Kalendarz

Styczeń 2005
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2005

31 stycznia 2005r.

dzień bez papierosa

wpis nr: 526

impreza w A.ntoniewie

     Sobota rozpoczęła się wyjątkowo. Po raz pierwszy od dłuższego już czasu nie zabalowałem w piątek, przez co poranek (a właściwie południe) był łagodny. Na dodatek reszta dnia miała prezentować się równie przyjemnie.
Po pierwsze, miałem odebrać od Bonków głośniki dla brata. Pamiętam, że umawiałem się na godzinę jedenastą, ale ponieważ ona już dawno minęła przesunąłem odbiór na później. Po drugie, Ojciec przyniósł bratu komputer i wypadało się nim [komputerem, nie bratem ani Ojcem] zająć. Po trzecie, czekała mnie rozmowa na temat mandatu. Dzień wcześniej napisał do mnie Urząd Skarbowy strasząc, że: „Niezastosowanie się do wezwania spowoduje podjęcie czynności komorniczych w mieszkaniu lub innym lokalu przy asyście Policji oraz związany z tym wzrost kosztów egzekucyjnych”. Po czwarte wreszcie, wieczorem szykowała się zabawa w Antoniewie, która zapowiadała się całkiem sympatycznie. Zresztą, na zabawy, które nie zapowiadają się sympatycznie nie chodzę. To nie miałoby sensu.
Wizytę u Bonków przesunąłem na wczesny wieczór, mniej więcej na porę biforu. Komputer zrobił właściwie brat. Moja rola ograniczyła się do niezobowiązujących podpowiedzi. Rozmowa na temat mandatu miała zaskakujący przebieg. Dowiedziałem się, że następnym razem mam nie przyjmować mandatu, tylko dzwonić do Ojca, którego znajomym jest szef łódzkiej Straży Miejskiej i tą drogą załatwiać sprawę. Cholerne protektorstwo, łapówkarstwo i co tam jeszcze. Ale z drugiej strony, cynizm, pragmatyzm i w ogóle podpowiadają, że jeśli jest okazja, to dlaczego nie korzystać by z niej? Skończyło się na tym, że jutro mam pójść do Urzędu Skarbowego zapłacić.
     Nastał wieczór. Nałożyłem ‘łokmena’. Puściłem Wilki, Acousticus Rockus, które chodziły za mną od kilku dni. Zakupiłem paczkę fajek, osiem browarków i poszedłem do Bonków. Spędziłem u nich lekko ponad godzinkę. Strzeliliśmy piweczko i trochę wyśmienitej „zupki kakaowej” (jak określamy air koniak). Radosny nastrój oczekiwania na imprezę w Antoniewie zmąciła paskudna wiadomość. Właśnie Magdzie zmarła dobra koleżanka. Dziewczyna miała 25 lat, była w piątym miesiącu ciąży. Zostawiła męża i czteroletnią córeczkę. W takich chwilach zaczynam się zastanawiać, jak powinienem się zachować. Konwencja przypomina, że wypadałoby współczuć. Jak jednak okazać współczucie nie posiadając go? Z drugiej strony tetrafarmakon epikurejczyków, pytanie egzaminacyjne z pierwszej w życiu sesji. Jak jestem ja, żyję, śmierć mnie nie dotyczy. Kiedy umrę, nie ma mnie, śmierć nie ma kogo dotyczyć. Do tego dość pokrętna wiara w to, że tam, po drugiej stronie, jest lepiej i współczucia nie można z siebie wydobyć. „Śmierć nie przeraża mnie”. Mimo to wydobyłem z siebie kilka stosownych zdań, zabrałem głośniki (które stanowiły właściwy cel wizyty) i zmyłem się dyskretnie. Wsiadłem w jeden autobus. Potem w drugi. Tam spotkałem Skarba D i Reggae Reggae. Dojechaliśmy na koniec świata. Wysiedliśmy. Minęliśmy tabliczkę znamionującą kres Łodzi. Minęliśmy napis Antoniew i jeszcze po kilku chwilach marszu byliśmy na Ptasiej 9, w miejscu, w którym nie było mnie prawie pół roku.
    Drzwi, jak zawsze, były otwarte. To mnie dziwi. Niby nie powinno, bo i do mnie do domu można bez problemu wejść, ale zawsze pozostaje jakieś zaskoczenie taką, w tym wypadku już niesymboliczną, otwartością. Kilka osób już było na miejscu.
Sam dom się trochę pozmieniał od mojej ostatniej w nim wizyty. Wykańczanie przebyło kolejnych kilka etapów. Choćby schody. Pamiętam, że w lato na górę wchodziło się jeszcze po drabinie. Zrobiliśmy obchód. Odczekaliśmy, dla przyzwoitości, kilka minut i otworzyliśmy pierwsze piwko. Razem z nim zaczęły pojawiać się pomysły. Skarb D przyniosła ze sobą ‘dupoloty’. Małe, plastykowe ustrojstwa do jazdy po śniegu. Naturalne było, że będziemy chcieli je wykorzystać. Ponieważ na końcu świata, w Antoniewie, żadnych gór, wzniesień czy nawet pagórków nie ma wydawało się całkiem logiczne, że za stok może posłużyć spadzisty dach. Podobnie, jak służył Maklakiewiczowi i Himilsbachowi w filmie (o ile mnie pamięć co do tytułu nie myli): Jak to się robi.
Minęła godzinka i przyszła pora na kolejne piwko. Pojawił się Skarb A, Kubiak i Przemuś. Po nich dojechała Justynka ze Sylwią i z Wijatą. Regularne imprezowanie rozpoczęło się od nastroszenia włosów tym, u których to w ogóle było możliwe. Z początku lajtowo. Pogawędki przy okrągłym stoliku spirytualistycznym, który coraz to bardziej zapełniał się wszelkiego rodzaju opakowaniami po alkoholu. Wędrówki po kolorowych pokojach. W niebieskim palarnia, gdzie bardziej czuć waniliowe kadzidełka niż papierosowy dym. W żółtym karaoke podśpiewywane głosami Stadka. W zielonym na razie cisza.
Basia (prowokacyjnej koszulce z napisem: „Finlandia”) odpadła najszybciej. Trudno się dziwić. Dziewczyna młoda jeszcze. Śmialiśmy się, że ustanowiliśmy rekord. Nie pamiętaliśmy, byśmy bawili się w towarzystwie osób niemal o 10 lat od nas młodszych. Choć pewności nie mamy. Nie pamiętam czy np. Mała Ada nie jest w podobnym wieku. A ze znajomymi Małej Ady już mamy jedną imprezę na koncie. W każdym razie odpadnięcie Basi polegało na tym, że co chwila przebierała się. A przed snem szczerze pożegnała się z każdym. Zresztą, nie tylko ona się przebierała. Ja i Skarb A też. Znów, podobnie, jak na Skarba (D) Narodzinach, wcisnąłem się w jej spodnie. Takoż i bluzkę. Chyba są zdjęcia.
Późną, jak się zdawało, nocą dotarł Kryś z dwojgiem Ukraińców. Szybko wpasowali się w zabawę. Szczególnie, że my, jako całość, już byliśmy otwarci na nowe znajomości. Może nie zintegrowaliśmy się zupełnie, ale przynajmniej nie odtrąciliśmy tak, jak to czasem miewa miejsce. Zaskakująco dobrze mówili po polsku. A na zadane, nie bez trudu, przez Skarba D pytanie: „zzzie się naussszyliśe polskiego?” odpowiedzieli: „z TV”.
Gdy już większość była porządnie rozochocona, nadeszła pora na tańce. Trzeba oddać, że ‘densflor’ w domu na końcu świata jest pokaźnych rozmiarów (zresztą, cały dom jest pokaźnych rozmiarów, jak dla kogoś, kto całe życie spędził w M4). To był moment, coś mi się kojarzy, w którym wreszcie przełamałem kryzys niepicia. Nie wiadomo, czy już na stałe, ale przynajmniej na ten wieczór a na pewno jakoś do późnej nocy / wczesnego poranku. Na dużym ‘densflorze’ zmieściło się dużo par. Czasem dość egzotycznych. Zabawa była przednia. W międzyczasie gdzieś na moment zniknęły Justynka ze Sylwią i z jeszcze jakąś obcą osobą, która wzięła się niewiadomo skąd. Wróciły i cały skład był w komplecie.
Kolejną atrakcją był nieśmiertelny Poppers. Środek oryginalnie przeznaczony dla homoseksualistów rozluźniający wiadome mięśnie, ale charakteryzujący się tym, że jeśli zastosować go w nieco inny, niż zwykły, sposób, powoduje uczucie chwilowej euforii i nagły, nieopanowany przypływ radości objawiający się histerycznym śmiechem. Na Poppersa rzuciło się kilka osób. Przede wszystkim Skarby, ale też Wijata, Kubiak chyba Kryś. Reggae Reggae tylko zachował wstrzemięźliwość. Uchachaliśmy się niemiłosiernie i aż nieprzyzwoicie ale było wspaniale. Poppers jest cudownym wynalazkiem. Chwała na wieki temu, kto go odkrył i jeszcze jego następnym pokoleniom.
Odpoczęliśmy chwilę przy okrągłym stoliku spirytualistycznym już całkowicie zastawionym puszkami, butelkami i pustymi naczyniami. Np. miseczką, która wyśmienicie nadawała się na naczynko do ‘popity’ czy kieliszkami po winie, które – ze względu na brak nominalnych – spełniały rolę kieliszków do wódki. Rozpiliśmy resztę alkoholu. Część osób pojechała do domu. Część, w tym ja, poszła oglądać Memento. Film, który zaczyna się końcem. Obejrzałem może dwie pierwsze sceny i zasnąłem spokojnie. Po jakimś czasie zostałem ulokowany w żółtym pokoju, gdzie w półśnie spędziłem resztę nocy i poranek.

