Kalendarz

Październik 2005
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Październik 2005

Wybory prezydenckie 2005 (II tura)

Ha!

wpis 653

W pogoni za modą

W pogoni za modą, z czego przecież jestem wszem i w obec znany, wstąpiłem od internetowej społeczności skupionej pod nazwą „grono.net”. Przede wszystkim z ciekawości, zobaczyć „co to takiego”.
Do tego słucham sobie Sigur Rós oraz Świetlików z Lindą, czytam książkę Johna Fowlesa pt.: „Mag” (którą kiedyś poleciła mi „wiadomo kto”, a którą ja – chcąc wypaść przed nią jak najlepiej – przeczytałem jednym tchem ucząc się kilku scen, dialogów, cytatów na pamięć, i prowadziłem później ożywione dyskusje na jej temat) i kombinuję jak wygrać z sytuacją, która nie maluje mi się w najkorzystniejszym świetle. Albowiem…
Albowiem poszedłem w końcu (w poniedziałek) do dziekanatu z wizją i nadzieją przedłużenia sesji. Wcześniej rozmawiałem z kilkoma osobami i powiedziały mi one, że nie ma z tym większego problemu. Nie zwróciłem jednak uwagi na to, że osoby te były na czwartym, a nie – jak ja – na piątym roku. Okazało się, że studentom piątego roku przysługują jedynie przedłużenia terminu przedkładania prac magisterskich. Nie ma mowy o przedłużeniach sesji. Żeby jednak uzyskać przedłużenie terminu przedłożenia pracy magisterskiej trzeba mieć zaliczony dziesiąty semestr. Ja nie mam. Nie mam żadnego wpisu z tego semestru. Liczyłem na to, że dostanę przedłużenie sesji i legalnie (jak nigdy do tej pory, byłoby to moje pierwsze w życiu przedłużenie sesji) pochodzę po wykładowcach po wpisy. Często bowiem zdarzało się, że wykładowcy kręcili głowami, gdy ktoś przychodził do nich po sesji prosząc o wpis wsteczny (nie będę ukrywał, kręcili głowami, ale dawali – tak było do tej pory, a moim osobistym rekordem jest otrzymać wpis pod koniec października ubiegłego roku z egzaminu z Estetyki u profesora, który nie miał / nie ma wśród studentów najlepszej opinii). Tak czy inaczej, przedłużenia sesji nie dostanę. Mogę jedynie starać się o przedłużenie terminu przedłożenia pracy magisterskiej. To wymaga jednak bym po pół roku przerwy pokazał się w szkole ze spuszczoną głową, zrobił pokorną minę i po raz kolejny prosił o wsteczne wpisy. Teortycznie, mógłbym spróbować, ale szkoda mi siebie. Dość mam już szkoły i wszystkiego, co z nią związane. Najchętniej rzuciłbym to wszystko w pizdu. Prawie dwadzieścia lat nauki robi swoje. Ma się tak wielki przesyt, że jakakolwiek alternatywa zdaje się być zbawieniem. Jakakolwiek?
Otóż nie. Jest jedna, która nie wydaje się być wybawieniem od prawie dwóch dekad nauki. Armia.
Żeby było zabawniej, w tym samym czasie, kiedy szkoły mam dość, przypomniało sobie o mnie Wojsko Polskie. Poproszono mnie o stawienie się do Wojskowej Komisji Uzupełnień z zaświadczeniem, że pobieram naukę. Jeśli zaś nie pobieram, to z dyplomem, że taką naukę ukończyłem. Jeśli ani nie pobieram nauki, ani nie posiadam dyplomu, to mogę przygotowywać się na pobór. Nie jest to zachwycająca perspektywa.
Niestety, zaświadczenia, że pobieram naukę, dziekanat wystawić mi nie może, ponieważ zgodnie z regulaminem, skoro nie złożyłem ideksu do 30-tego września br., to zostałem skreślony z listy studentów w trybie natychmiastowym. Możliwe jest przywrócenie mnie na tę listę, ale tylko w przypadku, kiedy przyniosę indeks z wpisami w odpowiednim terminie. Przypuszam, że z częścią wpisów (choć te przypuszczenia mogą być i pewnie są na wyrost) nie miałbym problemów. Myślę sobie, że pan doktor od Erystyki dałby mi zaliczenie wykładu monograficznego, pan profesor od Filozofii Religii poutyskiwałby trochę na niesubordynację sudentów, ich niefrasobliwość, ale także dałby mi wpis z seminarium magisterskiego, mój pan doktor, jak sądzę, jeszcze raz poszedłby mi na rękę i również dał wpis z seminarium magisterskiego, a być może także z pozostałych przedmiotów (Nonsesne Literature, De Philosophia Occulta, On the Prejudices). Najgorzej rzecz się ma z Etyką. Myślę, że pana magistra udałoby mi się przekonać, on nie był taki, by nie szedł zupełnie studentom na rękę. Co innego pan profesor, u którego miałbym zdawać egzamin. O ile jeszcze mógłby zgodzić się mnie przyjąć w najbliższy poniedziałek, to przyuszczam, że wstecznej daty z tego egzaminu nie wpisałby mi. Nie mówiąc o tym, że najpierw musiałbym się do tego egzaminu przygotować tak, żeby nie mógł mnie na niczym zagiąć, co jest zupełnie niemożliwe, bo jak widzę notatki z Etyki, to natychmiast dostaję konwulsji. Czuję się, jakbym miał pod skórę wszczepiony Esperal przeciwko Etyce.
Na razie sytaucja przedstawia się tak, że zbieram się w sobie, by wysłać do moich wykładowców e-maile, z zapytaniem, jak oni na to patrzą. Jednak – nie ma co ukrywać – na trzeźwo nie potrafię tego zrobić. Wstyd mi kłamać przed nimi po raz setny a nawet tysięczny. Myślę przeto by sieknąć jakiś browar, dwa dla odwagi. Ale to może wieczorkiem.
Gdyby się nie udało zaliczyć dziesiątego semestru i dostać przedłużenia terminu przedłożenia pracy magisterskiej, a tym samym nie udałoby mi się uzyskać zaświadczenia o tym, że jeszcze pobieram naukę, które mógłbym pokazać w Wojskowej Komisji Uzupełnień, będę próbował wykpić się dyplomem z PSZ-u. Wyszło rozporządzenie ministra od wojska, że rocznik 1979, po zakończeniu nauki w szkole (i właśnie, wyższej? ponadlicealnej?) i uzyskaniu dyplomu jest przenoszony do rezerwy. Taka ewentualność odpowiadałaby mi najbardziej. Jak się nie uda, trzeba będzie kombinować na około.
Pozostaje jescze kwestia szkoły. Jeśli dam radę z wojskiem, ale w szkole nie pójdzie, to czeka mnie powtarzanie, oczywiście odpłatne, dziesiątego semestru. Co z tego będzie? Okaże się w najbliższych dniach. Być może już w poniedziałek, 24-ego dowiem się od profesora z Etyki, że on nie widzi takiej możliwości i pozostanie mi jedynie liczyć na to, że w WKU nabiorą się na dyplom z PSZu, że dostanę jakąś pracę i będę mógł zapłacić za ostatni semestr studiów.
Myślałem jeszcze o urlopie dziekańskim, ale ten był do wzięcia w lutym, marcu… Nie teraz. Urlop dziekański byłby dobrym rozwiązaniem, bo zachowałbym status osoby uczącej się, więc nie byłoby problemów z Wojskiem Polskim.

