Kalendarz

Maj 2005
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66075
  • Dzisiaj wizyt: 10

Miesięczne Archiwa: Maj 2005

Jedno wielkie święto młodości.

Tradycyjnie już, Juwenalia (tym razem na mojej macierzystej uczelni, Uniwersytecie Łódzkim) rozpoczęły się z wyprzedzeniem. W tym wypadku wynosiło ono dwa dni i charakteryzowało się sporym natężeniem emocji.

W środę, niecałkiem przypadkiem, nadarzyła się okazja świętowania tego, że RR zbliża się już wielkimi krokami do uzyskania tytułu naukowego w stopniu inżyniera. Po wielu trudach i wysiłkach wreszcie chłopak ma szansę dopiąć swego. Choć jest to bardzo radosne wydarzenie a fakt, że będzie miało miejsce już za kilka dni powoduje narastające uniesienie ekipy dopingującej RR, nadal nie pojawia się pytanie, to znienawidzone przez studentów filozofii, „co dalej?”. Żeby jednak odłożyć decyzję o wyborze dalszej drogi życiowej, a skoncentrować się na dniu bieżącym, umówiliśmy się w dobrze już znanym Parku Poniatowskiego.
RR spóźnił się tylko pół godziny. Podobnie jak drugi, wielki Pijak – Wijata. W tym samym czasie pojawił się też Harnaś z Agatą, jeszcze Siostrzyczka. Z czystym sumieniem rozpoczęliśmy wieczór. Naiwnie sądziliśmy, że uda nam się zrobić „mały” bifor, odebrać Skarba D. i ocenić nowootwarty lokal o wdzięcznej nazwie: „Przystanek Drink Bar”.
Było przyjemnie.
Rozmowy o Gołocie, jego wspaniałym występie i przyczynieniu się do urozmaicenia i tak szerokiego już wachlarza dowcipów polskich, wzbogacało piweczko. A – od czasu do czasu – i Pan Pomorski. Umilił i skrócił nam oczekiwanie na godzinę zero, godzinę wymarszu z parku.
Ani się spostrzegliśmy, a już trzeba było pędzić na dworzec. Strategicznie podzieliliśmy się na dwie grupy. Część, tzn. Harnaś, Agata i Siostrzyczka powędrowali na „Przystanek Drink Bar”, reszta – czyli trzech łódzkich Pijaków – pojechała na Kaliski.
Po drodze, rozochocony Balsamem, postanowiłem ten piękny dzień zapamiętać dłużej i sprawić sobie jakąś pamiątkę. Pierwszą rzeczą, która nawinęła mi się pod rękę, była tabliczka z numerem 8, numerem tramwaju, którym jechaliśmy na dworzec. Akcja przebiegła sprawnie i już po chwili tabliczka była bezpieczna w plecaku Pijaka z East Coastu. Ja byłem z siebie zadowolony. Na dodatek, byłem pewien, że zrobię tym prezent Bratu, który znany jest ze swojego hobby kolekcjonerskiego. Najbardziej dumny jest z tabliczki z przystanku „Nowe Sady”. To prawdziwy rarytas. Mało kto zapuszcza się w tamte rejony a już tym bardziej w takim celu.
Na Kaliski dotarliśmy później, niż pojawił się tam pociąg ze Skarbem D. Nie speszyło nas to w żadnym wypadku. Wykonaliśmy szybki telefon i już po chwili mogliśmy powitać Skarba D. w Łodzi i zaproponować wspólne spotkanie z Panem Pomorskim. Jeszcze na dworcu wykonaliśmy szybkie piweczko i czym prędzej i pomknęliśmy szukać pozostałej części towarzystwa.
Zamiast na „Przystanku Drink Bar”, byli we wspaniałym, głównie ze względu na godziny pracy (w sezonie, dwadzieścia cztery godziny na dobę), ale także i ze względu na umiejscowienie (tuż obok strategicznego przystanku autobusów nocnych, czasem dziennych też) oraz cenę piwa (3.5 PLN, za 0.4l) ogródku Stereo.
Rozpoczęła się właściwa część wieczoru. Nabieraliśmy coraz lepszego nastroju. Uśmiech na twarzach stawał się coraz szerszy. Pomysłów na życie pojawiało się coraz więcej.
Niestety, dość szybko towarzystwo zaczęło się wykruszać tak, że wreszcie zostałem ja, Skarb D. i RR. Niewzruszeni siedzieliśmy w ogródku Stereo aż do takiego momentu, w którym koniecznie i nieodwołalnie należało zmienić miejsce pobytu przy okazji przekąszając coś. Przemieściliśmy się na dawno już nieodwiedzany pasaż Rubinsztajna, gdzie przecież spędzaliśmy bardzo dużo czasu. Niejedną noc tam się zarwało, niejedno piwko wypiło. I w nawiązaniu do tych historycznych dni umiejscowiliśmy się na ławeczce i dalej cieszyliśmy się dniem. Atrakcją pobytu były wędrówki naokoło fontanny. Czynione w nadziei, że nikt nie wpadnie do środka, a nawet jeśli, to będzie z tego tylko dobra zabawa. Obyło się bez strat.
Po drugiej wszystko się skończyło. Podziękowaliśmy sobie za wieczór. Umówiliśmy się na następny dzień, na biforek na Retkini i zabawę u Justynki na Chojnach. Rozeszliśmy się do swoich autobusów nocnych.
W moim – 158 – spotkałem Kudłatego. Rozbudzony alkoholem pokrzyczałem do niego przez drogę. Poopowiadałem różne bzdury o wyjeździe do Finlandii, o znajomych, planach na przyszłość itd. Zadowolony wróciłem do siebie. Zwyczajowo, wtrząsnąłem lekką kolacyjkę i położyłem się drzemnąć.

We czwartek, dzień rozpoczął się o 16-tej, kiedy to spotkaliśmy się u Bonków, by razem z nimi udać się do pobliskiego lasku, w którym można bezpiecznie wystawić się na słońce, porozmawiać w spokoju, a przy okazji wychylić jedno, dwa góra trzy piwka.
Pośmialiśmy się trochę, pożartowaliśmy. Podokuczaliśmy Bonkowi i ustaliliśmy, jak widzimy się przed właściwą imprezą. 20:30, krańcówka tramwajowa na Chojnach, potem Żabeczka, potem jeszcze jeden biforek w plenerze (z początku miały to być Stawy Jana, ale później zrezygnowaliśmy z tego pomysłu na rzecz wychylenia piwka tuż pod blokiem Justynki), a potem już właściwa zabawa.
Skarb D. z RR rozjechali się po domach. Ja jeszcze chwilę posiedziałem z Bonkami, po czym wsiadłem w 69 i odbyłem wypełnioną tranquillitas podróż w okolice, które kiedyś, dawno, dawno temu, były mi bardzo bliskie. Przez moment znów zacząłem zastanawiać się, co byłoby gdybym spotkał. Ale później pomyślałem tylko sobie, że starczyłoby mi cynizmu i zakłamania, by udać, że wszystko jest okej i nie wykazywać żadnego zainteresowania. Nie spotkałem jednak, nie musiałem więc przekonywać się, czy moje przypuszczenia sprawdziłyby się.
Na krańcówce zjawił się RR z Siostrzyczką. Zaraz po nich Skarb D. Mogliśmy pójść do Żabeczki na zakupy. Pękło mnóstwo pieniędzy, za które pojawiło się mnóstwo alkoholu. Obarczeni, jakże miłym ciężarem, poszliśmy wolnym krokiem pod blok Justynki. Tam piwko na bifor, żeby się lepiej wbić w imprezę i nie czuć tej tremy, która pojawia się zazwyczaj, gdy wchodzi się na zabawę w pełni trzeźwym. Wtedy, przez kilka pierwszych godzin nic się nie dzieje, bo każdy rozpija się dopiero nie wiedząc za bardzo o czym i z kim mógłby nieśmiało zagaić.
U Justynki w domu pojawiliśmy się po dwudziestej pierwszej. Przywitaliśmy się ze wszystkimi i ponowiliśmy próbę unietrzeźwienia się. Szło nam powoli, ale sukcesywnie. Wprowadzanie się w ten jedyny i wyjątkowy wieczór umilały nam przeróżne ciekawostki. A to niespotykana skuteczność trafiania kapslami do kieliszków pełnych wina (w tym specjalizowała się Osoba, Której Oficjalnie Nie Było). A to dekorowanie naszych głów czapką rogatywką (tytuł mistera zdobywa RR, który – podobnie, jak Staszewski – przeczy tezie, że wszystkim facetom jest do twarzy w mundurze; tytuł miss zdobywa Skarb D. za to, że z ułańską fantazją zmieściła niemal całą głowę w rogatywce). A to popijaniem dżinu z tonikiem właściwie bez toniku z ludźmi, których widziałem pierwszy (i pewnie ostatni) raz w życiu, a którzy opowiadali mi historie swojego umawiania się na randki o północy. A to kojarzeniem kto, kogo i skąd zna (w tym znowu najlepsza była Skarb D.). A to rozmowami na balkonie itd., itd. Powoli zbliżał się moment kulminacji. A wcześniej zgadywanka:
Skarb D. do Wijaty: „Zgadnij, co kupiliśmy? Coś pomiędzy Balsamem a Żołądową.”
Wijata: „Herbową Gorzką.”
Kiedy już nie było tajemnic, co do spodziewanej niespodzianki, weszliśmy na pięterko, zabunkrować się w łazience, gdzie w ciszy i spokoju chcieliśmy rozpić wódkę. W łazience nie bardzo się udało, zaadoptowaliśmy pokój na poddaszu. Chwilę później przyszło kilku chłopa, chytrym wzrokiem szukających jakiegoś miejsca, gdzie mogliby rozpić swój napój. Zgadaliśmy się natychmiast i wspólnie radowaliśmy się genialnością Zakładów Winkelhausen i polmosu, który wziął się za pędzenie Herbowej. To nam wystarczyło, by – po zejściu na dół – dalej podbijać imprezę.
Nastał czas na tańce i śpiewy. Densflor zrobiliśmy w gabinecie. Muzyka – oczywiście Grabaż i Strachy Na Lachy (przeplatany Pidżamą Porno). Ich piosenki już od ponad roku towarzyszą nam na wielu spotkaniach. Często też ośpiewujemy różnego rodzaju okazje słynnym już: „Ona dla zasady nie całuje w usta mnie / Zawsze kiedy śmierdzę wódką (…)”. Ile było śpiewów i ile było pląsów nie wiem.
Wiem natomiast, że coraz więcej osób odpadało. Wreszcie została czwórka. Położyliśmy się wszyscy, bo oddać się w objęcia Morfeusza, ale długo nie wytrzymaliśmy. Przenieśliśmy się do kuchni dopić się. I tak, od piwka do świtu, zaświtał Jankowi pomysł, by uczynić to Balsamem. Przez grzeczność nie odmówiłem. Chwilę później, tak około piątej nad ranem, już na stole uśmiechał się do nas Pan Pomorski. Jednak, ponieważ do wódki trzeba trojga, musieliśmy jeszcze kogoś zwerbować. Próbowaliśmy z góry ruszyć Wijatę, ale spał jak kłoda. Więcej zrozumienia wykazał RR, którego wystarczyło znieść na dół, posadzić przy stole i postawić przed nim kieliszek, żeby wspólnie ucztować. Zwyczajowo już, przepijaliśmy Balsam wodą. Ale także – maślanką. Mniej więcej w połowie butelki, pewnie około szóstej, może pół do siódmej w nocy, ja kończę zabawę. Kładę się na ławie i zapadam w błogi sen.
Budzi mnie poranne poruszenie. Część osób się zmywa. Część zostaje. Znajdują się tzw. „correction beers”. Pomaga nam to powrócić do życia. Dowiaduję się, że Balsam o świcie, konsumowała z nami także Skarb D. Nie mogę temu zaprzeczyć. Fragment poranny jest dla mnie zagadką podobną do tej, jak zeszłotygodniowy koncert Kultu, ale o nim później.
Rano ma też miejsce próba charakteru Sebastiana. Sytuacja jest prosta. Po kuchni krząta się wyzywająco ubrana dziewczyna. Przygotowuje jakieś śniadanko. Starczają dwie, może trzy minuty i już obok niej jest Sebastian. Za to go – cholera – lubimy.
Dokończyliśmy nasze „correction beers”. Zabraliśmy od Justynki pochodną po imprezie i pojechaliśmy do domów.

