z minutami. Małe wnętrze, oświetlone – a jakżeby inaczej – na czerwono-różowo, przyozdobione plakatami ponętnych chłopców z muzyką lat osiemdziesiątych takich wykonawców, jak Erasure, the Village People itp. Natychmiast skupili na sobie uwagę gości. Gdy zamawiali kawę, ledwie minutę od wejścia, usłyszeli pierwsze pytanie: „Skąd jesteście”. Chwilę później następne: „A macie gdzie spać”. Odpowiedzieli prawdę i spokojnie przyjęli postawę obserwatorów [4].
Walczak spijał kawkę, a Kryś przyglądał się uważnie. Gesty, zachowania, spojrzenia, specyficzny głos i sposób bycia gości sprawił, że o ile w nim budziła się ciekawość, o tyle w Walczaku narastała niechęć. Wytrzymał godzinę. Przeprosił Kubę i poprosił aby się gdzieś przemieścili. Bał się o siebie i o to, żeby nie zaczął czynić jakichś niewybrednych komentarzy czy czegoś w tym stylu. Tolerancja tolerancją, niech sobie wszyscy geje i wszystkie lesbijki żyją w swoich wspólnotach. Mnie nic do nich. Tym niemniej, nie miałem najmniejszej ochoty uczestniczyć w tych ich wspólnotach, nawet jako postronny widz. Opuścili Pompon.
Do odjazdu zostały im jeszcze dwie godziny z hakiem. Nie mając nic lepszego do roboty zaczęli chodzić po opustoszałym, nocnym Sopocie. Zahaczyli o sklep nocny, zaopatrzyli się na podróż i robili wszystko, żeby te dwie godziny jakoś minęły. Zapuszczali się w mniej uczęszczane uliczki. Jedną, o długości góra trzystu metrów, przebyli w rekordowe czterdzieści pięć minut. Każde usłyszane uderzenie kościelnych dzwonów przybliżało ich do powrotu. O piątej zawinęli na dworzec. Kupili bilety. Kupili podłe, przydworcowe żarcie. Zjedli i ustawili się na peronie. Zgodnie z rozkładem przyjechał pociąg. Wsiedli, zajęli przedział. Kryś natychmiast padł. Walczak spił jeszcze dobrego na każdą okazję Reddsika, zapalił ostatniego papierosa i również padł. Budził się tylko wtedy, kiedy trzeba było pokazać bilety.

     Było już jasno, kiedy ze snu wyrwał ich postój. Przerażeni zerwali się na nogi sprawdzić na jakiej są stacji. Na szczęście nie była to Łódź Kaliska, a jedynie Kutno. Tę chwilę nieuwagi wykorzystał jakiś pan, który dosiadł się do nich. Kryś nie bardzo się nim przejął i dalej poszedł spać. Walczak już tylko przysypiał.
Dokładnie o godzinie 11:45 pociąg wtoczył się na ich stację. Wysiedli, podziękowali sobie za podróż. Kryś skierował się w stronę domu, Walczak podążył do pracy.

     I tylko jedna zagadka w tej całej wyprawie pozostanie już na zawsze nie rozwiązana. Ani Kryś ani Walczak nie przyznają się do zainicjowania pomysłu. Nie mogą też sobie, i już nigdy tego nie zrobią, przypomnieć kto jako pierwszy powiedział: „to może gdzieś pojedziemy”?

