Kalendarz

Luty 2005
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66830
  • Dzisiaj wizyt: 18

Miesięczne Archiwa: Luty 2005

mózgożerca

I jeszcze piosenka. Kolejna z tych, które poprawiają nastrój. Są łagodne, spokojne. Nie wywołują agresji. Wręcz przeciwnie. Uspokajają.

Jazzamor – Around N’ Around
(192 kbps, ok. 4.5 MB)

/ apdejt: wczoraj, 27-ego lutego, został ustanowiony nowy rekord odsłon – 78 (poprzedni wynosił 66). dziś jest już 67 a do końca dnia jeszcze pół godziny. źle się nie dzieje. a zaraz idę spać, bo jutro przede mną cholernie ważny dzień.

wpis nr: 549

„niedzielne popołudnie mija leniwie”

     Choć planowanie nie jest moją mocną stroną, a jeszcze mniej mocną stroną jest trzymanie się wyznaczonego sobie samum planu, tym razem mam zamiar zrealizować choćby małą część tego, co mi gdzieś tam po głowie chodzi.
Po pierwsze, nawet gdyby miała zapaść się ziemia i – jak mawiał RR – „gówna z nieba latały” zanim zasnę muszę, podkreślam muszę (właściwie, to już w tym momencie wiem, że nie muszę; zawsze pozostaje podanie o przedłużenie sesji, która skończyła się – tak swoją drogą – w piątek, podanie, które i tak będę musiał napisać, bo kilku wpisów mi brakuje) dokończyć tę pracę zaliczeniową O dobroci na bezludnej wyspie. Gdy pojawiał się pomysł jej napisania byłem niemal pewien, że gładko mi pójdzie. Szczególnie, że odbyłem na ten temat kilka rozmów, na podstawie których – jak mi się wtedy zdawało – wyrobiłem sobie pewną postawę, którą miałem w tej pracy przedstawić. Przede wszystkim chodziło o wiarę w bezinteresowność. Odzyskałem ją jakiś czas temu i byłem gotów jej bronić. Niestety, co nie co się posypało i bezinteresowność – przynajmniej na pewien okres – szlag trafił. A pisanie o czymś bez przekonania nie jest rzeczą łatwą. To tak, jakbym miał teraz w dyskusji stanąć po stronie broniących tezy, że jest jakaś pewność na świecie. Dupa blada. Pewne doświadczenie w prowadzeniu rozmów pro forma pozwalałoby mi na oszukiwanie samego siebie a także rozmówców, ale wytrawny interlokutor natychmiast wychwyciłby bijącą ode mnie hipokryzję. Obawiam się, że nie mam podstaw by przypuszczać, że pan Profesor, który będzie sprawdzał tę pracę nie jest wprawionym czytelnikiem.
Po drugie, o czym już wspomniałem, ze względu na brak kilku wpisów w indeksie powinienem napisać krótkie podanie o przedłużenie sesji. Takie zachowanie, przedłużania sesji, jest zwyczajem powszechnie panującym wśród braci studenckiej. Przynajmniej było, dopóki do dziekanatu nie zakradł się groźny demon w postaci systemu komputerowego USOS. Wcześniej panie z dziekanatu (czego złego by o nich nie mówić) razem z panem dziekanem a czasem i rektorem przymykały oczy na karygodne lenistwo i brak mobilności braci studenckiej. Demon USOS nie jest nieugięty. Trochę żałuję, że musiał się pojawić akurat teraz, kilka miesięcy przed tym, jak z UŁ miałbym do czynienia po raz ostatni. A tak? Pozostaje mi liczyć na to, że ktoś tego demona pogrąży i pozwoli mi on na dodatkowe dwa tygodnie oszukiwania się, że „kiedyś się wezmę” (tym razem chodzi raczej o „wzięcie się” za jakąkolwiek aktywność owocującą pisaniem pojedynczych – na początek – zdań w pracy magisterskiej).
Po trzecie – to już jutro – muszę wstać rano, co mi się w trakcie ferii nieczęsto zdarzało, pojechać się gdzieś wydrukować (wydrukować to, co dziś napiszę czyli na pewno podanie o przedłużenie sesji a być może i pracę zaliczeniową). Później dotrzeć na uczelnię i postarać się jeszcze nie zapisywać ponownie na zajęcia o dumnej nazwie: Sztuka Formułowania Myśli, Budowania Argumentacji i Prowadzenia Dyskusji (Erystyka). Właściwie, to na te zajęcia już chodziłem przed wyjazdem do Finlandii. Ale wtedy nie udało mi się ich zaliczyć, tzn. nie poszedłem po wpis. Mam nadzieję, że uda mi się dogadać z panem Doktorem, żeby na podstawie obecności sprzed dwóch lat i jakiejś kolejnej, krótkiej pracy zaliczeniowej wpisał mi byle jaką ocenę do indeksu. To pomogłoby mi o tyle, że nie musiałbym już chodzić na żadne inne dzikie wykłady monograficzne. Na dodatek, ponieważ nie jestem pewien, czy w ogóle na jakieś zajęcia będę chodził, czy nie wezmę sobie np. urlopu dziekańskiego, tym bardziej przyda mi się każda sygnaturka (by później, po ewentualnym powrocie na uczelnię mieć jak najmniej zaległości).
Dalej, jeszcze tego samego dnia, czyli jutro, chcę iść do pana od Etyki i dowiedzieć się, czy mam zaliczone ćwiczenia – jeśli tak, to wziąć wpis, jeśli nie, to umówić się na jakąś formę zaliczenia. Podobnie, mam nadzieję złapać pana Profesora od wykładów z Etyki i wziąć od niego ich zaliczenie (ufając, że wstawi mi je bez większych problemów, bowiem krążą plotki, że nieobecności na wykładach z Etyki nie przysparzają studentom przychylności pana Profesora). Na koniec mam zamiar dotrzeć do pana Profesora od Filozofii Religii, wziąć udział w zajęciach, zabrać wpis z Analitycznej Filozofii Religii i jednocześnie wytłumaczyć się z tej nieszczęsnej pracy zaliczeniowej. Uff… Poniedziałek będzie niezły. Ale wtorek zapowiada się jeszcze lepiej. Najprawdopodobniej upłynie pod znakiem rozmów. Pierwsza i najważniejsza, od której będą w dużej mierze zależeć kolejne, będzie miała miejsce o godzinie 10-tej, na ulicy Lodowej, w siedzibie łódzkiego oddziału firmy General Electrics. Zanim o tym napiszę – dygresja, czyli wpis do bloga, który pisałem już wczoraj, ale którego nie dokończyłem; teraz nadarza się okazja.

