Kalendarz

Kwiecień 2005
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2005

Najbliższą zwrotnicą do Zofiówki

na przystanku, woda życia
Oczekiwanie na PKS umila 40% „woda życia” z Biedronek.

koniec podróży
Podróż przebiega spokojnie i kończy się pełnym sukcesem – odnalezieniem Prawdy.

kopiec Karolajny
Kraków ma Kopiec Kościuszki, Prawda ma Kopiec Karolajny.

niebo
Niebo zapowiada przepiękny wieczór.

banda trojga
Prężnym krokiem podążamy w stronę przeznaczenia.

Zofiówka
Reakcyjna grupa u celu podróży.

zaraz się zacznie
Zaraz się zacznie.

świetlana przyszłość
Rysuje się przed nami świetlana przyszłość.

Skarb D.
Skarb D.

ja
Ja.

Wijata i Karolajna
Wijata i Karolajna.

Sajmon
Sajmon.

Wijata i Reggae-Reggae
Wijata i Reggae-Reggae.

zapali
- Czy fotograf zapali?

gotohell
Anglicy mówią: „Go to Hell”, Finowie: „Menee Helvetiin” a Sajmon wymownie milczy.

kieliszki
- O Jezusie! A kieliszki?

ochlaj i wyżerka
„Jaki ochlaj i wyżerka (…)”.

bohater
Bohater wieczoru.

palimy
„- Czy ja palę? Ja cały czas palę.”

rozmowa
Poważna rozmowa przy siatce.

czerwone diabły
Czerwone diabły – trzeźwe zdjęcie.

czarne oczy
„- Jej piękne czarne oczy (…)”.

strongman
Demonstracja siły przed konfrontacją z panem Pomorskim.

zdrowie
-Zdrowie fotografa!

wkoło jest wesoło
„Ale wkoło jest wesoło (…)”.

odpoczynek
Regeneracja sił.

co jest?
- Co jest z kadrującym? A może z kadrowanym?

woda życia
Podobnie, jak na przystanku PKS, ostatnie tchnienia przed końcem dnia umila 40% woda życia z Biedronek.

śniadanie
Śniadanie.

nowy wygląd
Hit sezonu – niebieska kurtka (model Walczak).

nowy wygląd
Hit sezonu – niebieska kurtka (model Sajmon).

body shot
Do „body shota” brakowało tylko Vesny (bohaterki „Samotnych”) Tequlilli, soli, cytryny i barowej lady.

pamiątka z Kazachstanu
Piwo z Kazachstanu – Tjan-Szan. W smaku zwyczajne.

Paluszkowy Potwór Sebastian
Konkurs: kto zje więcej paluszków nie korzystając z pomocy rąk. Sebastian?

Paluszkowy Potwór Walczak
Konkurs: kto zje więcej paluszków nie korzystając z pomocy rąk: Walczak?

Dalszych zdjęć nie ma. A przecież nie był to koniec przygody w Zofiówce.
Reszta drugiego dnia (soboty) upłynęła na konsumpcji piwa Karpackie. Konsumpcji pana Pomorskiego.
Trzeci dzień (niedziela), to z początku sprzątanie, a później powrót. Powrót, który rozpoczął się ochoczo. Entuzjazm wytrwał do pierwszego sklepu, w którym po dwóch Reddsach nagle pojawił się pan Pomorski. Za nim poszliśmy w las. Z lasu na przystanek, na którym spotkała nas niespodzianka. Wcześniejsze przewidywania, co do częstotliwości kursowania PKSów okazały się całkowicie błędne. Mając do wyboru dwie godziny oczekiwania bądź dwugodzinny spacer, zdecydowaliśmy się na pieszą wycieczkę. Po drodze od Prawdy odwiedziliśmy Guzew, Rzgów, gdzie zamieniliśmy na paczkę fajek i piwa pieniądze wcześniej przeznaczone na autobus i Gadkę Starą. Ostatecznie, po dwóch godzinach marszu i półgodzinnej przerwie na chwilę odpoczynku przy malowniczo położonym moście, dotarliśmy do Łodzi.

