Kalendarz

Lipiec 2005
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2005

Na wywczasach.

Wsi spokojna, wsi wesoła,

Oj spokojna, spokojna. Powolna i niebrawurowa. Z panującą wszechobecnie nienatychmiastowością. Pozazdrościć.
Oj wesoła, wesoła. Szczególnie wieczorami. Przy ognisku i balsamie. Ale także o poranku, przy notatkach z dnia poprzedniego.

Który głos twej chwale zdoła?

Święta prawda. Ciężko opisać wszystko to, czego można było doświadczyć. Czy to z powodu niedostateczności języka czy to ze względu na ułomną pamięć ludzką.

wpis nr: 613

Herman Hesse – Wilk stepowy

Nadmiar cynizmu sprawił, że czytałem Wilka stepowego z tak wielkim dystansem, że w efekcie nie potrafię się do tej książki odnieść. Dziś nie robi na mnie większego wrażenia. Nie odbieram jej ani pozytywnie, ani negatywnie. Przechodzę jakby obok. Jestem jednak pewien, że gdybym dorwał ją wcześniej, jakieś dziesięć lat wcześniej, w okresie młodzieńczego buntu połączonego z niedojrzałym idealizmem, zauroczyłbym się postacią Harryego. W czasach, kiedy byłem podatny na wszelkie wpływy i Wilk stepowy odcisnąłby na mnie swoje piętno. Jednak nie dziś.
Na chwilę obecną wszystko to, co zostało przez Hermana Hesse opisane w jego książce, mam za sobą. Oczywiście nie w sensie dosłownym. Nie przeżyłem pięćdziesięciu lat, nie jestem znanym autorem książek czy felietonów. Ale pewne doświadczenia mam za sobą i czytanie o nich (o ich wizji podług pana Hesse) nie rusza mnie. Może gdybym był innym człowiekiem? Nieważne. Poniżej obszerne fragmenty powieści.

Przedmowa

Wilk stepowy (…) zjawił się pewnego dnia (…). Prowadził życie bardzo ciche i samotne (…), był to człowiek nietowarzyski w stopniu niespotykanym (…), istota obca, dzika, a także bardzo płochliwa, istota z innego świata niż mój”.

„Z osobliwym uśmiechem, który wówczas był mi również niemiły, przyglądał się schodom, ścianom, oknom i starym, wysokim szafom stojącym na korytarzu; odnosiłem wrażenie, że wszystko mu się podoba, a zarazem w jakiś sposób go śmieszy. W ogóle człowiek ten sprawiał wrażenie, jak gdyby przybywał do nas z obcego świata, być może z zamorskich krajów, i uważał, że wszystko tu jest ładne, ale trochę śmieszne. Był – nie mogę tego określić inaczej – grzeczny, nawet uprzejmy, podobał mu się dom, zgodził się też natychmiast i bez zastrzeżeń na pokój, czynsz, śniadania i w ogóle na wszystko, a jednak człowieka tego otaczała, jak mi się zdawało, niedobra czy też wroga aura. Wynajął gabinet i pokój sypialny, wysłuchał uważnie i grzecznie informacji dotyczących opału, wody obsługi i regulaminu domowego, zgodził się na wszystko, zaproponował też od razu zadatek; a mimo to był jak gdyby nieobecny, sam wydawał się sobie śmieszny w swych poczynaniach i nie brał siebie na serio, tak, jak gdyby wynajmowanie pokoju i rozmowa z ludźmi po niemiecku była dla niego czymś dziwnym i nowym, i jak gdyby w myślach zajęty był zgoła innymi sprawami”.

„Przede wszystkim od razu spodobała mi się twarz tego mężczyzny; spodobała mi się mimo wyrazu obcości, była to bowiem twarz może trochę dziwna i smutna, ale czujna, myśląca, przeorana doświadczeniem i uduchowiona. A poza tym nieco mnie udobruchał rodzaj jego grzeczności i uprzejmości, który – choć zdawało się, że sprawia mu trochę wysiłku – był całkowicie pozbawiony pychy, a nawet miał w sobie coś nieomal wzruszającego, coś błagalnego, na do dopiero później znalazłem wytłumaczenie, co mnie jednak od razu trochę dla niego zjednało”.

„Na pierwszy rzut oka robił wrażenie człowieka wybitnego, wyjątkowego i niezwykle uzdolnionego, twarz jego była pełna wyrazu, a niezwykle subtelna i ożywiona mimika odzwierciedlała interesujące, ogromnie wrażliwe, pełne delikatności i uczuciowości życie duchowe. Kiedy w rozmowie przekraczał nieraz granice konwenansu i z głębi swej obcości wypowiadał osobiste, własne myśli, wtedy każdy z nas musiał mu się bezwzględnie podporządkować, więcej bowiem przemyślał niż inni ludzie i w sprawach ducha był nieomal rzeczowy, pewny swych przemyśleń i wiedzy, jakimi odznaczają się tylko ludzie prawdziwie uduchowieni, całkowicie wyzbyci próżności, którzy nigdy nie pragną błyszczeć, kogokolwiek przekonywać albo za wszelką cenę postawić na swoim”.

„(…) Wilk stepowy rzucił mi krótkie spojrzenie pełne krytycyzmu zarówno wobec słów, jak i całej osoby prelegenta; ach, niezapomniane i straszne spojrzenie, o którego znaczeniu można by napisać całą książkę! Spojrzenie to nie tylko krytykowało tego właśnie mówcę i unicestwiało sławnego człowieka swoją nieodpartą, choć łagodną ironią: było raczej smutne niż ironiczne, nawet przepastnie i beznadziejnie smutne. Treścią bowiem tego spojrzenia była cicha rozpacz, która w pewnym sensie stała się już nawykiem i formą. Swoją rozpaczliwą jasnością spojrzenie to prześwietlało nie tylko osobę nadętego mówcy, ale wyszydzało i osądzało sytuację chwili, oczekiwanie i nastrój publiczności, nieco pretensjonalny tytuł zapowiedzianej prelekcji – nie – spojrzenie wilka stepowego przenikało całą naszą współczesność, całą zapobiegliwą krzątaninę, całe karierowiczostwo i próżność, całą powierzchowną grę zarozumiałej, płytkiej duchowości i – niestety – sięgało jeszcze głębiej, nie tylko do braków i beznadziejności naszych czasów, naszej mentalności, naszej kultury, ale przenikało aż do serca człowieczeństwa, wymownie wyrażało w jednej sekundzie całe zwątpienie myśliciela, być może wtajemniczonego w godność i sens życia ludzkiego w ogóle. Spojrzenie to mówiło: «Patrz, jakimi jesteśmy małpami! Patrz, jaki jest człowiek!» – i cała sława, cała mądrość, wszystkie zdobycze ducha, wszystkie dążenia do wzniosłości, wielkości i trwałości, do tego co ludzkie, runęły i stały się małpią igraszką!”.

„Z biegiem czasu niechęć moja zmieniła się w sympatię przejawiającą się w wielkim współczuciu dla tego głęboko i stale cierpiącego człowieka, gdyż byłem świadkiem jego osamotnienia i wewnętrznego umierania. W tym też okresie uświadamiałem sobie coraz wyraźniej, że jego choroba nie polega na jakichś brakach natury, lecz przeciwnie, na wielkim a niezharmonizowanym bogactwie uzdolnień i sił. Przekonałem się, że Haller jest geniuszem cierpienia, że wykształcił w sobie, w sensie niektórych wypowiedzi Nietzschego, genialną, nieograniczoną i straszliwą zdolność cierpienia. Przekonałem się równocześnie, że podstawą jego pesymizmu nie była pogarda dla świata, lecz pogarda dla samego siebie, gdyż mówiąc bezlitośnie i druzgocąco o instytucjach lub osobach nigdy nie wyłączał siebie, zawsze najpierw przeciw sobie kierował ostrze swych strzał, siebie przede wszystkim nienawidził i negował…”.

„Zamiast unicestwić jego osobowość, zdołano go tylko nauczyć nienawiści do samego siebie. Przeciw sobie samemu, przeciw temu niewinnemu i szlachetnemu obiektowi kierował odtąd przez całe życie genialność swej wyobraźni i pełnię swych intelektualnych możliwości. Był bowiem mimo wszystko na wskroś chrześcijaninem i męczennikiem w tym, że każde ostrze, każdą krytykę, każdą złośliwość, każdą nienawiść, do jakiej był zdolny, kierował przede wszystkim przeciw sobie. W odniesieniu do bliźnich, do otoczenia, podejmował stale bohaterskie i poważne wysiłki, by ich kochać, by oddać im sprawiedliwość, nie sprawiać bólu; zasadę miłości bliźniego wpojono mu bowiem równie głęboko, jak nienawiść do samego siebie i w ten sposób całe jego życie stało się przykładem, że bez miłości własnej niemożliwa jest też miłość bliźniego, że nienawiść do samego siebie jest tym samym co skrajny egoizm i płodzi w końcu tę samą okrutną samotność i rozpacz”.

„«Większość ludzi nie chce pływać, dopóki nie nauczy się pływania». Czy to nie dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi, nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do życia, a nie do myślenia! Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę najważniejszą, ten wprawdzie może w tej dziedzinie zajść daleko, ale taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć»”.

„Żywił dla mnie (…) wręcz głęboki szacunek, był tak głęboko przekonany o swoim osamotnieniu, o swoim pływaniu po wodzie, o swoim wykorzenieniu, że szczerze i bez cienia szyderstwa wprawiał go niekiedy w zachwyt widok jakiejś zwyczajnej mieszczańskiej codzienności, na przykład punktualność, z jaką chodziłem do biura, albo powiedzenie woźnego czy konduktora tramwajowego”.

„Siedzieliśmy tam godzinę i podczas gdy ja wypiłem dwie szklanki wody mineralnej, on kazał sobie podać pół litra czerwonego wina, a potem jeszcze ćwiartkę. Wspomniałem, że wracam z [tego samego] koncertu, ale nie zareagował na to. Czytał etykietę na flaszce mojej wody i zapytał, czy nie chciałbym napić się wina, na które mnie zaprasza. Gdy usłyszał, że nigdy nie pijam wina, zrobił znów bezradną minę i powiedział: «No tak, ma pan rację. Ja też przez wiele lat żyłem wstrzemięźliwie i długi czas pościłem, ale obecnie znajduję się znów pod znakiem Wodnika, a to znak ciemny i wilgotny».
Kiedy żartując napomknąłem, że wydaje mi się nieprawdopodobne, iżby właśnie on wierzył w astrologię, przybrał znów uprzejmy ton, który mnie często urażał, i powiedział: «Całkiem słusznie, również w tę naukę nie mogę, niestety, uwierzyć»”.

„«W rzeczywistości nie było to wcale okrucieństwa. Człowiek średniowiecza odczułby znacznie większy wstręt do stylu całego naszego dzisiejszego życia, jako do czegoś okrutnego, przerażającego i barbarzyńskiego! Każda epoka, każda kultura, każdy obyczaj i tradycja mają swój styl, swoją specyfikę, swoje subtelności i ostrości, uroki i okrucieństwa, każda epoka uważa pewne niedomogi za oczywiste, a inne zło znosi cierpliwie. Prawdziwym cierpienie, piekłem, staje się życie ludzkie tylko tam, gdzie krzyżują się dwie epoki, dwie kultury i religie. Gdyby człowiek antyku musiał żyć w średniowieczu, zginąłby marnie, podobnie jak zginąłby dzikus w naszej cywilizacji. Bywają okresy, w których całe pokolenie dostaje się między dwie epoki, między dwa style życia, tak, że zatraca ono wszelką naturalność, wszelki obyczaj, wszelkie poczucie bezpieczeństwa i niewinności. rzecz jasna, nie wszyscy odczuwają to jednakowo silnie. Filozof taki, jak Nietzsche przecierpiał dzisiejszą nędzę wcześniej o całe jedno pokolenie – to, co n świadomy prawdy musiał znieść samy, stało się dziś udziałem tysięcy»”.

