Kalendarz

Listopad 2005
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

Miesięczne Archiwa: Listopad 2005

Andrzejkowe wróżby – serduszko

Hmmm…

wpis: 668

A mogło być o wiele, wiele lepiej

     W czwartek przyszło odszkodowanie. Miał to być początek wielkiego powrotu do życia. Po dniach, tygodniach spędzonych na wgryzaniu zębów w ścianę, wreszcie miałem móc pozwolić sobie na tych kilka drobnych przyjemności, których wcześniej musiałem sobie odmawiać. Plan był dość jasny. Większą część tego odszkodowania przeznaczyć na szkołę[1]. Trochę włożyć w komputer (nagrywarka, żeby w końcu zrobić porządek z tym, co zgromadziło się przez ostatnich kilka miesięcy). Zainwestować w telefon (z nadzieję, że nie będzie on mi służył miesiąc, dwa – jak to miało miejsce w tym roku – ale, że będzie ze mną przynajmniej dwa, trzy lata). Za to, co zostanie, nadrobić zaległości towarzysko-kulturalne (wybyć gdzieś do klubokawiarni, pójść do kina, na koncert). Taki był plan.

     Zacząłem realizować go już w czwartek. Odwiedziłem Galerię Łódzką (gniazdo Szatana), w której szukałem kontaktu ze światem za pomocą telefonu i w której – jak zwykle zresztą – się zgubiłem, a pytając się w informacji o wyjście, wzbudziłem ogólną radość.
Dalej poszedłem do salonu i tam, po półgodzinnej konwersacji z miłymi paniami z obsługi, udało mi się nabyć „kontakt ze światem”. Od czwartku jestem ponownie skomórkowany. Już prawie zapomniałem, jak to jest dostawać i wysyłać SMS-y. Nie będę ukrywał. Przez dwa miesiące zdążyłem przyzwyczaić się i nawet polubić tę ciszę w eterze. Tylko niekiedy brakowało mi możliwości zadzwonienia czy napisania, ale były to wyjątkowe sytuacje.
Na koniec, odwiedziłem jeden z tych snobistycznych lokali – Zapiecek. Później jeszcze Akwarium i Za Drzwiami, aż wreszcie wylądowałem na Przędzalnianej.

     W piątek rano, na moment wróciłem do domu. Ogarnąłem się trochę i od siebie pojechałem do pracy. Dzień był lekki. Zadań nie było wiele do wykonania. Uwinąłem się z tym dość prędko i mogłem kontynuować plan. Znów odwiedziłem łódzkie „Gniazdo Szatana”.
Udało mi się kupić nagrywarkę. Do niej jeszcze klawiaturę, która wpadła mi w oko i nie mogłem się opanować. Nagrywarka sprawuje się dobrze. Na klawiaturze uczę się pisać. Ma trochę inny rozkład klawiszy, niż zwykła i np. ciężko trafia się w Alt. Mniejsza o to.
Po zakupach postanowiłem podjechać na moment do dawno nieodwiedzanej Restauracji Kresowej. Zamiar był taki, by wypić jedno, dwa góra trzy piwka i wrócić do domu, gdzie chciałem zająć się nowonabytymi częściami. Przypadek jednak, a może przeznaczenie, sprawiły, że w Restauracji spotkałem Skarba D. z Reggae Reggae . Powoli stawało się jasne, że już tego dnia mogą pojawić się problemy z wczesnym i przyzwoitym powrotem do domu. Nie ulegało wątpliwości, że od słowa, do słowa zdecydujemy się na pobyt w centrum do wieczora albo i dalej.
W Restauracji Kresowej jedno piwko i wściekły pies. Później dwa piwka u Dejwa. Wódka u Pana Zbysia, piwko w Akwarium i trudny oraz mało pamiętany powrót do domu. Piątek nie był zły.

     Sobota, to wizyta na Dąbrowie u seniora rodu. Ponownie w roli kierowcy. W południe walka z komputerem (miał zastrzeżenia do klawiatury). A wieczór, to wizyta u Bonków.
Trochę Żubrówki, więcej rozmów.
Ciężki poranek, przedpołudnie i popołudnie. Wciąż myśl, by zebrać się w sobie i pojechać na drugi koniec miasta. Ostatecznie jednak myśl nie do zrealizowania. Wczesny powrót do domu i silniejsza od wszystkiego drzemka.