     „Minęło niemal 26 lat. Część z nich przeżyta świadomie. Pierwsze wspomnienia zachowałem z wczesnego dzieciństwa. Wyrwane z kontekstu, zupełnie przypadkowe. Dużo w nich legendy wspartej opowieściami, zdjęciami, filmami. Wyraźniejsze wspomnienia, odwołujące się już wyłącznie do władzy pamięci pochodzą z czasów przedszkola. Później przerwa na początek Szkoły Podstawowej, aż wreszcie siódma klasa, kiedy „wszystko się zaczęło”. Myślę, że właśnie od tego momentu zacząłem świadomie kształtować swoją osobowość. Wtedy dokonywałem wyborów, których rezultaty można we mnie odnaleźć i dziś. Choćby pewne fascynacje muzyczne czy literackie albo relacje ze znajomymi (np. irytująca niektórych skłonność do zwracania się „po nazwisku”). Także wtedy zacząłem kształtować swoją postawę w odniesieniu do tego, co w życiu ważne. Choć nie jest ona stała i wciąż ulega modyfikacjom, wydaje mi się, że jej fundamenty można datować właśnie na tamten okres.
W czasach LO, w czasach największej burzy ideologicznej przebyłem drogę od pełnego wzniosłych haseł młodzieńczego buntu manifestowanego na różnego rodzaju pochodach, na których skandowało się: „krzyczcie z nami! precz z narkotykami!” albo „jedna rasa, ludzka rasa!”, okazywanego całkowitą pogardą wobec odmiennych stanowisk, przez skrajny liberalizm, wręcz libertynizm charakteryzujący się przyzwoleniem na wszystko i bez żadnych ograniczeń, kompletną i całkowitą tolerancją, aż po nienawiść połączoną z niechęcią lub może rezygnacją do wszystkich i wszystkiego podsycane tekstami Nine Inch Nails albo the Sisters Of Mercy.
W tym ostatnim czasie, kiedy LO się kończyło, studia były jeszcze daleko przede mną a piramidka wartości, która wydawała się być niezniszczalna właśnie legła w gruzach pojawiło się we mnie coś, co można by nazwać stosunkiem do pracy. Powtarzałem sobie: „żadna praca nie hańbi” a z drugiej strony nie potrafiłem zniwelować w sobie odrazy do tych wszystkich, którzy sprzedawali swój czas za podłe pieniądze. Mówiąc wprost – w moim mniemaniu kurwili się. Takie podejście dotyczyło zarówno hostess na promocjach, ekspedientek i ekspedientów w sklepach monopolowych, osiedlowych, jakichkolwiek jeszcze, kierowców, księgarzy, prawie wszystkich. Nie mogłem zrozumieć, jak ci wszyscy ludzie mogą rezygnować z życia na rzecz ośmiu godzin dziennie wynagrodzonych marną pensją. Irytowało mnie to niemiłosiernie. Nawet do tego stopnia, że potrafiłem ostro sprzeczać się ze znajomymi, którzy właśnie zaczynali się kurwić. Np. na rikszach, na promocjach albo w Empikach. Byle jaka praca zarobkowa całkowicie mnie nie interesowała i uważałem, że zawsze tak będzie. Jak łatwo można się domyślić – podejście do kurwienia się zaczęło się zmieniać.
Wstępne symptomy można było zauważyć podczas praktyk w ramach PSZu. Przez miesiąc, dzień w dzień, łaziłem do pewnej firmy, gdzie spędzałem kilka godzin dających mi zupełnie nowe spojrzenie na pracę. O ile nie zmieniłem swojego podejścia do kurwienia się panienek w supermarketach, tak zacząłem doceniać inne zajęcia. Ponadto, te praktyki – tak najzwyczajniej na świecie – dawały mi radość. Nie był to czas, który uznałbym za zmarnowany, a wiem, że z tego właśnie powodu narastałaby we mnie jeszcze większa frustracja. Później nastał czas współpracy ze sztabem wyborczym kandydata na prezydenta RP Andrzeja Olechowskiego. Wspaniały czas. Na taką ocenę zbiera się kilka czynników. Na początek moja własna hipokryzja. Moje poglądy polityczne, dość odległe od poglądów prezentowanych przez pana Olechowskiego, zupełnie nie przeszkadzały mi w agitacji na jego rzecz. Myśląc sobie w środku o tym, jak bardzo to, co mówię jest rozbieżne z tym, pod czym mógłbym się podpisać, opowiadałem potencjalnym przyszłym wyborcom o zaletach i wyższości programu wyborczego pana Olechowskiego nad programami przeciwników. Do tego doszedł ogólnie rozumiany dobry okres w życiu. Kilka miesięcy wcześniej skończyłem PSZ, dostałem się na filozofię. Moje życie układało się w pasmo nieprzerwanych radości i szczególnie rozumianych sukcesów. Zdążyłem też spędzić wyśmienite wakacje. Nagle zadzwonił do mnie daleki znajomy proponując współpracę ze sztabem wyborczym. Do dziś pamiętam tę sytuację. Jest piątek. Siedzę sobie na pasażu Rubinsteina. Popijam wieczorną naleweczkę ze Smokiem i Harnasiem (który niedługo miał pojechać do wojska). Dzwoni telefon. Szybkie pytanie: „Potrzebujemy trzech osób na wyjazd z Olechowskim. Spotkanie jutro, wyjazd pojutrze. Jedziesz?” Odpowiedź: „Oczywiście”. Później telefon do „wiadomo kogo”, chwila rozmowy i już dwie osoby zwerbowane. Na trzecią załapał się Harnaś. W ten oto sposób, sztab wyborczy kandydata na prezydenta RP Andrzeja Olechowskiego zafundował trzem osobom tygodniowy wyjazd po Polsce, za który te osoby dostały jeszcze przyzwoite wynagrodzenie. Zwiedziłem kilkanaście miast, w tym Wrocław, Opole, Brzeg (który mnie zauroczył), Częstochowę, Tarnów, Kraków, Bochnię. Spędziłem konstruktywnie kilka dni. I jeszcze mi za to płacono. Ciężko byłoby po takim doświadczeniu znów nie zmienić spojrzenia na pracę. Radykalne stanowisko łagodniało. Do tego stopnia, że kiedy kilka miesięcy później pojawiła się pierwsza i jak do tej pory jedyna realna możliwość zamieszkania osobno, nie zastanawiałem się wiele i kombinowałem, jakby połączyć naukę z pracą, która pozwalałaby mi utrzymać się w tym osobnym mieszkaniu. Pomysł, ze względu na pewne obiekcje rodziców „wiadomo kogo” musiał upaść. Podjęcie pracy odłożyłem na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Pierwszy rok studiów, to koncentracja na nauce. Trochę źle ustawione priorytety i pewne problemy z pogodzeniem wszystkich splatających się w życiu wątków. Koncentracja pozwoliła jednak na uzyskanie stypendium, dzięki któremu problem pieniędzy został znowu na jakiś czas zażegnany. Drugi rok studiów, to koncentracja na odnawianiu starych kontaktów, przy zaniedbywaniu obecnych czyli znów źle ułożone priorytety, w efekcie czego dochodzi do kryzysu wiosny 2002-ego roku i wszystko, co piękne się kończy. Trzeci rok studiów, to życie myślą o wyjeździe do Finlandii. Po powrocie ze stypendium odnawia się pomysł robienia czegoś konstruktywnego.
Tak się ułożyło, że drugi semestr czwartego roku miałem prawie cały wolny. Zajęcia jedynie w środy i okazjonalnie we wtorki. Pozostałe dni tygodnia mógłbym poświęcić na coś pożytecznego. Zacząłem – po raz pierwszy z własnej inicjatywy – rozglądać się za jakimś zajęciem. Nie powiem, żebym czynił to z dużym zaangażowaniem i przekonaniem, że mi się uda. Trudno też było mówić o jakiejkolwiek desperacji. Raczej od przypadku do przypadku wysyłałem swoje zgłoszenia w różne dzikie miejsca. Odpowiedzi, jakie otrzymywałem, najczęściej koncentrowały się na dyspozycyjności, którą miałem nieco, choć nie bardzo, ograniczoną. Któregoś razu, już na początku wakacji, udało mi się przebrnąć przez tę niedogodność. Przede mną były cztery miesiące wolnego. Wysłałem aplikację do TPSA i – o dziwo – odpowiedzieli. Poszedłem na rozmowę i zamiast skupić się na tym, że teraz mam dużo wolnego, mówiłem o tym, że od października wracam do szkoły. Rozmowa szybko się skończyła wzajemnym: „dziękuję” i wakacje minęły tak, jak minęły. Rozpoczął się 9-ty semestr, do którego przystąpiłem z głodem filozofii. Przez pobyt w Finlandii i drugi semestr czwartego roku miałem przerwę i prawie żadnych zajęć stricte filozoficznych. Z tym większym zapałem wznowiłem naukę. Niestety, zapał wytrwał mniej więcej do końca semestru. Dopadło mnie zwątpienie, a wraz z nim pomysł, by przerwać na rok studia i wziąć się za coś innego. Może roczna przerwa spowodowałaby, iż jeśli po roku wróciłbym, ponownie miałbym w sobie ten zapał, dzięki któremu mógłbym dokończyć studia. Jednak na taką przerwę zdecyduję się jedynie w wypadku, kiedy będę miał zagwarantowane inne zajęcie. Z tego powodu, od początku roku ponownie rozsyłam swoje zgłoszenia. Na kilka z nich dostaję odpowiedź. Rzadziej zaproszenie na rozmowę. Tak było w przypadku jakiegoś nowootwieranego sklepu turystycznego. Polazłem tam, pościemniałem trochę (niech żyje hipokryzja!), nie uniknąłem krótkiej rozmowy na temat stosunku części do całości, ale kiedy doszło do kwestii dyspozycyjności, znów musiałem powiedzieć, że: „przykro mi, mam wiele zajęć i na pracę w pełnym wymiarze godzin nie mogę sobie pozwolić”. Nastąpiła wymiana grzeczności i pożegnałem się z miłym panem, który ten sklep otwierał. Pewien przełom miał miejsce kilka dni temu.
Najpierw, w poniedziałek, zanim jeszcze pojechałem do Wijaty świętować jego magistra, wynalazłem ogłoszenie, na które odpowiedziałem konstruując (znów niech żyje hipokryzja) list motywacyjny ..:: link ::... Później, w środę BB poinformował mnie, że nasz wspólny znajomy poszukuje kogoś, kto nie miałby problemów z językiem angielskim i komputerami. Chwilę potem rozmawiałem już z tym znajomym a on podał mi namiary na pewną firmę, do której mam podesłać swoje CV. Nie zastanawiałem się długo. Napisałem kolejny list motywacyjny ..:: link ::...
Przyzwyczajony do tego, że nie na każdy taki wysłany list dostaję odpowiedź bardzo miło zostałem zaskoczony telefonem, który zadzwonił już po kilku godzinach. W słuchawce głos młodej dziewczyny. Kilka słów i tekst: „Może porozmawiamy chwilę po angielsku?”. Odpowiadam, że to żaden problem („No problem”) choć po angielsku nie mówiłem odkąd pytałem się o bagaż na lotnisku Vantaa w Helsinkach (nie liczę kilku zdań na zajęciach z Nonsense Literature). „What’s your work experience? Why do you want to work for us? What’s so special about middle ages? ;-) What movie you may recommend?” Wybrnąłem, jak myślę, całkiem nieźle. Zamieniłem z panią jeszcze kilka zdań i usłyszałem: “Dobrze, być może niedługo ktoś się do pana odezwie”. Taka formułka oznaczała nie oznaczała zazwyczaj niczego dobrego. Tym razem było inaczej. W piątek zadzwonił telefon. W słuchawce ponownie usłyszałem ten miły głos. Zaprosił mnie na wtorek na rozmowę.