Tak czy inaczej. Jedni mówili: „Bohater pozytywny zawsze zwycięża”… Teraz częściej da się słyszeć: „Pijakowi zawsze szczęście sprzyja i sprzyjać będzie”. To się jeszcze okaże.

wpis 652

Licencja na upijanie

     Rząd brytyjski nieśmiało próbuje poskromić plagę pijaństwa w Anglii i Walii. Na początek klienci pubów będą mogli dłużej pić.

     Dlaczego ludzie piją, a zwłaszcza dlaczego piją na umór? To jedno z fundamentalnych dla kondycji człowieka pytanie wraca do publicznej debaty w Anglii przy okazji wprowadzenia w życie prawa umożliwiającego pubom serwowanie alkoholu dłużej niż dotychczas. Właściwie nic wielkiego się nie dzieje. Nowe prawo mające obowiązywać w Anglii i Walii od listopada stanowi, że decyzję w sprawie godzin otwarcia podejmują władze lokalne.
     Jeśli wspólnoty mieszkańców nie zgłaszają obiekcji, władze powinny zezwolić na przedłużenie sprzedaży alkoholu zainteresowanemu właścicielowi pubu, restauracji czy klubu. Wszystko to nie wygląda na rewolucję obyczajową, tym bardziej że zdecydowana większość, ze 130 tys. pubów i restauracji, które zgłosiły zainteresowanie przedłużeniem godzin pracy (lista chętnych jest już zamknięta), chce sprzedawać alkohol zaledwie godzinę dłużej niż dotychczas, czyli do północy w dni robocze i do 2 rano w weekendy. Jedyną istotną i prawdopodobnie obaczoną poważnymi konsekwencjami zmianą będzie zezwolenie na sprzedaż alkoholu 24 godziny na dobę w supermarketach. Trzy duże sieci już zgłosiły zainteresowanie i zapewne uzyskają licencje.
     Brytyjskie media, organizacje społeczne, policja i niektórzy politycy aż pienią się z oburzenia. Skąd taka reakcja? Brytyjczycy boją się, że jako naród urodzonych pijaków nie przetrwają nawet najdrobniejszego poluzowania kontroli państwa nad konsumpcją alkoholu.
     Wielką Brytanię moda na zdrowy, bezalkoholowy styl życia właściwie omija. Piją, i to na umór, ludzie coraz młodsi, kobiety traktują prawo do upijania się w miejscach publicznych za jedną z naczelnych zdobyczy rodzaju ludzkiego, a odmawianie im tego prawa za przejaw seksizmu. Według ostatnich badań przeprowadzonych dla Narodowej Służby Zdrowia prawie jedna czwarta Brytyjczyków w wieku od 11 do 15 lat (chłopcy i dziewczęta po równo) regularnie pije alkohol. Połowa z nich co najmniej raz upiła się do nieprzytomności.
     I właśnie zmianie tego tragicznego stanu rzeczy służy wprowadzenie nowego prawa – twierdzi rząd. Tę nieco pokrętną logikę rządowej argumentacji zrozumie każdy, kto choć raz widział zachowanie Anglików w barze około 23.00. Automatyczną reakcją większości klientów po przypomnieniu przez barmana gongiem, że Time’s up, finish your drinks, please! (czas się kończy, proszę dopić drinki) – jest gonitwa do baru. Klienci zakupują po kilka kolejek na głowę i wprowadzają płyn do organizmu w rekordowym czasie dwudziestu minut przysługującym ustawowo na dokończenie picia przed zamknięciem lokalu. Rezultaty takiej taktyki widoczne są gołym okiem tuż po 23.00, szczególnie w weekendy, na skwerkach przed pubami, gdzie lądują zamroczeni klienci obojga płci.
     Rząd rozumuje, że po zlikwidowaniu gongu przed 23.00, który u większości Wyspiarzy wywołuje niekontrolowane parcie na kontuar, ludzie zmienią swoje przyzwyczajenia. Jak sugerował niedawno minister spraw wewnętrznych Charles Clarke, nowe prawo może sprawić, że „będziemy siedzieć przy stolikach i rozmawiać ze sobą jak w Europie”.