Notatki Harryego Hallera
Traktat o wilku stepowym

Był sobie raz ktoś, imieniem Harry, zwany wilkiem stepowym. Chodził na dwóch nogach, nosił ubranie i był człowiekiem, ale naprawdę był to wilk stepowy. Nabył sporo wiedzy, jakiej mogą nabyć ludzie z dobrą głową, i był wcale mądrym człowiekiem. Nie nauczył się jednak zadowolenia z samego siebie i ze swojego życia. Tego nie potrafił, był człowiekiem niezadowolonym, a pochodziło to prawdopodobnie stąd, że w głębi serca zawsze wiedział (lub zdawało mu się, że wie), iż właściwie nie jest człowiekiem, lecz wilkiem ze stepu. Niechaj się mądrzy ludzie spierają o to, czy rzeczywiście był wilkiem, czy też kiedyś, może jeszcze przed urodzeniem, za pomocą czarów został przemieniony z wilka w człowieka; a może urodził się jako człowiek obdarzony duszą wilka stepowego i został przez nią owładnięty, lub wiara w to, że jest właściwie wilkiem, była u niego tylko urojeniem albo chorobą. Na przykład nie jest wykluczone, że ten człowiek był w dzieciństwie dziki, nieokiełznany i nieporządny, że jego wychowawcy usiłowali zabić w nim bestię i przez to właśnie wytworzyli w nim urojenie i przeświadczenie, iż w rzeczywistości jest właściwie bestią o cienkiej tylko powłoce wychowana i człowieczeństwa. Można by o tym długo i ciekawie rozprawiać, a nawet pisać całe tomy; ale wilkowi stepowemu nic by to nie pomogło, gdyż było mu obojętne, czy tkwił w nim wilk zaklęty czarami, wbity kijami, czy też był o tylko urojeniem jego duszy. Sąd innych o tym, a także jego własne mniemanie nie przedstawiały dla niego żadnej wartości, gdyż nie mogły przecież wypędzić z niego wilka.
Wilk stepowy miał zatem dwie natury, ludzką i wilczą, takie było jego przeznaczenie, i być może to przeznaczenie nie było ani takie szczególne, ani rzadkie. Podobno widywano już wielu ludzi, którzy mieli w sobie coś z psa lub lisa, z ryby lub węża, a jednak fakt ten nie sprawiał im specjalnych kłopotów. W tych ludziach żyli właśnie obok siebie człowiek i lis, człowiek i ryba, i żadne nie sprawiało drugiemu przyszłości, a nawet jedno drugiemu pomagało, i niejeden człowiek, który daleko zaszedł i któremu zazdroszczono, zawdzięcza swoje szczęście raczej tkwiącemu w nim lisowi lub małpie niż temu, co w nim ludzkie. Wiadomo o tym powszechnie. Z Harrym było jednak inaczej: w nim człowiek i wilk żyli obok siebie i wcale sobie nie pomagali, lecz nieustannie trwała między nimi śmiertelna nienawiść i jeden żył wyłącznie cierpieniem drugiego; a gdy w jednej krwi i jednej duszy żyje dwóch śmiertelnych wrogów, wówczas życie jest niedobre. No cóż, każdy ma swój los, a żaden los nie jest lekki.
Z naszym wilkiem stepowym sprawa miała się tak, że w swoim odczuciu żył bądź jak wilk, bądź jak człowiek, a bywa tak zazwyczaj u istot mieszanych; kiedy jednak był wilkiem, człowiek w nim stale warował, obserwował go, osądzał i ferował wyroki – w chwilach zaś, kiedy był człowiekiem, to samo czynił wilk. I tak jeśli Harry, jako człowiek miał piękną myśl, żywił jakieś delikatne, szlachetne uczucie lub spełnił tak zwany dobry uczynek, wtedy wilk szczerzył kły, śmiał się i pokazywał z krwawym szyderstwem, jak nie do twarzy wilkowi stepowemu z tym całym śmiesznym szlachetnym teatrem, wilkowi, który w głębi serca wie, co by mu przypadło do gustu, a mianowicie samotna gonitwa po stepach, od czasu do czasu chłeptanie krwi lub uganianie się za wilczycą – i wtedy z punktu widzenia wilka każda czynność ludzka stawała się przeraźliwie śmieszna i żenująca, głupia i próżna. Ale zupełnie tak samo było, kiedy Harry czuł się i zachowywał jak wilk, kiedy szczerzył zęby i odczuwał nienawiść i śmiertelną wrogość do wszystkich ludzi i do ich zakłamanych i zwyrodniałych manier i obyczajów. Wtedy to leżała w nim na czatach cząstka człowiecza, śledziła wilka, nazywała go bydlęciem i bestią, psuła i zatruwała mu każdą radość czerpaną z prostej, wilczej, dzikiej natury.
Tak miała się rzecz z wilkiem stepowym i można sobie wyobrazić, że Harry nie miał życia przyjemnego ani szczęśliwego. Nie znaczy to jednak, że był szczególnie nieszczęśliwy (chociaż jemu, rzecz jasna, tak się zdawało, podobnie jak wszystkim ludziom, którzy uważają, iż przypadające im cierpienia są najcięższe). Nie należy tego mówić o żadnym człowieku. Również i taki człowiek, który nie ma w sobie wilka, nie musi być dzięki temu szczęśliwy. A z kolei najnieszczęśliwsze życie na swoje słoneczne godziny i swoje ubożuchne kwiatki szczęśliwości, rozsiane wśród piasku i kamieni. Tak też było i z wilkiem stepowym. Był najczęściej bardzo nieszczęśliwy, temu nie można zaprzeczyć, i mógł także innych unieszczęśliwiać, mianowicie tych, których kochał, i tych, którzy jego kochali. Wszyscy bowiem, którzy go pokochali, widzieli w nim tylko jedną stronę. Niektórzy kochali go jako człowieka subtelnego, mądrego i ciekawego i byli potem przerażeni i rozczarowani, gdy nagle dostrzegali w nim wilka. A dostrzec go musieli, gdyż Harry, jak każda żywa istota, chciał być kochany cały i dlatego nie mógł ukrywać i zapierać się wilka w sobie właśnie przed tymi, na których miłości najbardziej mu zależało. Byli jednak i tacy, którzy kochali w nim właśnie wilka, to co było swobodne, dzikie, nieokiełznane, niebezpieczne i silne, i ci z kolei byli znów ogromnie rozczarowani i zawiedzeni, gdy nagle dziki, zły wilk okazywał się również człowiekiem, tęskniącym za dobrocią i delikatnością, pragnącym słuchać Mozarta, czytać wiersze i mieć ogólnoludzkie ideały. I właśnie ci ludzie byli najbardziej zawiedzeni i źli, i dlatego to wilk stepowy wnosił własną dwoistość i rozdwojenie we wszystkie obce losy, z którymi się stykał.
Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że zna wilka stepowego i że może sobie wyobrazić jego żałosne i rozdarte życie; daleko mu jeszcze do wiedzy o wszystkim. Nie wie, że (tak, jak nie ma reguły bez wyjątku i tak jak poszczególny grzesznik w pewnych okolicznościach może być Bogu milszy niż dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych) u Harryego też bywały wyjątkowe i szczęśliwe przypadki, że niekiedy wilk, a niekiedy człowiek mógł w sposób czysty i niezakłócony oddychać w nim, myśleć i czuć, ba, że czasem, w bardzo rzadkich chwilach, obaj zawierali ze sobą przymierze, żyli we wzajemnej miłości tak, że nie tylko jeden czuwał, gdy inny śnił, lecz nawzajem się wspomagali i jeden podwajał siły drugiego. Zdawało się, że w życiu tego człowieka, jak wszędzie na świecie, wszystko co zwyczajne, codziennie, poznane i regularne ma jednie ten cel, by od czasu do czasu, w krótkiej jak mgnienie oka pauzie zostało przerwane i ustąpiło miejsca czemuś niezwykłemu, cudowi, łasce. Czy te krótkie, rzadkie godziny szczęścia wyrównywały i łagodziły zły los wilka stepowego, równoważąc wreszcie szczęście i cierpienie, czy może nawet to krótkie, ale mocne szczęście owych nielicznych godzin pochłaniało cały ból i dawała pewną nadwyżkę w obrachunku? – oto pytanie, nad którym niechaj się głowią ludzie niemający nic lepszego do roboty. Również i wilk często przemyśliwał nad tym i to były jego próżniacze i zmarnowane dni.
Do tego trzeba jeszcze coś dodać. Istnieje dość dużo ludzi tego typu co Harry, zwłaszcza wielu artystów należy do tego gatunku. Ludzie ci mają w sobie dwie dusze, dwie istoty, są w nich cechy boskie i szatańskie, krew matczyna i ojcowska, a zdolność do szczęścia i zdolność do cierpienia tkwi w nich w takiej samej wrogości i pogmatwaniu, sąsiedztwie i połączeniu, jak wilk i człowiek w Harrym. I ludzie ci, których życie jest bardzo niespokojne, przeżywają niekiedy w rzadkich chwilach uniesień tak silne i niewypowiedziane piękno, a fala ich chwilowego szczęścia wznosi się niekiedy tak wysoko i oślepiająco nad morze cierpienia, że owa krótka rozbłyskująca błogość, promieniując dokoła, ogarnia i oczarowuje również innych. Tak powstają nad morzem cierpienia, jako cenna, krótkotrwała fala szczęścia, wszystkie te dzieła sztuki, w których pojedynczy cierpiący człowiek wzniósł się na jedną chwilę tak wysoko ponad swój własny los, że jego szczęście błyszczy jak gwiazda i wszystkim, którzy je widzą, objawia się jako coś wiecznego, jako ich własny sen o szczęściu. Wszyscy ci ludzie, jakkolwiek będą się nazywać ich czyny i dzieła, właściwie nie mają w ogóle żadnego życia, to znaczy, ich życie nie jest bytem, nie ma kształtu, nie są oni bohaterami, artystami czy myślicielami w tym sensie, w jakim inni ludzie są sędziami, lekarzami, szewcami czy nauczycielami, lecz życie ich jest wiecznym, pełnym cierpienia ruchem i wrzeniem, jest nieszczęśliwie i boleśnie rozdarte, jest przerażające i bezsensowne, jeżeli nie zechcemy dostrzec sensu w tych właśnie rzadkich przeżyciach, czynach, myślach i dziełach, które rozbłyskują nad chaosem takiego istnienia. Wśród ludzi tego rodzaju powstała niebezpieczna i straszliwa myśl, że, być może, całe życie ludzkie jest tylko okrutną pomyłką, jakimś gwałtownym i niefortunnym, poronionym tworem pramatki, jakąś dziką i straszliwie chybioną próba natury. Wśród nich jednak zrodziła się też inna myśl, że człowiek jest może nie tylko na pół rozumnym zwierzęciem, lecz i dzieckiem Bożym, przeznaczonym do nieśmiertelności.
Każdy gatunek ludzi ma swoje znamiona, swoje cechy, każdy ma właściwe sobie cnoty i występki, każdy ma swój śmiertelny grzech. Do cech wilka stepowego należało, że był człowiekiem wieczoru. Ranek był dal nie go złą porą dnia, której się lękał i która nigdy nie przyniosła mu nic dobrego. Rankiem nigdy naprawdę nie cieszył się życiem, nigdy w godzinach przedpołudniowych nie uczynił niczego dobrego, nie miewał dobrych pomysłów, nie umiał ani sobie, ani innym sprawić przyjemności. Dopiero w ciągu popołudnia rozgrzewał się powoli i ożywiał, a pod wieczór, w swych dobrych dniach, stawał się płodny i czynny, niekiedy nawet żarliwy i radosny. Z tym wiązała się też jego potrzeba samotności i niezależności. Nigdy żaden człowiek nie odczuwał głębszej i bardziej namiętnej potrzeby niezależności niż on. W czasach młodości, kiedy był jeszcze biedny i z trudem zarabiał na chleb, wolał głodować i chodzić w podartym ubraniu byleby za tę cenę uratować odrobinę niezależności. Nie sprzedał się nigdy dla pieniędzy i dobrobytu, nie sprzedał się nigdy kobietom czy możnym i po stokroć odrzucał i wykluczał to, co w oczach całego świata było dla niego korzyścią i szczęściem, by za tę cenę zachować wolność. Żadne wyobrażenie nie było mu bardziej nienawistne ni przerażające niż to, że musiałby wykonywać zawód na przykład urzędnika, przestrzegać jakiegoś podziału dnia i roku, słuchać innych. Biuro, kancelaria, urząd – to były pojęcia znienawidzone przez niego tak jak śmierć, a najokropniejsze, co mogłoby mu się przydarzyć, to niewola w koszarach. Umiał unikać tych wszystkich możliwości, często za cenę wielkich ofiar. W tym tkwiła jego siła i cnota, w tym był nieugięty i nieprzekupny, w tym jego charakter był stały i prostolinijny. Tylko że z tą zaletą wiązała się znów najściślej jego bieda i jego los. Wiodło mu się tak, jak wiedzie się wszystkim: to, czego z najgłębszego popędu swej istoty najuparciej szukał i czego pragnął, stało się jego udziałem, ale w większej mierze niż to dla człowieka korzystne. Początkowo było jego marzeniem i szczęściem, później gorzką dolą. Człowiek władzy ginie od władzy, człowiek pieniędzy od pieniędzy, poddany od służenia, rozpustnik od rozpusty. Tak też i wilka stepowego zgubiła jego niezależność. Osiągnął swój cel, stawał się coraz bardziej niezależny, nikt mu nie rozkazywał, do nikogo nie musiał się stosować, sam swobodnie decydował o swym postępowaniu. Każdy bowiem silny człowiek niezawodnie osiąga to, czego każe mu szukać jego prawdziwy popęd. Ale pośrodku osiągniętej wolności Harry nagle spostrzegł, że jego wolność była śmiercią, że jest sam, że świat w jakiś niesamowity sposób pozostawia go w spokoju, że ludzie nic go już nie obchodzą, a nawet on sam siebie nie obchodzi, że się powoli dusi w tej coraz cieńszej atmosferze odosobnienia i samotności. Doszło bowiem do tego, że samotność i niezależność przestały być jego pragnieniem i celem, a stały się jego losem, na który został skazany, że czarodziejskie życzenie zostało spełnione i nie dało się już cofnąć, że nic już nie pomagało, gdy pełen tęsknoty i dobrej woli wyciągał ramiona i gotów był do zadzierzgnięcia jakiejś więzi i wspólnoty; zostawiono go teraz samego. Przy tym wcale nie był znienawidzony czy też ludziom niemiły, przeciwnie, miał bardzo wielu przyjaciół. Lubiło go wiele osób. Ale była to zawsze tylko sympatia i życzliwość, zapraszano go, obdarowywano, pisano do niego miłe listy, ale nikt się do niego nie zbliżył, nigdzie nie powstałą więź, nikt nie był gotów, ani zdolny do tego, by dzielić z nim jego życie. Otaczała go teraz cicha atmosfera samotnych, jakiś odpływ fali ludzkiej, nie był już zdolny do nawiązywania kontaktów, czemu ani wola, ani tęsknota już nic nie mogły zaradzić. Było to jedno z ważnych znamion jego życia.
Drugą cechą było to, że należał do samobójców. Tu trzeba wyjaśnić, że błędem jest nazywanie samobójcami tylko tych, którzy rzeczywiście odbierają sobie życie. Między nimi wielu jest takich, którzy w pewnym sensie stają się samobójcami tylko przez przypadek, a chęć targnięcia się na życie wcale nie musi tkwić w ich psychice. Wśród ludzi bez szczególnej osobowości, bez zdecydowanego charakteru, bez wstrząsów w życiorysie, wśród ludzi tuzinkowych i żyjących stadnie są tacy, którzy kończą samobójstwem, chociaż w całej swej strukturze i ukształtowaniu nie należą do typu samobójców, gdy tymczasem bardzo wielu, może nawet większość spośród tych, których z istoty należy zaliczyć do samobójców, nigdy nie usiłuje targnąć się na życie. „Samobójca” – a Harry nim był – niekoniecznie musi żyć w szczególnie bliskim kontakcie ze śmiercią, taki kontakt można mieć nie będąc samobójcą; ale właściwością samobójcy jest to, ze swoje „ja” – obojętne, słusznie czy niesłusznie – odczuwa jako szczególnie niebezpieczny, niepewny i zagrożony element natury, że wydaje mu się, iż stale, w sposób niezwykły jest narażony i wystawiony na niebezpieczeństwo, tak jak gdyby stał na szycie skały, gdzie słabe pchnięcie z zewnątrz lub drobna słabość od wewnątrz wystarczą, by strącić go w próżnię. Ten typ ludzi tym się wyróżnia w swym przeznaczeniu, że samobójstwo jest dla nich najbardziej prawdopodobnym rodzajem śmierci, przynajmniej w ich własnym mniemaniu. Przesłanką tych skłonności, ujawniających się zawsze już we wczesnej młodości i towarzyszących tym ludziom w ciągu całego życia, nie jest bynajmniej jakaś szczególnie słaba witalność, przeciwnie, wśród samobójców znajdują się natury wyjątkowo odporne, zaborcze i odważne. Ale podobnie jak bywają organizmy skłonne do gorączki przy najbłahszym schorzeniu, tak też bywają natury, zazwyczaj bardzo czułe i wrażliwe, które nazywamy „samobójcami”, skłonne przy najmniejszym wstrząsie poddać się intensywnie wizji samobójstwa. Gdyby istniała nauka, która miałaby dość odwagi i poczucia odpowiedzialności, by zająć się człowiekiem, a nie tylko mechanizmami zjawisk życiowych, gdybyśmy mieli coś w rodzaju antropologii czy psychologii, to zjawiska te byłyby wszystkim znane.
To, co powiedzieliśmy o samobójcach, dotyczy oczywiście tylko powierzchni, jest psychologią, a więc częścią fizyki. Z metafizycznego punktu widzenia sprawa przedstawia się inaczej i o wiele jaśniej, gdyż przy takim spojrzeniu „samobójcy” jawią się nam jako obciążeni poczuciem winy za indywidualizację, jako owe dusze, które za cel życia uważają już nie doskonalenie się i kształtowanie samych siebie, lecz unicestwienie się, powrót do matki, do Boga, do wszechświata. Natury takie są w większości zupełnie niezdolne do popełnienia prawdziwego samobójstwa, ponieważ pojęły dogłębnie tkwiący w nim grzech. Dla nas są jednak samobójcami, gdyż w śmierci, a nie w życiu widzą wybawiciela, są gotowi usunąć się i poświęcić, zgasnąć i wrócić do początku.
Tak jak każda siła może stać się słabością (a w pewnych okolicznościach nawet musi się nią stać), tak i na odwrót, typowy samobójca może ze swej pozornej słabości uczynić siłę i oparcie, ba, czyni to nawet bardzo często. Do tych przypadków zalicza się również przypadek Harryego., wilka stepowego. Jak tysiące jemu podobnych uczynił on z wyobrażenia, że o każdej godzinie droga do śmierci stoi przed nim otworem nie tylko młodzieńczo-melancholijną igraszkę fantazji, lecz zbudował sobie z tej właśnie myśli pocieszenie i oparcie. Wprawdzie każdy wstrząs, każdy ból, każda niepomyślna sytuacja życiowa natychmiast budziły w nim, jak we wszystkich ludziach jego pokroju, pragnienie ucieczki przez śmierć, stopniowo jednak stworzył sobie właśnie z tej skłonności filozofię, służącą życiu. Oswojenie się z myślą, że to zapasowe wyjście stale jest otwarte, dodawało mu siły, budziło w nim ciekawość wypróbowania cierpień i złych stanów, a gdy było z nim bardzo źle, mógł czasem ze zgryźliwą radością, z pewnego rodzaju zadowoleniem z niepowodzenia, pomyśleć: „A jednak jestem ciekawy, ile właściwie człowiek potrafi wytrzymać! Jeśli osiągnąłem już granicę wytrzymałości, to wystarczy mi tylko otworzyć drzwi i już mnie nie będzie”. Jest wielu samobójców, u których takie właśnie myśli wyzwalają niezwykłe siły.
Z drugiej strony wszyscy samobójcy dobrze znają walkę z pokusą samobójstwa. Każdy w jakimś zakątku swojej duszy wie aż nadto dobrze, że samobójstwo jest wprawdzie wyjściem, ale przecież tylko jakimś wyjściem nędznym, nielegalnym, zapasowym, i że w zasadzie szlachetniej i piękniej jest dać się pokonać przez samo życie niż ginąć z własnej ręki. ta świadomość, to złe sumienie, którego źródło jest takie samo, jak źródło nieczystego sumienia tak zwanych masturbantów, skłania większość „samobójców” do nieustannego zmagania z pokusą. Walczą tak, jak kleptoman walczy ze swoim nałogiem. Również i wilk stepowy znał dobrze tę walkę, walczył różną i coraz to inną bronią. W końcu, w wieku lat czterdziestu siedmiu, wpadł na pewien szczęśliwy i nie byle jaki pomysł, który często sprawiał mu radość. Pięćdziesięciolecie swoich urodzin ustalił jako dzień, w którym pozwoli sobie na samobójstwo. tego dnia – tak sobie postanowił – będzie mógł swobodnie skorzystać lub nie skorzystać z zapasowego wyjścia, zależnie od nastroju dnia. A teraz niech się dzieje co chce, niechby nawet zachorował, zubożał, doznawał bólu i goryczy – wszystko jest ograniczone terminem, wszystko może trwać najwyżej tylko tych kilka lat, miesięcy, dni, których liczba z każdym dniem maleje. I rzeczywiście, o wiele łatwiej znosił teraz niejedno niepowodzenie, które dawniej dręczyłoby go dotkliwiej i dłużej, ba, może wstrząsnęłoby nim do głębi. Jeśli z jakiegokolwiek powodu było mu szczególnie źle, jeśli do opuszczenia, osamotnienia i zdziczenia jego życia dołączały się jeszcze nadzwyczajne dolegliwości lub straty, wtedy mógł tym cierpieniom powiedzieć: „Poczekajcie tylko, jeszcze dwa lata, wtedy ja będę waszym panem!” Po czym z lubością wyobrażał sobie, jak to rankiem w pięćdziesiątą rocznicę urodzin napływać będą listy i powinszowania, gdy tymczasem on, pewny swej brzytwy, żegnać się będzie z bólem i zamknie za sobą drzwi. Wtedy artretyzm w kościach, melancholia, ból głowy i żołądka nic mu już nie zrobią!
Należy jeszcze wyjaśnić szczególny fenomen wilka stepowego, zwłaszcza jego osobliwy stosunek do mieszczaństwa, sprowadzając te zjawiska do ich praw podstawowych. Weźmy jako punkt wyjścia właśnie jego stosunek do „burżuazji”, gdyż problem ten sam się narzuca!
Wilk stepowy, zgodnie z własnymi zapatrywaniami, znajdował się całkowicie poza obrębem mieszczańskiego świata, nie miał bowiem ani życia rodzinnego, ani społecznej ambicji. Czul się absolutnie odosobniony, czuł się bądź dziwakiem i chorobliwym pustelnikiem, bądź hipernormalnym indywidualistą o zadatkach genialności, wyższym ponad ciasne normy przeciętnego życia. Świadomie gardził burżujem i dumny był z tego, że sam nim nie jest. Mimo to pod wieloma względami żył najzupełniej po burżujsku, lokował pieniądze w banku, pomagał ubogim krewnym, ubierał się wprawdzie nonszalancko, ale przyzwoicie i nie wyzywająco, starał się żyć w zgodzie z policją, urzędem podatkowym i innymi władzami. Poza tym jakaś silna, utajona tęsknota stale ciągnęła go do mieszczańskiego światka, do cichych, statecznych domów rodzinnych ze schludnymi ogródkami, czysto utrzymanymi schodami i od owej skromnej atmosfery porządku i przyzwoitości. Chciał mieć swoje małe grzeszki i ekstrawagancje, czuć się kimś spoza mieszczaństwa, jak dziwak albo geniusz, lecz nigdy nie mieszkał i nie żył, by tak to określić, na peryferiach życia, gdzie mieszczańskość już nie istnieje. Nie czuł się swojsko ani w atmosferze potentatów czy ludzi wyjątkowych, ani wśród zbrodniarzy czy wyjętych spod prawa, lecz zawsze mieszkał w dzielnicy mieszczuchów, zajmując stale określone stanowisko wobec ich norm i atmosfery, choćby to było stanowisko sprzeciwu i buntu. Poza tym odebrał drobnomieszczańskie wychowanie i stąd też zachował całe mnóstwo pojęć i szablonów. Teoretycznie nie miał nic przeciw prostytucji, osobiście nie byłby jednak traktować prostytutki poważnie i szczerze uważać za równą sobie. Politycznych przestępców, wywrotowców lub ideologicznych zwodzicieli, których państwo i społeczeństwo piętnowało banicją, mógł kochać jak braci, ale ze złodziejem, włamywaczem i mordercą seksualnym nie wiedziałby, co począć, chyba, że biadałby nad nimi w sposób typowo mieszczański.
Tak więc uznawał i potwierdzał stale jedną połową swej istoty i postępków to, co drugą połową zwalczał i negował. Wychowany w kulturalnym domu mieszczańskim, w ustalonych zasadach i obyczajach, zawsze częścią swej duszy związany był z normami świata mieszczańskiego i wtedy nawet, kiedy już od dawna wybił się ponad możliwości dostępne burżuazji i wyzwolił z mieszczańskich ideałów i wiary.
„Mieszczańskość” jako stale istniejący stan człowieczeństwa jest tylko próbą wyrównania i dążeniem do złotego środka między rozlicznymi skrajnościami i sprzecznościami przeciwstawnych ludzkich zachowań. Weźmy jakąkolwiek z tych przeciwstawnych postaw jako przykład, a więc świętego i rozpustnika, a nasza metafora stanie się od razu zrozumiała. Człowiek ma możność całkowitego oddania się sprawom duchowym, próbie zbliżenia się do Boga, do ideału, do tego co święte. I na odwrót, ma też możliwość całkowitego oddania się swym popędom, pożądliwości zmysłów i skierowania wszystkich dążeń ku zdobyciu chwilowej rozkoszy. Jedna z tych dróg wiedzie ku świętości, ku męczeństwu ducha, ku oddaniu się Bogu. Druga wiedzie do rozpusty, do męczeńskiej niewoli popędów, do zatracenia się w zgniliźnie. Między tymi obiema drogami mieszczuch usiłuje żyć pośrodku. Nigdy siebie nie zatraci, nigdy nie odda się ani upojeniu zmysłów, ani ascezie, nigdy nie stanie się męczennikiem, nigdy nie zgodzi się na swoje unicestwienie. Przeciwnie, jego ideałem nie jest poświęcenie, lecz zachowanie swojego „ja”, nie zmierza on bowiem ani do świętości, ani do jej przeciwieństwa, nie znosi skrajności, chce wprawdzie służyć Bogu, ale też i rozkoszy, chce wprawdzie być cnotliwy, ale też i na ziemi mieć trochę dobrobytu i wygód. Krótko mówiąc, usiłuje zająć miejsce pośrodku między skrajnościami w umiarkowanej i zdrowej strefie, bez gwałtownych sztormów i burz, i to mu się też udaje, lecz za cenę intensywności życia i uczuć, jaką daje życie ukierunkowane na absolut i skrajność. Intensywnie żyć można tylko kosztem swego „ja”. Mieszczuch niczego wyżej nie ceni nad swoje „ja” (oczywiście owo tylko z grubsza rozwinięte „ja”). Kosztem intensywności zyskuje stabilizację i pewność, zamiast opętania Bogiem – spokój sumienia, zamiast rozkoszy – zadowolenie, zamiast wolności – wygodę, zamiast śmiertelnego żaru – przyjemną temperaturkę. Dlatego też mieszczuch jest z natury istotą o słabej dynamice życiowej, tchórzliwą, lękającą się każdego ryzyka, łatwą do rządzenia. Z tego też powodu zastąpił władzę liczebną przewagą, gwałt – prawem, odpowiedzialność – głosowaniem.
Jest jasne, że te słabe i trwożliwe istoty, choćby nawet liczne, nie mogą się utrzymać, i ze względu na swe właściwości mogą odgrywać w świecie jedynie rolę stada jagniąt między swobodnie uganiającymi się wilkami. Mimo to widzimy, że w okresie rządów silnych natur mieszczanin natychmiast zostaje przyparty do muru, nigdy jednak nie ginie, a niekiedy nawet rządzi światem. Jak to się dzieje? Ani wielka liczebność jego stada, ani jego cnota, ani common sense, ani organizacja nie są dość silne, aby uchronić go od zagłady. Jeśli czyjaś tężyzna życiowa jest już z góry tak bardzo osłabiona, nie utrzyma go przy życiu żadna medycyna świata. A mimo to mieszczaństwo żyje, jest silne i prosperuje. – Dlaczego?
Odpowiedź brzmi: Dzięki wilkom stepowym. W istocie siła witalna mieszczaństwa nie zasadza się bynajmniej na właściwościach jego normalnych członków, lecz na cechach bardzo licznych outsiderów, których ze względu na mętność i elastyczność ideałów może do siebie włączyć. W sferze mieszczaństwa żyje stale wielu osobników silnych i dzikich. Nasz wilk stepowy, Harry, jest tu charakterystycznym przykładem. On, który jako osobowość rozwinął się daleko ponad miarę dostępną mieszczuchowi, on, który zna zarówno słodycz medytacji, jak i ponurą radość nienawiści do innych i do siebie samego, on, który pogardza prawem, cnotą i common sense, jest przecież więźniem mieszczaństwa i nie może się od niego wyzwolić. Tak więc właściwą społeczność prawdziwego mieszczaństwa otaczają szerokie warstwy ludzi, tysiące istnień i inteligencji, z których każda wyrosła wprawdzie z mieszczaństwa i mogłaby być powołana do życia w absolucie, związana jest jednak wskutek infantylnych uczuć ze światem mieszczańskim i, zarażona słabością jego witalizmu, trwa jednak w jakiś sposób w tym mieszczaństwie, jest mu uległa, zobowiązana i usłużna. Do mieszczaństwa można zastosować odwrotność dewizy wielkich ludzi: Kto nie jest przeciw mnie, jest ze mną!
Jeżeli teraz zbadamy duszę wilka stepowego, to ukaże się on nam jako człowiek, który już ze względu na wysoki stopień zindywidualizowania nie jest przeznaczony na mieszczanina, każda bowiem wybujała indywidualność zwraca się przeciw swemu „ja” i skłania do jego unicestwienia. Widzimy, że ma on w sobie silne zadatki zarówno na świętego, jak i na rozpustnika, jednak z powodu jakiejś słabości czy opieszałości nie mógł zdobyć się na lot w wolne przestworza kosmosu i pozostaje w pętach, przykuty do ociężałej macierzystej konstelacji mieszczaństwa. Taka jest jego sytuacja w obszarze świata, taka jego niewola. Ogromna większość intelektualistów, większość ludzi sztuki należy do tego typu. Tylko najsilniejsi z nich przebijają atmosferę mieszczańskiej ziemi i dostają się do kosmosu, wszyscy inni albo rezygnują, albo idą na kompromis, gardzą mieszczaństwem, a mimo to należą do niego, umacniają je i uświetniają, a w końcu zmuszeni, aprobują je, by móc jeszcze żyć. Te niezliczone egzystencje nie dorastają do rozmiarów postaci tragicznych, ale gnębi je nieszczęście i wielka niedola, w których piekle talenty ich trawi ogień, czyniąc je w końcu płodnymi. Nieliczni, którzy potrafią się wyzwolić, docierają do absolutu i giną w jakiś dziwny sposób, są to ci tragiczni. Jest ich niewielu. Prze innymi natomiast, tymi jeszcze związanymi, których talenty mieszczaństwo często nagradza wielkimi zaszczytami, stoi otworem trzecie królestwo, świat wyimaginowany, ale suwerenny: humor. Niespokojnie wilki stepowe, stale dręczone cierpieniem, którym do osiągnięcia tragizmu, do przedarcia się w gwiezdny obszar brak odpowiedniej ku temu siły, które czują się powołane do absolutu, a mimo to nie potrafią w nim żyć: przed nimi – kiedy w cierpieniu ich duch staje się hartowny i elastyczny – otwiera się kompromisowe wyjście w sferę humoru. Humor w pewnym sensie pozostaje zawsze czymś mieszczańskim, choć prawdziwy mieszczuch nie potrafi go zrozumieć. W imaginacyjnej sferze humoru urzeczywistnia się zawiły, pełen sprzeczności ideał wszystkich wilków stepowych: tu można nie tylko zaaprobować jednocześnie świętego i rozpustnika, nagiąć ku sobie oba bieguny, ale nawet skłonić mieszczucha, aby to uznał. Opętanemu Bogiem nietrudno jest zaaprobować zbrodniarza i na odwrót, lecz dla nich obydwu, a także dla wszystkich innych istot krańcowych jest rzeczą niemożliwą zaaprobować jeszcze i ten neutralny, mdły środek, jakim jest mieszczaństwo. Jedynie humor, ten wspaniały wynalazek wszystkich zahamowanych w swym powołaniu do rzeczy najwyższych, tych niemal tragicznych, najbardziej uzdolnionych nieszczęśników, jedynie humor (być może najciekawsze i najgenialniejsze osiągnięcie ludzkości) spełnia tę niemożliwość, ogarnia i scala promieniami swych pryzmatów wszystkie dziedziny człowieczeństwa. Żyć w świecie, jak gdyby to nie był świat, szanować prawo, a przecież stać ponad nim, posiadać „jakby się nie posiadało”, rezygnować, jak gdyby rezygnacji w ogóle nie było – wszystkie te ulubione i częściowo formułowane postulaty wielkiej mądrości życiowej jedynie humor zdolny jest urzeczywistnić.
I gdyby wilkowi stepowemu, któremu nie brak ku temu zdolności i zadatków, w dusznym zamęcie jego piekła udało się ugotować, wypocić ten czarodziejski napój, wówczas byłby uratowany. Do tego jednak wiele mu jeszcze brakuje. Istnieje wszakże możliwość, nadziej. Kto go kocha, kto mu współczuje, niechaj mu życzy takiego ratunku. Wprawdzie w takim przypadku utkwiłby już na zawsze w mieszczaństwie, ale jego cierpienia byłyby znośne, stałyby się płodne. Jego stosunek do mieszczańskiego świata, zarówno w miłości, jak i w nienawiści zatraciłby sentymentalizm, a jego związek z tym światem przestałby go ustawicznie dręczyć jako hańba.
Aby to osiągnąć lub może w końcu zaryzykować skok w dziedzinę wszechświata, musiałby wilk stepowy stanąć kiedyś z sobą oko w oko, musiałby spojrzeć w głąb chaosu własnej duszy i dojść do pełnej świadomości samego siebie. Jego problematyczna egzystencja odsłoniłaby mu się wówczas w całej swej niezmienności i odtąd ustawiczna ucieczka z piekła popędów do sentymentalno-filozoficznych pociech, a stąd znów do ślepego upajania się swą wilczą naturą, byłaby już dla niego niemożliwością. Człowiek i wilk byliby zmuszeni rozpoznawać się bez obłudnych masek uczuciowych, musieliby spojrzeć sobie prosto w oczy. Potem albo wybuchnęliby i rozeszli się raz na zawsze, tak że nie byłoby już w ogóle wilka stepowego, albo też zawarliby małżeństwo z rozsądku pod wschodzącym światłem humoru.
Możliwe, że pewnego dnia Harry stanie w obliczu tej ostatniej szansy. Możliwe, że pewnego dnia nauczy się poznawać siebie, bądź dzięki temu, że wpadnie mu do ręki jedno z naszych małych zwierciadełek, bądź dzięki temu, że spotka któregoś z nieśmiertelnych lub może w jednym z naszych magicznych teatrów znajdzie to, czego mu potrzeba do wyzwolenia swej zaniedbanej duszy. Czekają na niego tysiące takich możliwości, jego los nieodparcie przyciąga je ku sobie, wszyscy ci outsiderzy mieszczaństwa żyją w atmosferze tych magicznych możliwości. Wystarcza jedno „nic”, by uderzył piorun.