—–
[1] – Refleksja pierwsza: Były czasy, kiedy będąc młodym chłopcem, bardzo przeżywałem każdą podróż pociągiem. Stawała się ona dla mnie okazją do podziwiania wszystkiego tego, co tak szybko uciekało za szybą. Pozwalała zachwycać się przemijającymi łąkami, polami, wioskami, miasteczkami etc. Dawała także sposobność pomachania napotykanym ludziom i uśmiechnięcia się do nich. Wreszcie, fascynowała tym, że niby nic, a już jest się w Poznaniu, Krakowie czy innym miejscu Kraju. Później nastąpił moment, w którym podróżne jednoznacznie zaczęły kojarzyć się z imprezami. Wsiadało się z klasą ze SP, zajmowało przedział i rozpoczynało przyjęcie. Tak samo podczas jedynej podróży z klasą z LO i wieloma innymi w tamtych czasach. Ostatnio natomiast, podróż pociągiem staje się tą chwilą, w której można odpocząć, przespać się, przygotować do dalszej części dnia czy nocy.
[2] – Refleksja druga: W Łodzi nie chadzam jeść na mieście. Ograniczam się do podłych piccerii, Mc Donald’sów ewentualnie – ale to kiedyś – Golonki. Fakt, może nie mam takiej potrzeby, ale niekiedy chciałoby się pójść coś zjeść w jakimś lokalu. Mogę mieć nadzieję, że przed wyjazdem jeszcze będę miał okazję.
[3] – Refleksja trzecia: Przychodzą takie chwile, w których trzeba „coś” zrobić. Coś, co jest mniej lub bardziej, ale konstruktywne. Niektórzy wykorzystują je [te chwile] na stworzenie czegoś, inni popadają w jakąś chwilową pasję (zaczytują się na śmierć, zajeżdżają na rowerach itp.), ja od marca 2004 roku – o ile to tylko możliwe – ruszam w podróż. Kraków, Toruń, Gdynia, Wrocław i inne takie zawsze dawały odprężenie. Odprężenie, które jest mi potrzebne tym bardziej teraz, kiedy coraz więcej chmur gromadzi się w okolicy i jeśli wyjazd do Eire nie będzie sukcesem, to zaczynam obawiać się, czy ich ciężar nie przytłoczy mnie za mocno.
[4] – Refleksja czwarta: Nie dalej, jak dwie czy trzy godziny wcześniej, rozmawiałem z Kubą (właściwie, to on zasugerował), że może warto byłoby odwiedzić podobny lokal w Łodzi. Choć wcześniej w takim nie byłem, a mój stosunek do „mniejszości seksualnych” jest dość jednoznaczny, wyraziłem chęć. Przede wszystkim z ciekawości. Wiele rozprawiało się o podobnych miejscach, ale ponieważ były to rozmowy jedynie teoretyczne, wszelkie wnioski z nich płynące nie były poparte obserwacją czy doświadczeniem. Wypadałoby, jeśli chce się zabierać głos w jakiejś sprawie, mieć o niej więcej wiedzy, niźli tylko pochodzące z pogłosek i półsłówek przesłanki i przypuszczenia.

Na koniec, przebój piątkowego – dla odmiany – wieczoru. Łódzki zespół Prząśniczki i ich świetna, stylizowana na pewien gatunek muzyczny i posiadająca dość specyficzny tekst piosenka pt.: Pewna część ciała ci w pewną część ciała.

To był zwyczajny, ciepły, letni dzień
Wtedy na plaży, w słońcu opalałem sięęę
Something like prąd, poraził mój mózg
Kiedy w kąpieli, zjawiła ona sięęę
Wszystkie wieczory, spędzałem teraz z nią
W łóżku, na stole i gdziekolwiek „yndziej” bądź
Potem odeszła, gdy zjawił sie ooon
Zdążyłem krzyknąć, za nią tylko tooo
Po prostu chuj ci w dupę, ooo…
Po prostu chuj ci w dupę
Nie pójdę za niąąą, ooo…
Choćby nie wiem co
Po prostu chuj ci w dupę!

Kilka wieczorów męczył mnie moralny kac
Ciągle myślałem, jeść nie mogłem ani spać
I gdy na dno już prawie stoczyłem się
Wtedy w mych drzwiach zjawiła ona sięęę
Wszystkie wieczory spędzałem teraz z nią
W łóżku, na pralce i gdziekolwiek „yndziej” bądź
Potem została z bardzo głupią miną
Krzyknęła tylko, gdy odszedłem z inną
Po prostu chuj ci w dupę, ooo…
Po prostu chuj ci w dupę
Nie jesteś wartyyy, ooo…
Funta kłaków gość
Po prostu chuj ci w dupę!