     Zatem w najbliższy wtorek jadę do General Electrics na jakąś rozmowę. Chcę wypaść na niej jak najlepiej do tego stopnia, że jestem gotów zrezygnować z 9-ego semestru studiów, jeśli byłby to warunek podjęcia u nich pracy. Dlatego od tej rozmowy zależy tak wiele. Jednego jestem pewien, bez względu na to, jak się skończy ta rozmowa, nie wyjdę stamtąd, dopóki nie zapytam się, co taka firma, jak General Electrics widzi w studencie filozofii? Gdyby zakończyła się porażką, wracam normalnie do szkoły i zaczynam od tłumaczenia się przed ‘moim’ panem Doktorem, dlaczego przez ferie przeczytałem jedynie kilkadziesiąt stron De Civitate Dei. Liczę na jego wyrozumiałość i szukam w sobie motywacji by jednak zacząć pisać tę pracę. Gdyby jednak rozmowa zakończyła się pomyślnie… Jadę do dziekanatu i pytam się o szczegóły korzystania z urlopu dziekańskiego (pamiętam, jak kilka lat temu, na początku studiów, śmiałem się, że skoro należy mi się wyjazd na stypendium a także urlop, dlaczego miałbym z nich nie skorzystać). Jadę na uczelnię i tłumaczę się ‘mojemu’ panu Doktorowi z zaistniałej sytuacji. Oddaję do szkoły wszystkie materiały, jakie z niej zabrałem. Staram się zaliczyć (w przedłużonej w poniedziałek sesji) jak najwięcej przedmiotów. Wracam do domu i o wszystkim informuję rodzinę. Resztę rzeczy mam w dupie. Rozpoczynam nowy odcinek swojej ścieżki życia. Na „happy end” trzeba jeszcze poczekać. Tymczasem niedzielne popołudnie mija leniwie. Ciastko, herbata, meczyk w TV później łagodna muzyczka zespołu Pink Freud.

cum aliorum nuntiorum:
1) udało mi się okiełznać szablon internetowego pamiętnika tak, że – choć być może nie widać wielkich zmian – wreszcie wygląda on-line tak, jak sobie to z początku (będzie już dobrych kilka miesięcy temu, pewnie jakoś na początku roku akademickiego) założyłem i tak, jak wyglądał od zawsze u mnie na komputerze w tzw. trybie off-line.
2) w 3D Live Snooker 2.0, po kilkunastu frame’ach treningu osiągam wreszcie zadowalające wyniki (na razie ze sztucznym przeciwnikiem na poziomie „normal”, na żywo, z RR przegrywam jeszcze aż miło). Najpierw przegrywałem sromotnie, wczoraj wieczorem już bardziej na własne życzenie, a dziś udało mi się w pojedynku do dwóch wygranych frame’ów uzyskać wynik 2:1. Jak się bardziej rozkręcę, jak Bonk kupi kolorowy monitor i myszkę (tutaj na twarzy świadomych czytelników pojawia się uśmiech), jak BB nabierze trochę cierpliwości mam nadzieję stworzyć ligę domorosłych snookerzystów, do której zapraszam wszystkich zainteresowanych. Wersję gry, na której owa liga będzie rozgrywana można będzie przez jakiś czas pobrać stąd: 3D Live Snooker 2.0.

wpis nr: 548

czwartek

     Wczesnym popołudniem, kiedy dzień był w swoim kulminacyjnym punkcie, kiedy dorośli szykowali się do wyjścia z pracy a dzieciaki do powrotu do domów, wsiadłem w autobus linii 69. Linii, która odkąd pamiętam wozi mnie na Dąbrowę, która przez pierwsze półtora roku od rozpoczęcia nauki w LO woziła mnie do tej nielubianej przeze mnie placówki, która rok po zakończeniu nauki w LO, przez trzy lata stanowiła istotną część składową podróży do „wiadomo kogo” na Chojny. Tym razem miała mnie wieźć na Widzew, do Sebastiana.
Chłopak w poniedziałek obronił pracę magisterską i od tamtej pory świętujemy jego sukces. Pierwsze dwa dni, poniedziałek i wtorek, spędziliśmy na Widzewie pochłaniając rekordową ilość trzech półlitrów Balsamu Pomorskiego utrwaloną kilkunastoma Fasbergami, piwami z biedronek. W środę zrobiliśmy sobie dzień odpoczynku (choć ja, już u siebie na Retkinii spokojnie spijałem, lekkiego trzydziestoośmioprocentowego Nicholausa ze Słowacji, a Sebastian, u siebie na Widzewie popijał szampana). We czwartek postanowiliśmy zrobić przerwę w przerwie i powrócić do naturalnego nam stanu.
Z Dąbrowy wiozłem ćwiartuchnę różowej wódeczki, paczkę fajek, sześć potencjalnych Fasbergów i informację o otwarciu wystawy zdjęć poświęconej podróży po Norwegii, która miała być uatrakcyjniona pokazem slajdów. Sebastian, ze swojej strony miał chęć. To wystarczało na dobry początek wieczoru.
Podjechałem na Widzew. Ze względu na dwa pierwsze dni tygodnia wiadomo było, że tym razem uroczyste świętowanie triumfu trzeba będzie przenieść w inne miejsce. Naturalną koleją rzeczy padło na Retkinię. Przechwyciłem Sebastiana i przenieśliśmy się do mnie. Tym razem autobusem linii 98, w którym, mniej więcej w połowie drogi, napoczęliśmy ćwiartuchnę różowej wódki. Trochę obawiałem się, że opędzlujemy ją nim dojedziemy na miejsce, ale na szczęście udało nam się opanować. Zanim dotarliśmy do mnie potencjalne sześć Fasbergów się zaktualizowało. Weszliśmy do domu. Poczęstowałem Sebastiana Nicholausem. Ustawiliśmy jeszcze zaczepny opis: „hej ho, hej ho… wódkę by się piło” (skomentowany: „cóż za wyszukany rym”) i rozpoczęliśmy wieczór.
Czas mijał nam spokojnie. Różowa wódeczka rozgrzewała. Fasberg ją utrwalał. Galerię zdjęć poświęconych wyprawie do Norwegii przejrzeliśmy on-line. Zbliżała się pora, kiedy po tzw. biforze wypadało zastanowić się jak dalej spędzimy wieczór. Z podpowiedzią pojawił się niezawodny Skarb A. Zaproponowała kolejny bifor w parku Staszica, potem jeszcze jeden bifor u Pabisia (młodego prawnika z Metropolii) a wreszcie, jeśli odpowiednio się rozochocimy, wycieczkę do klubu studenckiego Tygrys. Propozycja wydała nam się interesująca. Powiadomiliśmy o niej RR. Niedługo później wszyscy spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Chwilę spędziliśmy w parku i przenieśliśmy się na miejsce właściwego biforu.