     Jest to, niestety, groteskowa sugestia. Problemem Brytyjczyków nie są bowiem nieco ekscentryczne zasady sprzedaży alkoholu, ale podejście do picia. Jeden z zagorzałych przeciwników poluzowania przepisów sędzia Charles Harris podsumował problem następująco: „Kontynentalny styl picia wymaga ludzie, którzy mają kontynentalny styl, lubią gawędzić o miłych sprawach sącząc powolutku alkohol”. Brytyjczycy tego nie potrafią i zmiana przepisów nic to nie da – sugerują przeciwnicy nowych uregulowań. Klienci barów będą po prostu pili na luzie przez godzinę dłużej, a rytuał szaleńczych zamówień zostanie odtworzony godzinę później.
     Wiele gmin nie chce godzić się na przedłużanie licencji pubom. Największy licencjodawca w kraju – dzielnica Westminster w centrum Londynu – już zapowiedział, że żaden podlegający mu bar nie otrzyma zgody na przedłużoną działalność.
     Nawet moda na picie wina, która zrewolucjonizowała brytyjski rynek alkoholowy od lat 90. (obecnie na Wyspach pije się więcej wina niż mocnych alkoholi), nie spowodowała drastycznych zmian w metodach picia. W dalszym ciągu spożywanie alkoholu w Anglii czy Szkocji nie jest – jak w wielu innych krajach – dodatkową atrakcją spotkań towarzyskich. W Wielkiej Brytanii ludzie spotykają się po to, żeby się upić, a upijają się po to, żeby im było miło. Na dodatek w większości wielkomiejskich barów odwiedzanych przez młodzież panuje zwyczaj grania bardzo głośnej muzyki, szczególnie w weekend. Wizyta w takich miejscach w piątek czy sobotę wieczorem wiąże się z koniecznością stania na jednej nodze w otoczeniu warczących jak młockarnia głośników w tłumie przekrzykujących się nawzajem pijaków.

     Inną ważną cechą picia po angielsku – charakterystyczną dla krajów, w których żyje wielu alkoholików, w tym Polski – jest fakt, że piciu towarzyszy osąd moralny. Wynika to oczywiście z tego, że ani w Anglii, ani u nas picie nie służy sprawieniu sobie przyjemności i w zasadzie jest złe, może co najwyżej pomóc w załatwieniu paru spraw, zbliżeniu z drugim człowiekiem albo zapomnieniu o kłopotach. Stąd w historii Anglii od wieków pije się na umór, ale i potępia moralnie ten czyn. Jak pisał w połowie XVIII w. Henry Fielding, ponad 100 tys. londyńczyków (miasto liczyło wówczas 700 tys. ludzi) „żywiło się, jeśli tak to można ująć, wyłącznie ginem”. Liczba zgonów przekraczała liczbę urodzin, a moraliści atakowali rząd za obniżanie podatków i rozpijanie ubogich.
     W XIX w. w Anglii i Szkocji masowo powstawały towarzystwa trzeźwości przerażone faktem, że robotnicy po wyczerpującej pracy pili na umór. Obowiązujące do dziś zasady sprzedaży alkoholu, m.in. zakaz serwowania trunków po 23.00, zostały wprowadzone w 1916 r. Chodziło o to, by robotnicy, zamiast odwiedzać knajpy, siedzieli w fabrykach broni albo w domu.
     Jednak natury nie da się oszukać. Już Szekspir w swym dramacie Otello pisał, że zanim Anglik się zachwieje, Duńczyk, Niemiec albo Holender wpadną pod stół. Narodowa legenda zaś głosi, że Wilhelm Zdobywca wygrał bitwę pod Hastings głównie dlatego, że miejscowi byli na kacu. Nic dziwnego, że, jak zauważył niedawno poseł konserwatywny i naczelny dygodnika Spectator Boris Johnson: „Dla Brytyjczyków rozdzierający głowę kac jest powodem do dumy”. Dopóki tak będzie, godzina picia mniej czy więcej niewiele zmieni.