Jak tylko wszedłem do siebie, nie rozbierając się, padłem odespać noc. Cztery godziny między czternastą a osiemnastą minęły, jak z bicza strzelił.
Obudziłem się z niechęcią do picia. Usiadłem przed komputerem z zamiarem wyluzowania alkoholowego. Już sekundę później rozmawiałem z Sebastianem, dwadzieścia sekund później było wiadomo, że abstynencja tego dnia nie jest nam pisana. W końcu są Juwenalia, być może ostatnie w życiu. Na dodatek, dobrze wiadomo, że „kto nie pije w Juwenalia, temu gniją genitalia”. Od słowa do słowa umówiliśmy się na biforek w Parku Filozoficznym.
Po dwudziestej, już z zakupami, pojawiłem się w miejscu zbiórki. Grupa nie była okazała, ale wystarczająca, by zapewnić miłe towarzystwo.
Zrobiliśmy po dwa piwka. Dołączyło się do nas Stadko i wspólnie poszliśmy sobie na teren osiedla studenckiego. W drodze, Sebastian, który przyjechał – dla pewności – rowerem, postanowił jednak odstawić pojazd do domu. Zniknął nam na jakąś godzinę. My w tym czasie znaleźliśmy sobie lokum. Przekonaliśmy się, że teren jednak jest ogrodzony. Że być może będą problemy z wniesieniem alkoholu. Rozsiedliśmy się i skupiliśmy się na tym, by nie było już czego wnosić. Otaczały nas tłumy pijanych studentów, zadowolonych z życia i obiecujących sobie, że już zaraz po Juwenaliach biorą się za naukę.
Pomału, bez brawury, czyniliśmy naszą powinność. Coraz to ktoś przychodził, odchodził. Dolatywała do nas muzyka. Z jednej strony agresywna elektronika, z drugiej agresywne, nowoczesne reggae. Było podobnie, jak na pierwszych Juwenaliach, na których się pojawiłem osiem lat temu. Mieć ze sobą dobre towarzystwo, dwa browary i miejsce do posiedzenia. Czasem iść pod scenę, pośpiewać, gdy akurat gra Armia albo Kult. Wrócić i dalej spędzać dobrze wieczór. Przyglądać się, jak rozstawiają się kolejne grupki osób. Gdzie niegdzie pojawiają się grille, małe ogniska. Rośnie kupa pustych puszek, plastykowych kufli i butelek po tanim winie.
Z naszej grupy, pierwsi wymiękli Gabi ze Smokiem. Było jeszcze przed północą, jak sobie poszli. My natomiast postanowiliśmy się ruszyć do wewnątrz. Plecak z piwem przez płot. Reszta grzecznie, wejściem. W międzyczasie spotykam AT. W dobrym nastroju umawiam się na następny dzień.
Gra Lady Pank. Dopijam piwko i lezę w tłum. Oczywiście niemal natychmiast spadają mi okulary. Ledwo łapię je. Potem już ostrożnie. Kilka piosenek i wracam do towarzystwa. Wykruszają się Patryki, potem Wijata. Zostaje już tylko Stadko, którego część szaleje pod sceną.
Kończą się piwa i zaczyna się nielubiany stan niedopicia. Stan przeświadczenia, że jeszcze jedno piwko to na pewno można byłoby wypić. A po tym jednym piwku świat stanąłby otworem i na przykład można byłoby kogoś nowego zapoznać.
Połowicznie problem rozwiązał się sam, bowiem w pewnej chwili, nie wiedzieć jakim sposobem, z torebki Sylwii, przy pomocy ręki Błażeja, wytoczyło się i otworzyło piwo. Jedno wypite na pół nie zadziałało tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Nadal nie byliśmy pewni, czy to już mamy kogoś poznawać, czy może jeszcze się dopić. Wybraliśmy drugą opcję wiedząc, że na nawiązywanie nowych znajomości jeszcze przyjdzie czas. Poratował nas Janek, który kupił po piwku. I wtedy stał się cud.
Stojąc z piwkiem w ręku, zaraz przy namiotach Lecha (monopolisty alkoholowego na tegorocznych Juwenaliach), popijając powoli i wsłuchując się w nieudolne próby miksowania, zauważyłem Magdę. Pospieszyłem ku niej z radością. Przywitałem się wylewnie i się zaczęło.
Zaraz za Magdą przyszła jej koleżanka. Wprawiła mnie w niemałe osłupienie, kiedy – nie zdążyłem się nawet odezwać – na powitanie wykrzyknęła: „O! Piotrek! To z tobą tańczyłam tydzień temu na Kulcie!” Kompletnie mnie zbiło z tropu. Byłem pewien, że koleżankę Magdy (później dowiedziałem się, że ma na imię Ania) widzę pierwszy raz w życiu. Na dodatek, byłem przekonany, że koncert Kultu spędziłem sam, w tłumie podskakującej młodzieży. Czego rezultatem było zagubienie i nocne telefony do Wijaty. A tu proszę bardzo. Kolejna, już trzecia wersja tego, jak tydzień wcześniej minął koncert Kultu.
Zaraz za koleżanką Magdy, Anią, przyszedł jej kolega, Kamil. Widać było po nim, że już jest rozbawiony. Widać było też, że ma ochotę na więcej. Swoją ochotę przełożył na czyn w najlepszy z możliwych sposobów. Zafundował wszystkim, którzy znaleźli się w zasięgu jego wzroku po cztery (sic!) piwka. Mimo tego, że były to piekielnie ochrzczone wodą Lechy, ich ilość zrobiła swoje. Stało się jasne, że nie będę wracał razem ze Stadkiem. Polezę gdzieś na tzw. afterparty.
Już dawno było jasno i nic nie grało, kiedy kolejna koleżanka Magdy – Julka (onieśmielająco ładna, a przy tym wyjątkowo sympatyczna i ma gigantycznie grubą kotkę) zaproponowała przeniesienie się do niej. Nie zaoponowałem.
W drodze, na stacji benzynowej, kupiliśmy jeszcze jedno piwko. Dotarliśmy do Julki. Postanowiliśmy nie tylko się dopić, ale jeszcze i dopalić. Zaczęliśmy szukać jakiegoś osprzętu, ale był z tym problem. Padł pomysł, by wykorzystać długopis, ale jego tworzywo sztuczne mogłoby zepsuć zabawę. Padł również pomysł, by może posłużyć się sprawdzonym sposobem i wykorzystać puszkę po piwie, ale musiał upaść, bowiem wcześniej trzeba byłoby to piwo z puszki gdzieś przelać, a do kuchni, po jakiś kufel albo coś, było stanowczo za daleko. Nie było natomiast daleko do jabłka. Owoc jakże wdzięczny. Sok z niego wzbogaca picie Żubróweczki. Sam zaś wyśmienicie nadaje się na lufę do palenia Mary Jane. Jedno szybkie dźgnięcie długopisem i jabłko zostało należycie przystosowane do swojego nowego celu. Potem już tylko wydawało z siebie ten jakże słodki i przyjemny zapach.
Trawa była przedniej jakości. Po kilku machach poczułem, że oczy mi się mrużą a na twarz wstępuje szczególnie szeroki uśmiech. Piwo zaczęło lepiej smakować i ogólnie atmosfera w mieszkaniu Julki zrobiła się radosna. Nie na długo. Na mnie marijuana zawsze działa usypiająco. Zdążyłem powiedzieć może kilka zdań, uśmiać się kilka razy i jak siedziałem na fotelu, tak – z niedopitym piwem – około siódmej nad ranem, padłem.
Julka przed południem musiała iść do pracy. My musieliśmy się ewakuować od niej z mieszkania. W wielki upał, południowym autobusem dziennym wróciłem do domu.

W domu wreszcie miałem okazję obejrzeć mecz Liverpoolu z Milanem. Od środy znałem wynik, znałem przebieg spotkania. Imponujący początek dla Milanu, końcówkę pierwszej połowy, która stawiała ten zespół w uprzywilejowanej pozycji przed drugą połową spotkania. Trzy szybkie ciosy Liverpoolu i taniec Dudka w konkursie rzutów karnych. Mimo tego, że wynik nie mógł mnie zaskoczyć, emocjonowałem się meczem. A karnymi, to już w ogóle. Potem cieszyłem się, gdy Jurek wybronił ostatni strzał i zaczęła się radość zawodników Liverpoolu. Nigdy nie byłem fanem tego zespołu, bliższy mi był nieodżałowany FC Wimbledon (który z powodu braku własnego boiska rozgrywał mecze na Selhurst Park), ale odkąd pojawił się w nim Polak, zwracam uwagę na wyniki tej drużyny.
Po meczu dogadałem się z RR i Skarbem, że w Parku Poniatowskiego urządzimy Skarbów imieniny. Czas szybko minął i o 19 byłem w punkcie wyjścia. Tam, gdzie w środę zacząłem świętować te, być może ostatnie, Juwenalia.
Z okazji imienin Skarbów spijaliśmy wódę i piwka. Kombinowaliśmy też z tym, co robić w nadchodzący wieczór. Był plan pojechania na Baczyńskiego. Był plan pojechania na Juwenalia i przenocowania się u Pub-isia. Można było też zostać w parku albo pojechać na Lumumbowo i tam się dopić. Wybraliśmy ostatnie rozwiązanie jednak kosztem pozostawienia Skarba A.
We czwórkę, ze Skarbem D., RR i Simonem zapakowaliśmy się w dwunastkę, otworzyliśmy piwka i podjechaliśmy na osiedle studenckie. Spotkaliśmy „moją” filozofię, z którą zamieniliśmy może parę zdań. Głównie z Cieślikiem, któremu wydaje się, że w piosence Ave Satani (utwór ze ścieżki dźwiękowej do filmu Omen) pada słowo prole, które nie ma tam zupełnie żadnego sensu, a nie słowo tolle, które nie dość że ma sens, to jeszcze jest potwierdzane na wielu stronach internetowych z tekstem tej piosenki.
Później zostawiliśmy filozofię w spokoju i poszliśmy na strategiczne miejsce, gdzie popijaliśmy sobie szampana i wódeczkę.
Próbowaliśmy przekonać Szymona do atmosfery woodstocku, która jest – najoględniej mówiąc – porównywalna do tej, jaka panowała na Juwenaliach. Chłopak się jednak nie dał. Ma swoje zdanie i chyba nie uda nam się go zmienić. Tak czy inaczej, posiedział z nami jeszcze trochę, aż wreszcie obrał osławiony „azymut dom” i zniknął.
Resztę wódki rozpijaliśmy już we trzy osoby.
Skarb D., zmęczona aktywnym uczestnictwem w święcie młodości, na moment przysnęła. Wykorzystaliśmy to z RR, by poopowiadać sobie w pijacki, szczery sposób o „ładnej pogodzie”. Konkluzja była taka, że czas już zrobił swoje. Niemal bez większego bólu możemy o pewnych rzeczach opowiadać, a narośl cynizmu, która od tamtej pory się na nas zgromadziła, skutecznie broni nas przed popadaniem w przesadzoną melancholię. Pogawędkę, oczywiście, umilaliśmy sobie kolejnymi łykami wódki. W tle grała gwiazda wieczoru – zespół Sistars.
Upływały godziny i kolejne mililitry wody ognistej. Obudził się Skarb D. Zdecydowali z RR, że już pora wracać. Pożegnaliśmy się i oni poszli w swoją stronę, a ja wbiłem się na teren koncertu.
Grała jakaś kapela. Nie znam nazwy, ale grali wybitnie sympatycznie. Na tyle, że podszedłem sobie do barierek, poskakać trochę. Niestety, trafiłem już na sam koniec koncertu i załapałem się może na trzy, cztery piosenki. Potem chłopaki (i dziewczyna, basistka), przestali grać. Na nic zdały się moje okrzyki: „Jeszcze! Jeszcze!”. Przyciągnęły one jednak uwagę jakiegoś kolesia, któremu też najwyraźniej nie było w smak, że Juwenalia już się kończą. Pokrzyczeliśmy razem, ale i to nie przyniosło rezultatu. Już się rozjaśniało i był to bardzo dobry moment, by zamiast kolejnych piosenek, uskutecznić plan sprzed jednego dnia, poznawania nowych osób. Choć trochę niedopity, ale nie na tyle, by stanowiło to problem, rozpocząłem – wraz z chłopakiem, który ze mną wrzeszczał to: „Jeszcze! Jeszcze!” – polowanie. Pierwsza na horyzoncie pojawiła się jakaś dziewczyna. Kilka słów i już wiadomo, że stara (miała 27 lat) po Marketingu i Zarządzaniu, na Juwenaliach pojawia się z sentymentu, ale bardziej podobały jej się te zeszłotygodniowe na Politechnice. Następny w kolejce jest jakiś koleś cały ubrany na biało. Widać było, że bliżej mu do tej spedalonej publiczności, co to na Sistars przyszła, niż do porządnych, rockowych „wyjadaczy”. Na dodatek młody (18 lat). Ale miał papierosy, dało radę trochę pogadać. Na koniec, dwie panienki. Na zaczepne: „Co słychać?” łamaną polszczyzną odpowiadają „Nie rozumiem po polsku”. Chwilę później okazuje się, że przyjechały z Francji na stypendium Socratesa. Pojawił się wspólny temat, więc można było trochę jeszcze porozmawiać. Standardowe: „Ja po francusku, to tylko przedstawić się, policzyć do dziesięciu i powiedzieć «nie rozumiem» i «nic nie wiem» (…)”, „a ja po polsku podobnie (…)”. „A ja to w Finlandii (…)”, „A nam się tu podoba, fajne święto studentów (…)” itd. Potem przyszli ich jacyś znajomi, też z Sokratesa i całe towarzystwo zniknęło.
Poszedłem do Synapsy. Ale tam tłoczno, duszno i kompletnie obco. Chwilę się pokręciłem i wyszedłem.
Jeszcze raz wbiłem się na teren koncertów, ale panowała już na nim kompletna pustka (jeśli nie liczyć strażaków i policjantów, puszmenów i tysięcy rozrzuconych plastykowych kubeczków po piwie). Nastała pora, by zebrać się do domu. Być może ostatnie Juwenalia kończą się widokiem jaśniejących w porannym słońcu akademików, garstki niedopitych osób i demontażu sceny.
Idę na przystanek, gdzie – jak sprawdzam – już będę mógł wrócić do siebie bezpośrednio, dwunastką. Czekam cholernie długo, w końcu wsiadam. Trzy przystanki dalej zasypiam. Budzę się, co nie zdarza mi się po raz pierwszy – jak tramwaj już z powrotem jedzie w stronę miasta. Całe szczęście, budzę się przy McDonaldsie na Retkini. Wysiadam. Docieram do domu. Jem kolację. Koło szóstej może, kładę się spać.