     Rano, czując się jak u siebie w domu, chciałem pójść do kuchni. W drodze przechwycił mnie Misza (jeden z Ukraińców) i zastopował mówiąc, żebym się trochę ubrał. Nie zając powodu, zastosowałem się do jego rady. Okazało się, że Ojciec wrócił do domu wcześniej, niż się spodziewaliśmy i trochę dziwnie mógłby się poczuć, gdyby zobaczył mnie rozebranego do połowy. Wszedłem do kuchni, przywitałem się grzecznie i obszedłem dom w poszukiwaniu tych, co jeszcze zostali. Znalazłem Skarba D i Reggae Reggae, Skarba A, Siostrę Kubiak i wspomnianego już Miszę. Justynka, Sylwia i Wijata zmyli się wcześniej. Dom został przynajmniej pobieżnie oprzątnięty. Sterty puszek i innego rodzaju pozostałości zutylizowane. Na koniec jeszcze przesłuchaliśmy płyty z imprez z czasów wakacyjnych w poszukiwaniu piosenki, którą spodziewałem się na niej znaleźć, ale nie udało się. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ta piosenka jest moim wymysłem i musiała mi się przyśnić, a przynajmniej przyśnić musiało mi się to, że kojarzę ją właśnie z tej imprezowej płyty. Choć z drugiej strony jestem pewien, że oprócz Eskobar – Someone New, Gotan Project – Santa Maria i Sarah Vaughan – Whatever Lola Wants była jeszcze jakaś piosenka, która zapadła mi w pamięć w tamtych czasach. Ostatnio usłyszałem ją na Eurosporcie, jak były powtórki z któregoś z meczy Australian Open, ale nie za bardzo zdążyłem zanotować tekst, by po nim odszukać utworu. Jedyne, co udało mi się zapamiętać to to, że śpiewają mniej więcej tak: „You, and I want you to go” (ale równie dobrze, zamiast pierwszego „You” może być „home”, zamiast „and” może być „where” a zamiast „go” może być „know” albo nawet „be”).
Nadszedł czas, by przystąpić do ewakuacji. Siostra Kubiak zabrała Skarba A i Miszę, a ja ze Skarbem D i Reggae Reggae udaliśmy się do ‘gminbusa’. Postanowiliśmy pojechać na Retkinię, wykorzystać przyniesione przez Skarba D ‘dupoloty’.
Na Retkinii miejsc do zjeżdżania jest pod dostatkiem. Na pierwszy ogień poszła wielka góra przy Ogrodzie Botanicznym. Byłem przekonany, że jej północny stok jest nieporośnięty chaszczami. Niestety, było inaczej. Pozostał nam zjazd główną ścieżką. Na złamanie karku. Reggae Reggae pojechał pierwszy. Bez ‘dupolotu’, na nogach. W połowie drogi wyrżnął na plecy i do końca zsunął się głową w dół. Za nim ruszył Skarb D. Z zawrotną prędkością pomknęła i gdyby nie krzaki gdzieś, na skraju ścieżki już u podnóża góry, jechałaby pewnie w nieskończoność. A tak, samo się zahamowało. Ja rozpocząłem zjazd podobnie jak Reggae Reggae. Ale już po chwili zjeżdżałem w pozycji rozpędzającego się Małysza, by na koniec zasuwać już na tylnej części ciała. Rozbawieni postanowiliśmy przenieść się na inną górkę. Tę, obok mojej szkoły podstawowej. Dotarliśmy tam. Zobaczyliśmy, że jest opanowana przez młodą mafię saneczkarską. Stwierdziliśmy, że nie będzie nam ona straszna. Dla odwagi sieknęliśmy po piwkach, które nam pozostały z imprezy i zaatakowaliśmy.
Pierwszy zjazd, drugi zjazd. Zjazd parami. Zjazd tyłem. Zjazd w drzewo. Zjazd pod trzepak. Zjazd pod samochód. Zabawa rewelacyjna. Sprawiła nam dużo radości. Ostatni raz, pamiętam, jeździłem zimą 1998-ego roku, kiedy to pojechałem na Nowy Rok w góry. Wtedy wypożyczyliśmy sobie sanki i poszliśmy na jakiś stok. Zjeżdżało się całkiem przyjemnie. Podobnie tym razem. Uśnieżyliśmy się na biało. Ręce nam pomarzły, ale warto było. Próbowaliśmy zwerbować Bonki, ale się nie dały. Całymi dniami siedzą w tym swoim ulu i nie chcą się nigdzie ruszyć. Mniejsza o to.
Ubawieni wróciliśmy do domów.