Dariusz Rosiak

wpis 651

Historyjka obrazkowa

O tym, jak Saddam grał w kamień, nożyce, papier.
..:: LINK ::..

wpis 650

Autobusem po cukierki

     Z domu wybiegłem, zwyczajowo, na ostatnią chwilę. Spieszyłem się na autobus, który miał zawieźć mnie w jedno z tych strategicznych miejsc w Łodzi, na ul. Adama Próchnika.
     Już w drodze na przystanek zauważyłem, że mój pojazd właśnie mi odjeżdża. Na całe szczęście, kilka chwil później przyjechał inny, którym – choć pośrednio – również mogłem dostać się do celu.
     Wsiadłem. Autobus gwałtownie ruszył. W tym, jak kierowca go prowadził, można było wyczuć nerwowość. Niejednokrotnie ostro hamował, albo niespokojnie przyspieszał.      Po kilku przystankach dogoniliśmy wcześniejszy autobus. Przez chwilę pomyślałem, że może go wyprzedzimy i będę mógł się przesiąść. Ale nie. Kierowca uczepił się tyłu poprzedniego autobusu i kolejne dwa przystanki jechał za nim.
     Minęliśmy dworzec Łódź Kaliska i skręciliśmy w ul. Andrzeja Struga. Zatrzymaliśmy się na przystanku. Pasażerowie wsiedli, wysiedli. Autobus ponownie ruszył.
     Przejechał jednak tylko kilkadziesiąt metrów. Potem – między przystankami – zatrzymał się. Kierowca, nie wyłączając silnika, otworzył drzwi. Złapał marynarę i wyskoczył z pojazdu. Przez okno widziałem, jak wbiegał do pobliskiego sklepu ze słodyczami.

wpis 649

Święta libacja

BachhusWino we wszystkich kulturach, w których się pojawiało, było święte. W Grecji miało własnego boga – Dionizosa, patrona upojenia i religijnej ekstazy. Pośredniczyło między człowiekiem a sferą sacrum jako narzędzie wtajemniczenia. Jego kolor kojarzył się z krwią, a więc życiem, co zaprowadziło je do nieśmiertelności. W naszej erze stało się krwią Zbawiciela.

     Było lato 1945 r.; Europa zrujnowana wojną, okaleczona dwoma totalitaryzmami, gdy węgierski filozof i eseista Bela Hamvas w miasteczku nad Balatonem pisał wysmakowaną i subtelną Filozofię wina: „Człowiek zgrzeszył odczuwając bolesny skurcz serca, a Biblia nazwała ten właśnie skurcz grzechem pierworodnym. Od tego momentu ten właśnie skurcz, który w istocie naruszył religijną postawę człowieka, nosimy wszyscy w sobie: jest to szok dziedziczny. Irytuje nas własna słabość, ciągle szukamy ukojenia. Tego grzechu nie zmył nawet potop, ale wraz z tęczą, która pojawiła się na niebie po potopie, pojawił się również błogosławiony napój. Uważam wino za jeden z aktów najwyższej łaski. To wino przynosi ukojenie. Mamy wino! Możemy przeto uporać się z tym przeklętym szokiem. Wino przywraca nam autentyczne życie, raj; wskazuje, dokąd dotrzemy świętując koniec świata. Ów most między pierwszym a ostatnim dniem życia człowiek może przejść tylko w ekstazie. A tą ekstazą jest wino”.
     W tamtych powojennych dniach brzmiało to jak wyznanie wiary. I naprawdę nim było. Ale święta historia wina rozpoczęła się tysiące lat temu. Sok z winogron zawsze miał tajemną moc samoistnej przemiany w napój mocniejszy i dokonywania przemiany w tych, którzy go piją. Wprawia człowieka w stan euforii, ekstazy, podczas której objawiają się bogowie.