wpis nr: 591

Spotkanie na Polach Elizejskich? Czemu nie?

Je m’baladais sur l’avenue le cœur ouvert à l’inconnu
J’avais envie de dire bonjour à n’importe qui
N’importe qui et ce fut toi, je t’ai dit n’importe quoi
Il suffisait de te parler, pour t’apprivoiser

Aux Champs-Elysées, aux Champs-Elysées
Au soleil, sous la pluie, à midi ou à minuit
Il y a tout ce que vous voulez aux Champs-Elysées

Tu m’as dit „J’ai rendez-vous dans un sous-sol avec des fous
Qui vivent la guitare à la main, du soir au matin”
Alors je t’ai accompagnée, on a chanté, on a dansé
Et l’on n’a même pas pensé à s’embrasser

Aux Champs-Elysées, aux Champs-Elysées
Au soleil, sous la pluie, à midi ou à minuit
Il y a tout ce que vous voulez aux Champs-Elysées

Hier soir deux inconnus et ce matin sur l’avenue
Deux amoureux tout étourdis par la longue nuit
Et de l’Étoile à la Concorde, un orchestre à mille cordes
Tous les oiseaux du point du jour chantent l’amour

Aux Champs-Elysées, aux Champs-Elysées
Au soleil, sous la pluie, à midi ou à minuit
Il y a tout ce que vous voulez aux Champs-Elysées

wpis nr: 590

kto nie pije w Juwenalia, temu gniją genitalia(szczegółów ostatnich dni tyle, ile zapamiętałem)

czwartek:
Początek w lasku nieopodal mieszkania Bonków. Atmosfera bardzo przyjemna. Plener. Zachód słońca. Chłodne pyfko. Papierosek i przede wszystkim towarzystwo. Trochę plotek. Wiele śmiechu i cała masa „borsuczków”, które pochlały mnie niemiłosiernie.
Dalszy ciąg już w mieszkaniu. Smaczna, czysta wódka. Mocne piwko. Rozmowy na niezobowiązujące tematy i wreszcie wysiłek intelektualny mający na celu zorganizowanie kolejnej dawki alkoholu. Pełen sukces.
Szybka wyprawa RR do Żabeczki. Kolejne piwko, kolejna smaczna wódka. Jeszcze więcej żartów i zabawy. Dobra muzyka. Przyjemna pora.
Końcówka, to porterek z Wijatą na przystanku autobusu nocnego. Zapewnienie, że następnego dnia nie będzie gorzej i kontrolny telefon.

piątek:
Jedno szybkie, porozumiewawcze spojrzenie i obywa się bez słów. Wiadomo, że i Magda i ja mamy ochotę na zimne „correction beer”. Od słów do czynów i już wartkim strumieniem płynie złocisty napój. Później zmienia się miejsce i kolor napoju. Ciemny Belfaścik. Dawno już tak dobrze mi nie smakował.
Po moich czterech jedziemy do Parku Poniatowskiego zrobić bifor przed Juwenaliami.
Na miejscu zbiera się coraz więcej ludzi. W kulminacyjnym momencie jest nas około dwudziestu osób. Rozbudowujemy naszą ciekawość świata kolejnymi piwkami, a także dobrym, czystym Absolwentem. Po dziesiątej wyruszamy w triumfalny pochód.
Znajdujemy strategiczny murek, gdzie kontynuujemy przygotowania. W ich trakcie nawiązujemy znajomości z całą masą młodych, pijanych studentów. Klimat panuje porównywalny do woodstockowego.
Gdy kończą się zapasy, decydujemy się z Simonem je uzupełnić. Uskuteczniamy szybką wyprawę do sklepu, ale po powrocie okazuje się, że reszta towarzystwa zniknęła. Wykonujemy złowrogie telefony. Rozstajemy się. Ja wbijam się na teren Juwenaliów.
Trafiam na końcówkę koncertu Łez. Z kubkiem piwa w ręku, bawię się bardzo dobrze. Później gra Trantoola. Słyszę zespół po raz pierwszy w życiu, ale nie krytykuję. Wydaje mi się, że nawet zaczyna mi się podobać. Po jakimś czasie kończy grać. Postanawiam wrócić do domu.
Spotykam jeszcze Patryków. Kupuję ostatnie piwo i w większej grupie udaję się w stronę Retkini.
Na dworcu spotykam Big Brothera. Już razem z nim, w asyście wschodzącego słońca, docieram do siebie.

sobota:
Od 18:30 jestem w Parku Poniatowskiego w oczekiwaniu na bifor. Mam zamiar sieknąć małe piwko i pognać pod Undergrounda, spotkać się z mafią filozoficzną.
Pojawia się najpierw Wijata, później RR i jedno, małe, symboliczne piwko zamienia się w kilka piwek i pół litra. Spotkanie z mafią filozoficzną przekładam na bliżej nieokreślone potem.
Pół litra nie starcza. Ustanawiamy wyprawę, która kończy się zakupieniem dodatkowego 0.7l. Zadowoleni idziemy na Juwenalia. Przed wejściem na sam teren, jeszcze strzelamy małe łyki, później, dzięki znajomościom, wnosimy wódę i piwska na plac. Tam dokańczamy dzieła (przy okazji, dokańcza grać Sweet Noise). Utrwalam się jeszcze jakimś piwkiem. Zaprawiam trochę Mary Jane i – jak mi się zdaje – idę w tłum, poskakać na Kulcie.
Wersja alternatywna brzmi: Nigdzie nie idę, bawię się wciąż w tym samym miejscu, razem z resztą znajomych.
Po koncercie nie mogę nikogo znaleźć. Pomaga mi telefon. Odnajduję Wijatę i podejmujemy decyzję wyprawy na alternatywną imprezę do Andrzejowa.
Sami docieramy na przystanek nocnego. Próbujemy zwerbować RR, który – już namówiony – obiecuje, że dosiądzie się do naszego autobusu na kolejnym przystanku. Nie odnajdujemy go tam. Wysiadamy. W sklepie nocnym kupujemy piwka i czekamy na następny autobus.
Podjeżdża kompletnie załadowany młodzieżą. Jedziemy.
W trakcie podróży odkrywamy, że i Patryki wracają tym autobusem. Po drodze dosiada się jeszcze Bartek. Patryki wysiadają. My intensywnie staramy się dowiedzieć, gdzie w ogóle mamy jechać. Zbawieniem okazuje się A., która podsyła nam dokładny adres. Prawdopodobnie około czwartej, piątej nad ranem zjawiamy się z Wijatą na działce Ady. Oczywiście wszystko jest pozamykane, ale co to dla nas. Przeskakujemy siatkę. Znajdujemy niedopalone ognisko. Zasiadamy przy nim i pijemy kupione wcześniej piwka. Zjawia się A., potem jeszcze jedna osoba. Promienie porannego słońca pomagają nam dopić trochę wódki. Kładziemy się spać.

niedziela:
Od rana, ze Skarbem A., szybko strzelamy „kielicha na rozruch”. Skarb A. znika. Ja staram się odespać trzy dni wycieńczającego święta młodości. Kto wie, może ostatniego w życiu. Około południa wracam do Łodzi. W domu odpoczywam dalej.

wpis nr: 589

Już nie świnia i kanalia, bowiem łoję w Juwenalia

czwartek:
Trzy piwka w lasku nieopodal Bonków.
Dwa półliterki i dwa piwka u Bonków.
Żywiecki porter na krańcówce nocnych.

piątek:
Cztery piwka u Bonków i w Beer Barze.
Dwa piwka w Poniatowskim.
Półliterka i cztery piwka przed wejściem na teren Juwenalii.
– koncert (sic!) Łez i zespołu Tarantoola.
Dwa piwka wewnątrz.

sobota:
Cztery piwka w Poniatowskim.
Półliterka i 0.7l w Poniatowskim, ale także przed wejściem na teren Juwenalii i wewnątrz.
Cztery piwka na Juwenaliach.
– koncert Kultu.
– podróż do Andrzejowa.
Piwko, trochę Żołądkowej i trochę Absolwenta w Andrzejowie.

niedziela:
Kielich porannej wódki na rozruch.

A do tego, „tysiące” SMSów i połączeń telfonicznych, wśród nich perełka. Telefon do Siostrzyczki, u której odzywa się poczta głosowa. Poirytowany, mówię: „Mam was wszystkich w dupie”.

wpis nr: 588

Star Wars III, Revenge Of the Sith

Star Wars
tenebricosa pars virtutis via est, semita ad multas facultas; quaedam illarum innaturales esse considerata

annotatio auctoris: No i obejrzałem. Ale niczego nie piszę, żeby nie psuć zabawy.

wpis nr: 587

o kurwieniu się – ciąg dalszy

Znalazłem kolejne ogłoszenie o pracę. Mam zwyczaj wysyłać swoje zgłoszenia. Tym razem zmyśliłem coś takiego:

Dzień dobry!

