Kalendarz

Marzec 2005
P W Ś C P S N
« lut   kwi »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Marzec 2005

Duma rycerska – Adam Czachrowski (1594r.)

Powiedz wdzięczna kobzo moja,
U mnie lico – duma twoja,
Cóż może być piękniejszego,
Nad człowieka rycerskiego.

Cóż nad pograniczne kraje,
Kędy skoro lód roztaje,
Ujrzysz pola nieprzejrzane,
Młodą trawą przyodziane.

Husarz zasię w mocnej zbroi,
Warownym obozem stoi,
Który po sutym obiedzie,
Straż zarazem swą zawiedzie.

Pod świętymi chorągwiami,
Głośny trąbą i bębnami,
Bierzy pochylony lasem,
Dla sławy, dla zysku czasem.

wpis nr: 570

bilans świąt

Zacienienie lewej zatoki szczękowej. Obniżenie zarysu dna oczodołu lewego – obraz sugeruje złamanie dna oczodołu lewego z wpuklaniem się zawartości oczodołu do światła zatoki szczękowej.
Dolny brzeg oczodołu lewego wydaje się o prawidłowym przebiegu.
Złamanie samego szczytu kości nosowej. Niewielki odłam dystalny nie jest przemieszczony.
Poza tym kości twarzoczaski bez uchwytnych zmian pourazowych.

/ po mojemu: Lewe oko się nie otwiera. Powieki opuchnięte na centymetr, przybierają różne kolory. Prawe się otwiera, powieki mienią się kolorami tęczy. Nos jak u boksera. Minimum dwa tygodnie zanim dojdę do siebie. Zdjęcia nie będzie, bo wyglądam dość makabrycznie.

wpis nr: 569

przy wielkanocnym stole

wujek: prawie serce mi stanęło.
ojciec: to teraz serce ci staje?

ojciec: w takim stanie nie możesz iść do kościoła!
wujek: Pan Bóg kocha wszystkich.

wpis nr: 568

Głód duchowości w dobie obfitości

Nie ma jednej obowiązującej perspektywy, na wszystko można spojrzeć tak lub inaczej, wszystko można ocenić tak lub siak. Nie ma absolutnego dobra i absolutnego zła. Nie ma absolutnych wartości. Jest tyle perspektyw, ile indywidualnych historii na świecie. Prawa jednostki ważniejsze są od praw zbiorowości; zbyt wiele zła wyrządzono bowiem w imie praw wspólnoty, w obronie „jedynie słusznych” ideologii. Odrzućmy stare dogmaty, społeczne gorsety, bądźmy wolni. Każdy czyn każdego człowieka można usprawiedliwić. Należy być tolerancyjnym, życzliwym i wyrozumiałym, ale nie zaangażowanym.

wpis nr: 567

popkultura

reklamy Heyah – „Wajcha w dół” – kompletnie nieudane;
reklamy Plus GSM – i.a. „Zaczarowany Pierniczek” (..:: link ::..) – bardzo okej!

/cum aliorum nuntiorum: Na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że „stanę na głowie”, a pójdę na prima aprilisowy koncert PP :-) do szkoły zaś pobiegnę z Egzystencjalnym (…), który chodzi mi po głowie już od kilku dni. Tymczasem: „schowaj synku swój biedny środkowy palec / bo zaraz sobie nim zamieszam kawę (…)” :-)

wpis nr: 566

prima latina epistula (et responsum)

Salve!

aliquot quaestiones:
– ut Magda, quod in lectionibus latinis facemus, a „computere” rescribere solet?
– si sic, ut id Tibi mittit?
– si sic, ut iam forte versione prior septem diei habes et ut mihi mittere potes?
– si non, ut ei „Gadu-Gadu” numerum vel „adres e-mail” mihi dare potes, cum similibus quaestionibus epistulam ei scribam?

/komentarz odautorski: Wywaliłem się na współczesnych słowach. Komputer i „namiary” (nie było czegoś takiego w słowniku polsko-łacińskim ani polsko-angielskim; z angielskiego mógłbym przenieść na łacinę). „Namiary” zastąpiłem niepełną ‚definicją opisową’. Szyk zdania stylizowany na klasyczny, ale cholera wie czy odpowiednia kolejność. Podobnie z przypadkami poszczególnych części mowy. Mimo wszystko, debiut mam za sobą :-)

/aktualizacja: a oto odpowiedź:

Ave Animula!!

Rx:

Primo: Ex hoc quid scio, Magda non per „computerum” rescribat igitur habeo nihil Tibi mittit.

Secundo: Sed posse Tibi mittere ei „GG” numerum sed „e- cursi publici”
domicilii non habeo. Igitur „GG” est ******.