wpis nr: 525

Wilki – Nie zabiję nocy

Więc zostaje tylko to
Parę miejsc i kilka zdjęć
Wiara w ciszę, że nie kłamie nikt

Nie zabiję nocy…

Białe ptaki znów obsiadły mnie
Kruche żagle kryształowe
Złote statki pełne złotych mew

Znów nie zabiję nocy…

Dzisiaj chyba padał deszcz
Aniołowie śmiali się
Wyfroterowany hol po którym jadę w nicość

wpis nr: 524

dawno zapomniany zespół muzyczny

wpis nr: 523

kolejna noc bezsenna

tym razem przy Football Manager 2005

/apdejt 1: do tego jakiś film w TV i mecz tenisa na Australian Open… a noc się jeszcze nie skończyła (5:49)

/apdejt 2: „Zakochany bez pamięci”, o wymazywaniu wspomnień, cholera (7:42)

wpis nr: 522

ut sum

ut arbor in arvo, quae ab sole defendit;
ut petra in deserto, quae ab vento protegit;
ut caverna in montibus, quae ab nimbo tegit;

wpis nr: 521

precz

„Precz odrzucił pożądania światowe i trwa z myślą wolną od pragnień; z pożądania oczyszcza swe serce”.

„Precz odrzucił nienawiść; trwa z duszą wolną od nienawiści; pełen miłości i współczucia dla wszystkich żyjących, z nienawiści oczyszcza swe serce”.

„Precz odrzucił zniechęcenie i słabość; wolny jest od zniechęcenia; kocha światło; ma rozeznanie; ma jasną świadomość; ze zniechęceni, ze słabości oczyszcza swe serce”.

„Precz odrzucił pychę wyniosłą, niechętną; jest wolny od pychy; z duszą w samej głębi uspokojoną oczyszcza swe serce z pychy wyniosłej”.

„Niepewności się wymknął, chwiejność odrzucił daleko, nie wątpi o dobru; z chwiejności oczyszcza swe serce”.