     Wino podążało szlakami kultury. Przyjmowało się razem z cywilizacją grecką, szło za rzymskimi legionami, towarzyszyło chrześcijańskim misjonarzom. Za miejsce narodzin winorośli uchodzi południowy Kaukaz, tam odnaleziono najstarsze pestki tej rośliny i tam prawdopodobnie ucywilizowano dziko rosnącą winorośl, która była mocną lianą pasożytującą na drzewach.
     A kto wynalazł wino? „Wszyscy i nikt – między Morzem Czarnym a Zatoką Perską” – odpowiada Maguelonne Toussaint-Samat w „Historii naturalnej i moralnej jedzenia”. Sok z winogron wytłaczano za pomocą kamieni już wcześniej. Pewnego raz ktoś musiał o nim zapomnieć (tak, jak o papce z ziaren, z której zrobiło się piwo) i sok sfermentował. „A że zawierał o wiele więcej alkoholu niż piwo, dostarczył tym, co go wypili, niezapomnianych wrażeń”. Według historii świętej był to Noe. To on zasadził pierwszą winną łozę, pierwszy wyprodukował wino i pierwszy doświadczył jego skutków stając się protoplastą pijaków.
     Pytanie, skąd Noe wziął winny szczep, Biblia pozostawia bez odpowiedzi. Może od Mezopotamczyków? Wszak w babilońskiej wersji mitu o potopie, w Eposie o Gilgameszu, kapitan arki Utnapiszti poi winem robotników „jak wodą z rzeki”. W każdym razie Biblia, zazwyczaj radykalna i wymagająca, nie potępia Noego, ale Chama, który się z niego wyśmiewał. Jak mówi stare przysłowie: Gdyby był chciał zakazać wina, uczyniłby je gorzkim. Motyw wina pojawia się w Piśmie Święty ponad 400 razy. Po hebrajsku wino (jain) i tajemnica (sod) mają tę samą wartość numeryczną – 70, czyli uniwersalność. W Księdze Wyjścia kiść winogron to pierwszy znak, że Żydzi dotarli do Ziemi Obiecanej; jest jednym z najstarszych symboli urodzaju. Jeszcze dziś wino jest niezbędnym elementem żydowskich świąt religijnych. Spełniają oni cztery toasty podczas święta Pesach, rozpoczynają i kończą nim szabat.
     Między VI a IV tysiącleciem p.n.e. uprawa winorośli przez Azję Mniejszą dotarła do Egiptu. Tam jego boską opiekunką stała się Hathor, macierzyńska, rogata, bogini księżyca i zaświatów, nocne oko pierwotnego bóstwa nieba – Re. Ale wynalazek wina przypisano Ozyrysowi – bogu roślinnej wegetacji i świata podziemnego. Podczas święta wina, które odbywało się przy nowiu, w dniu zwanym „księżyc powrócił” wypijano – jak twierdzi Herodot – więcej wina niż w ciągu całego roku. W ogóle pito go w Egipcie raczej niewiele, było towarem luksusowym, zastrzeżonym dla kapłanów, arystokracji i domu królewskiego. Ślady osadu po czerwonym winie odnaleziono w naczyniach z grobowca Tutanchamona.

     Z Egiptu wino trafiło na Kretę i znalazło tam idealny klimat. Kreteńskie wina były słynne w całym starożytnym świecie, nawet Rzymianie cenili je najwyżej. Tam też – jak twierdzi wybitny religioznawca Karl Kerenyi – narodził się Dionizos (inna wersja mówi o jego trackim pochodzeniu). Pierwotną wersję jego imienia, di-wo-nu-so-jo, odczytano na odnalezionej w Pylos tabliczce zapisanej pismem linearnym B. Na Krecie odnaleziono także wspaniałe naczynia na wino, między innymi kunsztowne rytony w kształcie byczych głów. Kreteński Dionizos był bogiem wina, byka i kobiet. To one szerzyły jego kult i uczestniczyły w ekstatycznych misteriach ku jego czci. Był kimś więcej niż szafarzem chwilowego upojenia. „Kim jest Dionizos? – pytał Walter Otto i odpowiadał: – Bogiem urzeczenia i przerażenia, dzikości i błogiego wyzwolenia; bogiem szalonym, którego pojawienie się wprawia ludzi w obłęd”.
     Uczestnicy dionizyjskich obrzędów dotykali mrocznej głębi natury, samego pierwiastka życia. Był bogiem płodności i śmierci zarazem, a niosące upojenie wino pozwalało człowiekowi zjednoczyć się z bóstwem. „Dionizyjska ekstaza oznacza przede wszystkim przekroczenie ludzkiej kondycji, całkowite wyzwolenie, osiągnięcie wolności i spontaniczności istotom ludzkim niedostępnych. Wydaje się pewne, że wyzwolenie to obejmowało również uwolnienie od zakazów, zasad i konwencji porządku moralnego i społecznego” – pisał Mircea Eliade.
     Tak jak inni bogowie sił natury i roślinnej wegetacji Dionizos ginął gwałtowną śmiercią i wracał do życia, a święte obrzędy przedstawiały jego cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie. Kreteńczycy co dwa lata obchodzili święto, podczas którego odgrywano szczegółowo pasję Dionizosa.
     Dionizos był bogiem wędrownym. Uprawy winorośli uczono się tak, ja poznaje się misteria. Grecy nazywali go „późno przybyłym”. Jego kult przyjmował się z oporami. Był taki „nieolimpijski”; raził cywilizowanych Greków, ale jednocześnie ich fascynował. Według wersji greckiej Dionizos był synem Zeusa i śmiertelnej kobiety, Semele. Właśnie ta podwójna, bosko-ludzka natura przyciągała wyznawców, był bliższy człowiekowi niż wyniośli Olimpijczycy. W końcu Dionizos został w Atenach bogiem państwowym, a jego sanktuarium – Lenajon – było jednocześnie państwową, świętą i wzorcową tłocznią wina.