Na koniec naszego studium pozostaje jeszcze rozwiać ostatnią fikcję, zasadnicze złudzenie. Wszystkie „wyjaśnienia”, wszelka psychologia, wszelkie próby zrozumienia wymagają środków pomocniczych, teorii i mitologii, kłamstw; a sumienny autor powinien na końcu rozprawy, w miarę możności, te kłamstwa sprostować. Kiedy mówię „w górze” lub „w dole” jest to twierdzenie, które już domaga się wyjaśnienia, gdyż pojęcia „w górze” i „w dole” istnieją tylko w myśli, tylko w abstrakcji. Sam świat nie zna żadnego „w górze” i „w dole”.
A więc, krótko mówiąc, wilk stepowy jest też tylko fikcją. Jeśli Harry uważa sam siebie za człowieka-wilka i sądzi, że składa się z dwóch wrogich i przeciwstawnych sobie istot, to jest to jedynie upraszczająca mitologia. Harry wcale nie jest człowiekiem-wilkiem, a jeśli na pozór przyjęliśmy to kłamstwo, które on sam wymyślił i w które wierzy i jeśli rzeczywiście usiłowaliśmy go zanalizować i zinterpretować jako istotę dwoistą, jako wilka stepowego, to – w nadziei na łatwiejsze zrozumienie – skorzystaliśmy z pewnej fikcji, którą spróbujemy teraz sprostować.
Podział na wilka i człowieka, na popędy i na ducha, przez który Harry usiłuje uczynić swój los bardziej zrozumiałym, jest ogromnym uproszczeniem, jest pogwałceniem rzeczywistości na korzyść pozornie słusznego, a w gruncie rzeczy błędnego wyjaśnienia sprzeczności, jakie ten człowiek w sobie znajduje i jakie wydają mu się źródłem jego wielkich cierpień. Harry odnajduje w sobie „człowieka”, to znaczy świat myśli, uczuć, kultury, oswojonej i wysublimowanej natury, ale obok tego odnajduje też w sobie „wilka”, to znaczy ponury świat popędów, dzikości, okrucieństwa i niewysublimowanej, surowej natury. Mimo tego podziału jego istoty na dwie wrogie sobie sfery przeżywał jednak od czasu do czasu stany, w których wilk i człowiek godzili się ze sobą na chwilę, na jakieś szczęśliwe mgnienie oka. Gdyby nawet Harry próbował w każdym momencie swego życia, w każdym swym czynie, w każdym odczuciu ustalić, jaki udział ma w tym człowiek, a jaki wilk, wpadłby natychmiast w potrzask i cała jego piękna wilcza teoria rozpadłaby się na szczątki. Żaden bowiem człowiek, ani najprymitywniejszy Murzyn, ani nawet idiota, nie jest tak rozbrajająco prosty, żeby istota jego dała się wytłumaczyć jedynie jako suma dwóch, trzech zasadniczych elementów; a określenie człowieka tak zróżnicowanego jak Harry naiwnym podziałem na wilka i człowieka jest beznadziejną, dziecinną próbą. Harry nie składa się z dwóch istot, lecz ze stu, z tysięcy. Jego życie balansuje (jak życie każdego człowieka) nie tylko między dwoma biegunami, na przykład między popędem a duchem albo między świętym a rozpustnikiem, ale między tysiącami, między niezliczonymi parami biegunów.
Nie powinno nas dziwić, że tak uczony i mądry człowiek jak Harry może siebie uważać za „wilka stepowego” i sądzić, że bogaty i skomplikowany kształt swego życia uda mu się wtłoczyć w tak marną, prostacką i prymitywną formułę. Człowiek nie jest nazbyt zdolny do myślenia w wielkim wymiarze, a nawet najbardziej uduchowiony i wykształcony patrzy stale na świat i na siebie – zwłaszcza na siebie – przez okulary bardzo naiwnych, uproszczonych i kłamliwych formuł! Gdyż, jak się zdaje, wszyscy ludzie mają wrodzoną i zniewalającą potrzebę wyobrażania sobie swojego „ja” jako jedności. Gdyby nawet to urojenie często ulegało ciężkim wstrząsom, to i tak zawsze odradza się na nowo. Sędzia, który siedzi naprzeciw mordercy, patrzy w jego oczy i przez chwilę słyszy mordercę mówiącego jego własnym (sędziego) głosem, odnajdując w swojej duszy wszystkie jego wzruszenia, zdolności i możliwości, jest już w następnej chwili znów jednością, jest sędzią, z pośpiechem wraca w skorupę swego wyimaginowanego „ja”, spełnia swój obowiązek i skazuje mordercę na śmierć. A jeśli w szczególnie uzdolnionych i subtelnie ukształtowanych duszach ludzkich zaświta przeczucie ich złożoności, jeśli one, jak każdy geniusz, przełamią urojenia swojej jedyności i poczują się wiązką złożoną z wielu jaźni, wystarczy, aby to ujawniły, a natychmiast zamknie je jedność, przywoła na pomoc naukę, stwierdzi schizofrenię i uchroni ludzkość przed wysłuchaniem od tych nieszczęśliwców głosu prawdy. Po co więc tracić tu słowa, po co mówić o rzeczach, o których wiedza każdego myślącego człowieka jest oczywista, a o których jednak nie zwykło się mówić. Jeśli więc człowiek posunie się tak dlatego, że wyimaginowaną jedność jaźni rozszerza do dwoistości, to jest już prawie geniuszem, a w każdym razie rzadkim i ciekawym wyjątkiem. W rzeczywistości żadne „ja”, nawet najbardziej naiwne, nie jest jednością, lecz bardzo zróżnicowanym światem, małym gwiaździstym niebem, chaosem form, stopni i stanów, dziedzicznych obciążeń i możliwości. Każda jednostka dąży do uznania tego chaosu za jedność i mówi o swoim „ja”, jak gdyby ono było zjawiskiem prostym, zdecydowanie ukształtowanym, jasno nakreślonym; ale jest to złudzenie, właściwe każdemu człowiekowi, nawet najdoskonalszemu, jest – jak się zdaje – pewną koniecznością, postulatem życia, tak jak oddychanie i jedzenie.
Złudzenie to polega na prostym przeniesieniu znaczenia. Jako ciało każdy człowiek jest jednością, jako dusza nigdy. Również w poezji, nawet najbardziej wyrafinowanej, operuje się stale, według przyjętego zwyczaju, na pozór pełnymi, jednolitymi osobowościami. W dotychczasowym pisarstwie fachowcy i znawcy najwyżej cenią dramat i słusznie, gdyż daje on (lub dałby) najciekawszą możliwość przedstawienia jaźni jako wielości – gdyby nie przeczył temu ordynarny pozór, który ukazuje nam złudnie każdą poszczególną osobę dramatu jako jedność – ponieważ tkwi ona w niezaprzeczalnie unikalnym, jednostkowym i zamkniętym ciele. Toteż naiwna estetyka najwyżej ceni tak zwany dramat charakterów, w którym każda postać występuje jako jedność w sposób wyodrębniony i łatwy do rozpoznania. Dopiero z daleka i stopniowo świta w niektórych jednostkach przypuszczenie, że to wszystko jest może tanią powierzchowną estetyką, że błądzimy, gdy do naszych wielkich dramaturgów stosujemy wspaniałe, ale wcale nam nie wrodzone, tylko wmówione kanony piękna antyku: one to, wychodząc zawsze z pozycji widzialnego ciała, właściwie wynalazły fikcję owego „ja”, fikcję osoby. W poematach dawnych Indii pojęcie to jest zupełnie nieznane, bohaterowie hinduskich eposów nie są osobami, lecz kłębowiskiem osób, szeregiem inkarnacji. Także w naszym współczesnym świecie istnieją utwory, w których pod osłoną gry osób i charakterów autor – zapewne nie całkiem świadomie – usiłuje przedstawić złożoność duszy. Kto chce to zrozumieć, musi spojrzeć na postacie takiego utworu nie jak na istoty jednostkowe, lecz jak na części, na strony, jak na różne aspekty wyższej jedności (choćby nawet duszy pisarza). Kto w ten sposób rozważa Fausta, dla tego Faust, Mefisto, Wagner i wszyscy inni staną się jednością, jakąś nadosobą, i dopiero w tej wyższej jedności, a nie w poszczególnych postaciach, zaznacza się coś z prawdziwej istoty duszy. Kiedy Faust wygłasza sławne wśród nauczycieli szkolnych, a ze zgrozą przez filistrów podziwiane zdanie: „Dwie dusze, ach, mieszkają w piersi mej!”, zapomina o Mefiście i o mnóstwie innych dusz, które również ma w swej piersi. Także i nasz wilk stepowy wierzy, że ma w swym wnętrzu dwie dusze (wilka i człowieka), i uważa, że już z tego powodu bardzo mu ciężko na sercu. Jedno jest tylko serce i jedno ciało, ale mieszkają w nich nie dwie dusze, nie pięć, lecz niezliczona ich ilość; człowiek jest składającą się ze stu łusek cebulą, uplecioną z mnóstwa nitek tkaniną. Zrozumieli to i dokładnie o tym wiedzieli starożytni Azjaci, a w buddyjskiej jodze wynaleziono precyzyjną technikę demaskowania urojeń osobowości. Wesoła i różnoraka jest zabawa ludzkości: urojenie, które z takim trudem w ciągu tysiąca lat usiłowano w Indiach zdemaskować, jest tym samym urojeniem, które Zachód, z podobnym nakładem trudu, starał się wesprzeć i umocnić.
Jeżeli spojrzymy na wilka stepowego z tego punktu widzenia, to zrozumiemy, dlaczego tak bardzo cierpli z powodu swej śmiesznej dwoistości. Uważa bowiem, podobnie jak Faust, że dwie dusze w jednej piersi to za wiele, że muszą one tę pierś rozsadzić. Przeciwnie jednak, jest ich o wiele za mało, i Harry straszliwie gwałci swoją biedną duszę, jeśli usiłuje ją rozpatrywać w tak prymitywnym obrazie. Chociaż Harry jest człowiekiem wykształconym, postępuje jak dzikus, który umie liczyć zaledwie do dwóch. Jedną swoją część nazywa człowiekiem, druga wilkiem i uważa, że doszedł już do końca i że wyczerpał swój problem. W „człowieka” pakuje wszystko duchowe, wysublimowane i kulturalne, co może w sobie znaleźć, a w wilka wszystko, co jest popędem, co jest dzikie i chaotyczne. Ale w życiu nie wszystko dzieje się tak prosto, jak w naszych myślach, tak prymitywnie, jak w naszej biednej mowie idiotów, i Harry okłamuje się podwójnie, jeśli stosuję tę murzyńską wilczą metodę. Istnieje obawa, że Harry zalicza już do „człowieka” całe dziedziny swej duszy, którym do człowieka jeszcze daleko, a do wilka te części swej istoty, które dawno wilka przerosły.
Podobnie jak wszyscy ludzie, tak też i Harry sądził, że dobrze wie, kim jest człowiek, a przecież zupełnie tego nie wiedział, choć nierzadko to przeczuwał w snach i w innych, trudnych do skontrolowania stanach świadomości. Oby nie zapomniał tych przeczuć, oby przyswoił je sobie jak najlepiej! Człowiek nie jest wszak jakimś mocnym i trwałym kształtem (a było to ideałem antyku mimo przeciwnych pojęć ówczesnych mędrców), jest raczej próbą i stanem przejściowym, jest niczym innym, jak wąskim, niebezpiecznym mostem między naturą a duchem. Najgłębsze przeznaczenie popycha go ku duchowi, ku Bogu – najgorętsza tęsknota ciągnie go z powrotem ku naturze, ku matce: między obiema potęgami, drżąc lękliwie, balansuje jego życie. To, co ludzie w danej chwili rozumieją pod pojęciem „człowieka”, jest zawsze tylko przejściową, mieszczańską konwencją. Pewne najbardziej prymitywne popędy zostają w tej konwencji wyeliminowane i zakazane, żąda się trochę świadomości, moralności i odzwierzęcenia, nie tylko zezwala się na odrobinę ducha, ale nawet się go wymaga. „Człowiek” tej konwencji jest, jak każdy ideał mieszczański, kompromisem, nieśmiałą, naiwnie chytrą próbą okpienia zarówno złej pramatki natury, jak niewygodnego praojca ducha i wykręcenia się z ich trudnych do spełnienia postulatów, by zamieszkać między nimi w nijakim środku. Dlatego mieszczuch godzi się i znosi to, co nazywa „osobowością”, ale jednocześnie wydaje tę osobowość owemu molochowi „państwu” i ustawicznie podjudza jedną stronę przeciwko drugiej. Dlatego mieszczuch pali dzisiaj na stosie tego jako kacerza, tamtego wiesza jako zbrodniarza, a pojutrze stawia im pomniki.
Przeczucie, że człowiek nie jest czymś już stworzonym, lecz postulatem ducha, pewną daleką, zarazem utęsknioną, budzącą lęk możliwością i że drogę do niej odbywa się tylko małymi etapami, i to w straszliwych mękach i ekstazach, że odbywają ową drogę te właśnie rzadkie jednostki, którym dziś stawia się szafot, a jutro pomnik – przeczucie takie żyje również w wilku stepowym. Ale to, co – w przeciwieństwie do swego „wilka” – nazywa siebie „człowiekiem”, po większej części nie jest niczym innym, jak właśnie owym miernym „człowiekiem” mieszczańskiej konwencji. Drogę do prawdziwego człowieka, drogę do nieśmiertelnych może Harry wprawdzie przeczuwać, nawet z wahaniem idzie nią niekiedy kawałeczek i płaci za to wielkim cierpieniem, bolesnym osamotnieniem. Ale, aby potwierdzić i dążyć do tego najwyższego postulatu, jakim jest prawdziwe, przez ducha przeszukiwane „stawanie się człowiekiem”, aby pójść jedyną wąską drogą do nieśmiertelności – przed tym jednak wzdraga się w głębi duszy. Czuje wyraźnie, że to prowadzi do jeszcze większych cierpień, do wygnania, do ostatecznej rezygnacji, może na szafot – a jeśli nawet u kresu tej drogi nęci nieśmiertelność, to w gruncie rzeczy nie zamierza znosić tych cierpień i umierać każdą z tych śmierci. Choć cel „stawania się człowiekiem” jest mu lepiej znany niż mieszczuchom, to jednak zamyka oczy i nie chce wiedzieć, że rozpaczliwe trzymanie się swego „ja”, rozpaczliwe „niechcenie umierania” jest najpewniejszą drogą do wiecznej śmierci, gdy tymczasem gotowość umierania, zrzucania powłok, wieczne oddanie swego „ja” przemianie, prowadzi do nieśmiertelności. Jeśli spośród nieśmiertelnych uwielbia swych ulubieńców, na przykład Mozarta, to w końcu patrzy na niego przecież mieszczańskimi oczyma i jest skłonny, jak belfer, przypisywać doskonałość Mozarta jedynie jego wybitnym specjalnym uzdolnieniom, a nie wielkości jego poświęcenia i gotowości cierpienia, obojętności na ideały mieszczańskie i cierpliwego znoszenia ostatecznej samotności, która wokół cierpiącego, „stającego się człowiekiem”, rozrzedza wszelką mieszczańską atmosferę w mroźny eter kosmiczny, stwarzając samotność getsemańskiego ogrodu.
Jakkolwiek by było, nasz wilk stepowy odkrył w sobie przynajmniej Faustowską dwoistość, doszedł też do przekonania, że w jedności jego ciała nie mieszka jedność duszy, lecz że w najlepszym razie znajduje się on na drodze, na dalekiej pielgrzymce ku ideałowi tej harmonii. Chciałby albo przezwyciężyć w sobie wilka i stać się całkowicie człowiekiem, albo zrezygnować z człowieka i przynajmniej jako wilk prowadzić życie jednolite, nierozdarte. Przypuszczalnie nigdy nie obserwował dokładnie prawdziwego wilka, gdyż wówczas zauważyłby, e i zwierzęta nie mają jednolitej duszy, że także i u nich pod najpiękniejszym, sprężystym kształtem ciała mieszka różnorodność dążeń i stanów, że wilk też ma w sobie otchłanie, że wilk także cierpi. Nie, hasło „powrotu do natury” zawsze sprowadza człowieka na pełne cierpień i beznadziejne manowce. Harry już nigdy nie może stać się w pełni wilkiem, a gdyby się nim stał, to przekonałby się, że i wilk nie jest czymś prostym i pierwotnym, lecz że jest czymś złożonym i skomplikowanym. Również i wilk ma dwie, a nawet więcej niż dwie dusze w swej wilczej piersi i kto pragnie być wilkiem, popełni ten sam błąd niepamięci, co człowiek, który śpiewa: „O gdyby jeszcze mógł być dzieckiem!” Tai sympatyczny, ale i sentymentalny człowiek, który śpiewa piosenkę o szczęśliwym dziecku i chciałby również wrócić do natury, do niewinności, do początku, zupełnie zapomniał, że dzieci wcale nie są szczęśliwe, że mają wiele konfliktów, wiele rozterek i wszelakich cierpień.
W ogóle żadna droga nie prowadzi z powrotem ani do wilka, ani do dziecka. Na początku rzeczy nie ma niewinności ani prostoty; wszystko, co stworzona, a nawet pozornie najprostsze, jest już pełne winy, jest już rozdwojone, jest wrzucone w brudny nurt stawania się i nigdy już nie może płynąć przeciw prądowi. Droga do niewinności, do stanu przedstworzenia, do Boga, nie prowadzi wstecz, lecz naprzód, nie do wilka czy dziecka, lecz coraz dalej w głąb winy, coraz głębiej w stawanie się człowiekiem. Także samobójstwo, drogi wilku, nie posłuży ci do niczego, pójdziesz dłuższą i uciążliwszą drogą stawania się człowiekiem i jeszcze ciężko będziesz musiał swoją dwoistość zwielokrotnić, twoje skomplikowanie jeszcze bardziej skomplikować. Zamiast zacieśniać swój świat, zamiast upraszczać swoją duszę, będziesz musiał do twej boleśnie rozszerzonej duszy przyjmować coraz więcej światła, w końcu cały świat, aby może kiedyś dojść do kresu, do spokoju. Tą drogą szedł Budda, tą drogą szedł każdy wielki człowiek, jeden świadomie, drugi nieświadomie, i tak daleko, jak mu się szczęściło w tym ryzykownym przedsięwzięciu. Każde narodziny oznaczają oddzielenie się od wszechświata, oznaczają odgraniczenie, odosobnienie się od Boga, oznaczają bolesne stawanie się na nowo. Powrót do wszechświata, zaniechanie bolesnej indywidualizacji, stawanie się Bogiem znaczą: tak rozszerzyć swą duszę, aby znów mogła ogarnąć wszechświat.
Nie mówi się tu o człowieku, jakiego zna szkoła, ekonomia, statystyka, o człowieku, jakich miliony przemierzają ulice, i o których można nie więcej powiedzieć niż o piasku nad morzem czy o kroplach rozpryskujących się fal: nie chodzi o parę milionów więcej czy mniej, są materiałem, niczym więcej. Mówimy tu o człowieku w znaczeniu wyższym, o kresie długiej wędrówki stawania się człowiekiem, o królewskim człowieku, o nieśmiertelnych. Geniusz nie jest zjawiskiem tak rzadkim, jak nam się często wydaje, ale oczywiście i nie tak częstym, jak sądzą historie literatury i historia świata, nie mówiąc o prasie. Wilk stepowy, Harry, miał – jak się wydaje – dość geniuszu aby spróbować ryzyka stawania się człowiekiem, zamiast przy każdej trudności wymawiać się płaczliwie swoim głupim stepowym wilkiem.
Fakt, że ludzie o takich możliwościach posługują się wilkami stepowymi i okrzykami: „ach, dwie dusze”, jest równie zadziwiający i smutny jak to, że tak często żywią ową tchórzliwą miłość do mieszczaństwa. Człowiek, który jest zdolny pojąć Buddę, człowiek, który ma wyobrażenie o niebiosach i otchłaniach człowieczeństwa, nie powinien żyć w świecie, w którym panują common sense, demokracja i burżuazyjne wykształcenie. Żyje w nim tylko z tchórzostwa, a gdy wymiary tego świata zaczynają go uciskać, gdy szczupła mieszczańska izba staje się dlań za ciasna, wówczas kładzie to na karb „wilka” i nie chce przyznać, że czasami wilk jest najlepszą jego cząstką. Wszystko, co w nim dzikie, nazywa wilkiem i odczuwa to jako coś złego, niebezpiecznego, jako strach na burżuja – ale on, który mniema, że jest artystą i posiada wyczulone zmysły, nie potrafi dostrzec, że oprócz wilka żyje w nim jeszcze coś więcej. Że nie wszystko, co gryzie, jest wilkiem, że tam mieszkają jeszcze lis, smok, tygrys, mała i rajski ptak. I że cały ten świat, cały ten rajski ogród wdzięcznych i strasznych, dużych i małych, mocnych i delikatnych kształtów przytłacza i więzi bajka o wilku, podobnie jak prawdziwego człowieka przytłacza w nim i więzi człowiek pozorny, mieszczuch.
Wyobraźmy sobie ogród z setkami odmian drzew, z tysiącami odmian kwiatów, z setkami rozmaitych owoców i ziół. Jeśli ogrodnik nie będzie znał innego rozróżnienia botanicznego niż „rośliny jadalne” i „chwast”, wówczas nie będzie wiedział, co począć z dziewięcioma dziesiątymi swego ogrodu, powyrywa najcudowniejsze kwiaty, wyrąbie najszlachetniejsze drzewa lub znienawidzi je i będzie patrzył na nie krzywym okiem. Tak postępuje wilk stepowy z tysiącem kwiatów w swej duszy. Co nie podpada pod rubryki „człowiek” albo „wilk”, tego on w ogóle nie dostrzega. A czegóż to nie zalicza do „człowieka”! Wszystko co tchórzliwe, małpie, głupie i małostkowe, jeśli nie jest akurat wilcze, zalicza do „człowieka”, podobnie jak wszystko co silne i szlachetne przypisuje wilkowi tylko z tej racji, że jeszcze nie zdołał tego opanować.
Żegnamy się z Harrym, niech dalej idzie sam swoją drogą. Gdyby już był u nieśmiertelnych, gdyby już był tam, dokąd zda się zmierzać jego ciernista droga, z jakim zdziwieniem przyglądałby się temu błądzeniu, temu dzikiemu, niezdecydowanemu zygzakowi swej wędrówki, i jak zachęcająco, strofująco, współczująco i kpiąco uśmiechnąłby się do stepowego wilka!

