Kalendarz

Sierpień 2005
P W Ś C P S N
« lip   wrz »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66830
  • Dzisiaj wizyt: 18

Miesięczne Archiwa: Sierpień 2005

Nowa religia.

Jako że – zdaje się – wszystko wróciło do normy, można zająć się krzewieniem kolejnych absurdalnych, pijackich pomysłów. Tym razem czas na założenie własnego kościoła. Na dobry początek, przykazania:

10 Przykazań pijaka
- Jam spirytus twój, który wywiódł cię z niewoli trzeźwości!
1. Nie będziesz miał drinków cudzych przede mną.
2. Nie będziesz lał alkoholu swego nadaremno.
3. Pamiętaj, abyś dzień święty oblał.
4. Pij zdrowie ojca swego i matki swojej.
5. Nie wylewaj.
6. Nie mieszaj.
7. Nie spijaj.
8. Nie sprzedawaj fałszywego alkoholu bliźniemu swemu.
9. Nie pożądaj drinka bliźniego swego.
10. Ani żadnej nalewki, która jego jest.

Na miejsca obrządków typuje się wszelkie lokale, w których podawany jest alkohol. Na całe szczęście, w Łodzi przybytków takich nie brakuje. W ostateczności można podeprzeć się plenerkiem, w którym spełnianie pijackich powinności przynosi równie dużą przyjemność.

Na rytuały, mające składać się na kultywowanie wyznania, przewiduje się spożywanie szczerych ilości alkoholu.

Można byłoby pokusić się o wyznaczenie czegoś na kształt kary, za łamanie przykazań, ale wydaje się, że lepiej byłoby, gdyby religia pijacka nie była religią represyjną. Ma nieść za sobą radość, nie obawę. Niech pokuta pozostanie w gestii wyznawców.

Na koniec, można napisać, że za sumienne postępowanie zgodnie z przykazaniami, czeka nagroda w pijackim raju. A zatem – pijaki wszelkich stanów, łączmy się!

wpis nr: 628

rymowanka

– Jakie są twe na życie plany?
– Pić i być pijany!

wpis nr: 625

i byłem

w środę we Wrocławiu…
w czwartek na urodzinach Regusia
w piątek na spotkaniu typu bed and breakfast
w sobot na ślubie i gorącej czekoladzie

/annotatio auctoris: punkt 2[1]
22.VIII.2005 02:55:23 M. (GG# 30*****)
„nie chodzi mi o to ze nie wezmiesz jak nie uwierzysz ale jak juz wezmiesz to mozesz uwierzyc ze juz wiecej nie wezmiesz”


[1] Punkty (jakie powinna spełniać dobra znajoma) są dwa (wedle Brata mojego): 1) To samo miasto – żeby nie jeździć za daleko; 2) Inny kierunek – żeby nie popadać w zbyt wysublimowane pogawędki zawodowe.

wpis nr: 624

Pidżama Porno – Do nieba wzięci

Magda była jak śmierć
Śmierć nosi czarny stanik
Tatuaże jak obłoki po wybuchach bomb
Kochała wszystkie psy
Wszystkich hycli miała za nic
Jej włosy pachniały pizzą
Do dziś zresztą czuję ten swąd
Mariusz syn suki
Ani mądry ani głupi człek
W środku był surowy i przeklinał jak szewc
Czarnym samochodem rozwoził kościotrupy
Zawsze łamało go w kościach
Kiedy chmurom się zbierało na deszcz
Ona i on dla siebie zwariowali
Połykali konwenanse i to co mówił im ksiądz
Pół miasta z zazdrości po głowach się stukało
Mało kto życzył im dobrze
Chyba każdy czekał na ich błąd

Kochankowie w ciemnościach
Na cztery i pół godziny do nieba wzięci
Oni zawsze są w gościach
Świat na moment zapomniał
Dalej bez nich normalnie się kręci
Kochankowie w ciemnościach
Po drugiej stronie swych rzeczy sami razem
Jeżeli pragniesz ich spotkać
Przycisz radio
Zostań uchem ściany

Chyba w końcu coś złego zaszło między nimi
Tam gdzie wczoraj żyła rozkosz
Dzisiaj trzaskały drzwi
Ona nie może na niego patrzeć
On z nią więcej nie chce gadać
Jakiś dziwny diabeł musiał zamieszkać w ich krwi
W barze dla samobójców „Pod Szkarłatną Gilotyną”
Spotkałem Magdę – brała tabletki na łzy
Nieco schudła, trochę zbrzydła
Serce miała z mydła
Wiary w niej nie było chęci życia ani sił
Przez kilka ładnych dni głośno huczało miasto
Mówili o tym wszyscy
Wieść rozeszła się w mig
O tych którzy się rzucali przypalonym ciastem
Ci którym nic nie wyszło
Ci którym nie udało się nic

Pamiętając o I.

wpis nr: 623

Opowieść o blond-wilku, który wpadł w sidła.