     Na określenie rytualnego pijaństwa wymyślili grecy słowo enthousiasmos i nie widzieli w nim niczego nagannego. Podobnie jak Kreteńczycy traktowali je jako akt zjednoczenia z bóstwem. Bez wina nie była możliwa jakakolwiek rozmowa z bogami. Libacja, czyli wylewanie kilku kropel wina na ziemię, pozwalała nawiązać z nimi kontakt.
     Jedno tylko Grecy uważali za całkowite barbarzyństwo – picie wina nierozcieńczonego. Król Sparty, który miał ten zwyczaj, uchodził za wariata i alkoholika. Wiele jednak tłumaczy fakt, że w starożytności wino w wersji nierozcieńczonej najbardziej przypominało marmoladę. Nie znano jeszcze drożdży, więc czekano ze zbiorem, aż na gronach wytrąci się naturalna pleśń. W takich gronach poziom cukru był wysoki i fermentacja następowała bardzo szybko. W rezultacie otrzymywano gęsty i słodki koncentrat – tłumaczy prof. Piotr Dyczko z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego.
     Grecy doprawiali wino ziołami, żywicą, mieszali z wodą morską i oczyszczali gipsem. Snobowano się na wina z Libanu, Palestyny, Egiptu i Wielkiej Grecji (płd. Italia). Ceniono wina z Rodos, Lesbos, Samos i Kos. O cierpkim winie korynckim mawiano z kolei, że „każdego zbrodniarza zmusi do wyznania grzechów”. Wbrew pozorom, także w Grecji wino było napojem luksusowym. Na co dzień pijali je tylko ludzie z wyższych klas społecznych. Przyznać jednak trzeba, że ilości, jakie spożywano podczas trwających całą noc uczt, zwanych sympozjonami (słowo to oznacza wspólne picie), robią wrażenie.
     Podczas sympozjonu trzeba było spełnić trzy kratery: pierwszy za olimpijskich bogów, drugi za herosów, trzeci za Zeusa-Sotera, opiekuna polis. Krater to około pięćdziesięciu litrów. Biorąc pod uwagę, że wino było rozcieńczone mniej więcej w proporcji 1 do 1, wychodzi i tak 75 litrów czystego wina na mniej więcej 10 osób – wylicza prof. Dyczko.
     „Wszystko to ładnie, moim panowie; zdaje mi się jednak, żeście trzeźwi; na to wam nie można pozwolić, musicie pić” – mówi Alkibiades w Uczcie Platona. – „Zaczem wybieram na króla pijaństwa, aż do czasu, kiedy się dostatecznie popijecie, siebie samego”. Sympozjarcha, czyli król pijaństwa, ustalał liczbę pucharów na głowę, po czym pito za zdrowie każdego, i to tyle razy, ilu było obecnych, bo grzeczność wymagała odwzajemnienia toastu. Kto się wycofał, płacił fant; musiał na przykład zatańczyć nago albo obnieść wokół sali flecistkę.
     Podczas organizowanych ku czci boga dionizjów odbywały się procesje, chóry śpiewały dytyramby, tańczono. Śpiewacy i tancerze występowali w maskach, odziani w kozie skóry. W VI w. p.n.e. poeta Tespis wpadł na pomysł, by urozmaicić występy chórów przez wprowadzenie dialogu. I tak pod wpływem Greków szalone misteria przerodziły się w spektakl teatralny.

     Nie był to jedyny nieoczekiwany efekt mariażu Dionizosa z duchem greckim. Jeden z ważniejszych mitów głosi, że jako dziecko został on zabity i zjedzony przez zazdrosnych tytanów. Zeus spalił ich piorunem. Dionizos zmartwychwstał, bo ocalało jego serce, a z popiołów tytanów powstali ludzie mający w sobie boską cząstkę Dionizosa i winę tytanów. Wokół tego mitu powstała sekta orfików. Za twórcę ich świętych pism i misteriów uchodził mityczny śpiewak Orfeusz. Mieli własną teologię, rytuały i obrzędy skupiające się na śmierci i zmartwychwstaniu Dionizosa. Wtajemniczeni, którzy przeszli dionizyjską inicjację, zostawali oczyszczeni z winy tytanów i zyskiwali obietnicę lepszego życia po śmierci. Wino identyfikowano w tych obrzędach z ofiarną krwią boga.
     Mało wiemy o orfickich rytuałach; były tajemne i nie zapisały się żadne ich opisy. Ale prawdopodobnie stały się źródłem idei pośmiertnej egzystencji człowieka. Plutarch w liście do żony, pisanym po śmierci ich córeczki, pociesza ją myślą o nieśmiertelności duszy, „o której uczy tradycja i misteria Dionizosa”. W Rzymie na sarkofagach strygilowych, przypominających kształtem prasy do tłoczenia wina, kiść winogron jest symbolem nieśmiertelności. Zgnieciony owoc ginie, ale pozostają pestki, z których roślina odradza się w wiecznym życiowym cyklu, a jej sok przenosi człowieka na pogranicze jawy i snu.