Przeglądając grupę dyskusyjną alt.pl.praca.oferowana, natrafiłem na Państwa ogłoszenie, w którym piszą Państwo, iż poszukują pracownika na stanowisko sprzedawcy w dziale prasy i artykułów papierniczych.
Przeczytałem, że od przyszłego pracownika wymagają Państwo np. wykształcenia średniego. Na chwilę obecną mogę napisać, że Liceum Ogólnokształcące skończyłem już jakiś czas temu. Następnie ukończyłem Pomaturalne Studium Zawodowe a za kilka tygodni zakończę naukę na poziomie uniwersyteckim. Ponadto, napisali Państwo, że poszukują osoby, która charakteryzowałaby się wysokimi umiejętnościami komunikacyjnymi. Jak do tej pory, nigdy nie miewałem kłopotów z tym, by odnaleźć się w nowym otoczeniu czy nawiązać kontakty z osobami z początku obcymi. Tak było chociażby, kiedy miałem możliwość przebywać w Finlandii, w Jyväskylä, będąc tam na stypendium w ramach programu Socrates / Erasmus. Dodatkowo, zaznaczają Państwo, iż są zainteresowani współpracą z kimś, kto byłby nastawiony na realizację celów. Myślę sobie, że takie nastawienie w dzisiejszych czasach jest czymś naturalnym dla osób, które chciałyby cokolwiek w życiu osiągnąć. Mogę zaliczyć siebie do takiego grona osób. Przytoczę sytuację, w której – na przykład – zależało mi na zdobyciu prawa jazdy. Poświęciłem znaczną ilość czasu, co zaowocowało tym, że licencję uprawniającą do prowadzenia samochodu uzyskałem za pierwszym razem. Podobnie było w przypadku wyjazdu na wspomniane już stypendium. Od początku podjęcia nauki na Uniwersytecie Łódzim robiłem wszystko, by móc pozwolić sobie na taki wyjazd.
Jeśli chodzi o wymienioną przez Państwa obsługę klientów zgodnie ze standardami firmy, mogę napisać, że bywając w Państwa oddziałach, niejednokrotnie spotykałem się z miłymi pracownikami i przypuszczam, że samemu nie odstawałbym od tych, wyznaczonych przez Państwa standardów. Analogiczna sytuacja zachodzi, kiedy mowa o budowaniu długofalowych relacji z klientami. Przypuszczam, że nie stanowiłoby dla mnie problemu zachęcanie klientów, by i kolejnych swoich zakupów dokonywali w Państwa salonach.
Na koniec dodają Państwo, iż poszukują osób, które umiałyby współpracować w zespole a także charakteryzowałyby się
pozytywną energią. Praca w zespole nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Wręcz przeciwnie, uważam ją za doskonałe rozwiązanie. Grupa osób zawsze będzie miała przewagę nad jednostką (bez względu na to, co pisał np. Nietzche czy po nim Dostojewski). Tak w przypadku radzenia sobie z przeciwnościami, jak i w sytuacji, kiedy zajdzie potrzeba wykazania się inicjatywą. Także, tzw. pozytywna energia jest czymś, co nie jest mi obce. W przeciwieństwie do wielu Łodzian, którzy na co dzień wydają się być ludźmi przynajmniej lekko sfrustrowanymi, a co za tym idzie, mogącymi mieć kłopoty z pozytywnym podejściem do życia, wydaje mi się, że uśmiechu na ustach i pogody ducha nie brakuje mi w najmniejszym stopniu.
Dodatkowo to, co Państwo oferują, a więc możliwość współtworzenia sukcesu nowoczesnej, prężnej firmy; możliwość
rozwoju zawodowego; szkolenia czy pracę w młodym zespole, wydaje mi się czymś nad wyraz atrakcyjnym do tego stopnia, że z nieukrywaną przyjemnością podjąłbym pracę w Państwa firmie. Szczególnie ze względu na pierwszą rzecz, tj. możliwość współtworzenia sukcesu Państwa firmy. Ale także ze względu na możliwość pracy wśród młodych osób.

W załączniku pozwalam sobie wysłać Państwu moje CV, w którym znajdą Państwo wyszczególnione stopnie mojego wykształcenia oraz przebieg dotychczasowych kontaktów z pracodawcami. Oprócz tego moje zainteresowania.

Swoje zgłoszenie zakończę wymaganą przez Państwa klauzulą:
„Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych do celów rekrutacyjnych, zgodnie z Ustawą o Ochronie Danych Osobowych z dnia 29.08.1997r. (Dz. Ust. Nr 133 poz. 883).”

Pozdrawiam serdecznie i liczę na odpowiedź z Państwa strony.
Piotrek Walczak.

wpis nr: 586

tydzień

Kiedy tydzień temu w sobotę, wracałem wczesnym wieczorem z bardzo udanej wyprawy do Sokolnik, nie sądziłem, że następnych kilka dni, które dopiero miały nadejść będzie tak intensywne. Ale cofnijmy się pamięcią właśnie do poprzedniego piątku.

Zwykły dzień mający zwieńczyć tydzień, którego głównym i właściwie jedynym konstruktywnym wydarzeniem była prezentacja przeze mnie pracy magisterskiej. Oprócz tego jednego dnia, nie pokazałem się w szkole ani razu. Miałem zamiar przyjść jeszcze na ostatnie w życiu kolokwium (Etyka i Uzasadnienie Metafizyki Moralności Kanta), ale zaspałem. Wmówiłem sobie, że skoro i tak mam pokazywać się na dyżurach u Pana Magistra, to w ich trakcie, oprócz zaliczania zaległych lektur, będę mógł pozwolić sobie i na zaliczenie Uzasadnienia (…). Pocieszony tą myślą, zacząłem zastanawiać się jak w takim razie wykorzystać cały dzień. Plan był prosty. Przede wszystkim załatwić sobie telefon (czyli zdjąć sim-locka ze starego aparatu odziedziczonego po Matce i odebrać duplikat karty SIM). A później, już tylko, czego dusza zapragnie.
Do wyboru przedstawiały się dwie zabawy. Jedna tradycyjna, miejska, w „starym gronie”. Druga równie tradycyjna, podmiejska, ze Stadkiem. Postanowiłem najpierw załatwić sprawę telefony. Przy okazji spotkać się z Wijatą i skonsultowawszy się z nim, zdecydować się na jedną rzecz.
Sim-locka z telefonu udało się zdjąć bezproblemowo i dość wcześnie. Niestety, awaria systemu komputerowego w Erze sprawiła, że duplikatu karty SIM odebrać się nie udało. Szybkie piwko w Kresowej i ponowna próba odebrania również spełzła na niczym, a to spowodowało, że niespodziewanie przybyła jedna godzina dnia. „Stare grono” miało spotkać się koło godziny 20-tej. Wyjazd do Sokolnik zapowiadał się na tę samą porę. By nie zmarnować darowanego nam czasu, kupiliśmy z Sebastianem pół litra Czerwonej Kartki, jakiegoś „napoja” i podążyliśmy w stronę naszej ulubionej bramy przy Kresowej po drodze robiąc sobie tzw.: „pić stopy”.
W bramie czas mijał nam przyjemnie. W chwili, gdy się spotkaliśmy, byliśmy przekonani, że do Sokolnik na sto procent nie pojedziemy. Z każdą chwilą spędzoną w ulubionej bramie nasza pewność traciła moc. Wreszcie postanowiliśmy zasięgnąć rady drogiego kolegi Reggae Reggae. Przyjechał czym prędzej i już we trójkę ustaliliśmy, że jednak wybierzemy się na północ, zabawić się w młodym towarzystwie na działce Sąsiada. Skończyliśmy jeszcze to, co pozostało nam do skończenia i ruszyliśmy w drogę. Najpierw w okolice Julianowa, zrobić przyzwoite zakupy. Później już czymkolwiek w stronę Sokolnik.
Kupiliśmy zero siedem Krakowskiej, po kilka piw na łeb i potoczyliśmy się tramwajem linii 46 na północ. Niestety, dowiózł on nas tylko do granic Łodzi. Wciąż pozostawało nam do przebycia dobrych kilkanaście kilometrów. Wtedy z pomocą przyszła nam miła Justynka ze Stadka. Po krótkich telefonach, dała się namówić, by podrzucić nas na miejsce. Zebrała nas swoim samochodem prosto z ulicy Zgierskiej i już kilkanaście minut później byliśmy na działce Sąsiada.
Po dość potężnym „biforze”, nawet nie zwróciliśmy uwagi, że właściwie zabawa się jeszcze nie rozpoczęła. Zresztą, nie bardzo nam to przeszkadzało. Spokojnie poddawaliśmy się klimatowi podłódzkich miejscowości wypoczynkowych. Każdy łyk piwa powodował większe rozluźnienie. Każdy kolejny kubek wódki sprawiał coraz więcej radości. Wreszcie, przypuszczam, że gdzieś w okolicach poranku nastał moment, w którym wypadałoby paść spać. Pijani, zmęczeni ale szczęśliwy, zrobiliśmy sobie drzemkę do rana. Wcześniej, zanim nastąpił koniec zabawy, było kilka wydarzeń godnych odnotowania. Choćby już sam wjazd miłej Justynki ze Stadka w bramę działki. Nie był bezkolizyjny. Później wyprawa Wijaty po prąd również miała swój urok. Okazało się, że sąsiedzi Sąsiada, do których mieliśmy podłączyć się z przedłużaczem, by zapewnić sobie elektryczność, nieźle musieli – jak mawia Reggae Reggae – „dać sobie w palnik”, bowiem wszyscy przybili przysłowiowe „gwoździe” na stole w salonie. Dalej, wyprawy np. pod siatkę, której – jak można było przekonać się rano – wcale tam nie było. Czy wreszcie potyczka grawitacji z Sebastianem, z której górą wyszła jednak siła natury, a Sebastian poleciał w dół, na stoliki ogrodowe i funkcjonującego grilla, niszcząc doszczętnie te sprzęty gospodarstwa domowego.
Rano, chłopaki nie dali za wygraną i wyciągnąwszy Balsam Pomorski wstawili się od nowa, poprawili wszystko piwem, wbili się w samochód i wrócili do Łodzi. Ja, a ze mną Sąsiad i jego znajomy Błażej, zostaliśmy jeszcze na kilkanaście godzin.
Zaczęliśmy od skończenia tych piw, które znaleźliśmy z lekka ogarniając domek. Następnie trafiły się kolejne piwa i Balsam Pomorski. To zmogło nas tak, że pozwoliliśmy sobie na małą, południową sjestę. Kiedy już się wyspaliśmy, znaleźliśmy jedzenie. Np. śledzie w oleju, które rozeszły się w okamgnieniu. Także smalec czy słodkie ciasteczka kształtem przypominające ameby.
Posililiśmy się trochę i wzięliśmy się za oprzątanie obejścia. Zeszło nam trochę czasu, ale wreszcie Sąsiad zadecydował, że tak już może być i możemy spróbować ruszyć w stronę Łodzi. Poszliśmy na przystanek PKSów. Wyczekaliśmy się porządnie. Wreszcie przyjechał jakiś busik, który zawiózł nas na Julianów. Tam pożegnałem się z towarzystwem i spokojnie ruszyłem na Retkinię. Wtedy wszystko się zaczęło.

Przyjechałem do domu jakoś w okolicach godziny dwudziestej drugiej. Coś przekąsiłem i pomyślałem, że obejrzę sobie film, by zabić jakoś czas i być może zmęczyć się tak, żeby bez problemów zasnąć. Włączyłem sobie King Arthur.
Obejrzałem. Film się skończył, a ja nic. Usiadłem przeto przed komputerem i noc z soboty na niedzielę spędziłem wpatrując się w monitor. Jak widziałem po Tlenie (..:: link ::..), nie tylko ja właśnie tak zachowywałem się tej nocy. W jej trakcie przypomniały mi się prorocze słowa Sebastiana, które napisał przy podobnej okazji: „Zauważyłem, że «niezapita» sobota wywiera duży wpływ na cały następny tydzień. Trudno go przeżyć i pije się o wiele więcej niż w «zwykłym» tygodniu” ( ..:: link ::.. ). Miałem jednak nadzieję, że nie jest to teza, która miałaby się sprawdzać w przypadku każdej soboty. A przynajmniej łudziłem się, że tym razem tak nie będzie. Jak można się spodziewać, było jednak inaczej.

Niedziela:
Pierwszy dzień tygodnia. Mijał spokojnie i już wydawało się, że nic go nie zakłóci, kiedy jednak tuż przed północą odezwał się Bonczuś. Rozmowa nie zajęła nam wiele czasu. Kilka zdań i już było ustalone, że na chwilę go odwiedzę.
Gdy przyszedłem, zastałem u niego, jego pracodawcę – Zbyszka. Miły, dobry chłop. Wypiliśmy po piwku i nadeszła pora, by zrobić wyprawę po następne. Bonczusiowi się nie chciało, podobnie Zbyszkowi. Poszedłem z Magdą. Stacja była zamknięta. Popędziliśmy czym prędzej do Agaty. Kupiliśmy po dwa piwka na łeb i jedno na drogę. Wróciliśmy i typowo domowa „nasiadówa” trwała dalej. Na chwilę pojawił się Popers. Nie wzbudził wielkiego entuzjazmu. Ze Skarbami i w sprawdzonym gronie działa o wiele lepiej. Przed trzecią Zbyszek złapał „azymut dom” i wybył. Dokończyliśmy te piwka, które zostały i zdecydowaliśmy się sieknąć po jeszcze jakimś. Poszliśmy na stację, która już była otwarta. W międzyczasie Magda zdążyła wpaść w swoją pijacką histerię i zrobić Bonczusiowi o nic burdę. Na szczęście, jak już kupiliśmy piwko, wypiła trochę i szybko zasnęła. Pozwoliła nam w ten sposób przegadać kolejne dwie godziny.
Zbliżała się szósta rano, kiedy Bonczusiowi włączyło się moralizatorstwo. Sprawdziłem autobusy i wróciłem do domu, który już funkcjonował. Zamieniłem kilka słów z Matką. Sporządziłem przed snem jakąś kolacyjkę, spożyłem i poszedłem spać.