     W mieszkaniu było już kilka osób. Jeszcze kilka miało dojść. O ile dobrze zapamiętałem, przyszła elita prawnicza. Część już lekko sponiewierana. Część prowadząca, więc niepijąca. Żeby trochę nadgonić towarzystwo otworzyliśmy Fasbergi. W ruch poszła jedna flaszka, potem druga flaszka. Atmosfera, choć w pomieszczeniu robiło się coraz gęściej od dymu, stawała się coraz luźniejsza. Motywem przewodnim, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, były opowieści o poprzednich imprezach. Między innymi tej, która miała miejsce u Pabisia 10-tego na 11-ego listopada ubiegłego roku. Zabawa ta była początkiem dwudniowej biesiady, która z ul. Jaracza przeniosła się na Baczyńskiego, której uatrakcyjnieniem była flaga narodowa pożyczona z jakiejś bramy i którą odwiedził Skarb D przywożąc ze sobą Karolajnę (o ile mi się teraz imprezy nie mylą). Z tamtej imprezy u Pabisia zapamiętałem przede wszystkim poranek i rozpaczliwe, prawie histeryczne poszukiwanie okularów ukrytych przed snem przez Skarba A. Przeszukaliśmy wtedy wszyscy prawie cały dom a ja byłem bliski pogodzenia się z tym, że przez jakiś czas będę na pół oślepiony. Bez okularów bowiem niewiele widzę. Ostatecznie znaleźliśmy je ukryte wysoko w szafce, której nikt nie używa. Ponadto przypominam sobie, że wieczór mieliśmy rozegrać strategicznie i nie schlać się od razu, wytrzymać, jak najdłużej. Z tego powodu o jakiejś 10-tej przenieśliśmy się ze Skarbem z jednego pomieszczenia, gdzie wódka lała się strumieniami, do drugiego pomieszczenia, gdzie mieliśmy odpocząć od alkoholu. Jednak dalekosiężne ramię Dżona Barlejkorana dopadło nas i tam. Ktoś przyniósł jakiś koniak, ktoś inny kolorowy likier albo coś takiego, co zaowocowało tym, że upiliśmy się ze Skarbem do nieprzyzwoitości. Podobno też wtedy poznałem kolejnego młodego prawnika z Metropolii. Przypomniał mi o sobie wczoraj. Zaczął rozwodzić się nad zaletami i wadami tego miasta, nad specyfikacją różnych miejsc, nad swoim liceum, znajomymi, lokalami, elektrownią, kopalnią itd. pamiętając z poprzedniego spotkania, że i mnie Bełchatów nie był obcy. Za dobry miałem humor, żeby mogło mi go popsuć takie nawiązanie do nie tak odległej jeszcze przeszłości. Wysłuchałem go w spokoju wtrącając pomiędzy jedną opowieścią a drugą, że Metropolia i moja nią fascynacja, której – jak mówił – wtedy nie ukrywałem, minęła. Zacząłem się tylko zastanawiać czy tak jest zawsze? Czy zawsze, zaraz po swego rodzaju życiowym przełomie okazuje się, że wszędzie widać związki z tym, od czego chciało się odizolować? Tak było w przypadku polonistyki. Przez pewien moment myślałem, że popadłem w paranoję. Gdzie się nie obejrzałem, kogo nowego nie poznałem, zawsze było coś powiązane z filologią polską. Przekleństwo polonistyki trwa do tej pory. Czy za trzy lata jeszcze nie będzie dawać mi spokoju obsesja Metropolii? Z tą myślą poszedłem z młodym prawnikiem z Bełchatowa do sklepu.
Postanowiliśmy nie wracać od razu a przegadać jedną Sophię w parku. Dobrze nam się rozmawiało. Gadalibyśmy tak pewnie jeszcze długi czas gdyby nie przywołujący do porządku telefon z mieszkania Pabisia. Towarzystwo domagało się zakupionego alkoholu.
Kilka osób zdążyło się pod naszą nieobecność ewakuować. Ci, co zostali, brali udział w festiwalu modelowania włosów żelami i lakierami. Natychmiast się do niego przyłączyłem. Zabawę wyglądem od zawsze lubiłem. Niejednokrotnie wracałem po różnego rodzaju spotkaniach z awangardowymi fryzurami (np. od Kubiaka z irokezem albo z włosami obciętymi na 3 mm.; np. od Skarba A z podciętą zalotnie grzywką i wąsami a’la Wałęsa). Tym razem środki okazały się słabsze od mojej fryzury. Na głowie, tak jak i przedtem, panował artystyczny nieład.
Dokupiony alkohol zaczął się kończyć. Nabraliśmy ochoty na dicho w Tygrysie. Zebraliśmy się i poszliśmy na osiedle studenckie. Z małymi problemami wbiliśmy się do środka. Potrzebne były legitymację, a RR i Wijata takowych nie mają. Trzeba było posunąć się do fortelu. Wijata wszedł posłużywszy się moją legitymacją. Żeby wszedł RR trzeba było dać łapówkę ochroniarzowi (tzn., zapłacić za bilet całe 5 PLN).

     Wewnątrz głośna muzyka, ekran karaoke, kolorowe światła, pląsający ludzie i trochę dymu papierosowego. Pod ścianami puste stoliki. W Tygrysie nie byłem chyba z 10 lat. Ostatni raz, jaki sobie przypominam, to koncert Liroya w 1995-tym roku. Ewentualnie w tym samym roku koncerty Big Day czy Closterkeller. Nie pamiętam chronologii. Trochę ironiczne, kiedy jestem studentem nie chodzę do klubów studenckich. Chodziłem, jak uczyłem się jeszcze w LO. Dobrze, że takiej ironii nie ma w przypadku Juwenalii. Zarówno jako uczeń LO jak i jako student uczestniczę w nich rokrocznie i będę uczestniczył przynajmniej w tym roku a niewykluczone, że i w przyszłym i w jeszcze następnym. Trudno przewidzieć.
Przez pierwsze dwie godziny (choć czasu nie liczyłem, orientacyjnie stwierdzam) czynnie uczestniczyłem w zbiorowym densie. Podrygiwałem kompletnie arytmicznie, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. To wszystko dzięki Dżonowi. Szeptał mi do ucha, że jest fajnie. Na tyle skutecznie, że jak zaczęły być puszczane jakieś wolne piosenki i w ich trakcie nie siedziałem bezczynnie. Trochę byłem niezadowolony, że muzyka jest tak strasznie głośno. Zazwyczaj w takich pląsach nawijam ile wlezie. W tym wypadku mogłem. Taniec bez słowa z kimś całkowicie obcym (chyba) jakiś taki dziwny jest. W międzyczasie zniknął Sebastian. Zdążyliśmy jeszcze wypić bronka przed lokalem. Z czasem jednak podszepty Barlejkorna stawały się coraz słabsze. Wreszcie przekroczyły granicę słyszalności. Zapanował marazm. Gdzieś pogubili mi się inni. Zapalając papierosa rozglądałem się za nimi po sali. Znalazłem RR. Siedział przy barze nad piwkiem. Dosiadłem się. Strzeliliśmy je. Potem kolejne i jeszcze kolejne. Barlejkorn znów się odezwał. Dość sugestywnie powtarzał, że tańczyć już nam się nie chce, za to śpiewać – z całych sił. W ten sposób przemiłej (chyba) barmance kilkukrotnie został odśpiewany fragment utworu Grabaża i Strachów na Lachy (których koncert już jutro, ale – cholera – nie mam biletów i pewnie nie będę miał) Figazmakiem.
Zbliżała się godzina trzecia. Postanowiliśmy się zbierać. Wyszliśmy z Tygrysa. Dotarliśmy do przystanku 156. Podjechaliśmy z RR w stronę centrum. Skarb A i Pabiś gdzieś zostali. W miejscu przesiadek zadecydowaliśmy z RR, że podjedziemy jeszcze do niego na jedno piwko. Wsiedliśmy w 157 i udaliśmy się na Julianów.
Wydawało nam się, że cicho wparowaliśmy do mieszkania. Wzięliśmy piwo. Rozsiedliśmy się przed komputerem i uruchomiliśmy grę 3D Live Snooker. Dwa frame’y, które rozegraliśmy, dość gładko przerżnęliśmy. Jednak po całej nocy zabawy, z kilkoma promilami we krwi, między godziną czwartą a szóstą rano, koncentracja nie jest najlepsza. Umówiliśmy się jeszcze na następny dzień, na jakieś frame’y on-line. Sprawdziłem autobus i wyszedłem.

     Na dworze było już jasno. Ludzie jechali do pracy. Autobus 99, który miał zawieźć mnie na Retkinię był zatłoczony. Może nie tak, jak w godzinach szczytu, ale wystarczająco, by nie było gdzie usiąść. „To dobrze” pomyślałem. Zastosuję metodę Skarba D. Będę stał, żeby nie zasnąć. Pamiętając niezliczone przygody, które spotykały mnie ze względu na drzemki w autobusach (jak chociażby czterokrotny kurs ze Skarbem A autobusem 52 – Chojny, Łódź Kaliska, Chojny, Łódź Kaliska ; czy niewytłumaczoną do tej pory podróż z Łodzi Kaliskiej do Aleksandrowa) wiedziałem, że lepiej nie pozwalać sobie na sen.
Wytrzymałem prawie całą drogę. Już minąłem Mc Donalds’a i zbliżałem się do StatOil’a. Autobus zakręcał. Usnąłem na stojąco. Dosłownie na 10, może 15 sekund przed moim przystankiem. Rezultatem uśnięcia był pad na zabłoconą podłogę autobusu. Była też pobudka. Wstałem, rozejrzałem się i wysiadłem.
Doszedłem do domu. Zjadłem porządną kolację (może śniadanie?) i położyłem się odespać noc.

wpis nr: 547

What were the skies like when you were young?

They ran on forever… When I, when we lived in Arizona and the skies always had little fluffy clouds in them and… They were long and clear and there were lots of stars at night and when it would rain it would all turn…they were beautiful, the most beautiful skies as a matter of fact. The sunsets were purple and red and yellow and on fire, and the clouds would catch the colors everywhere… That’s it, neat, ’cause I used to look at them all the time when I was little. You don’t see that…

/ annotatio auctoris: to z piosenki the Orb Little Fluffy Clouds. kolejne zajęcie by odsunąć od siebie pisanie O dobru na bezludnej wyspie (w przeciągu kilku godzin praca powiększyła się o niecałą stronę, a moja konfuzja co do niej rozrosła się do poważnych rozmiarów mogących poskutkować zarzuceniem jej pisania).

wpis nr: 546

pierwszy dzień…

Właściwie powinienem był pójść do szkoły. Po miesiącu przerwy. Miesiąc ten jednak minął na tyle pasywnie jeśli chodzi o moją działalność naukową, że nie bardzo z czym mam wracać na uczelnię. Praca zaliczeniowa: O dobru na bezludnej wyspie na razie nie przekracza dwóch stron i jest we wstępnej fazie rozwoju. Lektura de civitate dei zatrzymała się po kilkudziesięciu stronach i ze względu na to, nic z niej nie wynika (choć wewnętrzna wizja pracy magisterskiej krystalizuje się coraz bardziej). Nie mam wpisu z Etyki, nawet nie jestem pewien, czy ten wpis uzyskam. Na kolokwium z Mistrza Arystotelesa i jego Etyki Nikomachejskiej poszedłem od niechcenia, skrobnąłem kilka zdań i bez przekonania oddałem kartkę.
Na szczęście, wraz z nastaniem nowego semestru zeruje się konto nieobecności i można je nabijać od nowa, co uczynię z jak największą przyjemnością. Przypuszczalnie najbliższy tydzień minie mi na osiąganiu 50% dozwolonych nieobecności na semestr. Być może dzięki temu praca O dobru na bezludnej wyspie zostanie ukończona. Być może ruszy się coś w sprawie de civitate dei. Ale na pewno tydzień minie na świętowaniu tytułu magistra uzyskanego przez Sebastiana. Rozpoczniemy prawdopodobnie już dziś i nie skończymy przez najbliższych kilka dni. Kto wie, może zrealizujemy pomysł wyjazdu np. do Krakowa czy do Szczecina, jak planowaliśmy jakiś czas temu. Niczego nie da się wykluczyć.