„Pewnego dnia, kiedy znów nadaremnie przeszukiwałem ulice i place, szukając człowieka z transparentem i parę razy uważnie przeszedłem obok muru z niewidzialną bramą, spotkałem na przedmieściu Świętego Marcina kondukt pogrzebowy. Przyglądając się twarzom żałobników, drepczących za karawanem, myślałem: Gdzie w tym mieście, gdzie na tym świecie żyje człowiek, którego śmierć byłaby dla mnie stratą? I gdzie jest człowiek, dla którego moja śmierć miałaby jakieś znaczenie? Istnieje wprawdzie moja kochanka, Erika, no tak; ale od dawna żyjemy w bardzo luźnym związku, widujemy się rzadko bez kłótni, a chwilowo nie znam nawet miejsca jej pobytu. Przychodziła do mnie od czasu do czasu albo ja jeździłem do niej, a ponieważ oboje jesteśmy ludźmi samotnymi i trudnymi, o pokrewnych duszach i chorobach duszy, więc mimo wszystko utrzymała się między nami jakaś więź. Ale czy nie odetchnęłaby może i nie odczuła ulgi na wiadomość o mojej śmierci? Tego nie wiedziałem, nie wiedziałem też nic o trwałości moich własnych uczuć. Trzeba żyć w tym, co normalne i możliwe, aby móc coś wiedzieć o takich sprawach”.

„Rozczarowany szedłem dalej, nie wiedziałem dokąd, nie istniały dla mnie żadne cele, żadne dążenia, żadne obowiązki. Życie miało obrzydliwie gorzki smak, czułem, jak narastający od dawna wstręt osiąga swój szczyt, jak życie mnie wyłącza i odrzuca. Wściekły biegłem przez szare miasto, zdawało mi się, że wszystko czuć wilgotną ziemią i pogrzebem”.

„Ach, gdzie bym tylko spojrzał, dokąd tylko skierowałbym myśl, nigdzie nie czekała na mnie radość, nikt mnie nie przywoływał, nic mnie nie nęciło, wszystko czuć było zgniłym zużyciem, zgniły, połowicznym zadowoleniem, wszystko było stare, zwiędłe, szare, rozlazłe, wyczerpane do dna. Mój boże, jakże to było możliwe? Jak mogło się to stać ze mną, uskrzydlonym młodzieńcem, poetę, przyjacielem muz, obieżyświatem, żarliwym idealistą? Jak mogło mnie nawiedzić, skradając się powoli, to porażenie, ta nienawiść do siebie i wszystkich, to zahamowanie wszelkich uczuć, to głębokie, złe zniechęcenie, to obrzydłe piekło pustki serca i rozpaczy?”