Tertio: Si potes mittere mihi „Words” vocabularium, contens sim.

wpis nr: 565

zaległa praca zaliczeniowa

O dobroci na bezludnej wyspie


„Czy wartości są czymś absolutnym? W każdym razie ja
swego życia nie chcę mieć czymś innym jak tylko walką,
najprzód o poznanie a potem o wytwarzanie wartości”[1].


     Henryk Elzenberg, polski myśliciel pierwszej połowy XX-ego wieku, zebrał wiele swoich myśli w książce zatytułowanej Kłopot z istnieniem. Poruszał w niej różnorakie kwestie. Począwszy od statusu filozofii, jej stosunku do nauki, poprzez tematy religijne ze wyraźnym naciskiem na buddyzm, który go fascynował, poprzez estetykę i zagadnienie piękna aż do spraw moralności i etyki. Te ostatnie wydają się być szczególnie interesujące, tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę temat, który mnie wydaje się być wyjątkowo frasujący. Tematem tym jest istnienie wartości moralnych, a przede wszystkim dobra samego w sobie. Niech punktem wyjścia dalszych rozważań będzie następujący fragment dzieła pana Elzenberga:

„Jak dalece można istnieć nie wierząc w wiecznotrwałość uznawanych przez siebie i najwyżej cenionych wartości? Trzeba wierzyć w obiektywność prawd o nich, podobną do tej, w którą wyposażone są prawdy matematyczne (po russellowsku, poza empirią): są o wtedy prawdy „wieczyste” (doskonale ponadczasowe), natomiast nie mają istnienia, nie tkwią w świecie rzeczy a więc i „życia” nie mają i, gdy same wartości umierają, umierać nie mogą”[2].

Powyższy cytat ukazuje, jak można przypuszczać, czysto ludzką chęć pana Elzenberga do uznania, że jest coś, w czego niezaprzeczalne istnienie można by wierzyć. W świecie pełnym względności, poczucie zagubienia może w pewnym momencie stać się nie do zniesienia. Człowiek zaczyna wtedy poszukiwać oparcia. Przy odrobinie szczęścia może je znaleźć właśnie w „wiecznotrwałości uznawanych przez siebie i najwyżej cenionych wartości”. Odnosząc się do samego istnienia wartości, w innym miejscu pan Elzenberg pisze:

„Rzeczy wartościowe na pewno przemijają: kto nie chce popaść w pesymizm i depresję, musi fakt ten przyjąć spokojnie. Jakie może być źródło tego spokoju? Czy we mnie osobiście przynajmniej nie tkwi gdzieś ta „pocieszająca wiara”, że poza wartościowymi rzeczami jest jeszcze wartość sama w sobie, taka platońska i że ta jest ponadczasowa?”[3].

Intrygującym mnie problemem jest to, czy wśród takich wartości znajduje się dobro, a także kilka związanych z tym spraw, między innymi zagadnienie, czy człowiek znajdujący się na bezludnej wyspie, mógłby być dobry.
By spróbować odpowiedzieć na to pytanie trzeba będzie rozważyć to, czym mogłaby być dobroć ludzka i jaki musiałby być człowiek, aby można było o nim powiedzieć, że jest dobry. Na potrzebę rozstrzygnięcia tej kwestii konieczne jest przeprowadzenie niewielkiego eksperymentu myślowego. Należy wyobrazić sobie pewną sytuację, która będzie przedmiotem badania. Sama sytuacja nie jest skomplikowana. Otóż załóżmy, że jest bezludna wyspa a na niej znajduje się dorosły człowiek. Niech to będzie początek kolejnych rozważań.