     Kulturę wina, jaką dziś znamy, zawdzięczamy Rzymianom. To oni wymyślili szczepienie krzewów i masową produkcję. Wino pito do wszystkich posiłków, norma dzienna statystycznego Rzymianina wynosiła do 1 litra. Pili wszyscy, nawet niewolnikom przysługiwały codzienne porcje. Tylko dla kobiet wino było zakazane. W czasach cesarstwa co prawda dopuszczono je do uczt, ale pijały raczej wywar z rodzynek. Katon, znany z nieprzejednanego ascetyzmu, zalecał: Jeśli ujrzysz, że twoja żona pije wino, zabij ją. Kobieta uchodziła za istotę zbyt słabą, by sprostać sile upojenia. Rzymianie wprowadzili zwyczaj całowania żon w usta po powrocie do domu, by sprawdzić, czy sobie nie chlapnęły.
     W Rzymie nadal odbywały się bachanalia, nadal każda uczta zaczynała się od libacji dla bogów, ale powszechna dostępność wina zdesakralizowała je nieco. Inny był też Dionizos. Pod imieniem Bachusa z młodego, szalonego boga zmienił się w tłustego, sprośnego sybarytę.
     Przemiana wody w wino w Kanie Galilejskiej była pierwszym cudem Chrystusa. Różnie próbowano wyjaśniać tę przypowieść, ale najbardziej oryginalną interpretację zaproponowała Barbara Thiering, teolożka i autorka koncpcji odczytywania Pisma Świętego metodą peszerową, ujawniającą skryte sensy. Według zwojów pozostawionych przez żydowską sektę z Qumran istniały dwa stopnie wtajemniczenia, symbolizowane przez wodę i wino. Chrzest w wodzie mogli uzyskać wszyscy, lecz tylko ci, którzy zamierzali rozpocząć życie zakonne (bezżenni Żydzi), mogli otrzymać „napój wspólnoty”, czyli wino. Reszta pozostawała „ludźmi nieczystymi”. „Przemienienie wody w wino przez Jezusa znaczyło, że zrywał on z tradycją i pozwalał ludziom niższej kategorii otrzymywać komunię. Od tamtej pory wszyscy dorośli uczniowie i zwolennicy Jezusa: żonaci mężczyźni, nie-Żydzi, kobiety, fizycznie upośledzeni, ludzie innej rasy, niewolnicy i wolni mogli podchodzić i otrzymywać chleb i wino. Przyzwolenie na to było równoznaczne z bardzo ważnym stwierdzeniem: w oczach Boga wszyscy są równi. Postępek Jezusa oznaczał prawdziwą rewolucję społeczną” – pisze Thiering.
     Metafora wina pojawia się w Nowym Testamencie wielokrotnie. W Ewangelii św. Jana Chrystus mówi: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia”. Wreszcie kielich wina podczas ostatniej wieczerzy zmienił się w kielich krwi Chrystusa, stając się wraz z chlebem centralnym symbolem Eucharystii.
     Ale Dionizos nie pozwolił tak łatwo wypędzić się z winnicy. Jeszcze w VII w. Sobór Konstantynopolitański musiał zabraniać deptaczom w toczniach przyzywać jego imienia, a zamiast tego każdą przynoszoną miarę winogron witać okrzykiem: Kyrie Eleison. Pracownicy tłoczni nadal nosili maski przypominające satyrów i sylenów.
     Lokalnymi patronami winnic zostali święci, często święci męczennicy, ze względu na analogię między winem a przelaną krwią, ale bywało, że nosili nieco podejrzane imiona, jak św. Bachus czy św. Dionizy, a i traktowani byli niespecjalnie po chrześcijańsku. Gdy dopuścili na przykład, by winnicę zniszczył mróz, lud okładał ich wizerunki kijami albo topił w rzece.
     Ponieważ wino było niezbędnym elementem chrześcijańskiej liturgii, winorośl towarzyszyła Kościołowi wszędzie tam, gdzie było to możliwe. W Argentynie jeszcze dziś spotyka się wina ze szczepów posadzonych przez misjonarzy. Na wiele wieków specjalistami w uprawie i produkcji wina stali się mnisi. W niespokojnych czasach najazdów barbarzyńskich, chcąc uratować zapasy, chowali je w piwnicach (Grecy i Rzymianie składowali amfory na górnym piętrze domu). To był przypadek, ale miejsce okazało się idealne. Jak podsumował Desmond Seward, angielski pisarz i historyk: „Wkład zakonników do kultury wina i destylacji alkoholu był jedną z największych usług, jaką oddali cywilizacji zachodniej”.