„Równocześnie myślałem: tak jak się teraz ubieram i wychodzę, odwiedzam profesora i wymieniam z nim mniej lubi bardziej fałszywe grzeczności, przy tym czynię wszystko to bez właściwej chęci, tak postępuje, żyje i działa większość ludzi, dzień w dzień, godzina za godziną, z musu, wcale tego nie chcąc, składają wizyty, prowadzą rozmowy, odsiadują godziny w urzędach i biurach, wszystko z musu, mechanicznie, wbrew woli, choć równie dobrze mogłyby to wykonać lub tego nie wykonać maszyny; i ta wiecznie funkcjonująca mechanika nie pozwala im uprawiać, podobnie jak ja to czynię, krytyki własnego życia, poznawać i odczuwać jego głupoty i płytkości, jego szpetnie wykrzywionej problematyczności, jego beznadziejnego smutku i pustki. O tak, i ci ludzie mają po stokroć rację, że tak żyją, że rozgrywają swoje gierki, że uganiają się za swoimi rzekomo ważnymi sprawami, zamiast bronić się przed przygnębiającą mechaniką i rozpaczliwie spoglądać w próżnię, tak jak czynię to ja – człowiek wykolejony”.

„Powiedziałem tak i nie, śmiałem się trochę, pozwoliłem jej mówić, podobała mi się bardzo, co mnie zdziwiło, gdyż jak dotąd unikałem młodych dziewcząt i patrzyłem na nie raczej z nieufnością. Ale ta była dla mnie w tej chwili taka, jakiej potrzebowałem – i odtąd zawsze już była taka. Oszczędzała mnie, gdy mi to było potrzebne, kpiła ze mnie, gdy zachodziła potrzeba. Zamówiła kanapkę i kazała mi jeść. Nalała mi wina i kazała mi pić, ale nie za szybko. Potem pochwaliła mnie za posłuszeństwo”.

„ – A więc – zaczęła znów – Goethe umarł przed stu laty, a Harry bardzo go lubi i stwarza sobie cudowne wyobrażenie o tym, jak on mógł wyglądać, i Harry ma do tego prawo, prawda? Ale malarz, który też zachwyca się Goethem i stwarza sobie jego obraz, nie ma do tego prawa i profesor też nie, i w ogóle nikt, gdyż Harryemu to nie odpowiada, on tego nie znosi, więc wymyśla i ucieka! Gdyby Harry był rozsądny, śmiałby się po prostu z malarza i z profesora. Gdyby Harry był obłąkany, cisnąłby im Goethego w twarz. A że jest tylko małym chłopcem, więc biegnie do domu i chce się wieszać… Chyba dobrze zrozumiałam twoją historię, Harry. To zabawna historia. Śmieszy mnie”.

„ – Panie von Goethe, poznał pan dokładnie i wyczuł – podobnie jak wszystkie wielkie umysły – problematyczność i beznadziejność ludzkiego życia: wspaniałość chwili i jej nędzne przekwitanie, niemożność okupienia pięknej wzniosłości uczucia inaczej jak więzieniem codzienności, trwającym w wiecznej, śmiertelnej walce z równie palącą i równie świętą miłością do utraconej niewinności natury, poznał pan to całe straszliwe błądzenie w pustce i w niepewności, to skazanie na przemijanie, stałą połowiczność, wieczne próbowanie i dyletantyzm – słowem, całą beznadziejność, dziwaczność i palącą rozpacz ludzkiego bytu. To wszystko nie było panu obce, nawet tu i ówdzie przyznawał się pan do tego, a przecież całym swoim życiem dawał pan świadectwo czemuś wręcz przeciwnemu, głosił pan wiarę i optymizm, łudził pan siebie i innych trwałością i sensownością naszych duchowych wysiłków. Wyznawców głębi i głosy zrozpaczonej prawdy odrzucał pan i tłumił, zarówno w sobie, jak u Kleista i u Beethovena. Dziesiątki lat postępował pan tak, jak gdyby gromadzenie wiedzy i zbiorów, pisanie i kolekcjonowanie listów, i cała pańska starcza egzystencja w Weimarze były istotnie drogą do uwiecznienia chwili, którą pan mógł przecież tylko zmumifikować, drogą do uduchowienia natury, którą pan mógł przecież tylko wystylizować na maskę. Oto nieszczerość, którą panu zarzucamy”.

„A więc z Goethem byłem teraz w porządku. Wspaniale, że przyszedł do mnie we śnie! I ta cudowna dziewczyna – ach, gdybym znał jej imię! Nagle zjawił się człowiek, żywy człowiek, który rozbił mętny szklany klosz mej martwoty i wyciągnął do mnie dobrą, piękną, ciepłą rękę! Nagle pojawiły się znów rzeczy, które zaczęły mnie obchodzić, o których mogłem myśleć z radością, z troską, z napięciem! Nagle otwarły się drzwi, przez które wchodziło do mnie życie! Może znów będę mógł żyć, może będę mógł znów stać się człowiekiem. Moja dusza, śpiąca w chłodzie i prawie zamarznięta, znowu oddychała i sennie trzepotała małymi, słabymi skrzydełkami. Goethe był u mnie. Jakaś dziewczyna kazała mi jeść, pić i spać, okazała mi życzliwość, wyśmiała mnie, nazwała mnie pałym, głupim chłopcem. I ona, ta cudowna przyjaciółka, opowiadała mi również o świętych i pokazała, że w moich najdziwaczniejszych ekstrawagancjach bynajmniej nie jestem osamotnionym, niezrozumianym czy też chorobliwym wyjątkiem, że mam rodzeństwo, że mnie rozumieją. Czy zobaczę ją znowu? Tak, z pewnością, można było na niej polegać, «słowo jest słowem»”.

„ – O, to wszystko zrobiłeś sam. Czy nie pojmujesz tego, mój uczony panie, że dlatego ci się podobam i dlatego jestem dla ciebie ważna, bo przedstawiam coś w rodzaju zwierciadła, bo w moim wnętrzu jest coś, co daje ci odpowiedź i co ciebie rozumie? Właściwie wszyscy ludzie powinni być dla siebie takimi zwierciadłami i wzajemnie sobie służyć odpowiedzią i oddźwiękiem, ale tacy dziwacy jak ty są właściwie cudaczni, łatwo wpadają w omamienie i już niczego nie umieją dojrzeć i odczytać w oczach innych ludzi, bo to ich już nic nie obchodzi. A gdy taki dziwak znajdzie jakąś twarz, która naprawdę spojrzy na niego, w której wyczuje coś, jakby odpowiedź i powinowactwa, wówczas – rzecz jasna – cieszy się”.

„ – Lubisz mnie – ciągnęła dalej – z powodu, o którym ci już mówiłam: przełamałam twoją samotność, przychwyciłam cię tuż przed wrotami piekła i znów obudziłam. Ale chcę więcej od ciebie, o wiele więcej. Chcę cię w sobie rozkochać. Nie, nie sprzeciwiaj się, pozwól mi mówić! Bardzo mnie lubisz, czuję to, jesteś mi wdzięczny, ale zakochany we mnie nie jesteś. Chcę sprawić, żebyś nim był, to należy do mojego zawodu, żyję przecież z tego, że umiem uwodzić mężczyzn. Ale posłuchaj uważnie, nie dlatego to robię, że właśnie ciebie uważam za tak niezwykle uroczego. Nie jestem w tobie zakochana, ani ty we mnie. Ale potrzebuję ciebie tak, jak ty mnie potrzebujesz. Potrzebujesz mnie teraz, w tej chwili, bo jesteś zrozpaczony i trzeba ci pchnięcia, które wtrąciłoby cię do wody i przywróciło ci życie. Potrzebujesz mnie, żeby nauczyć się tańczyć, śmiać i żyć. Ja natomiast potrzebuję ciebie, nie dzisiaj, później, do czegoś również niezmiernie ważnego i pięknego. Kiedy już będziesz we mnie zakochany, dam ci mój ostatni rozkaz. I ty go spełnisz, a to będzie dobre dla ciebie i dla mnie”.

„Niech to sobie będzie wyższą mądrością albo najprostszą naiwnością: ale kto tak umie żyć bieżącą chwilą i kto tak przyjaźnie i troskliwie potrafi doceniać każdy przydrożny kwiatek, każdy – choćby najdrobniejszy – zabawny moment, temu życie już nic złego zrobić nie może”.

„Oczywiście, że znów będzie wojna, nie trzeba czytać gazet, żeby to wiedzieć. Tym można się, rzecz jasna, martwić, ale nie ma to żadnego znaczenia. to zupełnie tak, jak gdyby ktoś się smucił z tego powodu, że mimo wszystko, cokolwiek mógłby uczynić przeciw temu, kiedyś niechybnie będzie musiał umrzeć. Walka przeciw śmierci, drogi Harry, jest zawsze rzeczą piękną, szlachetną, cudowną i czcigodną, a więc i walka przeciw wojnie. Ale jest też zawsze beznadziejną donkiszoterią”.

„Twoje życie również przez to nie stanie się płytkie i głupie, że wiesz, iż twoja walka jest bezskuteczna. Jest o wiele płytsze, Harry, jeśli walczysz o jakieś dobro czy ideały, sądząc, że musisz je osiągnąć. Czy ideały są osiągalne? Czy my, ludzie, żyjemy po to, by zlikwidować śmierć? Nie, żyjemy po to, by się jej bać, a potem znów kochać, i właśnie dzięki niej, czasem na przeciąg jednej tylko godziny, płonie tak pięknie ta odrobina życia”.

„O Boże, myślałem, a więc mam być tu wprowadzony i tu mam się zadomowić, w tak obcym i wstrętnym mi świecie, dotąd starannie przeze mnie omijanym, głęboko pogardzanym, w świecie hulaków, szlifibruków, w tym gładkim, banalnym świecie marmurowych stolików, jazzu, prostytutek i komiwojażerów!”

„ – No, jeśli to wszystko! Powinieneś się trochę umizgać do niej, Harry, jest bardzo ładna, dobrze tańczy, a zakochany też w niej jesteś. Sądzę, że będziesz miał u niej powodzenie.
– Ach, nie mam takiej ambicji.
– Teraz trochę kłamiesz. Wiem przecież, że gdzieś tam w świecie masz kochankę i widujesz ją raz na pół roku, żeby się potem z nią kłócić. To bardzo ładnie z twojej strony, że chcesz być wierny tej dziwnej przyjaciółce, ale pozwól mi nie brać tego serio! W ogóle przypuszczam, że miłość traktujesz straszliwie poważnie. Możesz to robić, możesz kochać na swój idealny sposób, ile tylko zechcesz, to twoje sprawa, nie będę się o to troszczyć. Troszczyć się natomiast muszę o to, żebyś trochę lepiej nauczył się małych, lekkich sztuczek i gierek życiowych, na tym polu jestem twoją nauczycielką i będę lepszą nauczycielką, niż była nią twoja idealna kochanka. Możesz być pewny! Bardzo by ci się przydało, wilku stepowy, przespać się znów kiedyś z ładną dziewczyną”.

„ – Chcę ci dziś oznajmić coś, o czym wiem już od dawna i o czym ty także już wiesz, ale może sobie jeszcze tego nie uświadomiłeś. Powiem ci teraz, co wiem o sobie, o tobie i o naszym losie. Ty, Harry, byłeś artystą, myślicielem, człowiekiem pełnym radości i wiary, zawsze na tropie wielkich i wiecznych rzeczy, nigdy nie zadowalającym się czymś ładnym i małym. Ale im bardziej budziło cię życie i przywracało ci świadomość, tym większa stawała się twoja bieda, tym bardziej, aż do dna, pogrążałeś się w cierpieniu, smutku i rozpaczy, i wszystko, co niegdyś znałeś, kochałeś i czciłeś jako piękne i święte, cała twoja dawna wiara w ludzi i w nasze posłannictwo nie mogła ci pomóc, stała się bezwartościowa i rozpadła się w drzazgi. Twoja wiara nie miała już czym oddychać. A śmierć przez uduszenie jest ciężka. Czy tak Harry? Czy nie taki jest twój los?
Skinąłem głową potakująco.
– Miałeś w sobie obraz życia, jakąś wiarę, jakieś żądanie, byłeś gotów do czynów, do cierpień i ofiar… a potem spostrzegałeś stopniowo, że świat nie żąda od ciebie ani czynów, ani ofiar, ani podobnych rzeczy, że życie nie jest heroicznym poematem z rolami bohaterów i tym podobnych postaci, lecz mieszczańską najlepszą izbą, gdzie ludzi w pełni zadowala jedzenie, picie i robótka na drutach, partia taroka i radio. Kto zaś pragnie czegoś innego i żywi w sobie pragnienie tego, co bohaterskie i piękne, pragnienie kultu dla wielkich poetów albo dla świętych, ten jest szaleńcem i donkiszotem”.

„Kto zamiast brzdąkania żąda muzyki, zamiast zadowolenia – radości, zamiast pieniędzy – duszy, zamiast taśmowej produkcji – prawdziwej roboty, a zamiast flirtu – prawdziwej miłości, dla takiego ten piękny świat nie jest ojczyzną”.

„Zawsze tak było i zawsze tak będzie, że czas i świat, pieniądze i potęga należą do ludzi małych i płaskich, a do innych, do tych właściwych ludzi, nic nie należy Nic oprócz śmierci.
– I nic ponadto?
– Owszem, wieczność.
– Masz na myśli nazwisko, sławę u potomnych?
– Nie, wilczku, nie sławę… czy ma ona jakąś wartość? Czy sądzisz, że wszyscy rzeczywiście prawdziwi i pełnowartościowi ludzie osiągnęli sławę i znani są potomności?
– Nie, oczywiście, że nie.
– A więc nie o chodzi o sławę. Sława istnieje tylko dla celów kształcenia, jest sprawą nauczycieli szkolnych. Nie miałam na myśli sławy, o nie! Ale to, co nazywam wiecznością. Pobożni nazywają to Królestwem Bożym. Myślę sobie: my, ludzie o większych aspiracjach, tęsknocie, o dodatkowym wymiarze, nie moglibyśmy w ogóle żyć, gdyby oprócz powietrza tego świata nie było jeszcze innego powietrza do oddychania, gdyby oprócz czasu nie istniała jeszcze wieczność; a ona jest właśnie królestwem prawdziwego człowieka. Do wieczności należy muzyka Mozarta i wiersze twoich wielkich poetów, do wieczności należą święci, którzy działali cuda, umierali męczeńską śmiercią i dawali ludziom wspaniały przykład. Ale do wieczności należy również obraz każdego prawdziwego czynu, siła każdego prawdziwego uczucia, nawet jeżeli nikt o nim nie wie, nikt go nie widzi, nie spisze i nie przechowa dla potomności. W wieczności nie ma świata potomnych, jest tylko świat współczesnych.
– Masz rację – powiedziałem.
– Ludzie pobożni – ciągnęła w zamyśleniu – przecież najwięcej o tym wiedzieli. Dlatego ustanawiali świętych i to, co nazywają «świętych obcowaniem». Święci to prawdziwi ludzie, młodzi bracia Zbawiciela. Przez całe życie idziemy ku nim każdym dobrym uczynkiem, każdą odważną myślą, każdą miłością. W dawnych czasach malarze przedstawiali «Świętych Obcowanie» na tle złotego nieba, promiennie, pięknie i spokojnie… Jest ono właśnie tym, co przedtem nazwałam wiecznością. Jest królestwem poza granicami czasu i pozoru. My tam przynależymy, tam jest nasza ojczyzna, tam podąża nasze serce, wilku stepowy, i dlatego tęsknimy za śmiercią. Tam odnajdziesz twojego Goethego, twego Novalisa i Mozarta, a ja moich świętych: Krzysztofa, Filipa z Neri i wszystkich innych. Jest wielu świętych, którzy najpierw byli wielkimi grzesznikami, grzech może być również drogą do świętości, grzech i występek. Będziesz się śmiał, ale często sobie myślę, że również i mój przyjaciel Pablo mógłby być ukrytym świętym. Ach, Harry, musimy po omacku brnąć przez tyle błota i absurdu, aby dostać się do domu! Nie mamy nikogo, kto by nas prowadził, naszym jedynym przewodnikiem jest nostalgia”.

„Człowiek «współczesny» nazywa to sentymentalizmem; nie kocha już tych rzeczy, nawet przedmiotu najświętszego – swego samochodu, który spodziewa się możliwie jak najszybciej wymienić na lepszy. Człowiek współczesny jest energiczny, dzielny, zdrowy, chłodny i surowy, świetny facet, w razie następnej wojny zachowa się wspaniale”.

„Pożegnanie jest rzeczą piękną, nastraja łagodnie”.

„ – Wielka to dla mnie radość, drogi Harry, że mogę dziś pana ugościć. Nie raz już panu życie obrzydło, starał się pan stąd wydostać, prawda? Tęskni pan za tym, żeby zostawić tę epokę, ten świat, tę rzeczywistość i przenieść się w inną, bardziej panu odpowiadającą, w świat bez czasu. Niech pan to zrobi, drogi przyjacielu, zachęcam pana do tego. Pan przecież wie, gdzie jest ukryty ten inny świat, którego pan szuka, i wie pan, że jest to świat pańskiej własnej duszy. Tylko w pańskim wnętrzu żyje ta inna rzeczywistość, za którą pan tęskni. Nie mogę panu dać niczego, co by nie istniało już w panu, nie mogę panu otworzyć innej galerii obrazów prócz galerii pańskiej duszy. Nie mogę panu dać niczego prócz sposobności, bodźca i klucza. Pomagam panu ujawnić jego własny świat, to wszystko”.

„Wystarczy, żeby pan, jeśli pański humor na to pozwoli, przyjrzał się temu obrazowi ze szczerym śmiechem. Jest pan tutaj w szkole humoru, ma pan nauczyć się śmiać. Otóż wszelki humor wyższego rzędu zaczyna się od tego, ze nie bierze się już poważnie własnej osoby”.

„Zrobiło mi się bardzo nieswojo. Zobaczyłem samego siebie jako śmiertelnie znużonego pielgrzyma, wędrującego przez pustynię zaświatów, obładowanego mnóstwem zbędnych książek, które napisałem, zbędnych artykułów i felietonów, a za mną postępowała armia zecerów, którzy musieli przy tym pracować i armia czytelników, którzy to wszystko musieli przełknąć. Mój Boże! A prócz tego był tu i Adam, i jabłko, i w ogóle cały grzech pierworodny. Wszystko to trzeba było odpokutować w bezkresnym ogniu czyśćcowym, a dopiero potem wyłoniłoby się pytanie, czy poza tym jest jeszcze coś osobistego, coś własnego, czy też cała moja działalność i wszystkie jej skutki są tylko pustą pianą na morzu, tylko bezsensowną igraszką w potoku wydarzeń!
Widząc moją minę, Mozart zaczął się głośno śmiać. Ze śmiechu fiknął w powietrzu koziołka i nogami wywijał trele. Krzyczał przy tym do mnie: – Hej, hej, młodzieńcze, nie pław się w męce, język cię swędzi czy w płucach rzęzi? A może myślisz o czytelnikach, molach książkowych i złych krytykach? O swych drukarzach, ścierwach, kacerzach, przeklętych szczwaczach i podżegaczach? Psiakrew, do czarta, rzecz śmiechu warta, śmiech do rozpuku ulży ci w brzuchu… O ty, serce w poniewierce, druk, czernidło to mamidło, czujesz wieczny żal do świata, gdzie człek człekiem wciąż pomiata, na pociechę dam ci świecę, zapal sobie, tak na hecę. Plotłeś bzdury i michałki, banialuki, fidrygałki, wywijałeś wciąż ogonem, ale koniec z tym fasonem. Życzę ci szczęśliwej drogi, diabeł weźmie cię na rogi, a żeś piórem moc napsocił, dobrze kijem cię wygrzmoci. Za bezczelne plagiaty bies ci porachuje gnaty”.