     Najpierw wypadałoby rozważyć możliwe sploty wydarzeń, w wyniku których człowiek ten mógłby znaleźć się na rzeczonej bezludnej wyspie. Od razu nasuwają się dwa warianty. primo, człowiek mógłby przebywać tam ze względu na jakiś nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że znalazł się on właśnie w tym miejscu. W tym wypadku człowiek znalazłby się na bezludnej wyspie niejako bez swojej woli. secundo, człowiek sam mógłby podjąć autonomiczną decyzję wskutek której udałby się na tę bezludną wyspę. Wtedy jego położenie nie byłoby rezultatem niezależnych od niego wydarzeń a naturalną konsekwencją jego własnych poczynań. tertio, abstrahując od warunków rzeczywistych, człowiek mógłby się na tej wyspie urodzić i wychować.
Jak widać, w dwóch pierwszych przypadkach, człowiek – znalazłszy się na bezludnej wyspie – niejako przywiózłby ze sobą bagaż swoich wcześniejszych doświadczeń a wraz z nim także rozumienia pewnych pojęć, w tym terminu „dobro”.
Trzeci zaś wariant charakteryzowałby się tym, iż człowiek, który całe życie spędził jedynie na bezludnej wyspie posiadałby zapewne całkowicie odmienny bagaż doświadczeń, w związku z czym mógłby mieć też zupełnie inne rozumienie otaczającego go świata.
Kolejną rzeczą, która zajmie miejsce w tych rozważaniach będzie dobro a także bycie dobrym. Pojęcia, które – jak przypuszczam – trudno zdefiniować. Sam słownik języka polskiego podaje kilka znaczeń. Na przykład: „to, co jest oceniane jako pomyślne, pożyteczne, wartościowe; ideał moralny” albo: „skłonność do czynienia dobrze; łagodność, życzliwość”[4]. Na potrzebę tej pracy, bardziej przydatna wydaje się druga definicja. Dobro, jako ludzka skłonność. Jednak powiedzenie, że dobro jest swego rodzaju skłonnością wydaje się być niewystarczające. Należy zastanowić się, czy wymaga ono obiektu, w którego stronę miałoby być skierowane. Są dwie możliwości.
Jedna przyjmowałaby, że taki obiekt byłby niezbędny. Jedynie w odniesieniu do niego można byłoby o kimś powiedzieć, że jest dobry, że przysługuje mu dobroć. W tym wypadku zakładałoby się, że dobroć byłaby relacją człowieka do rzeczy mu zewnętrznej. Na dodatek tę relację oceniano by z zewnątrz. Mógłby to robić sam człowiek, o którym mowa lub osoba trzecia. Takie rozumienie bycia dobrym wobec kogoś lub czegoś i przy asyście obserwatora wykluczałoby możliwość bycia dobrym na bezludnej wyspie. Przede wszystkim dlatego, że człowiek nie mógłby realizować swojej dobroci wobec innych ludzi. W eksperymencie myślowym została założona wyspa z tylko jednym na niej osobnikiem. Z tego samego powodu, z założeń, wynikałaby niemożliwość bycia ocenianym.
Jeżeli przyjęłoby się taki wariant, a mianowicie przymus istnienia jakiegoś obiektu, wobec którego człowiek mógłby realizować własną dobroć, można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że dobroć człowieka budowana byłaby na relacjach międzyludzkich, a co za tym idzie, nie byłaby czymś istniejącym niezależnie od wszystkiego. Dobroć, jako relacja, byłaby pojęciem ze wszech miar względnym, budowanym w oparciu o doświadczenie. Raz mogłaby oznaczać jedno, innym razem coś zgoła odmiennego.
Druga możliwość przyjmowałaby, że nie musi istnieć obiekt, wobec którego człowiek mógłby być dobry. W takim wypadku dobroć danej osoby byłaby niezależna od tego, w jakich znajduje się ona okolicznościach. Przysługiwałaby jej bezwarunkowo. Byłaby jej integralną cechą. Wynikałaby z natury człowieka, z jego usposobienia. Byłaby bezinteresowna, możliwa do realizacji w każdej sytuacji. Całkowicie w oderwaniu od styczności z innymi ludźmi czy rzeczami. Takie rozwiązanie pozwalałoby odpowiedzieć twierdząco na pytanie o to, czy można być dobrym na bezludnej wyspie. Ponadto, przyjęcie tej możliwości pozwalałoby zaryzykować twierdzenie, iż skoro człowiek może być dobry niezależnie od wszystkiego, to w takim razie, może gdzieś, w jakiś sposób istnieje coś, co można byłoby określić mianem dobra samego w sobie. Wydaje się także, że ku tej drugiej możliwości skłaniałby się sam pan Elzenberg. W Kłopocie z istnieniem pisze bowiem:

„Tagorego radość, to radość z tego, że świat w swej istocie jest dobry, harmonijny, że odpowiada głębokim potrzebom człowieka. Moja radość, to radość z tego, że chociaż świat nie jest dobry choć potrzebom człowieka nie odpowiada i choć w nim nie panuje harmonia, treści dobre i harmonijne może człowiek wysnuć z siebie samego”[5].

Może to świadczyć o tym, że autor dopuszcza możliwość, w której, człowiek, niezależny od jakichkolwiek czynników zewnętrznych (a więc niejako odizolowany od wszystkiego, do czego idealnym miejsce byłaby założona w początkowym eksperymencie myślowym bezludna wyspa) sam dochodzi do odnalezienia wartości, wśród których jest miejsce i dla dobra. Można posunąć się dalej w tej interpretacji i pokusić się o wniosek, że pan Elzenberg dopuszcza trzecią sytuację, w której – jak zaznaczyłem wcześniej – abstrahując od rzeczywistości jest tak, że człowiek od samego początku przebywa na owej bezludnej wyspie.