wpis nr: 520

einen wilden Nacht an einer Dirne Busen

     Sobotę, ze względu na niespodziewaną zmianę planów, musiałem sobie przeorganizować. Natychmiat pojawiły się dwie myśli. Mogłem spędzić dzień w domu wpatrując się w telewizor ewentualnie w sufit. Mogłem też poszukać jakiejś rozrywki poza domem. Jasne, że wybrałem drugą możliwość.
Najpierw – już około 14-tej – próbowałem zwerbować Wijatę. Nie dał się. Nalegał, by wytrzymać do wieczora. Próbowałem też namówić Bonka. Również prosił o wstrzymanie. Cztery browarki, które leżały zachęcająco musiały poczekać. Przynajmniej do 17-tej, kiedy to dostanę informację z Julianowa co i jak. Na szczęście, w ciągu tych trzech godzin pojawia się monit od Siostry Kubiak. 19-ta, Kresowa, urodziny Justynki (i kogoś jeszcze) ze Stadka. Ponieważ dziewczyny, jak stwierdził dzień później Wijata, mają na nas dobry wpływ, nie zastanawiam się zbytnio. Wiem, że właśnie w tym towarzystwie spędzę wieczór. Zanim to jednak nastąpiło, posiedziałem trochę w domu zagrywając się w kontynuację drugiej, po Quake’u, gry wszechczasów – Locomotion.
Po 17-tej pojechałem do Bonka. Trochę porozmawialiśmy. Nabierałem sił przed wieczorem, który zapowiadał się dość intensywnie i rozrywkowo. Znając Stadko, można było spodziewać się, że na pewno wybawimy się porządnie ale nie przyzwoicie (czego trochę, mając na uwadze kryzys niepicia, się obawiałem). Kilka minut po godzinie 20-tej udałem się do centrum na miasto.
     Wszedłem do Kresowej. Nie zastałem Stadka, za to spotkałem całą bandę filozofów. Pozdrowiłem starożytnym gestem: „ave” i poszedłem do bramy przy Kresowej, która jest nieoficjalnym miejscem spotkań. Bardzo często właśnie tam można spotkać te osoby, które spodziewało się zastać w samej restauracji. Ale i tam nie było nikogo. Szybko zadzwoniłem do RR i dostałem odpowiedź: „Brama przy Mieszczańskiej”. Zatem, nie myliłem się wiele szukając ich w bramie. Stare przyzwyczajenia pozostają. Zmieniają się tylko lokalizacje. Swoją drogą, zastanawialiśmy się później jaka musiałaby być temperatura lub jakie musiałyby być inne, niesprzyjające warunki, byśmy nie spędzali czasu po bramach, parkach i innych, podobnych – jak mawia Sylwia – „miejscówkach”. Wiem z doświadczenia, że ani mróz, ani śnieg czy deszcz, nie wspominając o ładnej pogodzie, nie przeszkadzają nam. I nawet, kiedy nalewka przymarza do prawie odmrożonej dłoni, nadal stoimy wytrwale śmiejąc się i radując wyjątkowością takiej chwili.
Dotarłem do bramy przy Mieszczańskiej. Bez trudu – choć brama pokaźnych rozmiarów – znalazłem Stadko, RR i Wijatę. Szybko strzeliliśmy Komandosy bianko i rosso. Poprawiliśmy piwkami i przenieśliśmy się do wewnątrz, do Mieszczańskiej. Tam siedziała reszta. Głównym tematem były – jak już na początku wspomniałem – urodziny Justynki, która – skończywszy 20 lat – wyleciała z elitarnego grona „nastek”. Śmialiśmy się, że teraz już bliżej jej do nas niż do Stadka.
Od czasu do czasu spoglądaliśmy z Przemkiem na siebie znacząco tak, by po kilku chwilach stało się jasne, że czeka nas przynajmniej jeszcze jeden Komandos bianko. Niedługo później już staliśmy w Żabeńce zamawiając ostatniego bianko, jaki został. Opiliśmy go radośnie w bramie. Na nim nie zaprzestaliśmy. Dotarła do nas kolejna grupa, w niej A., z którą również należało sieknąć po małym. Jak mówią: „Dobry Polak nie odmawia”. Nie wzbranialiśmy się. Robiło się coraz bardziej przyjemnie.
Ponownie wróciliśmy na moment do Mieszczańskiej. Dochodziła godzina 23-cia i zaczęli nas stamtąd wywalać. Jednak nie w głowach nam było przerywać w takim momencie wieczór. Jasne było, że będziemy go kontynuować. Pojawiły się trzy konkurencyjne warianty. Część chciała iść do Kresowej (stare przyzwyczajenia). Część do Biblioteki. Większość do La Strady, na dicho. Stanęło na tym, że pójdziemy do Kresowej na piwo, a później się zobaczy.
Po drodze wstąpiliśmy do zaprzyjaźnionego sklepu. Później do dobrze znanej i rozpoznanej już bramy. Poszła naleweczka. Jakieś piwka. Okazało się też, że Kresowa wciąż jest zapełniona (inter alias: bandą filozofów). Potoczyliśmy się do Biblioteki. Też była pełna. Została nam La Strada, ale wcześniej inny, zaprzyjaźniony sklep monopolowy i to w podwójnym znaczeniu. Nie dość, że jest to jedyny w okolicy otwarty o tej porze sklep z alkoholem, to na dodatek dyktuje niebotyczne ceny i tak najtańsza naleweczka kosztuje aż 6 PLN, co nie jest dobrą ceną, gdyż o wiele smaczniejszą można znaleźć w innych częściach miasta za 4 PLN. Ale nie było wyjścia. Zaopatrzyliśmy się sowicie i rozbawieni podążyliśmy na dicho.