Odgryzł sobie trzy nogi i dalej był uwięziony.

wpis nr: 622

licznik miłości

obrazek
Szkoda tylko, że nie należy brać wyników na poważnie

wpis nr: 621

kryzys

Jeszcze 12 godz. i będzie 10 dni, ale zaczynam się łamać. Piwko, które leży od „przedwoodstocku” w lodówce, coraz śmielej do mnie mruga. Nie wiem, czy mu się oprę…
Tymczasem, wracam do mojego „kochanka” Boecjusza. Może przy tej lekturze wpadnie mi jakiś konstruktywny pomysł do głowy. Bo na razie krucho, krucho.

wpis nr: 620

bilans tygodnia

sen – 2 strony tekstu
relacja – 16 stron tekstu
ważny e-mail – 12 stron tekstu

razem: 28 stron tekstu

dla porównania, jeden rozdział pracy, w zamyśle – 35 stron tekstu

/annotatio auctoris: Idę na rekord. Ostatnie piwko wypiłem w niedzielę przed południem, co na chwilę obecną daje już sześć (sic!) dni abstynencji. Ostatni raz taką przerwę miałem w kwietniu 2002r. Każdy kolejny dzień, to już tylko „śrubowanie” wyniku.

wpis nr: 619

5 – 6 sierpnia, Kostrzyn Nad Odrą, XI Przystanek Woodstock (cz. 2)

wersja off-line (całość) woodstock.doc (150 KB)

wersja on-line (ciąg dalszy fragmentu: 5 – 6 sierpnia, Kostrzyn Nad Odrą, XI Przystanek Woodstock, cz. 1)