     Także do Polski wino dotarło razem z chrześcijaństwem. Między X a XII w. klimat na naszych ziemiach sprzyjał uprawie. Archeolodzy odnaleźli pestki winorośli m.in. w okolicach Krakowa, Gniezna, Poznania. Ślady tej tradycji słychać także w nazwach miast: Winiary, Winniki, Winna Góra. Nigdy jednak nie mieliśmy rozległych winnic, a ze względu na mroźne zimy efekt był mizerny i niepewny. Zdani byliśmy na import i choć szlachta pochłaniała wino w dużych ilościach, Polska pozostałą jednak raczej krajem wódki.
     Jaka to różnica? Zdaniem Beli Hamvasa zasadnicza: „Wino nie lubi prostej, monotonnej linii, dlatego właśnie opici winem mają nieskoordynowane ruchy, zataczają się. Wino kocha takie swobodne balansy. Ten, kto wypił za dużo wina – tańczy, ten, kto się schlał wódką, pada, przewraca się, wali głową w przeszkodę, by już potem nie podnieść się z ziemi. Pierwszy uprawia paraboliczny taniec, drugi porusza się kanciastymi załamaniami. Pierwszy krąży, drugi się czołga. Tak właśnie wygląda różnica między narodami wina a narodami wódki, wyrażająca się nie tylko w ruchach, ale i w sposobie myślenia, uczuciach i stylu życia. I taka jest różnica między ludźmi żyjącymi w cieniu muz a barbarzyńcami” – pisze w Filozofii wina.
     Dziś, gdy wino produkowane jest na skalę, o której nie śniło się nawet Rzymianom, nie jesteśmy już skazani na pszenno-kartoflane barbarzyństwo. Jednak w wytwarzaniu wina coraz mniej misterium, a coraz więcej przemysłu. Takie czasy. Całkowicie jednak nie dało się pozbawić magii. Ciągle są producenci, którzy w winnicach odprawiają alchemiczne rytuały, rozmawiając z ziemią i słońcem. Ciągle jeszcze istniej poetycki język dla opisu smaku i aromatu. Ciągle jeszcze to właśnie wino pozostaje symbolem wyrafinowania.

     Jaka przyszłość czeka wino? Bela Hamvas jest optymistą: „Trzy są okresy w światowej historii wina. Okres pierwszy, metafizyczny, sięga czasu przed potopem, kiedy ludzkość nie znała jeszcze wina, to był dopiero sen, niejasne przeczucie. Zaraz po potopie Noe zasadził pierwszy szczep winorośli i tym samym rozpoczął się nowy etap w dziejach świata. Trzeci okres zaczyna się od przemiany wody w wino i to właśnie my żyjemy w nowej epoce. Historia świata zakończy się w momencie, kiedy ze źródeł i ze studni popłynie wino, kiedy deszcz zamieni się w strugi wina, a morza i jeziora także wypełnią się winem”.

Joanna Podgórska

wpis 648

Wybory prezydenckie, 2005 (pierwsza tura)

Kolejne wybory, w których biorę udział i po raz kolejny mój kandydat nie zwycięża.

wpis 647

Narodowy test na prawo jazdy

test

wpis nr: 646

Wypadek

     Chrystus zdecydowanym krokiem wstąpił na wody jeziora Genezaret. Apostołowie, wciąż jeszcze z niedowierzaniem, obserwowali stopy Pana. Jezus szedł po wodzie! Nie zanurzał się ani na milimetr! Z oczyma wzniesionymi ku niebu, zdawał się nie pamiętać, gdzie się znajduje.
     Krzyk wyrwał się z piersi apostołów. Za późno.
     Jezus nie zauważył skórki od banana. W czasie krótszym, niż można to sobie wyobrazić, poślizgnął się i roztrzaskał czaszkę o grzbiet fali.

wpis nr: 645

Chętnie Wstąpię Do Policji (scenka rodzajowa, typowa)

osoby: Policjant, Walczak;
czas: poranek, dnia 5-ego października roku pańskiego 2005-ego.
miejsce: III Komisariat Policji w Łodzi;

Walczak poszedł na komisariat odebrać zaginione wcześniej dokumenty. Spotkał się z Policjantem. Złożył zeznania i napisał protokół potwierdzający odbiór dowodu osobistego, prawa jazdy, książeczki wojskowej, karty bibliotecznej i biletu miesięcznego
Policjant: I co pan tam napisał?
Walczak: Dowód, prawo jazdy, książeczkę wojskową…
Policjant: Ale ja tu mam napisane, że był jeszcze jakiś papier z urzędu skarbowego i taka niebieska, kurwa, karta… Syl… Opisk…
Walczak: Tak. Legitymacja studencka z Finlandii.
Policjant: No właśnie. Niech pan to jeszcze dopisze, bo potem, kurwa, będą się mnie czepiać.

wpis nr: 644