Poniedziałek:
Plan był prosty. Odebrać duplikat karty SIM. Odwiedzić szkołę. Po szkole spotkać się na rurach, na małe, niegroźne piwko z Wijatą.
Pojechałem do Ery. Odebranie duplikatu zajęło mi więcej, niż się spodziewałem. Szkołę trafił szlag. Bezpośrednio z salonu, podążyłem na rury. Po drodze, w autobusie, spotkałem dziewczynę, która tak po prostu mi się podobała (co jest o tyle dziwne, że do tej pory może dwie, trzy podobały mi się tak znikąd, nie zamieniwszy z nimi ani słowa). Była kompletna i wyważona. Ubranie, buty idealnie dobrane do fryzury, koloru włosów, oczu itd. Jednak to, że mi się podobała oczywiście niczego nie zmieniło i spokojnie, bez większych emocji, przyglądałem się, jak wysiada na swoim przystanku. Ja podjechałem do sklepu, kupiłem piweczko i poszedłem na rury. Sebastian już tam był.
Pogoda nie była najlepsza do tego, by uskuteczniać plenery, ale skoro srogą zimą mogliśmy, to wiosną też możemy. Nie będzie nas przepędzał wiatr, czy nawet deszcz, kiedy jeszcze kilka miesięcy temu prawie zasypywał nas śnieg, jak spijaliśmy wódki po bramach ( ..:: link ::.. ). Strzeliliśmy po jednym piwku i kiedy mieliśmy się z rur przemieszczać w inne miejsce, zaskoczyli nas Bonczuś z Magdą, Reggae Reggae i nowopoznaną Anią. Przez nich, a może dzięki nim, na rurach pozostaliśmy jeszcze przez jakiś czas. Później towarzystwo pojechało na Kusocińskiego, jak grzecznie wróciłem do siebie. Był wczesny, poniedziałkowy wieczór. Słońce nad Retkinią dopiero chyliło się ku zachodowi. W domu panował ospały nastrój. Zaistniało jednak pewne zdarzenie, które miało niebagatelny wpływ na pozostałe dni tygodnia.
Ojciec podarował mi 100 USD w nadziei, że nabędę za nie kilka ubrań a także wyrobię sobie paszport (raz: mój stary za miesiąc traci ważność; dwa: dopóki jestem studentem, mam prawo do zniżki). Szybko obliczyłem ile będzie potrzebne mi na ciuchy ile na dokument i jasno wyszło mi, że jakby nie patrzeć kilka złotych nadwyżki pozostanie. Z tą radosną myślą położyłem się spać, planując na kolejny dzień załatwianie biznesów tak, by być pewnym jaka kwota zostanie mi na „własne wydatki”.

Wtorek:
Założenie było następujące. Przed szkołą odwiedzić kantor, wymienić dolary i Wydział Paszportowy, zabrać wnioski. Po szkole spotkać się z Szalonym Basistą na piwko w parku i po piwku pojechać poszukać ubrań.
I rzeczywiście, pojechałem odwiedzić kantor i wymieniłem walutę. Odwiedziłem także Wydział Paszportowy i odebrałem wnioski. Ale do szkoły już nie dotarłem. Za to umówiłem się na wcześniejszą porę z Szalonym Basistą.
Powtórzyła się sytuacja z piątku. Biznesy załatwiłem szybciej, niż się spodziewałem. Do spotkania z Szalonym Basistą została mi godzina czasu. Wpadłem do Kresowej. Znajomy barman, już nawet nie pytał się co chcę. Od razu, bez słowa, nalał piwa. Wypiłem i pojechałem pod Instytut.
Spotkałem znajomą ( ..:: link ::.. ). Zwerbowałem ją. Okazało się, że i Szalony zwerbował znajomego. We czwórkę zahaczyliśmy o sklep, po czym poszliśmy do parku filozoficznego. Tam strzeliliśmy po dwa piwka i strzelilibyśmy pewnie jeszcze po trzecim, gdyby nie to, że akurat lunęło. Byliśmy zmuszeni przenieść się pod jakiś daszek, a najbliższym był daszek Instytutu. Dokończyliśmy nasze piwa i szykowaliśmy się, by przenieść się do jakiegoś lokalu, kiedy zostaliśmy namówieni do zagłosowania na inną znajomą w wyborach do samorządu studenckiego. Mimo, iż nie potrafiła nam dziewczyna powiedzieć, jakie będziemy mieli z tego korzyści (pragmatyzm górą), stwierdziliśmy, że nie będziemy jej robić na złość i karnie poszliśmy do dziekanatu wypełnić jeden z obywatelskich obowiązków. I nawet nie wdawaliśmy się w dyskusje z ludźmi obsługującymi wybory a można było, choćby ze względu na to, że na kartach do głosowania widniał napis: „proszę zaznaczyć maksimum siedem nazwisk” a pod nim było nie mniej i nie więcej, jak właśnie siedem nazwisk. Grzecznie wyszliśmy z dziekanatu. Pożegnaliśmy się z częścią osób i poszliśmy do Mieszczańskiej. Tam kolejne dwa piwka.
Dojechał Sebastian. Zniknął Patryk. Była jeszcze wczesna pora, kiedy zdecydowaliśmy się pójść na wódkę do parku Staszica. Kupiliśmy Czerwoną Kartkę, jakiegoś „napoja”, piwa i usadowiliśmy się tym drugim, po parku filozoficzny, zaprzyjaźnionym placyku zieleni miejskiej.
Zaczęło się ściemniać. Za to nam w głowach świtały coraz to nowe pomysły. Ot, choćby przejść się po belce zwieńczającej pobliskie huśtawki. Albo, by zanawigować do Skarba A. Zjawiła się na moment. To była ostatnia rzecz, którą pamiętam sam. Reszta to tylko domysły i opowieści. Nie przeszkadzało to jednak w tym, że kontynuowaliśmy wieczór.
Podobno z parku Staszica wydostaliśmy się ze śpiewem na ustach. Najprawdopodobniej wtedy odłączył się od nas Szalony Basista. Chyba także wtedy, postanowiliśmy z Wijatą nie poddawać się i zaatakować Szczecin. Do tej pory nie mogę pojąć, jakim cudem, ale wybiliśmy sobie nawzajem ten pomysł z głów. Zdaje się, że później poszliśmy do bramy przy Kresowej, gdzie najpewniej dokończyliśmy wódeczkę (przypuszczamy, że tak było, bowiem ani Sebastianowi ani mnie nie zachowała się ani odrobina). Wiele wskazuje też na to, że następnie zapragnęliśmy opanować Kresową. Podobno próbowaliśmy intensywnie, a kiedy nie udało się opanować całej restauracji, skupiliśmy się na jakichś dziewczynach, które próbowaliśmy przekonać do siebie. Efektu – w postaci nr-u telefonu, nowego wpisu w komórce, imienia zapisanego na ręce itp. – brak. Po nieudanych podbojach, najprawdopodobniej rozjechaliśmy się do domów. Sebastian dojechał kilka przystanków dalej, niżby się spodziewał. Ja wróciłem autobusem 152, który jeździ z Dąbrowy (z Kresowej na Dąbrowę jest kilka kilometrów). Na dodatek, miałem na sobie czapkę Wijaty.
Właśnie w autobusie 152 wraca mi pamięć. Przypominam sobie, że rozmawiam ze Skarbem D. i Karolajną przez telefon i umawiam się z nimi, że już za chwilę wsiadam w PKS i jadę je odwiedzić do Wrocławia. Pech chciał, że tę rozmowę prowadziłem w autobusie, w drodze do domu ale także po tym, jak otworzyłem sobie drzwi, podążyłem do kuchni i zacząłem przygotowywać sobie kanapki na drogę. Moje rozochocenie usłyszał Ojciec i poważnym głosem powiedział, że jeśli tylko wyjdę, to już mogę nie wracać. Mimo mojego stanu, nie przypuszczałem, żeby żartował. Poszedłem do swojego pokoju, zjadłem przygotowane na podróż kanapki i położyłem się spać. Było po trzeciej nad ranem.

Środa:
Obudziłem się na porządnym kacu. Bardziej moralnym (w głowie wciąż krążyły mi złowieszcze słowa Ojca), niż tym zwykłym, alkoholowym. Mogłem w takim stanie pojechać do szkoły, ale stwierdziłem, że mijałoby się to z celem. Postanowiłem większość dnia spędzić w domu, a pod wieczór ewakuować się, by uniknąć konfrontacji.
Do siedemnastej zdążyłem poumawiać się z Sebastianem i Reggae Reggae.
Zrobiłem sobie zdjęcia do paszportu i pojechałem do parku Filozoficznego. Tam wymieniłem się doświadczeniami ze spotkanymi „pijakami”. Okazało się, że i Sebastian nie miał w domu lekko do tego stopnia, że dziś nie będzie mógł zbyt wiele. Żeby było gorzej, nie tylko dziś, ale przez najbliższy czas także. Ja również obiecywałem sobie, że nie będę przeginał. Wspólnie ustaliliśmy, że wypijemy po dwa, góra trzy piwka i wrócimy do domów, nie narażać się bardziej. Trochę to było nie na rękę Reggae Reggae, który właśnie zdał logikę na 5 i miał ochotę uczcić ten sukces, ale pomimo chęci rozumiał naszą sytuację i nie nalegał. Opowiadał też, jak z jego perspektywy wyglądał poprzedni dzień. Jak od południa ukrywał się, by nie werbować go, gdyż na następny dzień ma poważny egzamin. Jak kilkukrotnie do niego wydzwaniałem upewniać się, czy rzeczywiście nie ma ochoty na piwko. Jak już dał się przekonać, ale zawróciła go konieczność opłacenia za szkołę. Wreszcie, jak nocą, Skarb D i Karolajna pobudziły cały jego dom dzwoniąc i pytając się, czy nie przyjedzie ze mną do Wrocławia.
W parku spędziliśmy trzy piwa. Pojechaliśmy jeszcze na moment do bramy przy Kresowej, gdzie ściągnęliśmy jeszcze po piwku i przykładnie rozjechaliśmy się po domach tak, że pokazaliśmy się w nich o ustawowej dwudziestej drugiej.
Standardowo, zjadłem co nie co, pogadałem chwilę przez I-net i położyłem się spać.

Czwartek:
Obudziłem się przed trzecią w nocy. Próbowałem jeszcze zasnąć, ale nic z tego nie było. Trochę się pomęczyłem, obejrzałem jakiś film Exhumed i koło ósmej rano zasnąłem.
Po ponownej pobudce, w miarę szybko zebrałem się w sobie. Poszedłem kupić w końcu jakiś ciuch, załatwić resztę spraw w urzędzie paszportowym i pojechać na Widzew na małe piwko.
Spodnie kupiłem. Złożyłem wniosek o paszport. Jak zwykle, nie bez przygód. Najpierw, niewiele brakowało, a opłaciłbym dwa wnioski zamiast jednego. Później, gdy musiałem wypełnić deklarację o tym, że stary paszport przyniosę przy odbiorze nowego zawiesiłem się pisząc oświadczenie: „Oświadczam, że oka(…)”. I nie wiedziałem: „okażę” czy może: „okarzę”. „Z” wymienia się na „ż” czy na „rz”? Widząc moje niezdecydowanie, pani urzędniczka zaśmiała się i powiedziała: „Co? Nie ma Worda, który na bieżąco sprawdzałby pisownię, to już ortografia szwankuje, tak? Pan pisze samo ż”. Pojechałem na Widzew.
Z Sebastianem na moment wstąpiliśmy do niego. Tam jedno, lajtowe piwko. Dalej pod pobliską Biedronkę i kolejne piwka, już z Reggae Reggae. Znów powtarzaliśmy sobie, że wypadałoby nie przeginać, że wypadałoby o rozsądnej porze i w rozsądnym stanie wrócić do domów. Sebastianowi się udało. Wypił dwa (my trzy) w plenerze i poszedł sobie. Zostaliśmy z RR zostawieni na pastwę swojego własnego, nakręcającego się z każdym piwem, pijaństwa. Zdecydowaliśmy, że w Biedronce kupimy po kolejne dwa i pojedziemy do ulubionej już, i jakże znajomej, bramy przy Kresowej.
W tym jedynym i niepowtarzalnym miejscu zrobiliśmy po dwa browarki. Odwiedziły nas też pewne koleżanki, które szukały pomocy w otworzeniu wina. Dżentelmeńsko pomógł im Reggae Reggae. W zamian otrzymał zdekompletowaną paczkę fajek. Dopiliśmy, dopaliliśmy i poszliśmy na przystanek, po drodze zastanawiając się, czy wielkim przegięciem byłoby, gdybyśmy po jeszcze jednym strzelili. Na szczęście, dość szybko podjechały nasze transporty i nie mieliśmy okazji przekonać się, czy realizacja pomysłu rzeczywiście byłaby wielkim czy w ogóle jakimkolwiek przegięciem.