     Piątek – jak mówi Skarb D. – rozpoczął się od skończenia Starogardzkiej, która pozostała z dnia poprzedniego. Był to dobry wstęp przed mającą nas czekać do południa walką o koszulkę dla Wijaty. Rozplanowaliśmy strategicznie, że jednego dnia wypijemy jego zdobycz, a następnego moją. Starogardzka dała nam sił na tyle, żeby ruszyć do Tyskiego. Był niestety jeden problem. Wyszło na jaw, że dzień wcześniej pękła lufa, z której paliliśmy. Trawy zostało jeszcze co niemiara. Na szczęście, każdy z nas oglądał „Pomysłowego Dobromira” i najpierw skorzystaliśmy ze sprawdzonej metody palenia z puszki. Wystarczyło ją lekko zagiąć, podziurawić delikatnie i już było potrzebne nam narzędzie. Później, w dalszej części dnia, korzystaliśmy z wynalazku Kamila. Odciął kawałek plastykowej butelki. Szyjkę, znaczy się. Na jej wlot założył sreberko po czekoladzie. Trochę podziurawił i też była lufa, jak się patrzy. Staraliśmy się jeszcze z Błażejem poszukać fifek wśród straganów rozłożonych wzdłuż głównej drogi (pamiętałem, że dzień wcześniej widziałem odpowiednią reklamę), ale niczego nie znaleźliśmy. Naprzeciwko miejsca, gdzie jeszcze wczoraj stało potrzebne nam stoisko, rozłożony był namiot kostrzynskiego komisariatu Policji. Ze zrozumiałych względów nie pytaliśmy się ich, czy mają tę newralgiczną rzecz. Pro forma, przeszliśmy jeszcze te stragany. Na jednym z nich przyuważyliśmy ozdobne lufki, ale kiedy zapytałem się, czy nie mają takich zwykłych, do palenia, miła pani odpowiedziała: „Don’t speak Polish. Maybe you speak English?”. Oczywiście, ale nie wiem, jak jest lufka po angielsku, więc zrezygnowałem. Wróciliśmy do obozu i zwartą grupą ruszyliśmy na podbój Tyskiego.
Na początek okazało się, że koszulek nie ma. Nie zniechęceni, skoro już byliśmy na miejscu, strzeliliśmy po piwku, potem drugim, potem pozwoliliśmy sobie nawet na Millera, ale okazał się nijaki, wręcz gorszy od rodzimego browara z imperium Kulczyka. Wiedzieliśmy też, że tego dnia Skarb D. z Reggae Reggae również będą walczyć o koszulkę. Przyszli wczesnym popołudniem. Od razu z dwunastoma piwami i zdobyczą. Natychmiast poszliśmy w ich ślady. W ten sposób, gdy już dokonaliśmy zakupu, mieliśmy towarzystwo składające się z dwudziestu czterech piw i kilku osób pijących (i palących z przedziurawionej puszki, to już rozumiało się samo przez się). Imponujący widok.
W zamierzeniu, mieliśmy spić to do piętnastej, kiedy pan Roman Polański miał obwieścić początek Festiwalu. Nie wyrobiliśmy się i z kilkoma piwami poszliśmy pod scenę. Nadzialiśmy się na pełne emocji (nic nowego) przemówienie Owsiaka. Obiecał nie przeklinać ze sceny. Pozdrowił wszystkich serdecznie, także po niemiecku (w tym roku była dość liczna grupa sąsiadów zza zachodniej granicy. Wbrew pozorom jednak, mimo wrodzonej niechęci Polaków do Niemców (i na odwrót) nie dało się odczuć animozji. Nawet, gdy ze sceny szalał Jurek wyzywając na Die Toten Hosen, czy później Lao Che wrzeszczące na faszystów. Młodzież dała radę i nie uległa nieświadomym prowokacjom.
Tak czy owak, po oficjalnym rozpoczęciu Festiwalu zaczęło grać Pogodno. Skarb D. i Reggae Reggae zmyli się spod sceny, ja zostałem posłuchać trochę. Wytrzymałem ponad połowę koncertu, ale ponieważ wcześniej już wymyśliłem sobie, że Pogodno nie jest zespołem, który dobrze spisywałby się na otwartych przestrzeniach, a bardziej pasowałby do małych klubów, to nie podobało mi się i wróciłem do obozu. Miałem zamiar odpocząć. Położyłem się nawet, ale w tym momencie przyjechał Marsjanin, znajomy z Poznania. Wypadało go w miarę przytomnie powitać, toteż zwlekłem się z kocyka i z uśmiechem opowiadałem, jak było do tej pory.
Chłopak rozbił się koło nas i poczęstował miodem pitnym. Wypiliśmy symbolicznego łyka. Porozmawialiśmy trochę. Zbliżała się jednak pora, kiedy miała zacząć grać Nocna Zmiana Bluesa, na której koncert wybieraliśmy się z Jackiem. Rozstaliśmy się z towarzystwem i podążyliśmy pod scenę. Zajęliśmy strategiczne miejsca w oczekiwaniu na koncert. Traf chciał, że załapaliśmy się na większą część występu bardzo przyjemnego zespołu z Mołdawii Zdob Si Zdub. Chłopaki grali przyzwoite, współczesne, na poły elektroniczne reggae. Miło się ich słuchało. Jak skończyli, na scenę wszedł Sławek Wierzcholski ze swoją ekipą. Nie ma co ukrywać, nie tracą formy. Dla miłośników gatunku na pewno są wyznacznikiem strony, w jaką mogą podążać młodzi bluesmani. Ja do miłośników nie należę. Nie stronię od bluesa, nie przełączam, gdy jest jakiś w radiu czy w telewizji, ale sam do niego nie dążę. Wytrzymałem kilka piosenek i polazłem na piwko.