wpis nr: 581

trzeźwy, jak świnia

Był wczesny, czwartkowy wieczór chłodnego, kwietniowego dnia. Kilka minut po dwudziestej pierwszej wsiadłem w samochód i pojechałem na drugi koniec miasta. Trafiłem na dwóch „pijaków”, którzy niezadowoleni wracali do mieszkania jednego z nich. Humory popsuła im przeklęta Biedronka, która zamknęła swoje podwoje niewiele wcześniej. Zobaczywszy mnie zmienił im się nastrój. Natychmiast zapakowali się do auta. Podjechaliśmy pod nocny sklep, gdzie zakupili towar na „beer-for”. Wróciliśmy do mieszkania jednego z nich. Tam rozpoczęli wieczór. W oczekiwaniu na sygnał od koleżanki, próbowali wojować z komputerem. Rezultaty były różne, dalekie od oczekiwań. Skończyło się na tym, że bitwę przełożono na inny, dogodniejszy termin. Skończyli pierwsze, kontrolne piwo i akurat wtedy nadszedł sygnał. Ponownie zasiedliśmy do samochodu. Zajechaliśmy pod Tesko, które ostatnimi czasy spełnia rolę źródełka. Dwóch „pijaków” nabyło napój bogów – Balsam Pomorski i po pięć utrwalaczy w postaci piwa Harnaś. Udaliśmy się do koleżanki. Wystartowała właściwa część wieczoru.
Na początek kieliszek Balsamu, poprawiony piwkiem. Rozmowa, jak to zwykle bywa, o niczym konkretnym. W dość długim odstępie czasu kolejny kieliszek Balsamu i kolejne piwo. Po trzecim kieliszku Balsamu „pijaki” przeszły do ofensywy. Na początek zupełnie zignorowali koleżankę, u której znajdowaliśmy się. Dziewczyna raz po raz próbowała się wciąć w rozmowę, ale była skutecznie lekceważona. Pozostało jej przerywanie pogawędki dwóch „pijaków” coraz to nową piosenką i komentarzem do niej. Mimo to, bohaterowie wieczoru nie zwracali na to większej uwagi.
Tempo spożywania Balsamu rozkręcało się. O ile z początku kieliszki Balsamu szły w odstępach piętnastu, dwudziestu minut, tak pod koniec butelki właściwie były nalewane raz za razem, aż do wyczerpania zapasu. Do tego były utrwalane kolejnymi Harnasiami na tyle skutecznie, że niedługi czas po wypiciu ostatniego kieliszka jeden z „pijaków” padł i zaczął smacznie spać.
Drugi bardzo już pijackim wzrokiem dostrzegł telefon. Nie przepuścił urządzeniu (co gorsza, także znajomym po drugiej jego stronie). Obudził najpierw jednego swojego kolegę, potem drugiego. Wtedy w jego głowie zaświtała myśl, która miała zdominować jego działania już do końca pobytu u koleżanki. Postanowił z nią zatańczyć. Od tej pory wszystkie jego działania, te mniej i bardziej subtelne, aluzyjne ale także te bezpośrednie i napastliwe dążyły do jednego celu. Należy oddać cześć koleżance, która skutecznie tak, jak wcześniej „pijaki” ją, ignorowała jego zabiegi.
Wreszcie nadszedł moment, kiedy należało się ewakuować. Jeden z „pijaków” został dobudzony. Drugi musiał sobie odpuścić ubieganie się o względy koleżanki. Ubrali się i wszyscy ponownie władowaliśmy się do samochodu. Plan był jasny. Pojechać na Dworzec przechwycić dwie inne koleżanki.
W drodze „pijaki” rozpiły jeszcze jedno piwo. U jednego z nich spowodowało to niesłychaną chęć wykazania się silną wolą i wypicia czegoś jeszcze. Czegoś ponad własną możliwość.
Koleżanki przyjechały. Zataczające się „pijaki” je powitały. Spokojny papieros na dworcu i ruszyliśmy odwieźć je na południe miasta. W drodze jednemu z „pijaków” dopisywał dobry, alkoholowy nastrój. Drugiemu, wręcz przeciwnie. Wytworzone wewnątrz poczucie „niedopicia” potęgowała alkoholową irytację i spowodowało tak rzadko spotykanego „męskiego focha”.
Koleżanki podwieźliśmy na południe miasta. Umówiliśmy się na następny dzień. Pozostało mi jeszcze rozwieźć „pijaków” po ich domach.
Najpierw podjechaliśmy do jednego z nich. Tam kolejny papieros. Pierwszy „pijak” dotarł spokojnie do domu. W trakcie dalszej podróży drugi padł w aucie i usnął. Obudził się dopiero niedaleko własnego mieszkania. Wytoczył się z samochodu, zapewnił, że wieczorem będzie z nim wszystko w porządku i sytuacja będzie mogła się powtórzyć. Potoczył się do domu.
O świcie, dobrze po godzinie piątej rano, odstawiłem samochód pod własny dom i poszedłem odespać jeden z niewielu trzeźwych wieczorów w takim towarzystwie.

wpis nr: 580

konsekwencje soboty

„Zauważyłem, że «niezapita» sobota wywiera duży wpływ na cały następny tydzień. Trudno go przeżyć i pije się o wiele więcej niż w «zwykłym» tygodniu”.