Przed wejściem, ma się rozumieć, strzeliliśmy jeszcze co nie co, by wspomóc koordynację ruchów w środku. Pomogło. Wbiliśmy się i natychmiast rozpoczęliśmy pląsy. Z początku muzyka była przyjemna. Niestety, wraz z upływem czasu stawała się coraz mniej taneczna. Na dodatek, przechodziło nam rozochocenie alkoholowe. Próbowaliśmy je podtrzymać wychodząc co jakiś czas na zewnątrz, ale nie pomagało. Ostatecznie opuściliśmy lokal i pobrnęliśmy z powrotem do centrum. Zahaczyliśmy o podwójnie monopolowy sklep. Ponownie kupiliśmy małe co nie co. Usadowiliśmy się na strategicznym rogu Kościuszki i Struga. Powoli, choć nie bezczynnie, oczekiwaliśmy na nocne autobusy, które mogłyby nas rozwieźć po domach. Raz po raz ktoś odchodził. Na koniec została A., Siostra Kubiak, Przemuś i ja. Zebraliśmy się w sobie. Wypiliśmy ostatnie – jak nam się wydawało – piwo i postanowiliśmy odprowadzić dziewczyny pod dom a później wrócić sobie jeszcze do centrum w wiadomym celu. Wsiedliśmy wszyscy w 151 (chyba) i ruszyliśmy. Niemal od razu zasnęliśmy i z odprowadzania byłyby nici a kto wie, może nawet obudzilibyśmy się w Aleksandrowie (niech na wieki będą przeklęci ci, którzy zrobili na złość wszystkim podróżnikom fundując im niezapowiedziane wycieczki do Aleksandrowa albo Andrespola), gdyby nie to, że dziewczęta przywołały nas w odpowiedniej chwili. Wysiedliśmy i przez pola dotarliśmy na Świąteczną.
Znalazło się kolejne, ostatnie piwo. Ostatnia fajka. Jakaś krótka rozmowa i wiadomo było, że z pomysłu powrotu do centrum nic nie wyjdzie. Przemuś już „odjechał”. Przenieśliśmy go na górę. Położyliśmy na materacyku i życzyliśmy kolorowych snów. Na nas też przyszła pora. Poszedłem z A. do mojego pokoju. Nastawiliśmy budzik w kształcie telefonu na 7:30. Jak zadzwonił jeszcze nie spaliśmy. Spełniło się proroctwo wieszcza: „einen wilden Nacht an einer Dirne Busen”[1].
     Obudziłem się przed 14-tą. A. już nie było. Pokazałem się Siostrze Kubiak. Wytłumaczyła, że Przemuś zerwał się szybko. Podobnie A., wyszła już jakiś czas temu. Pochwaliła się też wysłanym A. SMSem: „co ty mu zrobiłaś w nocy, jest 13-ta, a on ciągle śpi”.
Wypaliliśmy poranną fajkę. Wypiliśmy poranną kolę. Poszedłem na ‘gminbus’ (zwany też, ze względu na temperaturę w nim panującą: ‘lodówką’). Skontaktowałem się z Wijatą. Powiedział, że ma nieodpartą i wręcz natarczywą chęć strzelenia sobie choćby piwka. Dodał, że po raz pierwszy w życiu chciało mu się pić, kiedy jeszcze spał. Już we śnie, jak mówił, widział siebie przy piweńku. Poinformowałem, że przybędę mu potowarzyszyć za niecałą godzinę. Próbowałem zwerbować RR, ale nie odbierał, jakby przeczuwając czym to się może skończyć.
Nie bez problemów (‘gminbus’ się rozpadł; widać nie tylko tramwaje 12 są najbardziej awaryjnymi pojazdami w mieście… autobusy nr 6 też) dotarłem na Widzew. Zrobiliśmy zakupy. Pod Biedronką, potem w przyhipermarketowym pomieszczeniu na wózki, potem pod rozpadającym się domkiem strzeliliśmy naleweczkę. Później piwko w „Piekielnym” lokalu, gdzie jest bardzo ciemno, bardzo mało miejsca, bardzo sympatycznie i bardzo tanio. Dzień rozwijał się wyśmienicie. Utwierdziliśmy się z Wijatą w przekonaniu, że rzeczywiście, Stadko – ogólnie rzecz biorąc – ma na nas pozytywny wpływ. Że, w porównaniu z innymi osobami, wypada rewelacyjnie. Cała energia, której Stadko – jak się zdaje – ma zbyt wiele, pożytkowana jest we właściwy sposób, a na dodatek udziela się i nam. Dostałem też informację, dość niespodziewaną, z Metropolii. Na szczęście był to moment, w którym nic już nie mogło zaburzyć osiągniętego spokoju.
Powoli dzień przemienił się w wieczór. Lokal stawał się jeszcze bardziej przyjazny. Niestety, skończyło się w nim piwo. Trzeba było przenieść się w inne miejsce. Wybraliśmy Tesko. Kupiliśmy ostatnią naleweczkę. Usiedliśmy w teskowym barze i przyzwoicie ją opiliśmy. Tesko nam zamknęli. Postanowiliśmy już nie kontynuować spotkania. W radosnych nastrojach rozjechaliśmy się w swoje strony.
Jak zwykle, w turbotramwaju zdrzemnąłem się na chwilę. Obudził mnie na krańcówce miły pan motorniczy. Podjechałem dwa przystanki i poszedłem do domu. Zjadłem szybką kolację i całkowicie odstresowany poszedłem spać. I choć nie przełamałem kryzysu niepicia, a łikend spędziłem nie tak, jak sobie to wcześniej zaplanowałem, nie mogę powiedzieć, by był on nieudany.