„A teraz słyszy pan nie tylko pogwałconego przez radio Händla, który nawet w tej najobrzydliwszej formie wciąż jeszcze jest boski, słyszy pan i widzi jednocześnie, czcigodny sąsiedzie, znakomite porównanie wszelkiego życia. Słuchając radia, szłysy i widzi pan odwieczną walkę między ideą a zjawiskiem, między wiecznością a czasem, miedzy tym co boskie a tym co ludzkie. Właśnie tak, mój drogi, jak radio ciska najwspanialszą muzykę świata w ciągu dziesięciu minut, bez wyboru, w najmniej do tego odpowiednie miejsca, w mieszczańskie salony i na poddasza, pomiędzy plotkujących, obżerających się, ziewających i śpiących abonentów, tak ja tę muzykę odziera z jej zmysłowego piękna, psuje ją, niszczy, zaflegmia, a mimo to nie może całkowicie zniszczyć jej ducha… dokładnie tak samo życia ciska wokół siebie tak zwaną rzeczywistością, wspaniałym kalejdoskopem świata, pozwala na to, by po Händlu następował odczyt o sposobie fałszowania bilansu w średnich zakładach przemysłowych, z czarodziejskich dźwięków orkiestry czyni odrażającą zawiesinę tonów, a swoją technikę, zapobiegliwość, swą straszliwą nędzę i różność wsuwa wszędzie między idee a rzeczywistość, między orkiestrę a ucho. Całe życie jest takie, mój mały, i musimy je takim pozostawić, a jeśli nie jesteśmy głupcami, to musimy się z tego śmiać. Ludziom pańskiego pokroju stanowczo nie przystoi krytykować radia lub życia. Niech się pan raczej nauczy najpierw umiejętności słuchania! Niech się pan nauczy brać serio to, co jest tego warte, a z reszty niech się pan śmieje! Czyżby pan przypadkiem sam dokonywał tego lepiej i szlachetniej, mądrzej, z większym smakiem? O nie, monsieur Harry, na pewno nie. Ze swego życia uczynił pan jakąś wstrętną historię choroby, ze swoich zdolności nieszczęście”.

„Niech pan wreszcie zmądrzeje! Ma pan żyć i nauczyć się śmiechu. Musi pan nauczyć się słuchać tej przeklętej radiowej muzyki życia, wielbić ją, śmiać się z jej niepotrzebnej wrzawy. Koniec, więcej się od pana nie żąda.
Cicho, spoza zaciśniętych zębów, spytałem: – A jeśli się sprzeciwie? Jeśli panu, mistrzu, odmówię prawa rozporządzania wilkiem stepowym i wtrącania się do jego losu?”

wpis nr: 612

Jem – They

Who made up all the rules
We follow them like fools
Believe them to be true
Don’t care to think them through

And I’m sorry so sorry
I’m sorry it’s like this
I’m sorry so sorry
I’m sorry we do this

And it’s ironic too
Coz what we tend to do
Is act on what they say
And then it is that way

And I’m sorry so sorry
I’m sorry it’s like this
I’m sorry so sorry
I’m sorry we do this

Who are they
And where are they
And how can they possibly
know all this
Who are they
And where are they
And how can they possibly
know all this

Do you see what I see
Why do we live like this
Is it because it’s true
that ignorance is bliss

Who are they
And where are they
And how do they
know all this
And I’m sorry so sorry
I’m sorry it’s like this

Do you see what I see
Why do we live like this
Is it because it’s true
that ignorance is bliss

And who are they
And where are they
And how can they
know all this
And I’m sorry so sorry
I’m sorry we do this

Jem – They (4.8 MB)

wpis nr: 611

Ech… Te rozmowy via I-net.

część 1
17:48:51 WIJATA
Hmm……że tak powiem…..PIJESZ?
17:49:02 Walczak
Gdzie i co?
17:49:15 WIJATA
Gdziekolwiek, cokolwiek.
17:49:23 Walczak
No to tak!

część 2
18:04:00 WIJATA
98 zaraz odjeżdża i już nie zdążę. Dojadę trochę później. Za 1h max. Pusze Ci sygnał jak będę już blisko.
18:04:49 Walczak
No dobra, jakoś wytrzymam. Ale już się cieszyłem na myśl, że za 0.5h „się zacznie”.
18:06:50 WIJATA
Co się odwlecze…..
18:07:09 Walczak
Wiem, wiem. Presji nie ma.
18:07:43 WIJATA
Jak by nie było to bym nie pił.
18:10:48 Walczak
No dobra, dobra… To _zewnętrznej_ presji nie ma. Ten etap mamy za sobą. A wewnętrzna, to nie presja, a szczera i niewinna chęć. Chęć strzelenia sobie bronka.
18:11:27 WIJATA
Wielka niepohamowana chęć
18:12:30 Walczak
Jedno się z drugim nie kłóci. Wielka i niepohamowana chęć może być szczera, bezinteresowna, płynąć z głębi duszy człowieka i nosić wszelkie znamiona niewnności.
18:14:16 WIJATA
No pięknie to napisałeś, ale ja myślę, że My mamy ochotę po prostu zalać ryja, a nie tam jakieś „znamiona niewinności”.

wpis nr: 610

scenka rodzajowa, typowa

osoby: Walczak, Mama Walczaka.
czas: wczesne popołudnie.
miejsce: dom.

Walczak oporządza lekko swój pokój.
Mama Walczaka: Będziesz miał gościa?
Walczak: Tak.
Mama Walczaka: Kogo?
Walczak: Koleżankę z filozofii.
Mama Walczaka: O mój Boże!
Kurtyna!

wpis nr: 609

rozmowa

04:20:19 GG# 2507368
Cze! Soryy ze biore cenny czas ale chciałam zapytac czy masz juz moze załozone konto na wapsterze bo tam sa gołe babki do przesłania na komurke darmowe tylko rejestracja jest płatna a ja cie moge zarejestrowac
04:21:52 Piotrek Walczak (197440)

04:22:14 GG# 2507368
nom serio podaj numer komurki to zobaczysz ze bedziesz zarejestrowany
04:22:35 Piotrek Walczak (197440)
Daj spokój.

wpis nr: 608

zagadka

Jak wytłumaczyć obcokrajowcowi, że dla dwóch prawdziwych Polaków butelka wódki to w sam raz, dwie to z pozoru trochę za dużo, a trzy to jednak mało?

wpis nr: 607

Bombon, El Perro

Bombon, El Perro Argentyński film Bombon, El Perro stara się pokazać, że można jeszcze przenieść na ekran zwykłą historię. Fabuła wydaje się tak prosta, że aż prawdopodobna, wręcz prawdziwa. I to jest największa zaleta obrazu – prawdziwość.
Na ekranie widzimy pięćdziesięciodwuletniego dobrego człowieka (nieustanny uśmiech zarówno w oczach jak i na ustach Juana Villegasa), który właśnie traci pracę na stacji bęzynowej, gdzie pracował całe życie. Pozostawiony sam sobie, próbuje swoich sił sprzedając noże własnej produkcji. Przez przypadek pomaga pewnej napotkanej osobie wzamian za co otrzymuje psa – wsaniały okaz doga argentyńskiego. Od tego momentu dobrym człowiekiem zaczynają interesować się inni. Proponują współpracę przy ochronie plantacji bawełny czy występ na wystawie psów. Dobry człowiek wierząc w szczere intencje podąża za przewodnikami. Nieuczciwość zaczyna podejrzewać w chwili, kiedy proponuje mu się pozostawienie psa.
Dalszymi zaletami filmu, oprócz wspomnianej prawdziwości, są: naturalna gra aktorów (Juan Villegas gra Juana Villegasa, Walter Donado gra Waltera Donado itd.); egzotyka (dla Europejczyka, zaściankowego Polaka) dalekiej Argentyny (podobnie rzecz się miała w przyapdku Diarios De Motocicleta) wywiera duże wrażenie; wreszcie pogodne przesłanie – bądź dobry, bądź fair wobec siebie, reszta sama się ułoży.
Film, choć pojawił się w kraju przed wakacjami, mógłby być dobrym lekarstwem na pośpiech dnia codziennego. Na eranie widać, że w dalekiej Ameryce Południowej, w niewielkich miasteczkach jakakolwiek niecierpliwość, czy presja są ludziom obce. Tego można pozazdrościć.

wpis nr: 606

Coldplay – Clocks

Lights go out and I can’t be saved
Tides that I tried to swim against
Have bought me down upon my knees
Oh I beg, I beg and plead
Singing
Come out of things unsaid
Shoot an apple off my head
And a trouble that can’t be named
A tiger’s waiting to be tamed
Singing
You are
You are
Confusion that never stops
The closing walls and the ticking clocks
Gonna come back and take you home
I could not stop, that you now know
Singing come out upon my seas
Cursed missed opportunities
Am I part of the cure
Or am I part of the disease
Singing
You are,you are
You are,you are
You are,you are
You are,you are
And nothing else compares
And nothing else compares
And nothing else compares
And nothing else compares
You are,you are
Home, home, where I wanted to go
Home, home, where I wanted to go
Home, home, where I wanted to go (you are)
Home, home, where I wanted to go (you are)

wpis nr: 605

wyjazd

     Wyruszyliśmy. W piątek, o godzinie 18-tej wsiedliśmy w pociąg. Było nas trzech. Szymon zwany Sajmonem, Wijata zwany Wijatą i ja – (jeszcze) student Walczak.
Wcześniej, bo przed 18-tą spotkaliśmy się, kupiliśmy ten cudowny wynalazek, jakim są bilety turystyczne, uzupełniliśmy zapasy na drogę – Sajmon 0.5l Żołądkowej, Wijata 0.5l piwa Fasberg, (jeszcze) student Walczak 5.1l piw różnego rodzaju (pozostałość po kilkudniowej imprezie) plus 0.2l Balsamu Pomorskiego, tak na przelanie do zeszłorocznego prezentu urodzinowego, piersióweczki – i tuż przed odjazdem wbiliśmy się w pociąg.
Był tłok. Optymistyczne założenia, że podróż będzie wygodna musiały zostać włożone między bajki. Byliśmy zmuszeni ulokować się w strategicznym miejscu – na końcu wagonu. Plus, że do toalety blisko. Minus, że cały wagon chodził do tej toalety. Nie było mowy o beztroskim zasiądnięciu. Nie stanęło to jednak na przeszkodzie, by rozpocząć właściwą podróż. Dźwięk gwizdka zawiadowcy zlał się w jedno z dźwiękiem, jaki wydaje z siebie otwierana puszka. Pierwszy łyk piwa podziałał rozluźniająco. Wcześniej było trochę stresów. Np. Sajmon po wyjściu z pracy nie miał zapasów i musiał je nabyć właśnie tuż przed odjazdem pociągu. Albo (jeszcze) student Walczak – jak to ma w zwyczaju – panikował wewnętrznie. Zwrócił uwagę na to, że jak ma gdzieś na trzeźwo pojechać, bardzo obawia się oczekiwania. Ostatnich kilka godzin przed podróżą jest męczarnią, a już ostatnie, ostatnie minuty, to prawdziwy koszmar. Wijata nie mógł dojechać, co jeszcze bardziej wzmagało napiętą atmosferę. Na szczęście, wszystkie te niedogodności ustąpiły miejsca radosnej ekscytacji podróżą.
Jeszcze kilka dni przed wyjazdem, zastanawialiśmy się z Wijatą kiedy w ogóle narodził się w nas pomysł spędzenia weekendu w taki sposób. Próbowaliśmy odtworzyć sytuację, w której ustaliliśmy, że pojedziemy. Nie wiedząc jeszcze dokąd i jak, ale na pewno ruszymy z Łodzi. Mieliśmy jechać do Szczecina. I od tego się chyba zaczęło. Jakoś na początku czerwca. Potem ten Szczecin poszerzaliśmy o kolejne miasta, z naciskiem na Frankfurt i Międzyzdroje. Wreszcie powstała wstępna wersja planu podróży i deklaracja wyjazdu w ostatni weekend czerwca. Okazało się jednak, że wstępna wersja planu podróży zawiera nieścisłości (nie uwzględniliśmy tego, że bilet turystyczny pozwala nam jeździć tylko PKP Przewozy Regionalne, a nie wszystkimi PKP; to rozbiło pierwotny plan) a na dodatek, ostatni weekend czerwca miałem zajęty uroczystościami rodzinnymi. Przeorganizowaliśmy więc nasze zamysły i ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyprawę na początku lipca.
Pierwsze piwko minęło. Rozpoczęliśmy drugie. Na stacji w Sieradzu Wijata przelał Balsam Pomorski do piersióweczki (wcześniej też próbował, ale w trakcie jazdy pociągiem nie było to zadanie do wykonania, ja nie próbowałem w ogóle, ze względu na swoją dolegliwość). Jechaliśmy dalej. W pociągu było upalnie i głośno (to skutecznie wstrzymywało komunikację, byliśmy zmuszeni albo milczeć, albo wrzeszczeć do siebie).
Na kolejnych stacjach wysiadali poszczególni podróżni. W Kaliszu nie było już ich tylu, że mogliśmy dobić się do jakiegoś przedziału. Były w nim dwie kobiety, trochę starsze od nas i jakiś młody kolo, na oko student pierwszego roku medycyny, ale cholera wie. Wstydziliśmy się rozpocząć tę Żołądkową. Nie byliśmy do końca przekonani, czy wypada. Tym razem nie zadaliśmy pytania: „Przepraszamy bardzo, czy nie będzie państwu przeszkadzać, jak będziemy spożywać alkohol?”. Ograniczyliśmy się do piwek (już szło trzecie) i do uprzednio przelanego Balsamu. W założeniu miał być pozostawiony na tzw. czarną godzinę, ale stwierdziliśmy, że dalsza część podróży do Wrocławia jest odpowiednim momentem.
Siedząc już w przedziale włączyło nam się gadanie. Od piłki nożnej, do polityki. Od samochodów, do informatyki. Rozprawialiśmy o wszystkim. Ze zdania na zdanie coraz głośniej. Przerywaliśmy tylko na chwilę, żeby zaciągnąć łyka z butelki czy piersióweczki. Źle nie było. Dodatkowo, dowiedzieliśmy się, że na własne życzenie można opóźniać pociąg. Jak tylko przechodził konduktor, jedna z kobiet, które podróżowały z nami w przedziale, natychmiast zatrzymywała go i mówiła, że jedzie do Głogowa, we Wrocławiu ma przesiadkę na inny pociąg tylko, że ten pociąg odjeżdża trochę wcześniej niż przyjedzie ten, którym właśnie jedziemy i ma wielką prośbę, by tamten pociąg na nią poczekał. Co zaskakujące, konduktorzy za każdym razem odpowiadali, że zadzwonią do tamtego pociągu i powstrzymają go na kilka chwil. Trochę nas to zaskoczyło, bo w życiu ni przypuszczalibyśmy, że można opóźniać pociąg na żądanie. Wydawało nam się, że rozkład jest święty i jakiekolwiek ingerencje w niego mogą spowodować komunikacyjny chaos. Było inaczej.
Sajmon z Wijatą zaczęli po czwartym piwie. Ja dałem sobie trochę spokoju. Nastawiałem się na słynne z opowieści Skarba D. i Karolajny litrowe piwko w knajpie dworcowej. Pierwsza podróż zbliżała się ku końcowi. We Wrocławiu zjawiliśmy się przed 22-gą.
Wysiedliśmy z pociągu. Przeszliśmy peron w poszukiwaniu Karolajny. Nie znaleźliśmy jej. Udaliśmy się zatem, zgodnie ze wskazówkami Skarba D., do bocznego wyjścia na poszukiwanie jednej z wielu atrakcji Stolicy Dolnego Śląska.
Dotarliśmy przed główne wejście. Po drodze, w nieświadomości, minęliśmy poszukiwany lokal. Przed głównym wejściem przechwyciła nas Karolajna. Powitała „wodą życia” i zaprowadziła do miejsca docelowego. Mówiła, że trochę obawia się tam wbijać, bo ostatnio zakosiła stamtąd – na pohybel kelnerowi – paprotkę. Obawia się rozpoznania. I rzeczywiście, jak tylko weszliśmy, została dostrzeżona przez kelnera, który bez słowa – jakby znając przyzwyczajenia Karolajny – przyniósł nam cztery, litrowe piwa. Do tego sześć tzw. fanaberii piwnych. Niewielkich bułeczek oblanych słonym tłuszczem i doprawionych jakimiś ziołami. Uporaliśmy się z nimi w przyzwoitym tempie. Starczyło nam czasu na to, żeby na pobliskiej stacji benzynowej kupić po cztery piwka na drogę i wbić się w kolejny pociąg – do Rzepina. Przy okazji, jeszcze w lokalu, rozpoczęliśmy notować. Przez następne dwa dni, zapisywaliśmy w skoroszycie wszystko to, co uznaliśmy warte zanotowania. Te zapiski muszą nam zastąpić zdjęcia. Aparatu – niestety – nie mieliśmy ze sobą.
W pociągu do Rzepina znaleźliśmy wolny przedział. Zaadoptowaliśmy go sobie. Po chwili przysiadł się do nas Mateusz. Jechał do Legnicy. Na co dzień – ze Szczecina. Karolajna, wrodzonym sobie urokiem, namówiła go najpierw na „wodę życia”, potem na Żołądkową (przy Mateuszu ale także po kilku piwach, nie krępowaliśmy się spożywać alkohol). Pogadaliśmy trochę z nim. Dowiedzieliśmy się, że jest muzykiem, basistą zespołu Big Fat Mama, że studiuje architekturę, że do Legnicy jedzie po dziadków, że być może ze swoim zespołem przyjadą do Łodzi na koncert. Zapewniliśmy go, że przyjdziemy na ten koncert. Na koniec, obiecaliśmy podzielić się wrażeniami z podróży. Wymieniliśmy się adresami e-mailowymi. Mateusz wysiadł.
Na jego miejsce dosiadło się dwóch panów. Weszli i otworzyli piweczka. Karolajna, z wrodzonym sobie urokiem, natychmiast dogadała się na tyle, że pomagali nam z Żołądkową, a potem z Balsamem. Jechali do Szczecina. Prawdopodobnie wpisali się do naszego skoroszytu. Prawdopodobnie opowiadali czym się zajmują, prawdopodobnie przedstawiliśmy się sobie i wymieniliśmy adresami e-mail. Prawdopodobnie, bowiem pięć piwek, 0.2l Balsamu, 0.4l „wody życia”, 0.5l Żołądkowej i jeszcze 0.5l Balsamu zrobiło swoje i w okolicach Głogowa padliśmy spać.