Piątek:
Ten dzień był już regularny. Na 15:30 pojechałem do Instytutu Filozofii wcześniej zahaczając o Central i stragany na Piotrkowskiej w poszukiwaniu czegoś na siebie. W parku, tradycyjnie już, trzy piwka. Później, w zamyśle na koncert zespołu Rezerwat, przemieszczamy się ze Skarbem D. i Wijatą na miasto. Po drodze wstępujemy do ogródka Lecha nieopodal kina Bałtyk, dalej jeszcze do ogródka Stereo i kiedy spijamy ostatnie piwko, koncert z pewnością ma się ku końcowi. Ruszamy zatem w podróż do Bonków. Robimy zakupy i rozpoczynamy zabawę. Dojeżdża do nas Sajmon. Dajemy jeszcze większego czadu. M.in., ponownie wbijam sobie kolczyk w ucho. Zabawa się rozkręca. Nastaje czas tańców, Balsamu. Dalej nie pamiętam.
Rano wsiadam w autobus i podjeżdżam do domu. Kładę się spać.

Sobota:
Wczesnym popołudniem dochodzę do siebie. Oglądam sobie White Noise. Potem, w plecaku znajduję cztery browary. Cieszę się niezmiernie, bo wiem, że będę mógł je wieczorkiem strzelić a dzięki temu uniknąć kolejnego tygodnia, jak ten.
Do wieczora odpoczywam. Koło dwudziestej trzeciej otwieram pierwsze piwko i z każdym łykiem nabieram świadomości, że przybliża mnie on do tego, by nadchodzący tydzień mógł zostać w zwykłej nomenklaturze określony, jako: „przeciętny”, „normalny”, „lajtowy” czy jakimkolwiek innym synonimem tych słów.
Noc mija mi trochę na grze w Football Manager 2005 trochę na oglądaniu kolejnego filmu Primer. Nad ranem, koło szóstej, dopijam ostatniego łyka i zadowolony kładę się spać. Wiem, że przez najbliższe kilka dni, będzie dobrze.

wpis nr: 585

„No a czasem jestem, jak malowany ptak, jak ptak (…)”

     ”Lecha ogarniała niema furia. Wpatrywał się ponuro w ptaki zamknięte w klatkach, mrucząc coś pod nosem. W końcu, po długim namyśle, wybierał najsilniejszego ptaka, przywiązywał go sobie do nadgarstka i przystępował do szykowania cuchnących farb, które rozrabiał z najrozmaitszych składników. Kiedy był zadowolony z kolorów, obracał ptaka i malował mu skrzydła, głowę i pierś w barwy tęczy, aż ten stawał się bardziej pstrokaty i jaskrawy niż bukiet polnych kwiatów.
     Wtedy szliśmy w najgęstszy las. Tam Lech wydobywał malowanego ptaka; kazał mi go trzymać w ręce i lekko ściskać, żeby zaczął ćwierkać. Jego szczebiot przyciągał stado ptaków tego samego gatunku, które krążyło nerwowo nad naszymi głowami. Więzień, słysząc pobratymców, usiłował się do nich wyrwać. Ćwierkał coraz głośniej, a jego małe serce, zamknięte w świeżo malowanej piersi, biło jak oszalałe.
     Gdy gromadziło się dostatecznie dużo ptaków, Lech dawał mi znak, żebym puścił więźnia. Wzbijał się do góry, szczęśliwy i wolny, kropka tęczy na tle chmur, po czym wlatywał w czekające brunatne stado. Przez moment ptaki były zbite z tropu. Malowany ptak krążył z jednego końca stada na drugi, daremnie próbując przekonać krewniaków, że jest jednym z nich. Ale ci, oszołomieni jaskrawymi kolorami, przyglądali mu się z niedowierzaniem. Gdy uporczywie usiłował zająć miejsce w szyku, spychali go coraz dalej i dalej. Wkrótce widzieliśmy, jak kolejno odrywają się od stada i atakują go zawzięcie. Jeszcze chwila i wielobarwny kształt zaczynał tracić wysokość i spadał na ziemię. Takie sceny rozgrywały się często. Kiedy w końcu odnajdywaliśmy malowane ptaki, zwykle nie żyły. Lech dokładnie oglądał i liczył otrzymane przez nie ciosy. Z barwnych skrzydeł sączyła się krew, zmywając farbę i znacząc ręce łowcy (…)”.

Jerzy Kosiński Malowany ptak

wpis nr: 584

godzina czwarta wieczorem

pijaki
Godzina czwarta wieczorem, a on-line tylko wybitne jednostki.
Wild West, North Side i East Coast.

wpis nr: 583

ważny dzień

     Z domu wyszedłem – tradycyjnie – akurat na ostatni tramwaj. Jeśli wsiadłbym w dwunastkę, byłbym w szkole „na styk”, na dwie minuty przed rozpoczęciem zajęć. Jeśli wsiadłbym w dziesiątkę albo czternastkę, dojechałbym kilka minut po „dzwonku”.
Na przystanku, gdy zobaczyłem ile osób pakuje się do dwunastki, zdecydowałem się pojechać jednak dziesiątką (albo czternastką, zależnie od tego, który tramwaj przyjedzie jako pierwszy). Podjechała dziesiątka.
Zasiadłem wygodnie w „turbotramwaju”. Zadowolony, że spokojnie dojadę sobie do szkoły. Strategicznie spóźnię się. Przy okazji uniknę podróży tą najbardziej awaryjną linią tramwajową w mieście, którą jeżdżę tak często, że gdy tylko mogę staram się unikać jej trasy. Nastąpił przesyt jej pokonywania. Nadto, linia tramwajowa numer dziesięć gwarantuje pewniejsze przemieszczenie się z miejsca na miejsce.
Zaczęło się chmurzyć. Tym razem, o dziwo, deszcz nadciągał ze wschodu. Zazwyczaj opady przyłażą nad Retkinię znad Konstantynowa. Ta podłódzka miejscowość raz po raz podsyła zdradzieckie ulewy, niewielkie mżawki czy przelotne deszcze. Tego dnia, rolę tę przejął na siebie Andrespol.
Z cukru nie jestem i choć – z zasady – unikam parasoli, nie nakładam na siebie kurtek przeciwdeszczowych (chyba, że jest to moja wysłużona, kilku-już-letnia, dżinsowa kurtka przeciwdeszczowa, w którą krople deszczu wsiąkają, jak w gąbkę zamiast po niej spływać) i nie korzystam z kapturów, deszczu się nie obawiam. W efekcie tego, często moknę bądź przekmakam na wylot.
Zachmurzenie nie wydawało się groźne. Nadciągało ze strony, w którą podążałem, co pozwalało przypuszczać, że minę się z nim. Innymi słowy, że kiedy będę spokojnie podróżował sobie „turbotramwajem”, deszcz spadnie, a potem przejdzie i ja, z mojego środka komunikacji, wysiądę już po nim.
„Turbotramwaj” toczył się leniwie po torach. Wczesna, przedpołudniowa pora działała pobudzająco. Ludzie w tramwaju nie wyglądali na przybitych, jak to zwykle ma miejsce w Łodzi. Część z nich nawet się lekko uśmiechała. To raczej niespotykane. Zazwyczaj jeden na drugiego patrzy tak, jakby chciał go co najmniej poszatkować na najdrobniejsze części albo przynajmniej wetknąć kij w szprychy, gdyby ten akurat jechał rowerem. Teraz było inaczej. Dzień zapowiadał się przyjaźnie.

     Na alejach A. Mickiewicza, pomiędzy przystankiem pod ulicy S. Żeromskiego a przystankiem przy ul. Piotrkowskiej. „Turbotramwaj” się zatrzymał. „I to by było na tyle, z dojechania na zajęcia na czas” – pomyślałem sobie. Motorniczy otworzył drzwi, ludzie wysiedli wprost na całkiem ruchliwą arterię miasta. Przy okazji zaczęło padać. Ja pozostałem w środku. Widziałem, że przed moją dziesiątką stoi jeszcze jakiś tramwaj. Przed nim, prawdopodobnie kolejny. Widmo awaryjności, jak mogłem się przekonać, opuściło na chwilę linię numer dwanaście by nawiedzać inne linie tramwajowe w tym mieście.
Wyglądałem spokojnie przez szybę i zastanawiałem się ile czasu mi zejdzie w oczekiwaniu na wznowienie podróży i czy opłaca mi się poczytać sobie propagandowe dzieło De Civitate Dei Gucia czy może zabrać się za De Consolatione Philosophiae. Obie te książki stanowią podstawę mojej pracy magisterskiej i wypadałoby się wreszcie z nimi dobrze zaznajomić. W przypadku De Consolatione (…) nie jest źle. Stykam się z nim bez przerwy już od pierwszego roku i niejednokrotnie o nim wspominałem (choćby tu: ..:: link ::.. ). Trochę gorzej sytuacja przedstawia się jeśli chodzi o De Civitate (…). Sukcesywnie jednak ją poprawiam.
Po kilku chwilach „turbotramwaj” ruszył. Do Polmosu, miejsca zmiany środka komunikacji, z którego na uczelnię mam jeszcze góra dziesięć minut drogi, dotarłem już po nominalnym „dzwonku”. Deszcz lał niemiłosiernie. Wystarczyło, że wysiadłem i momentalnie byłem całkowicie i kompletnie mokry. Okulary w jednej chwili straciły swoją funkcjonalność. Kierowany bardziej intuicją niż wzrokiem przesiadłem się na kolejny tramwaj i dojechałem na właściwy przystanek. Przed szkołą zapaliłem jeszcze kontrolnego papierosa i wyglądając, jakbym przed sekundą wydostał się morza niczym uratowany rozbitek z zatopionego statku, dumnie wkroczyłem do „swojej” sali.

     Środa jest dobrym dniem. Już od drugiego roku, kiedy po raz pierwszy wlazłem trochę speszony do katedry historii filozofii średniowiecznej i z nieukrywaną obawą zapytałem się czy ja, zwykły student, ledwo skończywszy pierwszy rok, mogę pojawiać się na zajęciach dotyczących średniowiecza, ten dzień kojarzy mi się właśnie z zajęciami odnoszącymi się do mojej ulubionej epoki w historii, sztuce, kulturze, filozofii i w ogóle Europy. Od tamtej pory, tydzień w tydzień środę wypełniały seminaria poświęcone najpierw problemowi wolnej woli w konfrontacji z boską przedwiedzą (wszzechwiedzą), później mistycyzmowi czy tak, jak teraz, poświęcone szeroko rozumianej nauce w średniowieczu. Tego dnia odbywa się też paleografia. Podobnie translatoria łacińsko-angielskie. Na te ostatnie wkroczyłem nasiąknięty deszczem.
Było – jak zwykle – sympatycznie. Trzy osoby plus Pan Doktor, gwarantują spokojną atmosferę. Pełną mniej lub bardziej zboczonych zawodowo anegdot. Tego dnia posypało się przykładami, które są umieszczane w różnego rodzaju traktatach średniowiecznych właściwie nie wiadomo w jakim celu. Teoretycznie, by ułatwić zrozumienie a praktycznie, jak to widać już od Mistrza Arystotelesa, tylko gmatwają treść i najczęściej zupełnie nie pasują do tego, co mają ilustrować. Najbardziej w pamięci utkwiła mi opowieść, którą przytacza autor dziełka o inspirującym tytule Czy Bóg może „odstawać” to, co już miało miejsce w przeszłości? (odpowiedź jest oczywista). Autor przedstawia taką sytuację. Jest grupka ludzi. Przygotowują koguta na obiad. Oskubują go z pierza. Dzielą na kawałki. Jeden z nich wypowiada brzemienne w skutki słowa: „Patrzcie współbracia, jak podzieliłem tego koguta. Jest tak doskonale rozdrobniony, że nawet sam Pan Bóg nie potrafiłby go z powrotem poskładać”. W tym momencie z nieba strzela piorun. Wśród jego trzasku, w jednej chwili kogut scala się. Wyskakuje z garnka i ochlapuje sosem, w którym był przygotowywany kucharzy. Tym [kucharzom], w miejscu, gdzie spadł na nich sos, natychmiast występuje wyjątkowo uciążliwy trąd. Ale by kara była bardziej dotkliwa i na dłużej utkwiła w pamięci, Pan Bóg pokarał trądem jeszcze rodziny kucharzy. Od tej pory – jak podaje autor – nikt nie ma już wątpliwości, że dla Pana Boga „odstanie” przeszłości nie stanowi problemu.
Innym, zboczonym zawodowo, wydarzeniem, była próba ustanowienia w języku polskim odpowiednika łacińskiego gerundium. W łacinie sytuacja przedstawia się tak, że można za pomocą jednego słowa wyrazić coś, co ma być dopiero zrobione. I tak, pisząc np.: hoc est legendum czy – może lepszy przykład – nunc est bibendum, na język polski tłumaczy się opisowo, pierwsze wyrażenie: „to jest coś, co ma (powinno) zostać przeczytane”, drugie wyrażenie: „teraz należy się napić”. Widać wyraźnie, jaką oszczędnością w tym wypadku przewyższa łacina nasz język. Na zajęciach padła propozycja, by podobnie, jak to ma miejsce w języku węgierskim, przyjąć sufiksy „ndum” i nimi oznaczać czynność, która dopiero powinna zostać dokonana. Mówić, na przykład: „to nie jest gadandum, to jest zrobiendum” zamiast: „o tym nie należy gadać, to trzeba robić”.