Wracałem, jak Sławek przestawał grać. Spotkałem Jacka i razem poszliśmy na żarcie. Na zapleczu gastronomicznym Festiwalu zamówiliśmy sobie jedzonko. Ja pajdę chleba ze smalcem, ogórkiem kiszonym i cebulą, on jakieś dziwne nie wiadomo co. Usiedliśmy w pobliżu skoków bungiee i przyglądaliśmy się im z zaciekawieniem, komentując skaczących. Większość wydawała się wjeżdżać na górę albo w myśl jakiegoś zakładu na zasadzie: „Co? Ja nie skoczę? Ja!?” albo nie będąc w pełni świadomą, w co się pakuje. Akrobacje ludzi spadających z kilkudziesięciu metrów czasem przyprawiały o wstrzymanie akcji serca (przynajmniej tak to wyglądało z naszej perspektywy). Miało się wrażenie, że osoby skaczące lada moment wyrżną w wysięgnik, na którym znajdowała się platforma, z której skakali. Choć może było to tylko złudzenie optyczne. Później wróciliśmy do obozu. Ja poszedłem ponownie odwiedzić Patryków. Zabrałem część z nich i przyszliśmy do nas, popalić trochę w oczekiwaniu na kolejne koncerty. Jacek szykował się na Moskwę, KSU, die Toten Hosen i Lao Che, ja tylko na te dwa ostatnie. Strategicznie, w połowie koncertu Moskwy poszliśmy do Tyskiego na piwo. Jedno, drugie i spotkaliśmy Wijatę. We trójkę, strzeliliśmy jeszcze piwko i poszliśmy posłuchać, jak gra historia polskiego punk rocka. Staliśmy sobie spokojnie, w pewnej odległości od sceny. Kontemplowaliśmy to, co było widać na telebimach i rozprawialiśmy o tym, jak to fajnie byłoby np. poznać kogoś. Nasze zainteresowanie, początkowo wzbudziło dość skąpo ubrane dziewczę śpiące w pozycji woodstockowej (pozycja skulona, niemal embrionalna, dłonie między udami). Jacek, wspaniałomyślnie, ofiarował dziewczęciu bluzę, ale gdy okazało się, że dziewczę jest nie w stanie, stwierdziliśmy, że był to zmarnowany gest. Zabraliśmy bluzę i przemieściliśmy się kilkanaście metrów dalej. Rozejrzeliśmy się wokoło i wiedzieliśmy, że za moment poznamy dwie siedzące nieopodal dziewczyny (Ola, Natalia, 1987r., Poznań). Sebastian, będąc już w dobrym nastroju, wziął ten „pierwszy krok” na siebie. Wykorzystał standardową metodę „na ognia”. Wziął papierosa, podszedł, poprosił o ogień i już chwilę później rozmawiał w najlepsze. Wyczuwszy możliwość machnął na nas. Podeszliśmy. Porozmawialiśmy mniej więcej do końca koncertu KSU. Później poprosiliśmy o cierpliwość i skoczyliśmy po następne piwka, żeby się lepiej rozmawiało. O dziwo, zaczekały na nas w tym miejscu, gdzie je zostawiliśmy. Zanim zaczęło grać die Toten Hosen porozmawiałem z dziewczętami jeszcze chwilę, wymieniliśmy się numerami, potem – jak ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki – odszedłem kilka kroków wyrzucić z siebie pozytywną, punkowo-rockową energię a także kilkanaście wypitych tego dnia piw. W końcu, szykowałem się na następny występ.
Jacek, z racji swego rzekomego podobieństwa do Boba Geldofa nazwany przez dziewczęta Bobem gdzieś zniknął. Został Wijata, który bałamucił w najlepsze. Jest w tym dobry. Ja skakałem sobie przy muzyce kapeli zza zachodniej granicy.
Kiedy skończyli grać, w przerwie przed Lao Che, dało się dostrzec, że Sebastian ma jednak dość. Czternaście piw wystarczyło. Zapytałem się uprzejmie, czy nie chciałby wrócić do namiotu, ale nie dawał za wygraną. Został jeszcze z pół koncertu. W tym czasie dziewczyny z Poznania nie mogły wyjść z podziwu, że w ogóle jeszcze trzyma się na nogach. Ale co tam! Twardy z niego chłop. Ostatecznie jednak poddał się. Miałem odprowadzić go do samej bazy, ale bojąc się stracić kontakt z nowopoznanymi znajomymi odstawiłem go tylko do głównej alejki podając azymut na obóz. Szczęśliwie dotarł. Zostałem z Olą i Natalią. Spokojnie słuchaliśmy sobie narodowościowego koncertu zespołu z Płocka, który w niemal mistycznym nastroju opiewał bohaterstwo powstańców warszawskich. Myślę, że gdyby nie towarzystwo dziewczyn, a także irytujący, coraz mocniej padający deszcz, przeżyłbym ten koncert intensywniej. Przecież nie na darmo lokuję siebie po prawej stronie politycznej, prawej, narodowej. Co prawda sama płyta Powstanie Warszawskie nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak wcześniejsze Gusła, ale czym innym płyta i jej słuchanie w domowym zaciszu, a czym innym przeżywanie misterium w dużym gronie osób, z których część miała biało-czerwone, powstańcze opaski na rękach. Swoją drogą, ciekawe, jak w tym momencie musieli czuć się pozostali przed sceną Niemcy. Większość poszła sobie po tym, jak Owsiak zrobił szopkę z die Toten Hosen nie pozwalając grać im bisów, ale przypuszczam, że chociaż część została. Nie wiem, jak sam zachowałbym się na przykład na defiladzie Hitlerjugend czy Wermachtu. Mam nadzieję, że się o tym nie przekonam.