Tymczasem, przebój nadchodzącej wiosny. Spokojny, łagodny, radosny, niosący wesołość i pogodę ducha. Trafiłem na niego przypadkiem, ale natychmiast zatrzymałem się przy nim na dłużej.

Brazilian Girls – Pussy
(256 kbps, ok. 8.5 MB)

Muzyka klimatem zbliżona do: Thievery Corporation, the Maxwell Implosion, Zero 7, Minus 8 itp. projektów.

/ annotatio auctoris: tekst, spisany ze słuchu (więc pewnie z nieścisłościami) w komentarzach.

wpis nr: 545

siódma rano, to dla mnie noc

po kolejnej kłótni u Bonków, gdzie doszło do rękoczynów może pora zastanowić się nad zasadnością pojenia owadów alkoholem?

a po ósmej znikam: „w Ciechocinku, tam gdzie dom zdrojowy / Maksi Kaz, chodzi na łowy (…)” :-)

wpis nr: 544

snowboard

dwa zjazdy
dziesięć upadków
podobno, jak na pierwszy raz, nie najgorzej

wpis nr: 543

autoafirmacja

666
demoniczna liczba

/ annotatio auctoris a wczoraj łagodny wieczór. dwa piwka w restauracji Kresowa; naleweczka w bramie; piwko i winko ponownie w Kresowej. na koniec piwko i chleb ze smalcem w pseudo-żeglarsko-turystycznej klubokawiarni Zapiecek.
dziś – może snowboard?

wpis nr: 542

praeteriti angeli reverterunt

     Środa miała być kolejnym, zwykłym dniem. Jak wcześniej, miała ogarnąć mnie przerażająca pustka wszystkiego tego, co mnie otacza. Miałem wypominać sobie, że całe ferie mijają mi na bezczynności, która wcześniej spowodowana była niepewnością, a teraz wynika właśnie z pewności. Przypuszczałem, że będzie to następny dzień, który spędzam wpatrując się niewzruszenie, może tylko z nikłym smutkiem w oczach, w monitor. Jeszcze jeden dzień, którego 24 godzin trwania już nawet nie staram się wypełnić niczym konkretnym. Książki, te obowiązkowe i te wybrane z własnej woli, nie narzucały mi się rozumiejąc jakby mój melancholijny nastrój. Nawet De Consolationae (…), które kiedyś dawało mi nadzieję, odrażało ironią. Pozostawała telewizja, ewentualnie filmy takie, jak: Van Helsing obejrzany nad ranem. Filmy, które nie niosłyby ze sobą żadnego przesłania, które jednak pozwalałyby na choć chwilę niezobowiązującej rozrywki. Mówiąc krótko – środa miała minąć pod znakiem dłużących się minut i godziny niewypełnionych zupełnie niczym. Urozmaiceniem miał być jedynie kilkugodzinny pobyt na Dąbrowie i krótka wizyta na Widzewie.

     Obudziłem się wcześnie, bo już o 9-tej rano. Właściwie, to obudził mnie budzik w kształcie telefonu. Sam nie dokonałbym tej sztuki. Położyłem się spać po 5-tej i te trzy godziny z minutami stanowczo nie były wystarczającym okresem czasu by móc wstać w miarę wypoczętym. Przynajmniej fizycznie. Budzik w kształcie telefonu natychmiast wyłączyłem. Postanowiłem pospać tak długo, jak długo pozwoli mi Big Brother. Tym razem i on miał być odpowiedzialny za moją pobudkę.
Z bezsennej drzemki BB wyrwał mnie przed 10-tą. Przypomniał o wyprawie na Dąbrowę. Szybko zebrałem się w sobie. Trochę ogarnąłem. Jeszcze w półśnie wsiadłem do ‘fureksa’ i razem z BB podążyliśmy na południowy-wschód Łodzi. Miałem ochotę na pełną energii muzykę. BB widział to inaczej. Zabraliśmy Oddział Zamknięty.

     Samochód prowadzi mi się bardzo dobrze. Lubię jeździć i wydaje mi się, że jeżdżę przyzwoicie a przynajmniej poprawnie. Nie jestem maniakalnym kierowcą. Odkąd udało mi się zrobić prawo jazdy (a było to już osiem lat temu, na osiemnaste urodziny; do tej pory uważam to za jeden ze swoich dwóch największych, wymiernych sukcesów w życiu), jeżdżę pewnie i spokojnie (mój instruktor nazywał taką jazdę flegmatyczną). Bez pośpiechu przemierzam ulice i drogi. Jedynym wyjątkiem była podróż do Miasta Świętej wieży (..:: link ::..). Wtedy to, raz w życiu, pokonałem ten odcinek (od tabliczki Łódź za kościołem św. Wojciecha, Carrefour’em i Centrum Zdrowia Matki Polki do tabliczki Częstochowa za Mc Donalds’em, który jest swego rodzaju punktem orientacyjnym i jednocześnie miejscem załatwiania podejrzanych interesów) w niespełna godzinę. Mam pełne zaufanie do innych uczestników ruchu. Czasem dopada mnie myśl, że może to za duże zaufanie. Nie raz na kursie powtarzano mi, by kierować się zasadą tzw. ograniczonego zaufania. Wierzę jednak, że inni uczestnicy ruchu są na tyle odpowiedzialni, że nie jest ich intencją rozbijać innych, a jeśli każdy dba o siebie, to poniekąd wszyscy dbają o wszystkich. Do tego dochodzi irracjonalna wiara (swoją drogą, czy wiara może być racjonalna?) w coś, co we własnej nomenklaturze określiłem: sub beata stella natus. Oznacza to mniej więcej tyle, że mnie się nigdy nic nie dzieje. Nic z takich zwykłych klęsk i przykrości, które często spotykają innych ludzi. Nie padam ofiarą kradzieży. Nie miewam wypadków. Nie uciekają mi tramwaje, a nawet jeśli, to i tak po chwili podjeżdżają następne. Nie dostaję trudnych pytań na egzaminie i można by tak wymieniać jeszcze długo, długo. W tego rodzaju sprawach mam wielkie, myślę sobie, że wrodzone, szczęście. Do tego dochodzi jeszcze postawa ogólnego bagatelizowania podparta Propagandą Sukcesu i to składa się na ogólnie rozumianą codzienną radość życia.

     Na Dąbrowę dotarliśmy bez większych przygód. Po drodze zahaczyliśmy o stację benzynową, na której urządzenie do tankowania nie chciało podporządkować się zaspanemu studentowi. Uległo dopiero facetowi z obsługi stacji.
W południowo-wschodniej części Łodzi spędziliśmy z BB kilka godzin. Obżarliśmy się do nieprzyzwoitości. Ja dogadałem się też z Sebastianem, że podjadę do niego na moment na Widzew odebrać CD-ROM, który wcześniej mu pożyczyłem. Przy okazji podwiozę go później dokąd będzie chciał.

     Od kilku tygodni w domu panował chaos komputerowy. Ja kupiłem komponenty, które podczas wyjazdu do Finlandii ‘rozpsuli’ mi BB z Ojcem. Trwało to rok, a nie, jak pierwotnie przewidywałem, dwa, góra trzy miesiące Powstała jednak potrzeba zainstalowania w domu drugiego zestawu, a także podzielenia łącza tak, by oba komputery mogły być jednocześnie on-line. Ze względu na moją informatyczną przeszłość, choć odległą, jasne było, że to na mnie spadnie zadanie zainteresowania się tym wszystkim. Ojciec ze swojej strony przynosił tylko coraz to nowe komputery. Na pierwszy ogień poszło P60MHz. Model przedpotopowy. Dałoby radę wykrzesać z niego ostatnie podrygi, ale pomyślałem sobie, że nie ma sensu, by BB męczył się tak, jak ja musiałem jesienią. Pamiętam ile nerwów mnie to kosztowało i mając na uwadze temperament BB postanowiłem, że nie dopuszczę do kolejnego nawarstwiania się w nim pokładów frustracji. Później pojawił się Notebook. Całkiem przyzwoity. PIV3GHz. Miał jednak jeden, wielki minus. Był służbowy i w domu przebywał od okazji do okazji. Dalej Ojciec przytaszczył P130MHz. Komputer prawie tak samo antyczny, jak P60MHz. Obawiałem się, że może nie być odwrotu, ale zwlekałem, jak najdłużej się dało wciąż kierując się dobrem w poszczególnym rozumieniu brata i w ogólnym rozumieniu całej rodziny, która zmuszona byłaby wysłuchiwać przekleństwa, których nie powstydziłby się żaden przyzwoity szewc. Wreszcie, kilka dni temu, do domu zostało sprowadzone nowe cudo. Tym razem PIII650MHz. Sprzęt wcale przyzwoity. Tu już nie martwiłem się o BB. Taki komputer wytrzyma eksploatacje a’la BB. Do podstawowych zadań nada się w sam raz. Nie sądzę by bardziej zaawansowane wchodziły w zakres zainteresowań BB. Stanęło więc na PIII650MHz.