Po prostu chuj ci w dupę, ooo…
Po prostu chuj ci w dupę
Po prostu chuj ci w dupę, ooo…
Po prostu chuj ci w dupę

Myślisz, że to wszystko takie łatwe jest
Miłość to miłość, a seks to seks
Jeśli kiedyś na kimś przejechałeś się
Razem z nami zaśpiewaj refren ten
Po prostu chuj ci w dupę, ooo…
Po prostu chuj ci w dupę
Po prostu chuj ci w dupę, ooo…
Po prostu chuj ci w dupę

Miłość to miłość, a seks to seks
Chuj ci w dupę…
Miłość to miłość, a seks to seks
Chuj ci w dupę…

wpis: 705

Nocne opowieści

– Proszę pana, proszę pana…
Ze snu wyrwał go obcy głos. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą kierowcę oraz jakiegoś strażnika.
– Proszę pana, proszę pana. To już koniec.
– Tak, tak. – Odpowiedział strając się skoncentrować na tym, co widzi a nie na tym, o czym śnił przed chwilą. Był trochę zdezorientowany.
– Musi pan wysiąść. Dalej nie pojedziemy.
Wstał. Rozejrzał się dookoła i pytającym wzrokiem spojrzał na tajemnicze postacie.
Wysiadł.
Otoczyła go ciemność, za nią mgła a trochę dalej jakieś obce budynki.
– Dokąd pan jedzie?
– Na Retkinię.
– A. To proszę w lewo. Dojdzie pan do ronda i tam będzie pański przystanek.
– Dziękuję.
Wciąż zdezorientowany ruszył we wskazanym kierunku. Z kroku na krok rozpoznawał coraz więcej szczegółów. Budynki, które nie były całkiem obce. Tory tramwajowe. Wreszcie rondo, o którym wspominał strażnik. Ostatecznie zdał sobie sprawę, że jest w okolicy, gdzie kiedyś chodził do LO. W okolicy, z której przez cztery lata wracał dzień w dzień do domu tylko po to, by później, przez kolejne trzy lata odjeżdżać z przystanku, na który właśnie szedł.
Zapalił papierosa. Spojrzał na rozkład. Miał czekać kilkanaście minut. Przypominał sobie Biały Kościół, podróże z Retkini na Chojny i z powrotem. Przypominał sobie wiele rzeczy.
Nadjechał jakiś autobus. Nie jego. Zaciągnął się papierosem po raz ostatni.
Kilka chwil później przyjechał inny autobus. Wsiadł.
– Przepraszam. – Zapytał kierowcę. – Dojadę tym na Retkinię, prawda?
Nie usłyszał odpowiedzi. Usiadł i spokojnie przeczekał podróż.
Na Retkini wysiadł i już bez większych przeszkód, około magicznej godziny 5:30, wrócił do domu.

wpis: 704

„W akademikach najlepiej się pije (…)”

Wieczór i noc spędzone w akademiku pozwalają przekonać się, że:
– Można imprezować z kierowniczką akademika,
– Można o pierwszej po północy iść z obcym towarzystwem do Tygrysa,
– Można zapomnieć dokąd się szło i zahaczyć o sklep „Kacuś”,
– Można dyskutować o metafizyce pobytu z panią portierką,
– Można zasnąć na łóżku a obudzić się na podłodze (co tylko dowodzi tego, że pomysł z matercykiem w domu nie jest bezzasadny),
– Można rano zjeść rozwodnioną jajecznicę, wypić Reddsa i zostać zaskoczonym przez dwójkę dzieciaków z pokoju naprzeciwko.
– Można, prawie po dwudziestuczterech godzinach, opuścić lokal w tak samo dobrym nastroju, jak w chwili wchodzenia.

wpis: 703

Stało się

Otóż, bilet na lot – nomen omen – nr 1979 wykupiony. Startuję 6-ego kwietnia i nie wracam. :-)

/cum alienum nuntiorum: Niech żyje Zapiecek, Da Grasso i Biblioteka!

wpis: 702

Odwracamy porządek rzeczy

Najpierw idziemy do lokalu, gdzie robimy „bifor”, a dopier później przenosimy się na „domówkę”.

wpis: 701