Kierując się powyższym zdaniem, jakże trafnie sformułowanym przez Sebastiana, poniedziałek rozpoczęliśmy przed piętnastą w Parku Poniatowskiego. To bardzo dobre miejsce na niezobowiązujące spotkanie cechujące się swobodą i radością wywoływaną raz po raz przez dobrego znajomego – Dżona Barlejkorna.
Postępowaliśmy (Sebastian, Reggae-Reggae, Simon i ja) konsekwentnie i popijaliśmy piwko za piwkiem. Od czasu do czasu przyświecało słonko. Czas umilaliśmy sobie ciekawymi rozmowami. Park stawał się coraz przyjemniejszy. Piwka jednak ubywało. Gdy całkowicie go zabrakło, zorganizowaliśmy wyprawę do sklepu, w którym – jak wieść niesie – są najtańsze nalewki w ogóle. Kontrolnie nabyliśmy dwie, na spróbowanie. Do tego – oczywiście – piweczka. Zbliżał się wieczór, zaczęło robić się coraz chłodniej. Zmieniliśmy miejsce i spokojnie czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. W pewnym momencie, w zasięgu naszego wzroku pojawiło się trzech kolesi. Zataczali się sympatycznie. Widać było, że znalazłoby się z nimi wspólny język. Nadarzyła się ku temu okazja, kiedy jeden z nich stoczył się z niewielkiego wzniesienia niemal w miejsce, które okupowaliśmy. Za nim przyszli jego znajomi. Chcieli go podnieść i ponieść w siną dal a pewnie do taksówki, ale był jak kłoda nieruchomy i nie wyrażał chęci ni potrzeby się poruszać. Zostawili go w spokoju. Nam natomiast zadali poważne pytanie. I choć odpowiedź była przecząca, matka wynalazków, potrzeba, natychmiast spowodowała, że kilka sekund później pusta puszka po piwie została zgnieciona i w odpowiednim miejscu przedziurawiona, co umożliwiło nam spotkanie z dobrą znajomą, panienką Mary Jane.
Nastał zmrok. Rozjechaliśmy się w radosnych nastrojach po domach. Mogłoby wydawać się, że to będzie koniec dnia, ale nie. Konsekwencja, z którą dziś postępowaliśmy, spowodowała, że gdy tylko zostałem zapytany, czy nie kontynuowałbym zabawy, tym razem na Widzewie u Gabi, bez wahania odpowiedziałem szczerze, że z przyjemnością.
Wsiadłem w tramwaj i pomknąłem w okolice Tesko. Zostałem przechwycony z przystanku, zaprowadzony do mieszkania i poczęstowany piwkiem. W mieszkaniu było ciepło, jasno i wesoło. Robiło się coraz weselej za sprawą kilku kieliszków wódki. Wreszcie, z tej radości, zasnąłem.
Około godziny trzeciej trzydzieści (a więc dwanaście godzin po rozpoczęciu właściwej części poniedziałku) opuściliśmy mieszkanie Gabi i zaczęliśmy polować na autobusy nocne. Szczęśliwie łowy się udały, dzięki czemu kilka minut później jechałem z powrotem na Retkinię. Przesiadka na dworcu Kaliskim skończyła się bezpiecznie. Bez przeszkód dojechałem do siebie. Chwiejnym krokiem pokonałem drogę z przystanku pod klatkę i tam kompletnie „się zaskoczyłem”. Nagle, nie wiedzieć kiedy, założono mi domofon, który funkcjonował. Wcześniej też był, ale prowizoryczny. Ten zdaje się być faktyczny. Jako, że kluczy oczywiście nie mam (a właściwie, to mam, ale pogięty i nie mieści się w zamek), próbowałem otworzyć starą metodą. Nie było łatwo. W efekcie, drugi klucz mi się pogiął i zaistniało realne niebezpieczeństwo, że pognę i trzeci klucz (najważniejszy, bo do domu). Po kilku minutach zmagań osiągnąłem sukces. W mieszkaniu, standardowo, kanapki, chwilka przed Internetem i po czwartej mogłem z czystym sumieniem konstruktywnie spędzonego poniedziałku położyć się spać.