     Poniedziałek to zaskoczenie. SMS w telefonie: „spierdalaj”. Później kilka następnych o podobnej treści. Na koniec jeszcze: „nie ma sensu”. Jeśli nie ma, to nie ma. Sprawa dość jasna. A szkoda. Bo plan, by wreszcie móc nie odmawiać sobie wszystkiego, by móc cieszyć się wspólnie choć chwilowym dobrobytem legł w gruzach.

     Dziś „Andrzejki”. Powróżę sobie. Co się będę? Może wywróżę sobie coś dobrego? Oby.

     Środa jeszcze wolna, ale już od czwartku z powrotem na Łąkową.

—–
[1] – Tak brzmi oficjalna wersja. Teoretycznie zarobki z Łąkowej, ale także część odszkodowania mają pokryć koszty ewentualnego powrotu do szkoły, ale już dziś wiem, że ten powrót do szkoły jest tylko przykrywką. Tak naprawdę, na 95% będę chciał uciec z Polski. Do Irlandii. Do Wijaty. Taki wyjazd powinien dobrze mi zrobić. Mój kraj, owszem, na zawsze pozostanie czymś ważnym, ale moje do niego „uczucie” nie przeszkodzi mi w zwianiu. Zamiast „american dream” – „irish dream”. Co z tego wyjdzie? Będzie wiadomo prawdopodobnie już w marcu. Do tego czasu powinienem uzbierać odpowiednią kwotę, a po drugie, od marca do Dublina z Łodzi będą latać bezpośrednie samoloty.

wpis: 667

Tymon Tymański & the Transistors – Ewakuacja Watykanu

wszystkie skarby Watykanu są już dawno spakowane
666 wagonów na stacji Babilon Zentrale
666 poziomów pod bazyliką w Licheniu
właśnie wnoszą archiwalia młodzi księża w milczeniu
nikt nie mówi ani słowa, nikt nie dziwi się niczemu
wszystkie skarby tego świata pod bazyliką w Licheniu
tajna baza atomowa i wyrzutnia rakietowa
zakupiona z datków wiernych ewakuacja władz kościelnych

gdzie jest Pan? czy opuścił Watykan?
gdzie jest Zły? niewierni wierni szczerzą kły…

wielka kosmiczna ekspedycja dawno już przygotowana
663 rakiety polecą na Aldebarana
wszyscy święci maszerują, mały Lipko gra akordy
a Pospieszalscy nawracają kosmiczne bezbożników hordy
tajna baza atomowa i wyrzutnia rakietowa
zakupiona z datków wiernych ewakuacja władz kościelnych

gdzie jest Pan? czy opuścił Watykan?
gdzie jest Zły? niewierni wierni szczerzą kły…
mamy plan ewakuować Watykan
mamy plan ewakuować wszystko, co się da

wpis: 666

3

23 XI 2005 r., godz. 15:24, Łódź, ul. Mickiewicza / Żeromskiego (al. Politechniki). :-/

wpis: 665

statystyki

statystyki

wpis 664

PZU SA

1785 PLN (sic!)

wpis 663

Scenka rodzajowa, typowa

osoby: Walczak, Pani Ela;
czas: przedpołudnie, czwartek, 17-ego listopada 2005-ego roku;
miejsce: Filmoteka Narodowa, ul. Łąkowa.

Walczak, pierwszy dzień pracy, o której nasłuchał się już od swoich znajomych – Wijaty, Bonka i RR – wiele, wykonuje polecenia Pani Eli.
Pani Ela: Panie Potrze, proszę to tu.
Pani Ela jakiś czas później: Panie Piotrku, to może jeszcze pan to tu, a tamto tam.
Pani Ela jeszcze później: Panie Piotrusiu, proszę, niech pan tamto stamtąd tu.
Pani Ela na sam koniec: To o której jutro, Piotruś, przyjdziesz?
Walczak w myślach: …
Kurtyna!