     U Sebastiana zjawiliśmy się wczesnym popołudniem. Odebrałem CD-ROM. Pojechaliśmy wszyscy na moment na Zachodnią, potem na Łąkową do osławionego już Łódzkiego Centrum Filmowego. Po drodze dogadaliśmy się, że szkoda byłoby zmarnować początek łyk-endu (tym razem wypadł właśnie w środę). Mnie było to na rękę. Mając bowiem w perspektywie kolejny dzień spędzany raczej mało pomyślnie, łapałem się każdej okazji. Tak było dwa dni wcześniej, w poniedziałek, kiedy nagłe zaproszenie na Janów wyrwało mnie z marazmu. Tak mogło być i tym razem. Szczególnie, że środa funkcjonuje w mojej pamięci, jako dzień niewykorzystanych szans. Mam do siebie pretensje, że kiedy jeszcze można było, nie udało mi się z nich skorzystać. Umówiliśmy się na wieczór, na moment, kiedy Wijata skończy naukę. O konkretach miał mnie jeszcze poinformować.

     W domu szybko uwinąłem się z doprowadzeniem siebie do stanu używalności. Słowami: „Marcin, Marcin, Marcin! Dziś rozpoczynamy łyk-end” zaalarmowałem RR o wstępnych planach na wieczór. Czekałem na SMSa. Wreszcie przyszedł: „18:20, BUŁ”. Zestaw informacji całkowicie wystarczający.

O odpowiedniej godzinie wyszedłem z domu i podążyłem w kierunku Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego. Standardowo, tramwajem linii 12. Miałem szczęście (nic nowego). Podobno do wczesnych godzin popołudniowych komunikacja miejska w Łodzi była kompletnie sparaliżowana. Także w okolicach, w które się wybierałem. Ledwie co usunięto niedogodność, z powodu której Łodzianie po raz kolejny klęli na czym świat stoi.
Najbardziej awaryjną linią w mieście ..:: link ::.. jechałem już prawie pół godziny. Minąłem przedostatni przystanek i zbliżałem się do tego, na którym miałem wysiąść. Byłem nieco zaskoczony tym, że nic się nie działo. Ale pomyślałem to w złym momencie. Właśnie w tej chwili, mniej więcej w połowie drogi między przystankami, tramwaj zaczął gwałtownie hamować. Ludzi rzuciło do przodu. Sekundę później tramwaj, stuknąwszy w coś lekko, stanął. Ludzi odrzuciło do tyłu. Jakiś czas potem otworzyły się drzwi wagonu. Wszyscy wyszli. Okazało się, że jadący przed tramwajem samochód uderzył w jakiś inny samochód a w nie oba pyknął tramwaj. Jeden samochód mniej rozbity. Drugi bardziej. Chyba bez ofiar w ludziach. Najbardziej awaryjna (ale także dostarczająca największej liczby przygód) linia w mieście nie sprawiła mi zawodu.
Przed Biblioteką Uniwersytetu Łódzkiego spotkałem się z Wijatą. Poszliśmy odwiedzić studencką klubokawiarnię BUŁa. Niestety, nie odpowiadała nam cenowo. Mogła być atrakcyjna z innych powodów (tzw. „klimat” lub „atmosfera” plus wystrój plus towarzystwo) ale na pewno nie na tyle, by przeważyć nieatrakcyjność cenową. Postanowiliśmy udać się w sprawdzone miejsce, jakim jest klubokawiarnia Mieszczańska. Poinformowaliśmy RR i pojechaliśmy.
Po wejściu zamówiliśmy piwka. Nalewając je, miła pani barmanka pokazała nam wynalazek będący przekleństwem ludzi przelewających browary wewnątrz lokali. Klubokawiarnia Mieszczańska dysponuje monitoringiem. Nie dość, że Policja i Straż Miejska straszą w tzw. „miejscach publicznych”, to jeszcze lokale zastawiają pułapki na młodzież. o tempora! o mores!. Świat się kończy!
Usiedliśmy w spokojnym miejscu i czekaliśmy na RR. Zastanawialiśmy się też, co dalej. Mogliśmy sobie pozwolić na spędzenie kilku, bardzo sympatycznych i bynajmniej nie męczących godzin w tym miejscu. Mogliśmy, jak to już nie raz czyniliśmy, Udać się do pobliskiej bramy. Wypić tam jakąś flaszeczkę ewentualnie Komandosa (‘bianko’, ‘rosso’… właściwie bez znaczenia) i dopić się z powrotem w Mieszczańskiej. Mogliśmy też, po wstępnych konsultacjach z RR, które poczyniłem będąc jeszcze na Retkinii, pojechać do Smoka na próbę i tam pobyć resztę wieczoru. Ostatnia z możliwości najbardziej przypadła nam do gustu. Zobligowani byliśmy jednak czekać na sygnał.
Pojawił się RR. Pogadaliśmy chwilę i ku naszej radości otrzymaliśmy znak / sygnał. Ucieszyliśmy się bardzo. Dokończyliśmy piwa. Wyszliśmy z klubokawiarni. Wstąpiliśmy do Galerii Alkoholi. Kupiliśmy flaszeczkę wódki „Pomorskiej” i kolejne piwka w ilości skromnej. Myśleliśmy chwilę o jednakowo słynnym, co nieszczęsnym „Balsamie Pomorskim” ale zrezygnowaliśmy. „Balsam (…)” ma to do siebie, że wywiera na pijące go osoby niesamowity wpływ. Wskutek jego działania dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Od zaniku pamięci poprzez pozbywanie się kosztowności do rozbierania się. O ile możemy sobie pozwolić (choć to też dużo powiedziane) na takie zachowanie we własnym, zaufanym gronie o tyle nie byliśmy pewni czy (a raczej byliśmy święcie przekonani, że nie) udałoby się nam pohamować na próbie. Wyszliśmy z Galerii Alkoholi i poszliśmy w stroną Placu Dąbrowskiego, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć przystanek autobusu 57 mającego zawieźć nas na ulicę Górniczą. Kiedy podążaliśmy ulicą Narutowicza, zbliżywszy się niepostrzeżenie, od tyłu zaatakował nas rzeczony autobus. Postanowiliśmy na niego zapolować i udaliśmy się w szaleńczy pościg. Do przebiegnięcia mieliśmy dystans, który idąc i nie spiesząc się pokonalibyśmy w dobrych kilka minut. Na szczęście na naszą korzyść przemawiało to, że nie musimy trzymać się tak ściśle drogi, jak ścigany przez nas obieg i używając fortelu mogliśmy skorzystać ze skrótu. Ostatecznie, udało się dopaść potwora Ikarusa. Weszliśmy do wnętrza.

scenka rodzajowa, typowa:

osoby: student Walczak, student RR;
czas: 16-ty lutego, początek łyk-endu, wczesny wieczór;
miejsce: autobus linii 57;
student RR kompletnie zziajany: Pierdolę! Nie palę!
student Walczak całkowicie zdyszany: Pierdolę! Nie biegam!

     Weszliśmy na salę prób. Niewielkie pomieszczenie gdzieś w podziemiach zakładu chemicznego. Ściany szczelnie obłożone styropianem i paletkami po jajkach. Dwa małe okna pod sufitem. Umywalka. W środku jedna złożona perkusja (inna w częściach) masa wzmacniaczy i jeszcze więcej kabli. Pięć osób, czyli zespół Arrow w pełnym składzie. Gabi – wokalistka, Smoku – gitara; Prezes – gitara; Patryk – bas i Fifi – perkusja plus Moneta, koleżanka Gabi.
Rozmieściliśmy się w i tak ciasnym pomieszczeniu. Zespół zaczął grać.