Po koncercie spotkaliśmy jeszcze dwie ich koleżanki. Imion – niestety – już nie pamiętam. Wszyscy razem poszliśmy jeszcze na jakieś jedzenie. Krótka rozmowa o ich planach na przyszłości, moich planach na przeszłość, potem ostatnie piwo i około godziny czwartej, kiedy czułem, że za moment odjadę – ostatnie piwo było moim (podobnie, jak Wijaty) czternastym tego dnia – pożegnałem się zapewniając, że jutro dam znak / sygnał i jeszcze się jakoś spotkamy. Poszedłem w swoją stronę. Zapaliłem ostatniego papierosa, który zmulił mnie zupełnie o tyle szczęśliwie, że jak wlazłem w namiot, to – nie zwracając uwagi na lekką wilgoć w nim panującą – padłem spać. To jeszcze nie był koniec. Okazało się, że namiot cały czas był otwarty, a nie był schowany pod płachtą. Efektem tego była rosnąca kałuża. Namiocik (za 25 PLN z Tesko) powoli zamieniał się w basenik. Podłoga nie przepuszczała wody, dach – owszem. Myślałem, że stan mojego upojenia pozwoli mi zignorować ten fakt, ale nie dało rady. Karolajnie też doskwierał ten dyskomfort. Po lekkim podtopieniu przenieśliśmy się do namiotu Skarba D., w którym trochę otrzeźwiony Wijata otwierał piwo z okrzykiem: „Piętnaste strzelam!”. Tyle zapamiętałem z pierwszego, właściwego dnia Festiwalu.
     Wstałem w południe. Wyspany, rześki, radosny. Wyszedłem z namiotu i ujrzałem palące pod płachtą Patryki. Bez wahania przyłączyłem się. Trochę z nimi posiedziałem, później z Wijatą i Błażejem poszliśmy zrobić poranną toaletę.
Wracając do namiotów spotkaliśmy Pana Witka z Atlantydy. Zbierał podpisy pod swoją kandydaturą na prezydenta. Ponieważ Pan Witek jest żywą (jeszcze) legendą legendy Owsiaka, odkąd pamiętam, odkąd byłem gówniarz i z zapartym tchem oglądałem pamiętny program „Luz”, który – jakby nie patrzeć – miał na mnie dość duży wpływ, odkąd po raz pierwszy poszedłem na finał Wielkiej Orkiestry, Pan Witek zawsze był z Owsiakiem. Na pierwszym Przystanku nawet chyba wystąpił, ale pewności nie mam. To jest do sprawdzenia. Tak czy owak, złożyłem podpis i poszliśmy dalej. Dostaliśmy jeszcze darmową wodę mineralną od kolejnej organizacji i dotarliśmy do obozu, by już po chwili iść do Tyskiego walczyć o koszulkę dla mnie. Załapał się z nami Janek. Też miał ochotę na koszulkę.
Doszliśmy na miejsce. Chłopaki zapytali się o koszulki. Miła pani – Magda – zza lady odpowiedziała, że dziś są za dziesięć piw. Ucieszyliśmy się bardzo. Natomiast nie wiedzieć czemu, kiedy już miałem poprosić o te dziesięć kufelków mojego ulubionego napoju, zwróciła się do mnie w te słowa: „It’d be ten beers”. Czy ja wyglądam na cudzoziemca? Nieważne. Odpowiedziałem: „So, I’d like then”. Janek zamówił kolejne dziesięć i poszliśmy sobie. Dostaliśmy koszulki w rozmiarze M. Wyglądaliśmy w nich komicznie. I byliśmy, dla draki, gotowi je pozostawić, ale pojawiła się Karolajna. Ubrana w koszulkę Tyskiego, ale nie taką zwykłą, jaką nosili wszyscy. W koszulkę ekipy Tyskiego. Zobaczyła nas i postanowiła wymienić na zwykłe XXL. Dała radę, choć – kiedy kupowaliśmy nasze dziesięć piweczek – miła pani Magda zapewniała, że nie ma w tej chwili innych rozmiarów. Są tylko Mki. Dołączyli do nas Skarb D. i Reggae Reggae. Byli też Jacek i Błażej. W pełnym składzie spijaliśmy południowe piwka przyglądając się woodstokowemu folklorowi. Tysiącom kolorowych, roześmianych osób. Tysiącom pijanych punków i na czarno ubranych wiedźm. Takie miejsce.
Piwka mijały, aż się skończyły. Wróciliśmy do obozu, do niespodzianki. Marsjanin przywiózł ze sobą Balsam Pomorski. My mieliśmy jeszcze 0.7l Krakowskiej. To, plus wypite piwska, sprawiły, że Wijata odpadł. Mnie też było ciężko, ale pamiętałem, że chcę iść na Dubska. Sebastian upierał się, że też pójdzie, ale nie było prosto. W stronę koncertu został zabrany przez Błażeja i żonę Martę. Karolajna, Jacek i ja szliśmy o własnych siłach (konfiguracja mogła być odwrotna, Jacek z żoną Martą mogli ciągnąć Wijatę, Karolajna, Błażej i ja mogliśmy iść o własnych siłach; mógł być w to jeszcze wmieszany Janek, ale nie jestem pewien). Z powrotem, żona Marta poprosiła jakiegoś obcego faceta, żeby pomógł jej zaciągnąć Sebastiana do obozu, bo chłopak zupełnie nie dawał rady. Na miejscu, jak kłoda wpadł do namiotu i spał do zmroku.