wpis: 662

się działo

     Na początek szkolno-wojskowy interes. Do dziekanatu, w ostatnich dniach, chodziłem, jak do domu. Niemal dzień w dzień. Najczęściej do Piotrka, raz do pani Ilony. Piotrek już z daleka rozpoznawał mnie, wiedział po co przychodzę i z jednakowym spokojem informował, gdy pojawiały się we mnie jakieś wątpliwości.
Zasugerował urlop zdrowotny (ewentualny powrót na ostatni semestr z takiego urlopu byłby bezpłatny). Podał warunki. Zgodziłem się bez wahania. Jednak zupełnie zapomniałem, gdzie mogłem mieć w domu wymagane dokumenty – zwolnienie lekarskie i wyniki badań. Szlag. Musiałem zdecydować się na urlop dziekański (a po ewentualnym powrocie płatne powtarzanie ostatniego semestru). Złożyłem wymagane podanie i dostałem zapewnienie, że zostanie ono jak najszybciej rozpatrzone. Przyjechałem w wyznaczonym terminie (w dniu, w którym miałem stawić się w Wojskowej Komendzie uzupełnień). Pani Ilona – co dziwne – uprzejmie i dość beztrosko poinformowała mnie, że: „Pańskie podanie, oj, wie pan co, pan dziekan zapomniał podpisać”. Dodała jeszcze, żebym przyszedł za kilka dni.
Jak wspomniałem na początku, w dziekanacie bywałem na tyle często, by zacząć traktować go jak drugi dom, i pobyt tam nie robił na mnie większego wrażenia.
Po raz kolejny pojechałem moją ulubioną linią tramwajową nr 12, dojechałem do parku Staszica, przebrnąłem przez niego rozglądając się bacznie, czy nagle nie zaatakuje mnie Skarb A z kolą w ręku, wszedłem do Instytutu Historii i stanąłem w kolejce. Odczekałem swoje, wbiłem się do dziekanatu. Przyjmował Piotrek.
Na mój widok, znużonym nieco wzrokiem i bez nadmiernej natychmiastowości, powiedział, że podanie zostało zatwierdzone, pan dziekan wyraził zgodę i dzięki temu on, z czystym sumieniem może mi wystawić zaświadczenie o pobieraniu nauki. A właśnie o to przecież w tym wszystkim chodziło.
     Nie poszedłbym w październiku do dziekanatu, gdybym nie dostał wezwania z WKU. Zupełnie zlekceważyłbym sprawę. Przerwałbym studia nie myśląc więcej o filozofii, uniwersytecie, nauce w ogóle. Postarałbym się zająć czymś konstruktywniejszym. Przygodę zwaną edukacją uznałbym za zakończoną. A tak? Przez to przeklęte WKU musiałem jeszcze raz narażać się na konfrontację z moimi wykładowcami (których bardzo cenię, ale wobec których mi głupio, że dałem sobie spokój do ostatniego momentu zdradzawszy zainteresowanie tym, co do mnie mówią), znajomymi z uczelni czy dziekanatem samym w sobie. Jednak wizja uczestnictwa w narodowym programie obrony granic państwa przed najeźdźcą z… Właśnie? Z Białorusi? Z Rosji? Nie pasjonowała i nie pasjonuje mnie. Postanowiłem pokazać wojsku, że jeszcze studiuję.
Piotrek wystawił mi zaświadczenie o pobieraniu nauki. Zadowolony chciałem je natychmiast przechwycić, ale nie. „Pan dziekan przecież musi je jeszcze podpisać, a dziś, teraz go nie ma. Przyjdź za kilka dni”. Co miałem zrobić? Ponownie odbyłem swoją krucjatę, swoją Drogę Krzyżową przez czternaście przystanków na trasie dwunastki, by wreszcie dotrzeć do dziekanatu i odebrać upragniony dokument.
Na nim, czarno na białym, stało, że studentem jestem do 30.09.2006 r.
Tą radosną nowiną podzieliłem się wczoraj z WKU i złożywszy odpowiednie podanie (biurokracja górą, nigdy nie miałem z nią tyle do czynienia, co ostatni miesiąc) dostałem odroczenie od zasadniczej służby wojskowej do końca września przyszłego roku.
     Mimo wszystko, to nie rozwiązuje problemu.
Po pierwsze, jeśli do końca marca nie wpłacę przynajmniej pierwszej raty za powtarzany dziesiąty semestr, w połowie kwietnia – jak przypuszczam – dziekan znów skreśli mnie z listy studentów i wyśle stosowne zawiadomienie do Wojskowej Komendy Uzupełnień. Wtedy przywrócenie na taką listę może nie być równie proste, jak teraz. Będzie rozbijało się o fundusze, które nie wiadomo, czy do tego czasu zgromadzę.
Pewną nadzieję pokładam w rozpisaniu spłaty całości kwoty – 1 700 PLN – na raty. Piotrek z dziekanatu zapewnił mnie, że jest taka możliwość. Co więcej, jest również możliwość umorzenia części opłat. Jak przyjdzie co do czego, będę z tego próbował korzystać (chyba, że jakimś – boskim – cudem, nagle z nieba spadnie mi 1 700 PLN i będę mógł w dziekanacie przedstawić dowód przelewu).
Po drugie, nawet, jeśli w nadchodzącym semestrze letnim nie zostanę skreślony z listy studentów, to i tak później, w październiku tak się stanie. Procedura z wezwaniami do WKU powtórzy się z tą jednak różnicą, że nie będę mógł wrócić na Filozofię. Drugi raz urlopu dziekańskiego nie dostanę. Może dostałbym urlop zdrowotny, ale wtedy, w tym nadchodzącym semestrze letnim musiałbym sobie jakąś porządną krzywdę wyrządzić, która unieruchomiłaby mnie minimum na miesiąc czasu.
Taką ewentualność [krzywdę] wykluczam. Pozostaje więc metoda na „drugi kierunek”. Zapisać się gdzieś, gdzie przyjmują wszystkich chętnych, np. na jakąś Fizykę czy inny, równie egzotyczny kierunek i tam do marca uchylać się od służby wojskowej. A to wszystko dlatego, że prawdopodobnie obowiązek odbycia zasadniczej służby wojskowej obowiązuje poborowych z kategorią A (mam taką od 1998 r.) do 28-ego roku życia.
Jednak w marcu 2007-ego roku nie będę miał jeszcze 28 lat. To stanie się dopiero w czerwcu. Czy przez te trzy miesiące udałoby mi się przemknąć niezauważonym? Ciężko stwierdzić.
Ostatnią deską ratunku wydaje się ucieczka za granicę. Jednak w takim wypadku istnieje ryzyko, że wyjeżdżając kupowałbym bilet w jedną stronę. Zamykałbym przed sobą szansę powrotu. Czy odważyłbym się na taki krok? Ja? Patriota, któremu nie było łatwo wytrzymać ledwie trzech i pół miesiąca na dalekiej północy, w Finlandii? Jeśli wszystko inne zawiodłoby? Nie wiem, czy dla ucieczki od wojska warto uciekać z kraju.
     Tak czy inaczej, to wszystko jeszcze przede mną. Na dzień dzisiejszy jestem studentem dziewiątego semestru studiów dziennych, magisterskich, na kierunku Filozofia, wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Łódzkiego. By wszystkim formalnościom stało się zadość, musiałbym jeszcze odebrać legitymację. Na razie jednak nie spieszy mi się z tym. Postaram się jakoś do końca roku.
Dodam jeszcze, że w tzw. „międzyczasie” pooddawałem do bibliotek książki (które trzymałem od roku do kilku miesięcy) i nawet udało mi się uczynić to bez większych problemów. Żadna z pań bibliotekarek, która przyjmowała je ode mnie, nie nakrzyczała jakoś wyjątkowo. Ot, urok osobisty wciąż działa.