     Podsumowując. Na podstawie tych krótkich rozważań można zauważyć, że problem bycia dobrym na bezludnej wyspie ma co najmniej kilka aspektów. Przede wszystkim należy określić czy dobrym jest się ze względu na innych i czy rozumienie pojęcia dobroć buduje się w oparciu o doświadczenie życiowe. Jeśli dobrym byłoby się ze względu na innych, wiadomo byłoby, że nie można byłoby być dobrym na bezludnej wyspie, gdyż nie byłoby na niej nikogo, w stronę kogo można byłoby tę swoją relację dobroci skierować. Relację, która została wypracowana wcześniej dzięki różnego rodzaju kontaktom z otoczeniem. Jeśli natomiast dobroć wykształcałoby się w sobie na podstawie doświadczenia ale nie wymagałaby ona obiektów, w których stronę miałaby być kierowana, wtedy można byłoby przyjąć, że na bezludnej wyspie powołanej do życia w naszym eksperymencie myślowym, można byłoby być dobrym. Choć brzmi to trochę niespójnie, dobroć powstała na skutek relacji z innymi, miałaby być realizowana w oderwaniu od tych relacji. Mimo to, taka możliwość jest do przyjęcia. Pan Elzenberg, natomiast, drogę do dobra wydaje się przedstawiać w następujący sposób:

„Dobro w świecie odkrywamy w miarę, jak sami stajemy się lepsi; doskonalenie się etyczne jest nieodzownym warunkiem przebicia się do świata wartościowego”[6].

Jeszcze jedno. Jeśli przyjąć by, że dobroć jest niejako cechą wrodzoną, immanentną człowiekowi, jest jego nieodzowną częścią składową i może ujawniać się w postawie niezależnie od czegokolwiek, wtedy, gdyby taki człowiek znalazł się na bezludnej wyspie mógłby i na niej być dobry. Może trudno sobie wyobrazić na czym owa dobroć miałaby polegać. Czy miałaby przejawiać się w pogodzie ducha? Czy może miałaby być manifestowana w ogólnie rozumianym podejściu do otoczenia, na które w tym wypadku składałaby się bezludna wyspa? Może polegałaby na spokoju myśli? Pewne jest to, że dobroć taka musiałaby być bezinteresowna i bezwarunkowa. Autor Kłopotu z istnieniem również zdaje się dostrzegać taką potrzebę. Na pierwszy rzut oka można nie dostrzegać związku religii z dobrocią, to jednak dla mnie istotną kwestią są pewne cechy wspólne. W tym wypadku owa bezinteresowność i bezwarunkowość jednej i drugiej. Ich dwie najistotniejsze cechy wydają się zakładać bowiem, że w byciu dobrym albo byciu wyznawcą jakiejś religii nie ma miejsca na oczekiwania. in expressis verbis, pan Elzenberg ujmuje to tak:

„Probierzem czystej religii jest cześć ostająca się wtedy, gdy jej przedmiot nic ci nie daje; nic a więc przede wszystkim twego istnienia w owej aprobacie, w owym współczuciu. Czyż jest możliwa taka religia? czyż ten drakoński warunek wszelką religię podcina? Tego kaznodzieja już nie wie”[7].


Bibliografia:
• Henryk Elzenberg, Kłopot z istnieniem, Znak, Kraków 1994r.

———-
[1] H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem, Znak, Kraków 1994r., 24.X.1912r.
[2] Ibidem, 16.IX.1919r.
[3] Ibidem, 20.IX.1923r.
[4]
http://sjp.pwn.pl

[5] H. Elzenberg, Op, cit., 28.III.1921r.
[6] Ibidem, 24.V.1940r.
[7] Ibidem, 8.XI.1954r.

wpis nr: 564

bez tematu

Spokojny, niedzielny, jeszcze zimowy wieczór zmienił się w chwili, kiedy z telefonu dobiegł dźwięk przychodzącej wiadomości. Chwyciłem aparat i na chwilę zamarłem. Na wyświetlaczu pojawił się numer, którego – myślałem – już więcej nie ujrzę. Nie zastanawiając się długo usunąłem wiadomość. Czynność ta nie przywróciła mi jednak spokoju. Pytania: „Dlaczego?” i „w jakim celu?” jeszcze długo krążyć będą mi po głowie.
Przypomina się sytuacja sprzed prawie trzech lat. Ni stąd ni zowąd w skrzynce pojawia się list od „wiadomo kogo”. Nie otwieram go. Niszczę. Desperacka obrona.

wpis nr: 563

wiosna

Choć pierwszy świt tego roku widziałem już niecały tydzień po początku stycznia, a później zdarzało mi się go jeszcze kilka razy oglądać, dopiero dziś mogę powiedzieć, że zainaugurowałem sezon wiosenny. Niby już jutro astronomiczna wiosna.

wpis nr: 562

bardzo istotna kwestia średniowieczna

czy nieskończona liczba studentów może wypić nieskończoną beczkę wina w skończonym czasie?

wpis nr: 561