     Jak się obudziliśmy było już jasno. To był znak, że zbliża się przystanek, na którym powinniśmy wysiąść. Zaczęliśmy się zbierać, kiedy z paniką spostrzegliśmy na naszych zegarkach w kształcie telefonu, że Rzepin, do którego zmierzaliśmy, już dawno za nami. Choć właściwie mogliśmy się spodziewać, a nawet być jej pewni, na taką ewentualność nie byliśmy przygotowani. Postanowiliśmy wysiąść na najbliższej stacji i postarać się dotrzeć do Rzepina. Całe szczęście, mieliśmy spory zapas czasu. Gdybyśmy wysiedli zgodnie z planem, w przygranicznym miasteczku spędzilibyśmy cztery godziny. A tak, te cztery godziny poświęciliśmy na podróż do… Kostrzyna Nad Odrą i z powrotem. Pociąg się zatrzymał, pożegnaliśmy się z miłymi panami i czym prędzej wybiegliśmy.
W Kostrzynie byliśmy po piątej rano. Zorientowaliśmy się kiedy mamy powrót do Rzepina i wyszliśmy z dworca. Miasteczko jeszcze spało. Jako, że nie było mi całkiem obce (w końcu, rok temu właśnie tam odbywał się Przystanek Woodstock), oprowadziłem towarzystwo dookoła. Po czym usiedliśmy na fontannie, zaraz przy dworcu coś przetrącić i popić. Fontanna była nieczynna. Miała kształt kamiennego ogródka skalnego przed którym były cztery jakby baseniki na różnych poziomach. W każdym z tych baseników była okrągła niecka, głębsza niż dno basenika. W jednej z takich niecek umiejscowił się Wijata. Był zmęczony, pijany (i już pijący) i wyglądał rewelacyjnie. Karolajna, Sajmon i ja zaatakowaliśmy szczyt ogródka skalnego. Ja zabrałem się za jedzenie.
Skończywszy bułeczkę, pomyślałem, że warto byłoby się Reddsika napić. Podszedłem do kiosku, dowiedziałem się o drogę do najbliższego sklepu i ruszyłem. Karolajna i Sajmon ze mną. Wijata pozostał na swoim strategicznym miejscu, wcześniej zaczepiał jeszcze jakiegoś lokalnego żula.
Kupiliśmy po trzy Reddsiki i 0.5l Czerwonej Kartki. Tak na wszelki wypadek, na drogę z Frankfurtu do Poznania, by nie zaopatrywać się u Niemców. Wróciliśmy do fontanny. Znów na niej zasiedliśmy. Reddsiki pomogły nam wdrożyć się w nowy dzień, który miał obfitować w atrakcje.
Pociąg do Rzepina mieliśmy o siódmej z minutami. Był podstawiany w Kostrzynie. Przenieśliśmy się do niego. W nim, jeszcze na stacji i już w drodze, poszedł następny Reddsik. „Dwa piwka z rana, jak śmietana”, jak mówi staropolskie przysłowie i już osiągnęliśmy wyśmienity stan. Rozbawiała nas perspektywa wzięcia odwetu na Niemcach, za wrzesień 39 i wszystkie inne okazje. Rozbawiała nas perspektywa kupna piwa za „ojro”, przekraczania granicy „na dowód” i w ogóle. Do tego dochodziły notatki, które coraz bardziej się rozrastały.
Rzepin zaszczyciliśmy naszą obecnością po ósmej. Mieliśmy w planach zwiedzanie. Wyczytałem wcześniej, że jest kilka miejsc, które można byłoby odwiedzić. Ale plan przewidywał o kilka godzin więcej. Nie chcąc ryzykować przegapienia kolejnego pociągu postanowiliśmy zamienić zwiedzanie na spożywanie piwka na dworcu. Karolajna z Sajmonem na peronowej ławeczce, my z Wijatą na peronie z nogami zwieszonymi na torowisko. Kiedy jednak szykowałem się do otworzenia piwka podstępem, od tylca, zaszarżowali na nas panowie sokiści. Powiedzieli, że łamiemy dwa przepisy. Jeden o piciu w miejscu publicznym (wykpiłem się tym, że jeszcze nie otworzyłem piwa; jakby po raz kolejny mieli mnie spisać, to chyba rzeczywiście musiałbym zacząć się zastanawiać nad tym, czy nie zrezygnować z przyjemności picia w plenerach), drugi o stwarzaniu niebezpieczeństwa poprzez nierozsądne zachowanie. Gadkę mieli standardową: „A gdyby tu nagle, w przyszłości, nadjeżdżał pociąg i nie zdążylibyście się cofnąć na peron, to co by było, ha?”. Aż chciało się podjąć dyskusję na temat ogólnie rozumianej przyszłości i ewentualnych zdarzeń przyszłych, ale wypadało zachować pokorę. Tym bardziej, że Wijata nie mógł wykpić się zamkniętym piwem. Do niego sokiści się przyczepili bardziej. Spisali i zabrali się za wystawianie mandatu. Na szczęście Karolajna, swoim wrodzonym urokiem, udobruchała panów sokistów i sprawa rozeszła się po kościach. Jak zwykle okazało się, że szczęście nam sprzyja.
Resztę czasu spędziliśmy bezalkoholowo w dworcowej palarni (którą stanowiły cztery ławki ustawione w kwadrat centralnie, na środku peronu, w przejściu między dwoma torami). Podziwialiśmy pociągi, na podróż którymi nie mogliśmy sobie pozwolić – np. EuroCity. Podziwialiśmy i komentowaliśmy w typowo polski sposób niemieckich celników („hola, hola zły człowieku” ze specyficznym gestem pozdrowienia itp.). Wreszcie doczekaliśmy się naszego pociągu. Wsiedliśmy do niego. Ruszyliśmy brać odwet za trzydziesty dziewiąty.
Na granicy sprawdzili nam dokumenty. Miałem trochę stracha, jak polski celnik, profilaktycznie, wpisał moje nazwisko w taką przenośną maszynkę do identyfikacji osób. W końcu, mam w kartotece mandat za picie piwa w miejscu publicznym, kilkukrotne spisywanie z tego samego powodu, mam wyrok sądu grodzkiego za niepłacenie biletów kredytowych. Obawiałem się, że to może stanowić problem. Nic takiego. Bezproblemowo przepuszczono nas i po kilku chwilach mogliśmy wysiąść po drugiej stronie Odry. Przy wyjściu z dworca jeszcze raz nas sprawdzono. Znaleźliśmy się we Frankfurcie.
Opuściliśmy Bahnhof i pierwszą, lepszą straßą poszliśmy dokądkolwiek. Właściwie, nie wiedzieliśmy, czy chcemy iść nad Oder i tam sieknąć jakiegoś Biera czy może wybierzemy Stadt i jakąś Gaststätte. Tak czy inaczej, postanowiliśmy się zorientować gdzie, co jest. Pierwszy napotkany autochton nie zrozumiał słowa po polsku. Miał też problemy z angielskim. Wtedy przekonaliśmy się, że z porozumiewaniem się mogą być problemy. Ja po raz ostatni na lekcji niemieckiego byłem pod koniec ósmej klasy podstawówki (1994 rok), a mówiłem po pierwszej klasie LO, jak byłem w Austrii. Od tamtej pory brak kontaktu z językiem zaowocował tym, że nie myślałem, by w ogóle go używać. Już lepiej angielski, bo jest jakiś bardziej naturalny. Zdaje się, że reszta towarzystwa w ogóle nie mówiła po niemiecku, albo – jeśli mówiła – to na moim poziomie, czyli bardzo, bardzo podstawowym. Byliśmy pewni, że skoro Frankfurt jest miastem przygranicznym, to jego mieszkańcy powinni trochę polskiego znać. Myliliśmy się. Ci, których spotkaliśmy na naszej drodze – ni w ząb. „No nic” – pomyśleliśmy sobie – „I tak damy radę”. Na początek wybraliśmy Stadt.
Po drodze chcieliśmy dowiedzieć się, czy znajdziemy we Frankfurcie jakiś kantor albo ewentualnie sklep, w którym moglibyśmy płacić złotówkami. Nie zabraliśmy ze sobą „ojro”. Znów błędnie – jak się okazało – zakładaliśmy, że w przygranicznym mieście wszystko będzie po naszej myśli. Miłe Niemki, które na początek zagadnęliśmy wyjaśniły nam, że żadnego kantoru nie ma. Musimy iść do Słubic i tam wymienić walutę. Trochę było nam to nie w smak. Nie po to jechaliśmy do Niemiec, żeby teraz wracać do Polski. Wyboru jednak nie mieliśmy i poszliśmy w stronę mostu na Oder, żeby przejść na chwilę na drugą stronę i zaopatrzyć się w „ojro”. Kantor był zaraz za mostem. Szybko kupiliśmy po 5 „ojro” i wróciliśmy do Frankfurtu.
W pierwszym lokalu, do którego weszliśmy piwo było bo 2.30€. Całkiem przyzwoicie, bo spodziewaliśmy się, że może być drożej. A tak, za nasze 5€ kupilibyśmy po dwa i nie byłoby źle. Już chcieliśmy zamawiać, kiedy pani zaczęła nam coś dziwnie tłumaczyć. Oczywiście rozumieliśmy niewiele. Ale z jej gestów i hasła „elf dreissig uhr” wywnioskowaliśmy, że przed 11:30 nie sprzeda nam piwa. Była 10:30 i nie mogliśmy pozwolić sobie na to, by tracić godzinę. Poszliśmy do następnego lokalu. Tam już nie było problemu z czasem. Był za to problem z ceną. 3€ to za dużo. W kolejnym w ogóle nie mieli alkoholu (sic!). Aż wreszcie znaleźliśmy taki, w którym mogliśmy się zakotwiczyć. Piwko butelkowe za 1.30€ – całkiem przyzwoicie. Zamówiliśmy. Karolajna z Sajmonem zaszarżowali i przed kupnem nie sprawdzili co kupują. Trafiły im się piwa cytrynowe, 2.6%. Po prostu śmiech. Ale dali radę. Następne wybrali już rozsądne. Siedzieliśmy pod parasolkami, popijaliśmy sobie ichniejsze piweczka i rozmawialiśmy coraz głośniej. Trafiło się też SMSowanie. Nawet krótka rozmowa z RR. Dla Ojca – który zbiera lokalną prasę ze wszystkich zakątków świata – kupiłem Markische Oderzeitung. Można było w nim wyczytać m.in. horoskopy dla całej czwórki. I tak, dla Karolajny: „ZWILLINGE – Nehmen Sie sich nicht zu viel vor. Schärfen Sie Ihren Blick für die wirklich lohnenden Ziele – und konzentrieren Sie dann all Ihre Kräfte darauf. Bester Tag der Woche: Dienstag”; dla Wijaty: „STEINBOCK – Wenn Sie Ihren Egoismus – zumindest gegenüber Personen, die Ihnen lieb sind – ein klein wenig zügeln, dann machen Sie große Fortschritte. Bester Tag der Woche: Sonntag“; dla Sajmona: „SKORPION – Es kann nicht nur darum gehen, ein bestimmtes Ziel so schnell wie möglich zu erreichen. Sie sollten gesundheitliche Grenzen akzeptieren. Bester Tag der Woche: Samstag“; wreszcie dla mnie: „KREBS – Stabile Eckpfeiler – sowohl im Privaten als auch im Beruflichen – sind im Augenblick das Wichtigste. Und Sie schaffen die richtigen Grundlagen. Bester Tag der Woche: Donnerstag“.
Po drugim piwku nadeszła pora na symboliczne olanie Niemców. Weszliśmy do pobliskiego centrum handlowego z nadzieją, że tam znajdziemy odpowiednie miejsce. Niczego nie było. Zapytaliśmy się jakichś Niemców. Powiedzieli nam, żebyśmy kierowali się oznaczeniami. Żadnych nie widzieliśmy. Mimo to, intuicyjnie, choć nie bez nerwów, znaleźliśmy. Jeszcze tylko krótka migowa rozmowa z panem pobierającym opłaty i już można było przejść do rzeczy.
Wróciliśmy do naszego lokalu. Stwierdziliśmy, że przeniesiemy się nad Oder. A jako, że mieliśmy jeszcze trochę piwa w butelkach, postanowiliśmy je zabrać ze sobą. Wtedy po raz kolejny natrafiliśmy na problemy z komunikacją. Pani w lokalu, której zapytałem się, czy możemy zabrać ze sobą butelki zdębiała a potem odpowiedziała po swojemu. Zrozumiałem tyle, co gdyby odpowiadał mi jakiś Chińczyk. Wzruszyłem ramionami pokazując, że po niemiecku, to ona sobie może do mnie mówić. Przerzuciliśmy się na język migowy. Kilka gestów i jasne było, że butelka kosztuje 0.08€ i że po zapłaceniu kaucji będziemy mogli sobie z nią iść. Szybko wyciągnąłem 0.32€, zapłaciłem i poszliśmy nad Oder.
Dotarliśmy do jakiejś odnogi. Szeroka może na 20 metrów. Po drugiej stronie wał przeciwpowodziowy. Widok mało atrakcyjny, ale trudno. W żadnym wypadku nie stanowiło to dla nas przeszkody, by rozpocząć wódeczkę, którą mieliśmy przeznaczoną na podróż z Frankfurtu do Poznania. Właściwie w czym końcówka pobytu za granicą miałaby być gorsza od przemieszczania się z jednego miejsca na drugie? W niczym! Dokładnie. I z tej to okazji napoczęliśmy ten wyśmienity napój.
Pamiętam, że przechodzący tamtędy Niemcy byli nieco zaskoczeni naszym zachowaniem. Dziwne. Przecież musieli słyszeć, że nie jesteśmy od nich. Pamiętam, że było tam bardzo kuszące drzewo, którego gałęzie wystawały nad tę odnogę Odry na całkiem pokaźną odległość. Pozwoliłem sobie przekonać się czy utrzymam równowagę. Pamiętam całkiem skromny falochronik, na którym również toczyłem boje z grawitacją. W przerwach – wódencja.
Nadszedł czas, żeby się zwijać. Zaczęliśmy się zbierać. Najgorzej było z Sajmonem. Najpierw problem z dobudzeniem, a później problem, by wytłumaczyć mu, że założył okulary na lewą stronę. Swoją drogą, bardzo zmyślnie to uczynił. Zanim go tak zobaczyłem, nie widziałem nikogo, kto potrafiłby w ten sposób nałożyć na siebie dodatkowe oczy. To ewenement. Szczególnie, że Sajmon nie od dziś nosi okulary i nie od dziś zakłada je w różnorakich stanach. Mniejsza o to.
Zapakowaliśmy swoje rzeczy i poszliśmy w stronę lokalu. Oddałem tam butelki i skierowaliśmy się w kierunku stacji. Minęliśmy kościół i wydawało nam się, że idziemy dobrą drogą. Mnie wydawało się najbardziej i wziąłem na siebie rolę przewodnika. Na początku przechodziliśmy obok miejsc, które kojarzyłem z poranku, ale po jakimś czasie te miejsca ustąpiły miejsca miejscom nieznanym. Wtedy niezwłocznie zahaczyłem jakiegoś dojcza z pytaniem o Railway Station. Oczywiście niczego nie zrozumiał, ale kiedy zagaiłem o Bahnhof od razu błysnęły mu oczy i odpowiedział: „Uuu… Bahnhof ist da, und denn links”. A potem, już w języku migowym zdeklarował się, że nas zaprowadzi. Wdzięczni za pomoc uśmiechnęliśmy się i poszliśmy za jego przewodem.
Po kilku chwilach wskazał nam przecznicę, w którą powinniśmy skręcić i pożegnał się przyjaznym: „Auf wiederseh’n”. My mu na to: „Have nice day” i poszliśmy na dworzec. Wsiedliśmy do pociągu. Sajmon narzekał, że zjadłby flaki. Sebastian zrobił striptiz. Potem padliśmy. Chyba, bo niczego więcej z tej przejażdżki nie pamiętam.