     Oprócz spraw stricte szkolno-wojskowych, moje życie toczy się wokół spraw osobistych – jeśli można to tak nazwać. Coraz mniej czasu poświęcam moim dwóm dotychczasowym nałogom – alkoholowi i Internetowi – zastępując je innym, nowym, o wiele mniej wyniszczającym (choć to też nie do końca prawda, bo od kilku dni chodzę, jak zombie, niewyspany, z podkrążonymi oczyma, rozkojarzony i zamęczony).
Te „sprawy osobiste” – skoro już tak zostały nazwane – powodują m.in., że namiętnie się odchamiam. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności mogę uczestniczyć np. w premierowych spektaklach (ostatnio dwa Bliżej i Choroby młodości). Do tego dochodzą seanse filmowe (Opowieści o zwyczajnym szaleństwie, Egzorcyzmy Emily Rose czy moja ulubiona Armia Boga a w najbliższym czasie Dark Water). Ale także koncerty (Strachy Na Lachy, w perspektywie Pidżama Porno a dziś – co jednak mało prawdopodobne – Voo Voo) i lektury (Mag, Opowieści o pilocie Pirsie, Dom Doktora Dee) – nie wspominając o godzinach poważnych i mniej poważnych rozmów. Mówiąc w skrócie, źle nie jest. Jest całkiem przeciwnie.
Ten „nowy styl życia” odbija się na poprzednim zaniedbywaniem znajomości, ale tak to już jest. Coś za coś. Albo jestem „dla innych” albo jestem „dla siebie”. Na chwilę obecną pogodzić się tego nie da. Aczkolwiek…
Aczkolwiek, choć zaniedbywanie jest widoczne gołym okiem, staram się – kiedy to tylko możliwe – pomniejszać jego rozmiary i tak przykładem może być sobotnia noc, w którą wybawiłem się (czyt. upiłem), jak za „starych dobrych czasów”. A upiłem się nie z byle powodu.
Tego dnia, tj. w sobotę, na dobrze już znanym miejscu, na Łąkowej, odbyła się mega impreza pożegnalna, której pretekstem jest wyjazd Wijaty w nowy, lepszy świat – do Irlandii. Do nowego, lepszego świata wyjechało już kilkoro znajomych i chłopak idzie w ich ślady. Jedzie na saksy. Z wyraźnym zamiarem zbijania kasy. Na razie na pół roku. Co z tego będzie dalej? Okaże się w marcu. Do tego momentu znajomość z tej najbardziej intensywnej tu, na miejscu, przekształci się w znajomość internetową. Z jakim rezultatem? Również nie wiadomo. Oby nie ze szkodą.
Pobyt Wijaty w Irlandii daje jeszcze jedną, hipotetyczną, możliwość poradzenia sobie z armią. Może właśnie wyjazd na Zieloną Wyspę byłby rozwiązaniem? W każdym razie, nie wykluczam takiej ewentualności i jeśli sprawdzą się słowa Sebastiana, kto wie, może już po świętach Bożego Narodzenia, po Nowym Roku, zawitałbym te dwa tysiące kilometrów od Łodzi z nadzieją, na „start”.