     Po translatoriach nastąpiła przerwa, podczas której, po raz kolejny rozmawialiśmy z Cieślikiem o tym, co dręczy coraz więcej z nas. W przeciwieństwie do innych, my – studenci filozofii – dopiero teraz zadajemy sobie pytanie „co dalej?”. Większość moich znajomych znała na nie odpowiedź w chwili pisania matury i wyboru kierunku studiów. Wiedzieli, że będą studiować ten albo inny kierunek ze względu na to, że po jego ukończeniu mogą sobie pójść w tę bądź inną stronę. My – studenci filozofii – decydowaliśmy się na studiowanie „umiłowania mądrości” dla samego studiowania. Nie chcieliśmy, przynajmniej znakomita większość z nas, by wybór kierunku studiów był determinowany odległą przyszłością. Ważniejsza zdawała się być własna satysfakcja. Niestety, odkładanie na pięć lat tego fundamentalnego pytania „co dalej?” nie powoduje, że nagle pojawia się na nie odpowiedź. Wręcz przeciwnie. My – studenci filozofii – popadamy w rozrastającą się frustrację i z zawiścią spoglądamy na rówieśników, którzy może nie wiedzą, dlaczego nie mamy dostępu do „rzeczy samych w sobie” albo nie zdają sobie sprawy z tego, że Sokrates był mistrzem Platona, a Platon był mistrzem Mistrza Arystotelesa, ale za to doskonale wiedzą, w którym miejscu na ziemi stoją, z jakiego punktu wyjścia rozpoczynają i dokąd chcą dotrzeć.
Nie tak dawno, zadano mi to znienawidzone pytanie. Pozwoliłem sobie wtedy na odpowiedź naznaczoną „zboczeniem zawodowym”. Oto ona:

Pytasz się również o przyszły zawód. To jedno z tych pytań, których się studentom filozofii nie zadaje. A nawet, jak już się zada, trzeba zrozumieć, że to ich najbardziej drażni. Drażni, ponieważ żadne z nas idąc na studia nie wybierało tego kierunku ze względu na to, co będzie potem. Wielu maturzystów idzie na – nie wiem – prawo, medycynę, socjologię itd. właśnie dlatego, że po tych kierunkach mają jakieś perspektywy. Maturzyści, którzy wybierają filozofię decydują się na nią ze względu na nią samą. Na pięć lat, które da im satysfakcję, której nie dałoby pięć lat na żadnym innym kierunku. Nikt nie zastanawia się (w chwili, kiedy zdaje egzamin wstępny na filozofię), co będzie robił później. Co nie znaczy, że nie zadajemy sobie tego pytania. Zadajemy – niestety. Ale przedstawmy sprawę od początku.
Student filozofii, gdy już rozpocznie naukę na pierwszym roku, cieszy się z niej, jak dziecko. Każde zajęcia dają mu masę radości. Z chęcią uczestniczy w konwersatoriach, z zaciekawieniem słucha wykładów. Jest pełnym entuzjastą miejsca, w którym się znalazł. Ta radość wespół z entuzjazmem dają mu pewność, że w przyszłości jakoś będzie. Na pierwszym roku nie zastanawia się nad tym.
Na drugim roku, entuzjazm nie mija i student filozofii po raz pierwszy zaczyna myśleć o tym, żeby może na stałe związać się z tym kierunkiem. Każdy przechodzi przez etap, w którym nie widzi swojego życia bez filozofii i wydaje mu się, że najlepszym rozwiązaniem będzie pozostać na Uniwersytecie jako tzw. „pracownik naukowy”. Obronić pracę magisterską, zostać na studiach doktoranckich, zrobić doktorat i bądź przedłużyć umowę z Uniwersytetem bądź pójść na jakąś inną, najczęściej prywatną, uczelnię. Taka perspektywa sprawia, że jeszcze z większym zapałem student filozofii zaczyna studiować. Zdaje sobie sprawę z tego, że szansę na pozostanie mają tylko najlepsi. Zaczyna starać się o stypendia, udzielać w gazetkach uczelnianych, konferencjach, pisze artykuły do prasy fachowej.
Na trzecim roku przychodzi refleksja. Wszyscy powtarzają studentowi, że na uczelni zostaną góra dwie osoby na rok. Oznacza to, że reszta z tych, którzy się obronią musi szukać sobie innego zajęcia. Wtedy błyskotliwy student filozofii uruchamia swój umysł i postanawia podjąć studia na innym kierunku. Na takim, którego skończenie umożliwiałoby ustawienie się w społeczeństwie niefilozoficznym. Tłumaczy sobie, iż mimo, że jest już „zboczony zawodowo”, to dzięki drugiemu kierunkowi może znormalnieje trochę a to pozwoli mu w przyszłości żyć wśród ludzi. Pełen nadziei rozpoczyna drugi kierunek studiów.
Na czwartym roku rezygnuje z drugiego kierunku studiów ponieważ okazuje się, że jego „zboczenie zawodowe” było silniejsze niż wszystko inne i jest na tyle uzależniony od filozofii, że czegokolwiek innego nie tknąłby się, irytuje go to. Z pogardą patrzy na ekonomów, informatyków, którzy w tym czasie rozpoczynają praktyki albo nawet i pracę w swoim przyszłym zawodzie. Zakładają pierwsze przedsiębiorstwa, składają komputery itd. Przyprawia go to o jeszcze większą frustrację. Zaczyna nerwowo reagować, gdy ktoś ze znajomych, którzy właśnie ustawiają się w życiu wśród normalnych ludzi, zadaje to fundamentalne pytanie: „co dalej?”. Zbywa taką osobę niemiłą odpowiedzią i zniechęcony wraca do książek. Nie znajduje w nich jednak radości, którą widział tam na początku swojej przygody ze studiami. Fundamentalne pytanie nie daje mu spokoju, a im więcej czasu spędza wśród Platonów, Kantów, Wittgensteinów, tym bardziej pogrąża się w beznadziei. Nie widzi dla siebie żadnej przyszłości. Wie, że jest mało prawdopodobne, by został na studiach i wie, że poza filozofią nie umie (o ile filozofię w ogóle można umieć) właściwie niczego. Nie ma żadnego zawodu.
Na piątym roku beznamiętnie przegląda oferty pracy. Chodzi na rozmowy i jest – delikatnie rzecz ujmując – traktowany z przymrużeniem oka. Wreszcie ląduje w McDonalds’ach jako zmywacz na zmianie nocnej albo w supermarketach jako ten, co układa na zapleczach pudła z towarem. Czasem dorabia sobie korepetycjami i w duchu przeklina siebie samego sprzed pięciu lat. Pluje sobie w brodę i mówi: „Dlaczego, jak Janek, Paweł, Marcin itd., nie poszedłem na telekomunikację na PŁ, na medycynę, chociażby na kulturoznawstwo?”. Ma wszystkiego dość. Broni pracę magisterką. Odbiera dyplom i idzie zarejestrować się w Biurze Pośrednictwa Pracy.
To była wersja pesymistyczna. Teraz opozycyjna do niej, optymistyczna.
Są realne szanse na to, żeby pozostać na Uniwersytecie. Trzeba się starać, ale rzeczywiście, co roku zostaje jedna czasem dwie osoby. Można do tego podejść ambicjonalnie i być najlepszym studentem, albo strategicznie i wybrać sobie dziedzinę, co do której ma się pewność, że np. w kolejnych latach odejdą pracownicy nią się zajmujący, albo w której aktualnie jest niedobór pracowników. Pozostanie na uczelni jest najlepszym rozwiązaniem. Można tułać się po innych uczelniach i dawać wykłady z historii filozofii (ewentualnie logiki). To mniej dobre rozwiązanie, ale także mogące dawać jeszcze jakąś satysfakcję. Inna sprawa, to np. zrobienie w trakcie studiów kursu pedagogicznego i zdobycie uprawnień do nauczania filozofii w gimnazjach czy liceach. Oprócz filozofii można uczyć też Etyki. Dla mnie – osobiście – to mało przyjemne, na wszelki wypadek nie robiłem kursu pedagogicznego. Będę miał pewność, że nawet jeśli sytuacja życiowa postawi mnie pod ścianą, nie zdobędę się na desperacki krok i nie rozpocznę nauki w szkole. Dzieciaki mnie drażnią. Nie dałbym sobie z nimi rady. Mogłoby się to skończyć obustronną klęską.
Poza pracą w zawodzie pozostaje zawsze działalność twórcza. Niektórzy studenci filozofii odkrywają w sobie talenty artystyczne i poświęcają się sztuce. Zostają np. muzykami (jak np. chłopaki z Cool Kids Of Death). Niektórzy studenci filozofii popadają w radykalizm polityczny i zostają prominentnymi działaczami – jak np. pan Janusz Korwin Mikke. Inni rzucają swoją dumę, udają, że pozbywają się nałogu „filozofii” i robią jakieś kursy specjalistyczne dzięki czemu znajdują zajęcia w dziedzinach – wydawałoby się – odległych od studiów, które ukończyli. Mają świadomość, że najlepszy czas w życiu spędzili w zadowalający ich sposób, a teraz spokojnie mogą zarabiać na chleb pracując w jakichś firmach np. jako doradcy czy konsultanci. Na koniec, mogą – co jest ostatnio na czasie – dzięki wykształconemu w trakcie studiów zmysłowi kombinowania wziąć się za przekręty i zostać bogatym lobbystą, jak Marek Dochnal (który ukończył filozofię, ma nawet z niej doktorat). Innymi słowy, jest wiele możliwości. Co się zaś mnie tyczy. Ja nie wiem.
Miałem, jak chyba wszyscy, moment, w którym byłem pewien, że pozostanę na studiach jako wspomniany „pracownik naukowy”. Widziałem dla siebie przyszłość wykładowcy, który na co dzień siedzi w książkach i pisze mądre rozprawy, co tydzień staje przed słuchaczami i wygłasza jakiś ciekawy wykład, a od czasu do czasu wyjeżdża na konferencje naukowe i tam wygłasza odczyty. Zwiedza świat, biblioteki, poznaje „naukowców” z innych uczelni. Wizja – wydawałoby się – całkiem przyjemna. Niestety upadła. Na nią mają szanse jedynie fanatycy filozofii. Ja z fanatyzmu filozoficznego się wyleczyłem. Mógłbym – co najwyżej – pozostać historykiem filozofii, rzemieślnikiem, który sumiennie odpracowuje swoje zadania. Jednak jak spojrzę teraz na niektórych swoich wykładowców i w nich dostrzegę to, że uprawiają rzemiosło od razu myślę sobie, że lepiej będzie zaoszczędzić sobie takiego stanu.
Zakochałem się, jak wiadomo, w łacinie i przez jakiś czas łudziłem się nadzieją, że będę mógł w przyszłości robić coś właśnie ze względu na moją miłość. Oprócz uwielbienia łaciny dodajmy do tego jeszcze umiejętność odczytywania starodruków czy rękopisów. Pięknie byłoby, gdybym mógł temu się poświęcić. Odcyfrowywaniu średniowiecznych manuskryptów łacińskich. Niestety, zapotrzebowanie na tego typu specjalistów jest nikłe. W całej Łodzi jest ich nie więcej niż dziesięciu, a miejsca jest – jak spojrzeć krytycznie – dla trzech, czterech. Pozostaje jeszcze coś, co mogłoby być związane z inną dziedziną, która kiedyś mnie zajmowała, a która do tej pory nie jest mi całkiem obca – komputery. Musiałbym jednak porządnie wziąć się za siebie i przypomnieć sobie bardzo wiele rzeczy. Wiele mi z głowy wyleciało przez te pięć lat przerwy z szeroko rozumianą informatyką, na dodatek wiele się przez ten czas zmieniło. Nie wiem, czy udałoby mi się nadrobić te zaległości w takim stopniu by stanowić sobą jakąś wartość, którą można byłoby wymiernie wykorzystać.