     Dopadły mnie anioły przeszłości. Niedługo miną trzy lata, kiedy po raz ostatni czynnie uczestniczyłem w próbie zespołu. Choć były to czasy, kiedy wszystko chyliło się ku upadkowi coraz milej je wspominam. Przede wszystkim, jako ostatnie chwile, kiedy jeszcze świat był prosty a dzięki temu bardziej przyjazny. Dwa razy w tygodniu spotkania z zespołem. Częściej na Chojnach z „wiadomo kim”. Wielkie plany i prawie w ogóle wątpliwości. Przede mną był wtedy „kryzys wiosny 2002-ego roku”. Miał też nadejść „kryzys epistemologiczny”. Dwa wydarzenia, które całkowicie mną zachwiały. Żywotność, którą się wtedy – jak mi się teraz wydaje – charakteryzowałem, miałem odzyskać dopiero niedawno i stracić ją niewspółmiernie szybko w porównaniu do tego, ile zajęło mi jej ponowne nabycie.
Przypomniałem sobie wielokrotne granie wszystkiego w kółko. Ćwiczenie „do wyrzygania” pewnych partii utworów. Kombinowanie z uatrakcyjnianiem piosenek albo – wręcz przeciwnie – z upraszczaniem ich do granic możliwości. Przypomniałem sobie radość, jaką nam wszystkim – z początku przynajmniej – sprawiało granie. Przypomniałem sobie pierwsze, zupełnie zwariowane próby w domu kolegi, gdzie głośność piecyka trzeba było ustawiać na 1 góra 1.5 a werbel przykrywać grubym ręcznikiem. Przypomniałem sobie wyjazd do Justynowa, gdzie powstała nasza pierwsza autorska piosenka. Wyjazd do Wiśniowej Góry, gdzie miał miejsce jedyny publiczny występ dla skrupulatnie rozochoconej alkoholem, wcześniej starannie wyselekcjonowanej grupy studentów pierwszego roku filozofii Uniwersytetu Łódzkiego. Przypomniałem sobie pierwszą salę. Tworzenie kolejnych utworów. Wreszcie, dwie całonocne sesje nagraniowe, dzięki którym zachowała się jakakolwiek po tym wszystkim pamiątka.
Niestety, przypomniałem sobie też, jakie dopadło mnie rozgoryczenie, jak już wszystko się skończyło. Nie pamiętam, jakim cudem nie pozbyłem się wtedy gitary. Dziś nie żałuję. I choć obiecałem sobie, że grać już więcej nie będę czasem, nocami zdarza mi się wziąć sześciostrunowca do ręki i brzdąknąć parę akordów, np. Redemption Song albo Moonlight Shadow.
Z uścisku aniołów przeszłości wyrwał mnie głos Sebastiana: „Tęsknisz trochę do grania?”. Przytakująco kiwnąłem głową.

     Pierwsza piosenka, jaką zaprezentował nam zespół Arrow była, wg mnie, zbyt przygnębiająca. Tzn., ja nie przepadam za klimatem grup, które grają dla tzw. ‘czarnych wiedźm’. Smutne piosenki o tym, jak jest źle. Nie moje oczekiwania. Mnie od rana chodził po głowie radosny rock, może nawet punk-rock. Potrzebowałem energii wywołanej muzyką. Oddział Zamknięty nie mógł jej zapewnić, kiedy woziłem się z BB po mieście. Miałem nadzieję, że na próbie usłyszę coś, co trafi w moje nastawienie. Nie myliłem się. Później zostały zagrane dwa cover’y Hey’a: Zazdrość i Teksański. Niby standardowe piosenki ogniskowe, które gra każdy. Ale w tym przypadku aranżacja i wykonanie dalekie były od quasi-harcerskich przyśpiewek. Pełne pozytywnego przekazu. Poczułem się lepiej. Były jeszcze: For Whom the Bell Tolls i – co jest zupełnie zrozumiałe, bowiem i tę piosenkę grają wszyscy – Knocin’ On Heavens’ Doors. Ten drugi utwór przez większą część brzmiał, by wyrazić się łagodnie, poprawnie, natomiast końcówka była zaskakująca. Dla niej warto było przetrzymać kilka pierwszych minut. Zespół Arrow zaskoczył nas jeszcze swoją wersją ‘piosenki, od której wszystko się zaczęło’, czyli the Final Countdown. I z niej płynęła pozytywna energia.
Niestety, próba się skończyła, kiedy perkusista Fifi stracił zaangażowanie i manifestował to lekceważącym stosunkiem do trzymania rytmu. Na koniec wstał, odłożył pałeczki i poszedł sobie. Mieliśmy czas, by zaopiekować się „Pomorską”, a także by pomyśleć nad tym, jak spędzimy resztę wieczoru. Chłopaki dali nam do zrozumienia, że oni wynoszą się około 22-giej. Dla nas była to wczesna godzina. Dziewczyny natomiast zdecydowały się pozostać w sali do 3-ciej. Taki wariant bardziej nam odpowiadał. Postanowiliśmy się do nich przyłączyć.
Jeszcze przez kilkanaście minut, zespół w niepełnym składzie kontynuował granie. My kontynuowaliśmy „Pomorską”. Dziewczyny spijały swoje „Sophie”. Gabi znaliśmy trochę już wcześniej. Monety nie. Tym większe zrobiła na nas wrażenie, kiedy niemal samodzielnie skończyła swoją „Sophię”, a gdy częstowaliśmy ją „Pomorską”, to nie dość, że nie odmawiała, to jeszcze piła tak, jakby zadawała się z nami od nie wiadomo kiedy (a właściwie, to wiadomo, odkąd pojawiły się Skarby). Dla ścisłości dodam, że obie będą nomen omen tegorocznymi maturzystkami.

     Smoku, Prezes i Patryk poszli sobie. My skończyliśmy „Pomorską”. Dziewczyny rozprawiły się ze swoimi „Sophiami”. Trzy piwa, które nam pozostały, mogły nie starczyć na resztę wieczoru. Ustaliliśmy, że zrobimy wyprawę do Żabki po „Komandosy”. Z początku miało iść trzech chłopa. „Żeby było sprawiedliwie”. Po Monecie było widać, że jest w na tyle zdesperowanym stanie, iż tego wieczoru będzie szukać zapomnienia i obawialiśmy się, że jeśli któryś z nas zostanie, to skończy się to w jeden sposób. Nie zdążyliśmy jeszcze na dobre się wydelegować, kiedy Moneta przykleiła się do Wijaty. Spojrzeliśmy tylko na nich wymownie. Spojrzeliśmy po sobie i wyszliśmy.
Po drodze do Żabeczki zgubiliśmy się, a jakżeby inaczej. Ale dokonaliśmy zakupów. Wróciliśmy do sali. Przyłapał nas jeszcze młody ochroniarz bardzo zainteresowany tym, o której skończymy zabawę. Nie chcieliśmy go martwić mówiąc, że zostaniemy przynajmniej do 3-ciej. Powiedzieliśmy tylko, że nie potrafimy w tej chwili tego określić.
Zapuściliśmy muzyczkę. Odkorkowaliśmy „Komandosa”. Na spokojnie, otoczeni niegrającym sprzętem grającym, prowadziliśmy rozmowy. O nowej maturze. O przyszłych studiach. O naszych obecnych studiach. O planach i marzeniach. O realizmie i materializmie. O hipotetycznej sytuacji posiadania. Ogólnie. Atmosfera była bardzo przyjazna. Wódka zmieszana z winem i piwem tylko lekko szumiała w głowie. Jej efektem był uśmiech na twarzy i szczerość w wypowiedziach. Sala oświetlona była świeczkami i małą lampką. Zadymienie wynosiło 50%. Muzyka nie była natarczywa. Koło północy poczułem, że nachodzi mnie melancholia. Zbyt dużo skojarzeń.
Zmieniła się muzyka. Gabi zaczęła śpiewać. Też chcieliśmy spróbować. Najpierw z Sebastianem, potem z RR. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że głosów to my nie mamy a na śpiewy możemy sobie pozwolić tylko w restauracji Kresowej, kiedy jest karaoke. Znalazła się gitara i pojawił się pomysł, żebym zagrał. Zagrałbym. Wszystko sprzyjało temu, by chwycić za ‘wiosło’, podłączyć się pod piec i coś zabrzdąkać. Niestety, zabrakło jednej struny.
Ponownie zmieniła się muzyka i zaczęły się tańce. Tzn., Moneta uwieszona na Wijacie nawet nie próbowała wytrzeźwieć a RR spokojnie pląsał z Gabi. Z perspektywy trzeciej osoby, taka sytuacja zawsze wygląda groteskowo. Miałem chwilę, by ponownie oddać się melancholii. Papieros za papierosem coraz bardziej pogrążałem się w myślach.
Na chwilę udało mi się wyrwać, kiedy Gabi zlitowała się i wyciągnęła mnie na densflor. Na inną chwilę wyrwałem się, kiedy po korytarzu woziłem w wózku z supermarketu RR (skąd ja to znam… przypomina się Finlandia i tzw. ‘życie akademickie’ ..:: link ::..). Jeszcze na inną chwilę, kiedy to z Gabi odkryliśmy, że ten budynek kiedyś był jakimś laboratorium chemicznym i wciąż można w nim znaleźć pełno różnego rodzaju odczynników czy to w postaci płynnej czy sproszkowanej. Do tego, jest cała masa dokumentacji (specjalista na pewno odnalazłby się w tym, mnie – laikowi – wzory chemiczne niewiele mówiły). I – co najatrakcyjniejsze – dużo naczyń o kosmicznych kształtach. Kolby, rurki, probówki, zlewki – czego tylko dusza zapragnie (od razu wizualizuje się piosenka Song o grzywce ..:: link ::..). Ustaliliśmy z Gabi, że można by z tego zrobić całkiem przyzwoitą dekorację jakiegoś pomieszczenia, np. w oryginalny sposób urządzić pokój.