/cum alienum nuntiorum:
1) Na koncercie Strachów Na Lachy wcale nie było tak źle, jak się tego obawiałem. A po zdarzeniu z degustacją i koncertem Świetlików obawiałem się bardzo. Gorzej było wczoraj, jak przyszło mi przeglądać zdjęcia noworoczne. Jak dla mnie, jest na to za wcześnie, ale może to jest metoda?
2) Gitara – okresowo – wróciła do łask i pobrzdąkuje sobie od czasu do czasu, a nawet częściej.
3) Jutro idę do Archiwum Filmoteki Narodowej. Jest szansa na to, że dzięki tej wizycie wpadnie mi do kieszeni trochę albo i trochę więcej grosza.
4) Od kilku tygodni chodzą za mną naleśniki. Nie mogę się od nich opędzić. Dziś już byłem gotów skonfrontować się z nimi, ale ostatecznie wygrał strach, że po raz czwarty mi się nie uda (poprzednie trzy próby spełzły na niczym). Jednak widzę po sobie, że w końcu się z nimi zmierzę.
5) Internet u brata naprawiony, ale nie było prosto. Dopiero sugestia RR (ale ja głupi jestem, żeby samemu na to nie wpaść) poskutkowała.
6) Śnił mi się Park Jurajski, przed którym kupowałem na pamiątkę figurki dinozaurów, a także Dworzec Centralny, po którym biegały dwie grupy ludzi. Jedni polowali na drugich. Polujący mówili, że to dla dobra ofiar, że trzeba dać się wyłapać, bo na zewnątrz Dworca panuje epidemia. Drudzy, w tym ja, uciekali po wszystkich kątach niedowierzając czystym i szczerym intencjom polujących.
7) Zbliża się 666 wpis na tym blogu. Czy to powód, żeby jakoś specjalnie go potraktować? ;-)

et de hic hactenus, jak mawiali starożytni Rzymianie.

wpis 661

Krótki dialog

- Błędy robisz!
- Bo mi się na błędnik rzuciło…

/cum alienum nuntiorum: Cytat dnia: „jak stąd do końca świata i – co ważniejsze – z powrotem”.

wpis 660

Příběhy obyčejného šílenství

- Jest jeszcze jeden sposób, żeby wróciła do ciebie dziewczyna.
- Jaki?
- Obetniesz jej włosy, ugotujesz je, wysuszysz… Spalisz z liśćmi jabłoni i rozsypiesz w miejscu, gdzieście się spotkali.

wpis 659