     Następne zajęcia to paleografia. Stara gwardia, czyli Monisia, Cieślik, ja plus jedna panienka, do której przekonać się nie mogę, aczkolwiek nie mogę jej niczego zarzucić, spędziła zajęcia bez uniesień. Po dwóch i pół roku pracy z rękopisami nie stanowią one dla nas większego problemu. Co najwyżej kopia, w jakiej je dostajemy staje nam na przeszkodzie. Co innego młodzież. Przychodzi na zajęcia, bo są w dogodnym terminie. Męczy się przez półtorej godziny. Na szczęście i wśród niej widać takie jednostki, które rokują dobrze na przyszłość.

     Natomiast na ostatnich zajęciach miało miejsce coś, co było punktem kulminacyjnym tego dnia. Na seminariach miałem przedstawić swoją pracę magisterską. Pracę, którą wciąż mam w głowie. Pracę, której żadnego jeszcze zdania nie ma zapisanego choćby na kartce.
Uparcie i konsekwentnie, choć bardzo powoli, doczytuję moje dwie podstawowe lektury, na których podstawie będę ją pisał. Mimo to, nie byłem przekonany, czy już nadszedł moment, by szerzej o swojej pracy opowiadać. Na szczęście, niepewność rozwiała dwa tygodnie temu Pani Profesor zapowiadając, że czwartego maja chce usłyszeć ode mnie, jak ja widzę to, co mam zamiar w przyszłości napisać.
Dwa tygodnie, które pozostawiono mi na przygotowanie wykorzystałem skwapliwie. Kilka dni kompletnie przepiłem a kilka tylko częściowo. Przerwę zrobiłem sobie dopiero na łikend majowy oszukując się, że może przez te kilka dni, kiedy większość moich znajomych będzie upajać się spotkaniami z Dżonem Barlejkornem, będę mógł wykorzystać na sumienne przygotowanie się do wystąpienia.
I rzeczywiście, pewną ich część spędziłem konstruktywnie. Wreszcie zapamiętałem intrygę, przez którą mój „kochanek”, Boecjusz został wtrącony do więzienia a potem zakatowany na śmierć. Poczytałem też o okolicznościach, w jakich tworzył swoje De Civitate (…) Gucio. Na koniec, we wtorek wieczorem byłem przekonany, że następnego dnia, przedstawiając zarys swojej pracy, nie wypadnę źle.
Zwątpienie nadeszło dopiero w momencie rozpoczęcia zajęć. Trema spowodowała większą koncentrację i – po krótkich dygresjach Pani Profesor i Pana Doktora – zacząłem opowiadać.

Rozdział pierwszy: Tło historyczne. Chciałbym w nim napisać, jak było w Starożytnym Rzymie w piątym wieku naszej ery. Tak mniej więcej. Głównie obchodziłaby mnie sytuacja w okolicach najazdu Gotów z roku 416 ale także sytuacja, jaka panowała gdy na cesarskim tronie zasiadał Teodoryk. Nie chciałbym wdawać się w rozprawianie o tym, co było powodem takiej sytuacji, jak do niej doszło. Nie chciałbym cofać się w przeszłość. Chciałbym zająć się tylko tym fragmentem schyłku Cesarstwa Rzymskiego.
Tło historyczne ma koncentrować się – w moim zamierzeniu – głównie na poglądach i obyczajach społecznych. W mniejszym stopniu na prowadzonych wojnach choć zdaję sobie sprawę, że bez nich się nie obejdzie. Mam zamiar opisać, o ile to okaże się możliwe, światopogląd ówczesnych Rzymian. Jeśli się da, przypisać im dekadencję i upadek moralny. W końcu, pomysł mojej pracy magisterskiej opiera się na założeniu, że cywilizację Starożytnego Rzymu trafił szlag ze względu na to, że etyka i moralność tamtych czasów były dalekie od klasycznych wzorców. Gdyby to mi się udało, gdybym zdołał przedstawić sytuację panującą pod koniec starożytności, na sposób taki, w którym ludzkość zmierzałaby donikąd – byłbym z siebie zadowolony.
Rozdział drugi: Gucio i jego Państwo Boże. Tutaj chciałbym opisać, jak rok 416 naszej ery widział św. Augustyn. Jakie znajdywał przyczyny tego, że właśnie wtedy Rzym został kompletnie spustoszony. Jak był przekonany, że owe spustoszenie musiało nieuchronnie nastąpić. Chciałbym też napisać, co św. Augustyn zaleca. W sensie, widząc obecny stan podupadającego Państwa Rzymskiego, co proponuje, by zachować państwowość. Jaką Gucio daje receptę na to, co się stało.
Rozdział trzeci: O pocieszeniu, jakie daje filozofia. W ostatnim rozdziale wreszcie przychodzi kolej na mojego „kochanka”, Boecjusza. Początek rozdziału, to – jak sobie zakładam – przedstawienie sytuacji, w jakiej znalazł się Boecjusz i tego, jak ta sytuacja odbiła się na jego osobie. W jaki popadł kryzys mentalny. Jaka rozpacz i rozgoryczenie go ogarnęły i jak bliski był zrezygnowania. Dalej, co wydaje się być oczywiste, chciałbym skoncentrować się na tym, jak sobie z tym swoim stanem radzi Boecjusz. Jak powoli zaczyna sobie tłumaczyć, że to wszystko, co wcześniej traktował za szczęście czy dobrobyt, w obliczu tego, co niezmienne, przestaje się liczyć. Jak zachować wolność, kiedy wydaje się, że boska wszechwiedza tę wolność wyklucza itd.

Wstępu i zakończenia jeszcze nie mam. Ze wstępem nie powinno być większych problemów. Myślę, że po napisaniu trzech głównych rozdziałów we wstępie streszczę po prostu to, co już zostało napisane. Gorzej z zakończeniem. Żeby praca była spójna, wypadałoby na koniec napisać coś, co wiązałoby te wszystkie trzy rozdziały w jedną całość. Z początku myślałem, że skoncentruję się na historycznych okolicznościach, które w ogólnym świetle miały wpływ na to, jak zareagował na kryzys Gucio a jak, już w jednostkowym świetle, zachował się Boecjusz. Podczas seminariów jednak zasugerowano mi by może skupić się na tym, czy da się znaleźć u Boecjusza coś, czego nie przewidział w swoim De Civitate (…) Gucio. Ewentualnie, by spróbować zastanowić się nad tym, w jakim stopniu wizja przedstawiona w Państwie Bożym może być uznawana za czysto teoretyczną utopię a w jakim za możliwy do wprowadzenia plan ustanowienia nowej państwowości (tutaj naturalną koleją rzeczy pojawia się odwołanie do platońskiego dialogu: Respublica).
Jak to wszystko się skończy? Myślę, że to okaże się dopiero w okolicach połowy, może końca sierpnia. Nie mam najmniejszych ambicji zdawać egzaminu magisterskiego przed wakacjami. Optymalnym terminem byłby koniec września lub, gdyby bez problemów się udało przedłużyć możliwość jego zdawania, to nawet koniec października.

     Po seminariach, w poczuciu spełnionego obowiązku, pozwoliłem sobie zrezygnować z wykładu z Etyki (który to już raz w tym semestrze? prawdopodobnie dziesiąty albo jedenasty licząc tylko te środowe). Wsiadłem w dwunastkę i tym razem nie napotykając na żadne uatrakcyjnienia podróży, dojechałem spokojnie do domu. Oczywiście, jak można było się spodziewać, gdy szedłem do domu deszcz, który cały dzień mógł dawać się mocno we znaki, przestał padać.
Na wieczór zaplanowałem sobie sesję przed TV z piłką nożną zaś zwieńczeniem dnia miała być projekcja filmu Mansquito (w wolnym tłumaczeniu: „Człowiek komar”).

Mosquito Man Film banalny. Jest sobie laboratorium, które przeprowadza eksperymenty na komarach, które przenoszą jakąś dziką chorobę. Żądza pieniędzy popycha szefa tegoż laboratorium do zdecydowania się na nierozsądny krok, w wyniku którego, co nie co szlag trafia. Napromieniowany zostaje pewien facet – przestępca i pewna panienka – naukowiec. Facet, to seryjny morderca, którego do więzienia wsadził narzeczony tej panienki. Facet natychmiast zamienia się w gigantycznego komara i zaczyna siać spustoszenie w mieście. Panienka zamienia się powolnie. Jej narzeczony próbuje złapać owada jednocześnie stara się uratować przed całkowitą transmutacją swoją lubą. Wynik rozgrywki można przewidzieć już w pierwszej scenie filmu.
Film mógłby być o niebo lepszy. Pomysł eksperymentów został świetnie wykorzystany np. w filmie 28 days later. Niestety, tym razem scenarzyści przepięknie wszystko zepsuli. Nie popisali się też specjaliści od kostiumów. Ubrali aktora grającego człowieka-komara w gumowy kombinezon i pewnie pogratulowali sobie pomysłu. Do tego można dodać jeszcze naiwną grę aktorów i spokojnie można stwierdzić, że film nawiązał do najlepszej tradycji podłych horrorów lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Ogólnie rzecz biorąc – bardzo miła, banalna rozrywka. Wzbudza więcej śmiechu niż grozy.

     Dzisiejszy dzień natomiast miał być jeszcze bardziej konstruktywny. Obiecałem sobie, że pojadę rano na zajęcia z Literatury Nonsensu. Po nich zabunkruję się w bibliotece i przeczytam trochę Uzasadnienia metafizyki moralności pana Kanta (by przygotować się na jutrzejsze kolokwium z Etyki). Dalej, pojadę do serwisu Ery odebrać wreszcie duplikat karty SIM. I na koniec wstąpię do PZU złożyć formularz o odszkodowanie w związku z marcowym „wypadkiem”. Żeby tego wszystkiego dokonać, powinienem był wstać około godziny ósmej rano. Obudziłem się po jedenastej i było jasne, że „ambitne” (jak na mnie) plany „chuj strzelił”.
Ale, ponieważ: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, mam możliwość na bieżąco śledzić komedię kolejnej kadencji sejmu (tym razem chłopaki zastanawiają się, czy się „samorozwiązać”) a także posłuchać sobie płyty zespołu Vavamuffin pt.: Vabang!, z której to płyty najbardziej podoba mi się otwierająca ją piosenka: Bless.

Powietrze pachnie, jak malinowa mamba
Nikt nie przeklina, nikt nie mówi karamba
„sada-ma-saga-na” z głośników, a nie labamba
Trawa paruje w słońcu tak, jak czasem „pamba”
Nie potrzebny nam tupecik dzisiaj Donalda Trumpa
Muzyka się kręci, jak w Porto Allegre samba
Dubujemy twoją nienawiść i żłobimy dobry kurs
Każdy każdemu kiedy trzeba idzie w sukurs
A teraz:

Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Nieważne daleko czy blisko stąd
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom

Pokój na wschodzie i pokój na zachodzie
Pozytywna propaganda to teraz jest w modzie
W domu i w pracy, w biurze, na ulicy
Wszędzie dookoła pozytywni zawodnicy
Nie potrzebne są wojsko i policja
Skończyła się bowiem duchowa prohibicja
Zobacz, jak wygląda teraz prawdziwy świat
Sprawdź to, sprawdź to, sprawdź to
Ile naprawdę jest wart

Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Nieważne daleko czy blisko stąd
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom

Ja daję to co mam, rozdaję ragga-muffin
Ragga to kanto-gadana, która wiruje, jak dym
Moja łajba nigdy nie zatonie, jak Santoryn
Wiatrem są moje słowa, a żaglem riddim
Daję tobie to, co mam, do ciebie trafia to man
Mam nadzieję, że ragga-muffin zaistnieje tu i tam
Do każdego typa gadam, ragga-rakietę wysyłam
Każdego dnia, każdej nocy robię to, co kocham

Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Nieważne daleko czy blisko stąd
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom

Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Niechaj pokój spłynie tutaj na każdy dom
Salam alejkum, szalom
Nieważne daleko czy blisko stąd
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom
Salam alejkum, szalom
Salam alejkum, szalom – ziom

vavamuffin – bless (ok. 7.4 MB)

wpis nr: 582