     Wieczór zmierzał ku końcowi. Zbliżała się godzina, kiedy trzeba było ogarnąć trochę salę i wyjść na autobus. Zadanie zostało wykonane i z czystym sumieniem mogliśmy opuścić miejsce, gdzie spędziliśmy ostatnie osiem godzin.
W drodze na przystanek poślizgaliśmy się trochę z RR. Oczywiście kilkukrotnie potoczyłem się po lodzie. Sebastian, z wciąż desperacko przyklejoną do niego, Monetą co rusz lądowali w śniegu. Tylko Gabi, ze względu na powierzony jej przez chłopaków sprzęt, nie uczestniczyła w zabawie.
Poczekaliśmy chwilę na przystanku. Podjechał autobus dla RR. Zaraz potem pojawił się nasz pojazd. Skrzętnie wyliczyłem, że jeśli będzie jechał tak, jak stanowi rozkład, to przy SasPolu, czyli w miejscu przesiadki powinienem się znaleźć minutę przed tym, jak pojawi się tam moje 158 wiozące mnie na Retkinię. Prawdopodobieństwo tego, że tak się stanie było mniej niż nikłe, dlatego już przygotowywałem się na pieszą podróż ze skrzyżowania Kościuszki ze Struga na Dworzec Łódź Kaliska.
Newralgicznym punktem przejażdżki 154 było skrzyżowanie Kościuszki z Zieloną. Na Zielonej, przed skrętem w Kościuszki ma przystanek moje 158. Na Kościuszki, za Zieloną ma przystanek 154. A na przystanku na Kościuszki przy Struga zatrzymują się oba te autobusy. Jeśli, jadąc ul. Zachodnią (Kościuszki) mijalibyśmy ul. Zieloną, na której w oddali majaczyłby jakiś autobus, byłaby szansa, że byłoby to moje 158. Jeśli jednak mijalibyśmy ul. Zieloną, a autobus jadący tą ulicą byłby w jakiejkolwiek, rozpoznawalnej odległości, wiadomym byłoby, że wyprzedzi nas na Kościuszki i jako pierwszy podjedzie na przystanek przy Struga. Tak się stało. Na przystanku przy Struga 154 otworzyło drzwi w chwili, kiedy z tego samego przystanku odjeżdżało moje 158 (o ile linia tramwajowa nr 12 jest tą najbardziej awaryjną, tak linię 158 Łodzianie przeklinają za jej częstotliwość (a właściwie brak) kursowania; gdybym chciał zostać na przystanku, czekałbym około 45 minut).
Wysiedliśmy. Odprowadziłem resztę na ich przystanek. Poczekałem trochę z nimi. Wreszcie odjechali.

     Zostałem sam. W środku nocy, w środku mojego miasta. O porze, którą lubię najbardziej, w miejscu, gdzie czuję się najlepiej.
Bez pośpiechu ruszyłem w kierunku Dworca. Wiedziałem, o której ma być następne moje 158. Wiedziałem kiedy pojawi się 153 (tym mógłbym podjechać na Dworzec). Wiedziałem, że czekać nie ma sensu.
Szedłem sobie ulicą Skłodowskiej-Cury, potem trochę Gdańską i Kopernika prosto na Dworzec. Było przed czwartą nad ranem. Lokalni menele albo już spali albo jeszcze chlali. Młodzi ludzie stali na bezpiecznych przystankach albo podróżowali autobusami nocnymi. Gdzie nie gdzie pewnie pierwsi mieszkańcy budzili się do pracy. Na ulicach było pusto. Świecił mokry asfalt, biały śnieg i żółtawe latarnie. Latarnie, których część gaśnie (bądź zapala się), jak obok nich przechodzę. Takie zjawisko zauważyłem już ze trzy lata temu. Z początku wydawało mi się niepokojące (echa lektury jakiegoś horroru, w którym coś takiego nie oznaczało niczego dobrego). Później do niego przywykłem. W pewnym momencie nawet próbowałem na nie zwrócić uwagę osób trzecich. Próba pozostała bez odzewu. Ograniczyłem się do dorobienia sobie ideologii. Na dzień dzisiejszy tłumaczę to sobie aniołem stróżem, który czuwa nade mną i być może dzięki któremu mogę mówić o sobie: sub beata stella natus. Jak to się ma do rzeczywistości? Nie ma to najmniejszego znaczenia. Faktem jednak jest, że kiedy przechodzę obok latarni zdarza się że gasną (bądź zapalają się).
Samotny spacer nocą, jasną od asfaltu i śniegu Łodzią musiał skłonić do przemyślenia kilku rzeczy.
Przede wszystkim wiem, że w tym wypadku nie będzie mowy o odium. Na nienawiść nie ma już we mnie miejsca. Raz udało mi się ją z siebie wyrzucić. Raz i na zawsze. Zatem przejście odbędzie się jedynie pomiędzy amor i dolor. Zastanawiam się ile będzie ono trwać. Wciąż jeszcze bardziej amo niż dolet. Z przeszłości jednak wiem, że choć pierwsze nigdy nie umrze, drugie przejmie władzę. Brak nienawiści jest dobrym składnikiem. Wieczny już ból nie wróży najlepiej. Niczego już nie mogę zrobić. Pozostaje mi tylko pogodzić się z tą drugą igłą w sercu.
Inna sprawa – e-list, który dostałem w niedzielę. Spodziewałem się go i nawet spodziewałem się jego treści. Niestety. Nadzieja pozostawała do końca, że może będzie miał on inny wydźwięk, ale po raz kolejny nadzieja, którą tym razem karmiłem się od początku ferii okazała się płonna. Szkoda. Z drugiej strony na to, co znalazłem w e-liście nie da się odpowiedzieć. Wszystko, co jest tam napisane, a co ma świadczyć na niekorzyść, jest prawdą. To jest przerażające. Tylko naprawdę naiwny człowiek mógłby wierzyć, że te przeszkody dałoby się pokonać. Ja wierzyłem.
Przypomniałem sobie też, jak we wtorek, zanim jeszcze obejrzałem Van Helsing’a, wziąłem się za pakowanie do pudełka tego, co stanowiło materialne świadectwo tych dwóch i pół roku. Tylko takie świadectwo da się fizycznie odizolować. W trakcie zbierania różnego rodzaju ‘pamiątek’ natrafiłem i.a. na pocztówkę z 2002-ego roku, pierwszą w ogóle, łezka się w oku zakręciła jak to już dawno było. Natrafiłem też na zaklejony i zaadresowany list w żółtej kopercie. List, którego nie wysłałem z Finlandii. Nie otworzyłem. Nie otworzę. Już nigdy nikt go nie otworzy. Wiem bowiem, że nie odeślę tych wszystkich ‘pamiątek’. Podzielą one los tych, które pozostały po „wiadomo kim”. Za rok, uroczyście spłoną. Choć nie spłoną wspomnienia, to spłonie znaczna część tego, co mogłoby je wywoływać.

     Doszedłem do Dworca. Miałem jeszcze trochę czasu. Zapaliłem papierosa i czekałem. Cały dzień, cała środa (próba, powrót) spowodowała, że w moją głowę zaczęła wbijać się pierwsza piosenka, którą udało nam się napisać. Jeszcze w starym składzie. Na ten moment jest wyjątkowo odpowiednia.

Why Duck, Kontr-rola – Jakby to mogło być

Być może jutro więcej już nie spotkam cię…
Być może jutro będzie całkiem nowy dzień!
I ty też być może jutro już nie znajdziesz mnie,
Szukać nawykła pośród słabych gdzieś na dnie!
A może powiesz, że to stary schemat lecz,
Wiedz że tym razem nie zawrócę drogi wstecz!
By raz na zawsze zabić pamięć siedem dni będę pić,
Wraz z nią pytanie: „Jakby to mogło być?”

Jakby to mogło być?

W końcu zatańczę, gdy utopię pusty żal,
Rzekł już ktoś dawno, że to życie to bal,
A potem gdy nawet znowu gdzieś poczuję twój wzrok.
Nie myśl, że spojrzę – ja po prostu umknę w mrok!
Nie będzie furtek uchylonych, ani bram,
Po gruzach ostatniego mostu przejdę sam!
A jeśli ślepych mych wyborów ścieżka zechce ze mnie drwić,
Nie będę myślał: „Jakby to mogło być?”

Jakby to mogło być?

W morzu skrzyżowań, w morzu rozmaitych dróg,
Nie odgadniemy gdzie skierować marsz swych nóg!
Zapamiętajmy więc to dobrze i pozwólmy sobie żyć:
Nie pieprzmy nigdy głupot: „Jakby to mogło być!!!”

Jakby to mogło być?

/ annotatio auctoris: miałem to napisać zaraz po powrocie. wtedy cała sytuacja była bardziej żywa. dziś jest kolejnym wspomnieniem. wspomnieniem o wspomnieniach.
/ secunda annotatio auctoris: krótka interpretacja tekstu piosenki, całkowicie subiektywna i aktualna w komentarzach.
/ tertia annotatio auctoris: bohater pozytywny zawsze zwycięża!

wpis nr: 541

„jest czwarta w nocy, piszę przez chwilę (…)”

właściwie, skoro nie mam powodu by wstawać, czy jest sens kłaść się?

wpis nr: 540