Dubska grali całkiem przyzwoicie, ale nie jakoś tak, żeby zapadli mi w pamięci. Musieli być przeciętni. W trakcie koncertu dogadałem się z dziewczynami z Poznania, że spotkamy się pod sklepikiem fundacji o siedemnastej. Na miejscu stawiłem się w towarzystwie Karolajny i Błażeja. W piątkę poszliśmy do Tyskiego. Strzeliliśmy po piwku, usadowiliśmy się w cieniu i wdaliśmy w z początku błahą a później ostrą rozmowę o literaturze. Można powiedzieć, że powstały trzy obozy. Jeden – Natalia – uparcie twierdził, że: „Mickiewicz, to syf”. Drugi – Karolajna – z zapałem lwa uważał, że: „Mickiewicz największym polskim poetą był”. Trzeci – Ola, Błażej i ja – strategicznie nie opowiadaliśmy się stanowczo po żadnej ze stron. Po godzinie dyskusji, zaniepokojeni kierunkiem, w którym zmierzała, postanowiliśmy jeszcze w pokoju się rozstać, zapewniając się, że spotkamy się na którymś z koncertów. Było to trochę zapewnienie z kategorii tych, kiedy mówi się: „To się zdzwonimy”, a w głębi duszy myśli się: „Mam nadzieję, że nie masz telefonu”. Podczas całej tej wymiany zdań, na scenie grał zespół The Car Is On Fire. Jeden z tych, które były w szerokiej gamie moich zainteresowań na tegorocznym Przystanku Woodstock. Niestety, nie mogłem w pełni skoncentrować się na muzyce. Byłem – poniekąd – zobligowany, żeby panować nad emocjami dyskutujących.
Po tej rozmowie Karolajna, Błażej i ja poszliśmy na żarcie. Ponowie strzeliłem sobie pajdę chleba. Tym razem z masłem czosnkowym, które okazało się margaryną z pokrojonym czosnkiem, cebulą i ogórkiem kiszonym. Reszta postąpiła podobnie.
Gdy jedliśmy, zobaczyliśmy flagę z dumnie widniejącym na niej napisem: „ŁÓDŹ”. Bez chwili zastanowienia podeszliśmy do nich. Zapytaliśmy się grzecznie, czy są z naszego miasta, ale odpowiedzieli, że nie mówią po polsku. To jakieś przekleństwo (jak to, z polonistyką). Gdzie już się odważę podejść, to zawsze: „Don’t speak Polish”. Nic to, jednak. Przywitaliśmy się, zadaliśmy kilka standardowych pytań. Dowiedzieliśmy się, że są z najlepszego (jak sami mówili) landu Niemiec, z Bawarii, że bardzo im się na Przystanku Woodstock podoba i że za rok na pewno też przyjadą. Pożegnaliśmy się i poszliśmy do obozu, zahaczając jednak o pocztę, by zaopatrzyć się w pocztówkę dla M.
Posiedzieliśmy trochę pod płachtą. Wypisałem pocztówkę. Ściemniło się i zrobiło się zimno. Wysłałem kartkę i wbiliśmy się w samochód. Tam się zaczęło.
W zamkniętym pomieszczeniu. Z Karolajną i Błażejem. Wypaliliśmy z tonę trawy. Paliliśmy non stop. Buch za buchem. W kółko. Bez przerwy. W pewnym momencie, drzwi do samochodu otworzył Reggae Reggae. Mówił, że samym dymem można było się ujarać w trzy cholery. Chciał od nas zapalniczkę. I – jak później wspominał – nasze wyrazy twarzy nie zdradzały zrozumienia dla jego prośby. Patrzyliśmy się na niego tępym wzrokiem, przymrużonymi, zaczerwienionymi oczyma. Śmialiśmy się non-stop, sami właściwie nie wiedząc z czego. Było wspaniale.
Po pewnym czasie dołączył się Jacek. Też palił.
Później przysiadł się Marsjanin z Anią i musieliśmy trochę się opanować. Oboje nie palą i nie chcieliśmy ich udusić dymem. Paliliśmy w okno.
W międzyczasie pojawiła się żona Marta, na której głos, padnięty wcześniej, jak kłoda Wijata zerwał się na równe nogi, porwał ją i poszli sobie gdzieś. Przyszedł też Janek, chwaląc się swoją żoną. Wreszcie, niemiłosiernie zbakani, wręcz do nieprzytomności postanowiliśmy zrobić coś konstruktywnego. Pomysł podrzucił Błażej. „Dlaczego nie pójdziecie na «dupcing»?” zapytał retorycznie. To wystarczyło, żebyśmy z Jackiem ruszyli.
Poszliśmy pod scenę. Grało na niej niemieckie Beatsteaks. Ale my nie zwracaliśmy uwagi na muzykę. Rozglądaliśmy się tylko dookoła siebie. Wreszcie zlokalizowaliśmy potencjalne obiekty zainteresowań. Zastosowaliśmy sposób „na ogień” i chwilę później rozmawialiśmy z trzema dziewczętami z Piły (przedstawiały się, ale nie zapamiętaliśmy imion oprócz jednego – Ewelina, 1985). Jedna była już bardzo zakręcona i odpoczywała przytakując tylko od czasu do czasu, druga była na krawędzi, natomiast trzecia – najbardziej sympatyczna – wyrażała ogólnie rozumianą chęć.
Zaczęła grać Orkiestra Kostrinella. Po niej amerykański Without End. Przegadaliśmy większą część koncertu, po czym dziewczęta zniknęły. Ewelina obiecała jednak, że wróci. I wróciła. Zaopiekował się nią Jacek. Trafił akurat na bardzo, bardzo dobry koncert Raz Dwa Trzy. Na początku rozmawiali w bezpiecznej odległości, potem coraz bliżej i bliżej, aż wreszcie zniknęli. Znaczy się, pierwotny zamiar, powstały jeszcze wewnątrz samochodu, został zrealizowany. Zostałem sobie sam, przeżywać piosenki zespołu, którego nie znam dobrze, ale który zawsze bardzo dobrze mi się kojarzy. Dawałem się porwać poszczególnym słowom, dźwiękom. Szczególnie, że Adam Nowak z kolegami bardzo się starali, bo nagrywali występ dla potrzeb DVD. Zachwycili mnie do tego stopnia, że piosenka W wielkim mieście już do końca wyjazdu, a nawet do teraz, do chwili, kiedy to piszę, chodziła mi po głowie. Do tego dochodziła świadomość, która pojawiła się już na początku wyjazdu, ten pewien brak, który wtedy odczuwałem najdotkliwiej. Cały cynizm nie był w stanie go zniweczyć. Nie byłem też na tyle zalany, żeby nie pamiętać. Trudno. Mogłem sobie tylko myśleć, że w przyszłym roku będzie inaczej, znaczy się – lepiej. Mniejsza o to. Nie ma sensu popadać w melancholię.