     W Poznaniu naszym głównym zadaniem było zjedzenie przez Sajmona flaków. Ponadto mieliśmy zaplanowane odwiedzenie miejsca, w którym „wszystko się zaczęło”, a także wycieczkę po tamtejszych lokalach z niejakim Marsjaninem jako przewodnikiem.
Pierwsze zadanie zrealizowaliśmy w najbliższym napotkanym lokalu. Sajmon z Wijatą poszli jeść, a ja z Karolajną strzeliliśmy po przyzwoitym piwie. W końcu, jak mówi staropolskie przysłowie: „Pijesz? Nie jedz!”. Chłopaki jednak szybko poszli po rozum do głowy, czy lepiej po piwo do baru i już za chwile – skończywszy przekąskę – przyszli do nas i wszyscy piliśmy piweczko, jak przystało na łódzkich i świdnickich podróżników.
Następnie przemieściliśmy się na Dolną Wildę, gdzie – wg Grabaża w piosence Ezoteryczny Poznań – „mieszka szatan”. Samego diabła nie odnaleźliśmy, ale udało nam się odkryć „korzenie rodu Walczaków”. Kamienicę, w której jeszcze kilkadziesiąt lat temu żyli moi protoplaści. Dziadek, jego ojciec, jego ojca dziadek itd. Kamienicę, z której pewnego słonecznego dnia pięćdziesiąt dwa lata temu, przystojny kawaler Sylwester, wyszedł na wieczorny bal. Poszedł tam zaproszony przez pewną grzechu wartą, dobrze urodzoną pannę. Przystojny kawaler Sylwester przetańczył z ową panną całą noc, ale kiedy z przerażeniem spostrzegł, że panna ta ma wobec przystojnego kawalera inne plany, niż tylko całonocna zabawa, kiedy uświadomił sobie, że ta panna ma wobec przystojnego kawalera zamiary wręcz matrymonialne, dyskretnie i kulturalnie ją przeprosił, wyszedł z sali balowej i skierował swoje zmęczone potańcówką nogi na Dworzec Główny. Tam, o godzinie piątej pięćdziesiąt trzy, w kasie, u przemiłej pani kasjerki, jak ją jeszcze dziś wspomina, nabył bilet na pociąg do Łodzi. Wsiadł w ten pociąg i przyjechał do Miasta Włókniarzy w nim szukać szczęścia, które odnalazł już pół roku później i które spowodowało, że do dziś, przystojny – już nie kawaler – Sylwester w nim przebywa.
Pod tą jakże znamienną kamienicą skończyliśmy wódeczkę z Frankfurtu i poszliśmy w kierunku Starego Miasta. Po drodze dogadaliśmy się z Marsjaninem, że zobaczymy się przy tzw. „Starym Marychu”. Stamtąd zabierze nas w rajd po poznańskich miejscach wartych odwiedzenia. Na początek zaprowadził nas, już porządnie zmęczonych – w końcu od ponad dwudziestu czterech godzin byliśmy w trasie, a z tych dwudziestu czterech godzin przespaliśmy może ze cztery, pięć – do pierwszego lokalu, którym był Proletaryat. Tam w miarę szybko piwko rzezane, czyli jasne z ciemnym. Jasne Noteckie z Ciemnym Noteckim. Pamiętam, że nawet mi smakowało. Przechwyciliśmy w tym miejscu większe grono i już całą poznańsko-łódzką paczką przetransportowaliśmy się dalej – do knajpy Live. Wymiękłem i zamówiłem kolę. Reszta towarzystwa bawiła się świetnie. Z tego, co mi się przez głowę przewija, to nawet nie alienowaliśmy się za bardzo, a wręcz przeciwnie, wspomożeni dość znacznie alkoholem, integrowaliśmy się poniekąd. Choć jeśli miałbym wymienić imiona poznanych osób, czy przypomnieć sobie ich twarze, wygląd, jeśli miałbym je teraz poznać na ulicy, to oprócz Marsa, pustka. Nawet nie dam rady policzyć ile nas było. Po Live poszliśmy dalej, do Aluzji. W niej walnęliśmy ukraińskie Obłonie – przepyszne piwka. Przegraliśmy z Poznaniem w piłkarzyki czyli „pizdki”, jak mówią. Następnie już nieźle rozbawieni przetransportowaliśmy się do kolejnego lokalu – Unreal, po drodze wydzwaniając do Łodzi. Knajpka w podziemiach jakiejś kamienicy. W miarę klimatyczna w środku. Nie pamiętam, czy zamówiłem piwo. Znając siebie, przypuszczam, że tak. Reszta pewnie też. Pamiętam za to, że wewnątrz puszczano świetną, rockową muzykę. Przy takiej dawce alkoholu nie mogło obejść się bez śpiewu (IRA, Grabaż i Strachy Na Lachy) i tańców (w tym, tańców na stole), które rozruszały trochę zalegające w lokalu osoby. Ponadto włączyło się nam zapoznawanie kolejnych urodziwych (chociaż to ciężko powiedzieć, bo w takim stanie, to – w myśl powiedzenia: „nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem bywa za mało alkoholu” – już w całym Poznaniu nie znaleźlibyśmy nieurodziwych) Poznanianek. Dwa, miłe, młode dziewczęta, które najpierw wpisały nam się do notatek, a potem próbowały wytłumaczyć drogę na dworzec. Dowiedziawszy się przy tym, że my nie z Poznania, a z Łodzi, i właściwie nie wiemy w jakim punkcie Stolicy Wielkopolski się znajdujemy, wspaniałomyślnie postanowiły nam namalować mapkę. Niewiele z niej wynikało, ale podziękowaliśmy za dobre chęci. Nie pamiętam niestety czy braliśmy na nie namiary, bo skontaktowałoby się z nimi, albo coś. W każdym razie – poznańskie dziewczęta ponownie udowodniły, że są jak najbardziej okej. Przypomina mi się sytuacje, kiedy będąc w Pyrogrodzie kilka lat temu, poszedłem ze znajomymi na zwiedzanie klubokawiarni. W jednej dwa piwa, w drugiej dwa piwa, w trzeciej, już na dopicie, bo musiałem niedługo później zbierać się do rodziny, u której miałem nocować, ostatnie dwa. W trakcie tych ostatnich dwóch włączyło się we mnie i w koledze, który jako jedyny się ostał, zapoznawanie. Podzieliliśmy się tą myślą i rozejrzeliśmy po okolicy. W oko wpadły nam dwie, samotnie siedzące niewiasty. Natychmiast chciałem wstać, podejść i zagadnąć (zauważyłem, że na „obczyźnie” łatwiej mi to wychodzi), ale kolega powstrzymał mnie mówiąc: „Zauważyły nasze nimi zainteresowanie, podejdą”. I rzeczywiście, chwile później same podeszły. Rozmowa była błaha, innej nie można było się spodziewać, ale fakt, że to dziewczęta w Poznaniu jakby pierwsze nawiązują znajomości bardzo mnie ujął. Tak czy owak, wracając do naszej podróży, musieliśmy zbierać się z Unreala. Nadciągał czas na pokonanie następnego etapu.
Zwinęliśmy się z knajpy i szybkim krokiem, wiedząc, że na stacji będziemy prawie na styk, podążyliśmy w kierunku Dworca Głównego. Po drodze, zapobiegawczo, kupiliśmy litr wódki. Bez świadomości, że mamy ją ze sobą czulibyśmy się niekomfortowo. Potem już tylko niemal bieg i wskakiwanie do pociągu. Krótkie pożegnanie z Marsjaninem i odjeżdżamy. Wizyta w Poznaniu zakończona. Wybitnie udana. Zapewnienia o kolejnych a także zapewnienia o rewizytach zostały złożone. Mogliśmy swobodnie polec w pociągu do naszej kolejnej stacji, którą był Szczecin.

     Pociąg zatrzymał się przed szóstą. Musieliśmy wysiadać. O ile Karolajna, Wijata i Sajmon nie robili większych problemów, o tyle ja kategorycznie stwierdziłem, że nigdzie nie idę, zostaję w pociągu, „nie mam chęci ni potrzeby się poruszać” i dodałem jeszcze bardziej stanowczo: „a w ogóle, to dajcie mi spokój, ja tu umrę”. Na śmierć nie pozwolił mi Sebastian, na siłę zakładając na mnie kurtkę, plecak i wyciągając z przedziału.
Z peronu wyszliśmy na miasto. Spotkaliśmy Żabkę, w niej kupiliśmy sobie śniadanko i – czego właściwie już mógłbym nie pisać – po Reddsiku. Znaleźliśmy jakiś skwerek, gdzie spożyliśmy śniadanko, a Reddsiki poszliśmy opijać nad Odrę. Z początku myśleliśmy, że po nich, pójdziemy do centrum zobaczyć choć cokolwiek, ale po pierwszych łykach wiadomo było, że jak tylko skończy się nasz napój przewodni (no, może nie przewodni, przewodnim był inny napój) wrócimy na dworzec, by stamtąd wybyć nad morze, do Międzyzdrojów, na rybeńkę i kąpiel.
Tak też się stało. Szybkim krokiem wpadliśmy na stację. Zobaczyliśmy całą masę młodzieży udającą się na Wakacyjny Festiwal Gwiazd. Trochę nas to przestraszyło. Obawialiśmy się, że może się okazać, iż jechać będziemy w tłoku, a to nie uśmiechało się nam za bardzo. Na szczęście, gdy podjechał pociąg, wszyscyśmy się zmieścili. Od razu wyciągnęliśmy nasz napój przewodni i rozpoczęliśmy jego ubywanie. Dokuczliwie przeszkadzała nam w tym pani konduktorka, która co i rusz przechodziła zwracając nam uwagę: „przecież tu dzieci jadą”. Zaczęliśmy się ukrywać. Potem chyba przysnęliśmy, bo nie pamiętam innych wydarzeń z tej przejażdżki.

     Lekko zakręceni wysiedliśmy w Międzyzdrojach. Razem z nami wysiadły tłumy, ale to nie miało większego znaczenia. Koniecznie chcieliśmy obrać azymut na morze. Najpierw szliśmy intuicyjnie. Później zapytaliśmy się mieszkańców (bądź wczasowiczów, jeden pies) o drogę. Powiedzieli nam: „Cały czas prosto”. Niby dobra odpowiedź gdyby nie to, że droga dwu albo trzykrotnie miała kształt litery „Y” i ciężko było stwierdzić, która z jej odnóg to jest właśnie to prosto, o jakie nam chodzi. I tym razem popisała się Karolajna przeprowadzając sondę uliczną. Przechodnie byli zaskoczenie. My kierowaliśmy się ich odpowiedziami.
Dotarliśmy na Promenadę. Aleja Gwiazd, ze słynnymi odciskami dłoni aktorów czy reżyserów (swoją drogą, nieudolna namiastka tego co jest już od dawna w Łodzi czy chociażby w jakimś tam Hollywood) chyba nam umknęła. Przynajmniej ja jej nie pamiętam. Na Promenadzie wypisaliśmy bardzo przyzwoite pocztówki. Był później z nimi mały problem. Żeby je wysłać, trzeba je wrzucić do skrzynki. Ale żadnej skrzynki, także – co zostało odnotowane w notatkach – skrzynki wódki, nie mogliśmy znaleźć. Do czasu, potem sama na nas wpadła. Poszliśmy w stronę plaży.
Ja przyuważyłem jabłko i poczułem na nie nieodpartą chęć. Kupiłem sobie. Chwilę później przyuważyłem piwko. Też nie odmówiłem sobie. Przy okazji dostrzegłem, że na straganach, już tuż przy samej plaży, dwulitrowa Pepsi kosztowała 8 (sic!) PLN. Przegięcie. Poszedłem dalej. Znalazłem resztę towarzystwa.
Ulokowaliśmy się w strategicznym miejscu i się zaczęło. Na początek to, co zostało z wódeczki z pociągu relacji Szczecin – Międzyzdroje. Do tego piweczko. W międzyczasie striptiz. A w kulminacyjnym punkcie długo (w moim przypadku kilka lat) oczekiwana kąpiel w morzu.
Woda – o dziwo – słona. Fale niskie. Boje blisko. W ogóle płytko. Ale zabawy kupa. Między innymi pościg za panią ratownik w łódce. Podpłynęła blisko, kiedy zobaczyła, że grupa świdnicko-łódzkich pijaków zaczęła zabawy na granicy bezpieczeństwa. Chcieliśmy ją dogonić i pozdrowić, ale, gdy zobaczyła nasze zamiary, odpłynęła. Trochę jeszcze popluskaliśmy się i wyszliśmy na piasek, na następną wódkę. Można powiedzieć, że ta wchodziła nam, jak woda. Po kilku dniach, kilkudziesięciu godzinach nieustannego alkoholizowania się, nasze kufle smakowe zatraciły swoje właściwości, gardła powiększyły przepustowość, a mózg odporność na zawartość C2H5OH i żaden trunek nie stanowiłby dla nas wyzwania. Mimo to, ponownie padliśmy.

     Obudziła nas Karolajna. Ona już niedługo miała mieć pociąg do Wrocławia. My – w zamierzeniach – mieliśmy z nią jechać do Szczecina, gdzie mieliśmy się rozdzielić. Szybko zwinęliśmy się z plaży i harcerskim tempem podążyliśmy na stacje. W drodze kupiliśmy sobie jeszcze lodziki czekoladowo-waniliowe i w ostatnim momencie, na minutę przed odjazdem pociągu wbiliśmy się do środka. O ile dobrze pamiętam, całego lodzika zjadłem ja. Wjacie lodzik wymsknął się i spotkał się z ulicą. Sajmonowi część spotkała się z koszulką. Nie przypomnę sobie, czy Karolajna w ogóle jadła lodzika. Ale… lodzik lodzikiem, a tu już pociąg ruszył a my naruszyliśmy resztę drugiej flaszki kupionej w Poznaniu a odkręconej na plaży. Towarzyszyła nam w podróży do Szczecina. Towarzyszył nam też miły konduktor, który – za sprawą wrodzonego uroku Karolajny – zgodził się wstęplować do naszych notatek. I jeśli stempel można nazwać trwałą pamiątką, to jest to jedyna trwała pamiątka, jaką z wyjazdu przywieziemy.
Tam, pożegnawszy się z Karolajną, we trójkę wysiedliśmy. Jednak we Wijacie odezwała się chuć, tudzież chęć dłuższego przebywania ze Świdniczanką i chwilkę później wbił się z powrotem do pociągu. Zostaliśmy z Sajmonem sami.
Najpierw poszliśmy coś zjeść. Później do informacji, dowiedzieć się, czy mamy jakiekolwiek szanse na powrót do Łodzi przed północą. Pani, znudzona, stwierdziła, że nie, najwcześniej pociągami PKP Przewozy Regionalne bylibyśmy w Łodzi po czwartej rano, ale za znaczą część musielibyśmy płacić i to niemało. Zapytaliśmy się jeszcze o powrót jakimś EuroCity (z planu wiedzieliśmy, że można byłoby ten pociąg wykorzystać), ale pani, znudzona, odpowiedziała nam, że przejazd z Poznania do Kutna (taki nas interesował), kosztowałby w granicach 65 – 69 PLN. Olaliśmy ją i zdecydowaliśmy się na krok Wijaty. Do Wrocławia, bowiem, mogliśmy dojechać jeszcze na naszych biletach turystycznych, z Wrocławia zaś mieliśmy busik do Łodzi znacznie taniej niż pociąg. Wróciliśmy na peron i ku – nieskrywanemu – rozczarowaniu i niezadowoleniu naszego kolegi dołączyliśmy do „młodej pary”. Cała czwórka przysnęła sobie.

     Po pobudce postanowiliśmy rozrobić wódkę, którą udało się kupić podczas krótkiej przerwy w Szczecinie. Niestety, był problem z tzw. „popitą”. Właściwie, to problem był taki, że ja bez tej „popity” nie dałbym rady. Towarzystwo nie chciało być samolubne i rozpijać flaszencji samo, więc zorganizowało wyprawy w dwie strony pociągu w poszukiwaniu jakiegoś „napoja”. Udało się znaleźć karotkę, wodę mineralną i kolę. Z wodą mineralną wiąże się mała anegdotka. Organizować ją poszedł Wijata. Dotarł do jakiegoś przedziału i kiedy poprosił o tę wodę, pan, który ją posiadał, spojrzał porozumiewawczo i zapytał się retorycznie: „do wódki?”. Mogliśmy cieszyć się następnym etapem podróży, który – po spożyciu – polegał już bardziej na odliczaniu chwil, które zostały nam do końca niż entuzjazmie z dnia pierwszego. Ogólne zmęczenie porządnie dawało się we znaki. I mimo, iż każdemu z nas dopisywało dobre samopoczucie, to jednak myśleliśmy już tylko o tym by paść we wannę a potem w łóżko.
Dotarliśmy do Wrocławia.
Na dworcu mieliśmy kilka minut zanim przyjechał nasz busik. Wypaliliśmy ostatnią fajkę. Pożegnaliśmy Karolajnę, która obiecała, że już za niecały miesiąc zjawi się w Łodzi. W końcu, wpakowaliśmy się w nasz pojazd i równo o północy ruszyliśmy w drogę.
Żeby spędzić ją przyjemniej, otworzyliśmy z Wijatą po piwku. Wymienialiśmy uwagi dotyczące wyjazdu (że był bardzo, bardzo udany), planów kolejnych wyjazdów (za miesiąc Przystanek Woodstock, później może Kaliningrad) i ogólnie, uwagi dotyczące trybu życia jako takiego. Naszą rozmowę urozmaicał film, który kierowca puścił w busikowym telewizorze. Właściwie dwa filmy. Jeden denny, a drugi jeszcze bardziej. Obydwa klasy B, C albo jeszcze gorszy. Zastanawialiśmy się, kto w ogóle pisze scenariusze do takich obrazów. W tym drugim chodziło o to, że dwaj bracia bliźniacy, kulturyści o fryzurach rodem z zespołów rockowych lat osiemdziesiątych, ubierający się – delikatnie mówiąc – żałośnie, zostali niańkami dla dwóch bliźniaków, bachorów, dzieci milionerów. Jedni drugim robili coraz to bardziej beznadziejne psikusy. Pożal się Boże. Jakby ktoś chciał się przekonać, jak idiotyczny był to film, niech obejrzy sobie „Twinsitters” z Davidem i Peterem Paulem. Paradoksalnie, polecam i nie polecam jednocześnie.
Jazda busikiem i wypite piwko spowodowały, że zapragnęliśmy z Wijatą czegoś więcej. Stwierdziliśmy, że jeszcze jedną flaszeczkę albo chociaż małe 0.2l zrobilibyśmy spokojnie. Zastanawialiśmy się tylko, gdzie je kupić. Ku naszej uciesze, pojazd się zatrzymał na przystanku w Wieruszowie przy jakiejś restauracji. Natychmiast wpadliśmy do niej, ale – jak to w restauracjach – alkohol na wynos o wiele droższy od tego na miejscu. „Trudno, co robić?” – pomyśleliśmy sobie i już po chwili na stoliku stały zamówione dwie bombki (0.05l) Żubrówki plus soczek jabłkowy. Uwinęliśmy się z nimi w tzw. „balkonowym tempie” i wróciliśmy do busika. W nim, gdy tylko zaczął jechać, usnęliśmy.

     Obudziliśmy się już w Łodzi. Wyszliśmy z busika i skierowaliśmy się w stronę czegoś, co rozwiozłoby nas po domach. Jako pierwszy, swój pojazd złapał Wijata. Pożegnał się i wsiadł w 70. My z Sajmonem, chwilę później rozeszliśmy się do swoich transportów. On do 4, ja do nieśmiertelnej 12. W okolicach piątej znalazłem się w domu.

annotatio auctoris: To tyle, co pamiętam. Możliwe pewne nieścisłości czy wręcz przekłamania. Za wszelkie uwagi i konstruktywną krytykę będę wdzięczny. Jeśli ktoś miałby ochotę zapoznać się ze skanami notatek wymienionych kilkukrotnie w tekście może je znaleźć tu: ..:: link ::.. (ok. 30 MB)

wpis nr: 604