Dziś, kiedy przypominałem sobie wczorajszy powrót, zastanawiałem się, czy nie miałem pomysłu dzwonić domofonem na wypadek, gdybym nie podołał otworzyć drzwi na swój sposób. Pewnie i dzwoniłbym, ale zostałem przez Matkę uświadomiony, że domofon owszem, działa, ale jest tak sprytnie podłączony, że naciskając przycisk przy numerku 36 i nazwisku Walczak, dodzwania się do mieszkania niesympatycznej sąsiadki numer 34. Na razie nie wiadomo naciśnięci którego przycisku powoduje dodzwonienie się do mojego mieszkania.

el Maquinista Maqunista (Mechanik) Dobry film. Jak dla mnie – połączenie paranoi występującej w obrazach Lyncha z grozą Kinga.
Jest sobie mechanik. Pracuje w fabryce przy obsłudze jakiejś tam maszynie. Po pracy chodzi do dziwki, z którą planuje przyszłe, lepsze życie. Po wyjściu od dziwki chodzi na lotnisko, gdzie spędza wieczory. Nie może spać. Chudnie. W pewnym momencie zauważa dziwnego człowieka. Zaintrygowany nim, powoduje wypadek. Popada w pogłębiającą się manię prześladowczą. Wyjaśnienie, jak w wielu dobrych filmach, banalne, ale nie psuje ogólnego, pozytywnego odbioru.

el Maquinista Wesele Film, mimo sceny z pociągiem, nie pozostawia nadziei na to, że może być lepiej. Jest źle i będzie jeszcze gorzej. 12 godzin upadającego w alkoholową przepaść społeczeństwa, w którym jest przekonanie, że za pieniądze można wiele, jak nie wszystko.

wpis nr: 579

pozdrowienia…

… dla barmanki z lokalu Akwarium, której imienia oczywiście nie pamiętam tak samo, jak nie pamiętam czym się zajmuje, interesuje ani o czym w ogóle te kilka chwil rozmawialiśmy :-)

wpis nr: 578

scenki rodzajowe, typowe i za co kocham Internet

1)
osoby: student Walczak, Piotrek z dziekanatu wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Łódzkiego.
czas: południe dnia 15 kwietnia, roku pańskiego 2005.
miejsce: budynek Rektoratu Uniwersytetu Łódzkiego.

Student Walczak, zebrawszy wreszcie wszystkie wymagane podpisy w indeksie, ostatni dzień wcześniej, oczywiście z wsteczną datą, podaje indeks
Piotrek z dziekanatu: Wcześnie.
student Walczak: Ustanowiłem rekord?
Piotrek z dziekanatu: Niestety.
student Walczak: Ech…

2)
osoby: student Walczak, pani z działu do spraw ubezbpieczeń Uniwersytetu Łódzkiego.
czas: południe dnia 15 kwietnia, roku pańskiego 2005.
miejsce: budynek Rektoratu Uniwersytetu Łódzkiego.

Student Walczak, w związku z wydarzeniem sprzed trzech tygodni zajrzał do nowego pomieszczenia w przepastnym budynku Rektoratu z nadzieją, że jeszcze na tym materialnie skorzysta.
student Walczak: Chciałbym się dowiedzieć co obejmuje ubezpieczenie.
pani od ubezpieczeń: Jest to ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków.
student Walczak zboczony zawodowo: A może pani zdefiniować następstwa nieszczęśliwych wypadków?
pani od ubezpieczeń: No, jak pan złamie nogę, odetnie sobie palec, albo wda się w jakąś bójkę…
student Walczak: Nonono!
pani od ubezpieczeń: No właśnie.

Szybka rozmowa na tlenie, czyli „Popersowo o północy”.

23:09:32 WIJATA
Kurna, gdybyś zadzwonił do Rege.
23:09:46 Piotrek Walczak
Zadzwoniłem do RR i powiedział, że jesteście na próbie. Dojechać na próbę – z mojej strony nie było szans… a tym bardziej ściągać Was stamtąd… innym razem.
23:10:55 WIJATA
Choleraaa! My chcieliśmy się stamtąd gdzieś ruszyć. Już o 22 coś kombinowaliśmy. Kurna! Może mam do Ciebie przyjechać?
23:14:04 Piotrek Walczak
Przyjechać możesz, wiesz, zawsze… ale ja nie tykam alko.
23:14:25 WIJATA
Hehehe, akurat byś wytrzymał. Ale wiedz, że jestem (tak jak i RR) niedopity dziś!
23:15:46 Piotrek Walczak
Niedopity, ale pewnie mało mobilny. Zresztą… nie ma co się prowokować, bo nie daj Boże spotkamy się o północy w „popersowie”.
23:16:13 WIJATA
No mam „swój” autobus.
23:16:40 Piotrek Walczak
Wiesz, mnie też coś podwozi pod „popersowo”.
23:16:53 WIJATA
Hehehe! Dobra to za ile?
23:20:29 Piotrek Walczak
Cholera, strona z rozkładem jazdy nocnych mi się nie chce otworzyć
23:20:58 WIJATA
Chwila…. Co mam sprawdzić?
23:21:19 Piotrek Walczak
158.
23:21:51 WIJATA
Wyszyńskiego: 23:39, 0:16.
23:22:03 Piotrek Walczak
a Ty?
23:24:13 WIJATA
No musiałbym już wyjść, mam za 9 min.
23:24:36 Piotrek Walczak
Ja jadę ok. 13 min. – jak wystartuję 23:39 – 23:51 będę.
23:24:51 WIJATA
Byłbym równo 0:00.
23:25:05 Piotrek Walczak
Dobra, to równo o 0:00.
23:25:23 WIJATA
Umówmy się w „popersowie” o 0:00
23:25:41 Piotrek Walczak
Aaa… Dobra, 0:00 w okolicach „popersowa”.
23:26:07 WIJATA
Ok. Ja już wychodzę.
23:26:20 Piotrek Walczak
Do zobaczenia!