Koncert Raz Dwa Trzy skłonny byłbym uznać za jeden z najlepszych, jakie widziałem w historii swoich pobytów na Festiwalu. Tylko Kobranocka, grająca jako ostatnia, przy asyście fajerwerków, z pierwszego Przystanku przewyższa zespół Nowaka. Ale to już bardziej legenda.
Na koniec wystąpił Hey. Laureat plebiscytu tzw. „Złotego Bączka” – nagrody przyznawanej zespołowi, który na poprzedniej edycji Festiwalu zagrał najlepszy koncert. Hey, jak Hey. Dla mnie skończył się na drugiej płycie. „Fire” i „Ho” są do przyjęcia w całości. Później już tylko pojedyncze utwory. Rok temu, na Heyu poszedłem sobie spod sceny i wróciłem do obozu. Tym razem pozostałem. Chciałem wytrzymać do końca. Mimo mojej niechęci, Kasia z towarzystwem trzymała poziom i zaśpiewała porządnie. Trochę drażniła mnie jej skromność. Dla mnie – szukającego we wszystkim braku autentyczności – naciągana. Nie komentuję jednak.
Hey skończył grać. Na scenę – przy akompaniamencie Nadziei – wkroczył Owsiak z całym Pokojowym Patrolem. Wykrzyczał swoje: „Kocham was! Jesteście cudowni. Idźcie w Polskę nieść miłość, przyjaźń, muzykę – rock n’ roll!” Powrzeszczał jeszcze trochę na „bąbli” i oficjalnie zamknął XI Przystanek Woodstock. Ludzie zaczęli się powoli rozchodzić we wszystkie strony. Część szła już w stronę stacji PKP, część zdrzemnąć się jeszcze, część – w tym ja – na ostatnie (jak myślałem) piwko.
Zahaczyłem o Tyskie. Za resztę pieniędzy, które mi zostały, kupiłem paczkę fajek i puszkę piwa. Powoli zacząłem wracać do obozu. Po drodze natrafiłem na kolejnych Niemców. Trochę pogadałem, kilka słów – jak się podobało, który zespół i tak dale.
Mieszkaliśmy u dołu wzniesienia, na którym stała Pokojowa Wioska Kriszny. Nad nią wschodziło słońce, a raczej wschodziłoby, gdyby nie to, że niebo było zachmurzone. Widok był całkiem przyjemny.
W obozie usiadłem na progu pustego namiociku. Napocząłem piwko i zastanawiałem się, czy jest sens się kłaść spać, czy może całą noc lepiej byłoby przeczekać. Dochodziła godzina czwarta trzydzieści, a około ósmej powinniśmy wyruszyć. Z prostego rachunku wychodziło, że mógłbym spać góra trzy godziny. To za mało. Znam siebie i wiem, że jakbym padł, nie byłoby mnie łatwo dobudzić. Pomyślałem, że odeśpię się w pociągu.
Tymczasem obudzili się Skarb D. i Reggae Reggae. Przeciągnęli się, wypalili po fajeczce i poszli sobie. Przyszedł za to Jacek. Opowiadał trochę i Ewelinie i poprosił bym w zapisał w telefonie jej numer, bo on obawia się, że nie zapamięta. Po czym miał zamiar zasnąć w samochodzie, ale na drodze stanęła mu Karolajna. Okazało się, że odkąd upaliliśmy się przed pójściem na „dupcing”, razem z Błażejem, zasnęła w aucie. Obudziliśmy ją. Jej miejsce zajął Jacek. Chwilę później pojawił się Janek i też wbił się w auto. Poszli spać.
Karolajna i ja dopiliśmy piweczko, wleźliśmy do namiociku i zaczęło się to, co pierwszej nocy. Rozmowa, która zmierzała wyraźnie i nieodwołalnie w jednym kierunku. Rozmowa, przerywana raz po raz tyleż uroczym, co donośnym śmiechem Karolajny. Zakończyliśmy ją wnioskiem, którego można było się spodziewać: „Chodźmy – nikt nie woła (żebyśmy nie szli na piwo)”. Zaczęliśmy się zbierać, kiedy pełen energii, do naszego namiociku wszedł Sebastian. „Dokąd to?” zapytał. „A do Tyskiego, na piwko” odpowiedzieliśmy. „Nie trzeba, przyniosłem” i wyjął z plecaka trzy puszki. Uradowani, że zamiast iść na piwo, piwo samo przyszło do nas, otworzyliśmy je i kontynuowaliśmy rozmowę.
Ponieważ była już dość późna (właściwie wczesnoporanna) pora, zeszliśmy na poważne tematy. Tym razem poszło o nasz – Wijaty i mój – cynizm. Wytłumaczyliśmy Karolajnie, że to, jak się zachowujemy, jakie mamy podejście do życia i jakimi kierujemy się wartościami, nie jest maską (o ile w ogóle można z siebie zdjąć tę ostatnią maskę, ale to temat na inną okazję), a jedyną, prawdziwą postawą, jaka najbardziej nam przysługuje. Mamy za sobą pewne przejścia, były rzeczy, które były dla nas ważne, i wydawało nam się, że są to rzeczy najważniejsze, ale nic dobrego z tego nie wyszło i z prostego, logicznego rozumowania doszliśmy do wniosku, że skoro postawa A jest strasznie krzywdząca, to postawa –A musi być korzystna. Postawą –A jest właśnie ten nasz cynizm, tumiwisizm itd. Sebastian skwitował to maksymą: „My nie udajemy, że wszystkim gardzimy, my naprawdę wszystko mamy w dupie!”