wpis nr: 577

rozdział drugi

2.1 jest źle…
2.2 ponieważ…
2.3 mogłoby być lepiej…
2.4 gdyby…

teraz doczytać Gucia i uzupełnić powyższe zdania ;-)

wpis nr: 576

Anima Sound System – Mariguana Cha-Cha-Cha

Zeng a dal Argentintól Peruig.
Tudják már, Mariguana cha-cha-cha
Száll a dal Rozáriótól Andezig
Táncolják, Margiuana cha-cha-cha

Mariguana, csodás e dallam
Mariguana, csodás e ritmus.
Mariguana, Mariguana cha-cha

Csodás e dallam, Mariguana
Csodás e ritmus, Mariguana
Mariguana, Mariguana cha-cha

Száll a dal Rozáriótól Andezig
Csak ez jár, Mariguana cha-cha-cha

Mariguana, csodás e dallam
Mariguana, csodás e ritmus.
Mariguana, Mariguana cha-cha

Csodás e dallam, Mariguana
Csodás e ritmus, Mariguana
Mariguana, Mariguana cha-cha

Zeng a dal Argentintól Peruig.
Tudják már, Mariguana cha-cha-cha
Száll a dal Rozáriótól Andezig
Táncolják, Margiuana cha-cha-cha

Mariguana, csodás e dallam
Mariguana, csodás e ritmus.
Mariguana, Mariguana cha-cha

Csodás e dallam, Mariguana
Csodás e ritmus, Mariguana
Mariguana, Mariguana cha-cha

Száll a dal Rozáriótól Andezig
Csak ez jár, Mariguana cha-cha-cha

Cha-cha-cha

/annotatio auctoris: Kolejna fascynacja muzyczna. Tym razem z kraju naszych bratanków do bitki, ale przede wszystkim do szklanki, Węgrów. Natrafiłem na nich odsłuchując różnych składanek z muzyką zwaną bądź ‚lounge’, bądź ‚chillout’, dla mnie – jeśli już muszę klasyfikować – zaliczającą się do szerokiego grona muzyki rozrywkowej. Z elementami elektronicznego reggae i węgiersko-cygańskiego folkloru. O ile mogę w ogóle pisać o węgierskim czy cygańskim folklorze. W każdym razie. Piosenka jest do posłuchania. W wersji oryginalnej z 1958-ego roku i w wersji przerobionej przez Animę Sound System.


/secunda annotatio auctoris: Właśnie przeczytałem pierwszą annotatio. Zajebista interpunkcja. Jestem z siebie dumny ;-)

wpis nr: 575

absolutna nowość

www.manka.info – pkt 7

2005-04-08 13:36:22 S****** K***** (qb******@tlen.pl)
gasimy swiatla w piatek o 21 37 na 5 minut niech zgasnie na chwile cala Polska przeslij to znajomym

2005-04-08 15:07:36 S***** (10*****)
gasimy swiatla w piatek o 21 37 na 5 minut niech zgasnie na chwile cala Polska przeslij to znajomym

8 Apr 2005 15:25:58 „r:o:z:r:u:s:z:n:i:k”
Witaj Piotrek,
Powtarzając słowa słyszane rano na pogrzebie papieża – „Świety! Święty!”, zachęcamy Cię do przyłączenia się do akcji „Niech zgaśnie na chwilę cała Polska”. Dziś o godznie 21.37 – czyli w godzinę śmierci papieża – każdy z nas niech zgasi na pięć minut wszystkie światła.

wpis nr: 573

„moje miasto, a w nim (…)”

tylko w Łodzi
tylko w Łodzi można natrafić na coś takiego

wpis nr: 572