. Bardzo trafną maksymą. Idąc dalej tą drogą doszliśmy do idealistów. Idealistów, których pełno było wśród woodstockowej młodzieży. Oni jeszcze mieli jakieś wielkie sprawy, którym się poświęcali. Karolajna – nieopacznie – przyznała się, że też jeszcze w coś wierzy, że też nie zaginęła w niej nadzieja. Nadziała się na silną opozycję z naszej strony, z której wniosek był oczywisty: „prędzej czy później przestaniesz”. I tak, żeby jeszcze popastwić się trochę nad dziewczyną dotarliśmy do tematu dziewcząt i Wijaty i mojego do nich podejścia. Obaj wychodzimy z założenia, obserwując otoczenie, że nie należy tylko i wyłącznie winić facetów za to, że wykorzystują naiwność dziewcząt. Faceci nie robiliby tego, gdyby dziewczęta takie nie były. Stąd sprawa nierozstrzygnięta, można spierać się w nieskończoność. Jednakże tym razem stanęliśmy po jednej stronie. Po stronie, którą udało mi się podsumować jednym zdaniem: „To nie my jesteśmy świnie, to wy po prostu jesteście głupie”. Tego Karolajnie było za dużo. Zresztą my też zreflektowaliśmy się, że chyba przegięliśmy. Wróciliśmy do standardowych, pijackich rozmów o „nienatychmiastowości” itp. Ani się zorientowaliśmy, a nastała godzina, kiedy musieliśmy się zwijać.
Obudziliśmy Skarba D. i Reggae Reggae. Zaczęliśmy się zwijać. Obudziliśmy chłopaków w samochodzie i pożegnaliśmy się z nimi. Życzyli nam szczęśliwej podróży. My im podobnie. Spakowaliśmy się i powolnym – z początku – krokiem ruszyliśmy w stronę stacji PKP. Do przejścia mieliśmy trochę ponad pół godziny. Do pociągu trochę ponad godzinę.
Sebastian i ja daliśmy z buta i wyprzedziliśmy towarzystwo na taką odległość, że nawet nie słyszeliśmy uroczego, acz donośnego głosu Karolajny. Po drodze rozprawialiśmy o T. Love i IV Liceum Ogólnokształcącym, Staszczyku i jego autentyczności itd. itd. Na resztę zaczekaliśmy u bram Kostrzyna Nad Odrą.
Jak dobrnęli, podeszliśmy pod dworzec. Przed wejściem do pociągu jeszcze szybkie zakupy i – zostawiwszy Karolajnę, która jechała w innym kierunku – wbiliśmy się w wagon. Nie było łatwo, ale nie było też jakoś wyjątkowo ciężko. Wciąż mam wrażenie, że dwa lata temu w Żarach było najgorzej, choć mieliśmy wtedy wyjątkowe szczęście. Pomachaliśmy Karolajnie na pożegnanie i ulokowani w przejściu rozpoczęliśmy podróż w stronę Łodzi. Podróż, która – jak zwykle – była barwna.
Na początek konduktorzy, którzy byli zaskakująco pozytywnie nastawieni do pijanej lub pijącej młodzieży. Dodatkowo, wyjątkowo sympatyczni. Mimo, iż regulamin przejazdu pociągiem zabrania spożywania alkoholu, nikomu nie zwracali uwagi. Dbali tylko o to, żeby nie wypaść za drzwi. Pilnowali, żeby nikt za bardzo się nie wychylał. A na jednej ze stacji zastanawiali się, którą stronę teraz pojechać. Co było dość humorystyczne, bo to w końcu oni powinni wiedzieć, a nie koniecznie podróżujący.
Do tego dochodzi towarzystwo, które – jak się okazało – wysiadło w Pabianicach. Od wejścia chlali na potęgę. Alkohol powodował, że nie mogli usiedzieć w miejscu i co chwila coś odstawiali. Największym wybrykiem było, kiedy kilku z nich, wzorem kolegi, który uczynił to wcześniej, uwiesiło się na poręczach pod sufitem, głową do dołu, splotło ręce na klatkach piersiowych i stwierdziło, że od tej pory są nietoperzami i będą teraz spać. Niestety, w pewnym momencie się nie popisali. Pociąg jechał pełną prędkością, a jeden z nich otworzył drzwi, stanął na zewnętrznych schodach i zamknął drzwi. Przez kilka chwil jechał na zewnątrz. Nie muszę pisać, że w takim stanie, w jakim się znajdował, groziło to katastrofą. Koniec końców, nic złego się nie stało, ale ja – na wszelki wypadek – odwróciłem wzrok. Jak do tej pory nie widziałem trupa, tak wciąż nie chciałbym ujrzeć.
Wreszcie, nasza podróż. Pełna maślanki (gratias ago Skarb D.) i piwa. Niewygodna, ale z zapatrywaniem na to, że już za kilka godzin będzie można wleźć do normalnej toalety a potem do wanny.
Ja – po tych kilkunastu dniach (dwunastu) – nie mogłem patrzeć na piwo. Skarb D., Reggae Reggae i Wijata jeszcze pili, a w przerwach między piciem spali. Mnie weszło tylko jedno piwo, a i to z trudem. Powrót był przeciwnością przejażdżki na Festiwal – trzeźwy.
Około szesnastej wylądowaliśmy w Łodzi. Szybko rozeszliśmy się we własne strony. Jedenasty Przystanek Woodstock, w naszym wykonaniu, dobiegł końca.

PS
Pamiętam jeszcze, że zapisałem się do jakiejś fotopetycji. To było coś z bronią albo przeciwko broni. Tylko ni cholery nie umiejscowię teraz tego w czasie. Wiem, że się ściemniało. Którego dnia? Tego sobie nie przypomnę. Stawiałbym na czwartek, ale nie wiem. Niewykluczone, że między „Suomilainenami”, a wyjściem po wódkę i chłopaków jeszcze gdzieś się szwendałem. Wiele rzeczy z tego wyjazdu ma status „niewykluczonych” i – oczywiście – nienatychmiastowych.

wpis nr: 618

z cyklu: SMSowe (nie)spodzianki

04.08.2005, 16:14 – SZALONY BASISTA
Widze, ze przynajmniej dwie rzeczy sie na tym swiecie nie zmieniaja. Perfekt wciaz nie wie kiedy ze sceny zejsc niepokonany, a Walczak spod.

/annotatio auctoris:

przybycie
chwilę po przyjeździe

wpis nr: 617