—–
[1] J. W. Goethe, Faust, Prolog na Scenie.

wpis nr: 519

Etyka, Fizyka – Katowice

     Piątek rozpoczął się wyjątkowo przyjemnie. Złożyło się na to kilka czynników. Przede wszystkim już tylko dzień i trochę miał mnie dzielić od wizyty I., a to zawsze [wizyta, nie dzień oczekiwania] wprowadza w dobry nastrój. Do tego dochodziła świadomość, że piątek ma być ostatnim dniem szkoły. Wystarczy pójść na zajęcia, odsiedzieć, co potrzeba, wziąć wpisy i będą cztery tygodnie ferii. Humor poprawiała mi także myśl o tym, że jeszcze kilka godzin i będę jechał z Kubiak do Katowic, a przy okazji – co jeszcze nie było pewne – być może zahaczymy o Metropolię. Taka niespodziewana wizyta i być może podróż mają swój urok. Ostatnim czynnikiem sprawiającym, że piątek zaczynał się wyśmienicie było wspomnienie dnia poprzedniego, kiedy to świętowałem Wijaty imieniny. Trzeba dodać, że świętowałem przyzwoicie. Odkąd przechodzę kryzys niepicia nie uwalam się jak świnia i mam okazję obserwować, jak kolejni towarzysze spotkań, jeden po drugim, ‚odpadają’. Jest to dla mnie o tyle nowość, że najczęściej to ja byłem pierwszy, który – jak mawiał RR – ‚z imprezy wyjebywał się sam’. To wszystko złożyło się na uśmiech na twarzy i niespotykaną aż w takiej skali ‚chęć życia’. Z radością, trochę zmęczony ale bardzo podekscytowany pojechałem do szkoły.
     Zaczęło się od Etyki. Ostatnie zajęcia w semestrze. Tym razem o św. Tomaszu i jego pojęciu prawa. Mimo, iż – jak zwykle – nie przeczytałem tekstu bardzo dobrze prowadziło mi się dyskusję i z Krzysiem, prowadzącym zajęcia i z resztą grupy. Udawały mi się żarty i celne riposty. Zdarzały się też niegłupie uwagi. Każda minuta potwierdzała wyjątkowość tego dnia. Miałem wewnętrzne poczucie, że źle być nie może.
Etyka skończyła się zapowiedzią kolokwium, które będzie miało się odbyć w poniedziałek. Obiecałem sobie, że niedzielę poświęcę na przygotowanie się na tyle, by je zaliczyć. Oczywiście to przygotowanie się połączę z pisaniem pracy o „dobru na bezludnej wyspie”, którą to pracę mam przedłożyć panu profesorowi od Filozofii Religii. Pomysł na tę pracę wziął się z jednej z rozlicznych rozmów z I.. To cieszyło jeszcze bardziej.
     Przerwę między Etyką a Fizyką spędziłem – jak przystało na pilnego studenta – w bibliotece. Dorwałem kilka tekstów H. Elzenberga, w oparciu o które będę pisał tę pracę. Trafiłem w nich na cytaty z M. de Montaigne’a. Filozofa, którego zawsze chciałem przeczytać ale nigdy nie znajdywałem sposobności. Jeden z nich spodobał mi się wyjątkowo:

Co do mnie, to kocham życie i pielęgnuję je takim, jakim Bogu podobało się go nam użyczyć. Nie postanie mi w głowie pragnąć, by było wolne od konieczności jedzenia i picia (…) ani też by ciało było bez pożądliwości i łaskotek (…). Z wdzięcznością i ze szczerego serca przyjmuję to, co dla mnie uczyniła natura; tym się cieszę i to sobie chwalę. Krzywdę czyni się owemu wielkiemu i potężnemu Dawcy jeśli się odrzuca jego dary, przekreśla je i zniekształca…

Natychmiast wysłałem go do Metropolii. Nie dostałem odzewu. Wytłumaczyłem sobie, że pewnie nie ma teraz możliwości, by taki odzew mógł być wysłany. Uspokoiłem sam siebie i kontynuowałem lekturę.
Czas minął szybko. Nadeszła pora na następne zajęcia. Miała to być Fizyka.
     Spotkałem Patryka. Zajęliśmy strategiczne miejsca. Rozpoczął się wykład. Tym razem pan doktor opowiadał o wahadle i teroii chaosu. Czarna magia. Szczególnie, że rysował na tablicy jakieś dzikie i zupełnie niezrozumiałe wzory. Wytrzymałem. Wytrzymywałem w końcu przez cały (prawie, bo zdarzały się nieobecności) semestr. Trochę tylko dziwnie się czułem po raz kolejny siedząc i tępo wpatrując się w tabilce i udając, że cokolwiek do mnie dociera. Do tego można próbować się przyzwyczaić. Podobnie przecież było na wykładach czy ćwiczeniach choćby z Logiki, na których pan doktro mówił równie niestworzone i nieprzekładające się na rzeczywistość rzeczy.
W pewnym momencie zacząłem już odliczać minuty dzielące mnie od końca zajęć. Wiedziałem, że już tylko wpis i podróż do domu dzielą mnie od wyprawy na południe.
Wykład się skończył. Karnie ustawiłem się w kolejce czekając na swoją porę. W międzyczasie przejrzałem indeks. Na wykłady z Fizyki zapisałem się (podobnie, jak i na inne wykłady monograficzne) ponieważ byłem przekonany, że nie mam wyrobionej wystarczającej liczby godzin (i.e.: 240-tu), by ukończyć studia. Na dodatek, z tych 240-tu godzin wykładów część należało mieć zaliczone na ocenę. Pamiętałem, że jeszcze na pierwszym roku, razem z ‚wiadomo kim’, chodziłem na Kościuszki na jakąś mistykę a później, już u siebie, chodziłem na Logikę. W przypadku tego pierwszego wykładu nie było mowy o ocenie, w przypadku drugiego, gdy pan doktor zaproponował mi wpisanie trójki do indeksu zamiast ‚zal.’ beztrosko zrezygnowałem z możliwości mając na uwadze fakt, że trójka w tamtym czasie niweczyłaby wygląd indeksu (wtedy znajdowały się w nim jeszcze same piątk i czwórki plus). Zaskoczyłem się jednak porządnie, kiedy spojrzałem na zajęcia, które miałem we Finlandii. Okazało się, że wśród nich były trzy wykłady monograficzne (każdy po 30 godzin), z których dwa były zaliczone na ocenę. To całkowicie mnie zbiło z tropu. Bowiem, jeśli policzy się te dwa pierwsze wykłady (30 + 30) otrzyma się 60 godzin z 240-tu. I dalej, jeśli do tego doda się trzy wykłady z Finlandii (30 + 30 + 30) liczone podwójnie, ponieważ zajęcia w języku obcym traktuje się na specjalnych zasadach wyraźnie widać, że 60 + 180 daje 240 i właściwie mógłym nie męczyć się na tej Fizyce czy marnować czas na Magii Antycznej. Co prawda pozostawała zawsze jeszcze jedna ocena do zdobycia, ale tę mogę uzyskać zapisując się ponownie na Erystykę i dogadując się z panem doktorem na temat oceny wystawionej np. na podstawie napisania jakiejś pracy. Tym bardziej, że na wykłady z Erystyki już chodziłem tylko nie mam wpisu, bo jakoś w chwili, gdy te wpisy miały być w 2003-cim roku rozdawane wypadły imieniny Skarbów.
Dostałem wpis. Pożegnałem się z Patrykiem i pognałem na Retkinię. Trochę byłem zmartwiony tym, że nie dostaję żadnego znaku-sygnału z Metropolii. Pomyślałem sobie, że widocznie taka niezapowiedziana przejażdżka nie ma szans na realizację i pocieszyłem się myślą, że właściwie zostały już tylko 24 godziny i wszystko będzie w jak najpiękniejszym porządku.
Dotarłem do domu. Szybko coś przekąsiłem. Przyjechał Kubiak.
     Wiadłem do samochodu. Pojechaliśmy po piccę. Zjedliśmy w drodze. Zostałem też wypytany przez Kubiak o powód wizyty w Bełchatowie (dzień wcześniej, po tym, jak wróciłem ze świętowania imienin Wijaty, wysłałem mu zaczepnego e-mail’a z informacją o tym, że być może zaistnieje taki wariant podróży). Wytłumaczyłem entuzjastycznie, zaznaczając, iż prawdopodobnie trzeba będzie zrezygnować z małego odstępstwa od trasy. Kubiak się ucieszył. Zawsze to dobrze słyszeć, że wszystko jest w porządku.
Jechaliśmy sobie spokojnie i rozmawialiśmy o różnych sprawach. Kiedy jednak zbliżaliśmy się do momentu, gdzie można było jeszcze na chwilę skręcić Kubiak podpuścił mnie na tyle, że zdecydowałem się spróbować jeszcze raz. Bez odzewu. Coraz bardziej zaniepokojony zamilkłem na jakiś czas. Widząc ten stan, Kubiak zaproponował wariant B. Wracając wstąpimy i przywieziemy do Łodzi. Wiedząc, że skoro do tej pory nie było żadnej reakcji, to i później nie będzie zrezygnowałem z przedstawiania tej możliwości dalej. Poza tym wciąż aktualny miał być dzień następny. Kontynuowaliśmy podróż.
Przed Częstochową napadła na nas burza śnieżna. Trzeba było maksymalnie zwolnić. Nie pamiętam, żebym wcześniej jechał lewym pasem z prędkością góra 40-tu kilometrów na godzinę. Ostrożność jednak opłaciła się ponieważ od czasu do czasu widzieliśmy tych, co jej nie zachowali i teraz stali obok samochodu leżącego w rowie i dzwonili po pomoc drogową.
Dotarliśmy do Katowic.
     Nie bez udziwnień załatwiliśmy biznes, który był do załatwienia. Kubiak miał kupić pewną rzecz od kolesia – dajmy na to A. Ten koleś powiedział, że na spotkanie przyśle swojego kumpla – B. Kiedy rozmawialiśmy przez telefon z kumplem B, oznajmił nam, że na samo miejsce transakcji przyjedzie znajomy C. Lekko skołowani zamieszaniem czekaliśmy na znajomego C, który miał pojawić się czarnym Oplem Astrą. Zamiast niego przyjechało dwóch dziwnych ludzi czarnym Daewoo Lanosem, którzy – zatrzymawszy się w bezpiecznej odległości – cyknęli nam zdjęcie. Potem podjechał do Lanosa biały Opel Astra, z którego wyszedł jakiś facet i wdał się w rozmowę z ludźmi z Daewoo. Chwilę później z tym samym facetem załatwialiśmy biznes. Sprawa przebiegła pomyślnie i znów wpakowaliśmy się w Beczkę, którą potoczyliśmy się w stronę Łodzi. Słuchaliśmy sobie listy przebojów programu trzeciego natrafiliśmy w niej na wyśmienitą piosenkę. Jak dla mnie – murowany przebój karnawału (ściągnij). Tekst brzmi tak:

Chciałbym z tobą zatańczyć, ale nie mam prawej nogi
Chciałbym cię mocno przytulić, ale nie mam prawej dłoni
Chciałbym popatrzeć na ciebie, na ciebie, ale nie mam także głowy
Bo na imię mam Młynek a nazwisko Kawowy
Bo na imię mam Młynek a nazwisko Kawowy

Czułem jak swoimi delikatnymi dłońmi dotykałaś moich żelaznych okuć
i cały świat zawirował wraz z ruchem mojej zwariowanej miłością korbki
lecz kiedy się zbuntowałem i cały zardzewiałem
ty zamiast mnie pocieszyć – wrzuciłaś mnie do śmieci
ty zamiast mnie pocieszyć – wrzuciłaś mnie do śmieci

Chciałbym z tobą zatańczyć, ale nie mam prawej nogi
Chciałbym cię mocno przytulić, ale nie mam prawej dłoni
Chciałbym popatrzeć na ciebie, na ciebie, ale nie mam także głowy
Bo na imię mam Młynek a nazwisko Kawowy
Bo na imię mam Młynek a nazwisko Kawowy

Po drodze wykoncypowaliśmy, że właściwie można by uczcić na Świątecznej tę transakcję. Zwerbowaliśmy Kupisza i Krysia.
Podjechaliśmy najpierw do Mieszczańskiej, skąd przechwyciliśmy Krysia z Kermitem. Odwieźliśmy Kermita do Łagiewnik. Pomknęliśmy po Kupisza i we czwórkę podjechaliśmy na Świąteczną.
Tam przyzwoite piwko. Rozmowa z Krysiem na temat jego wizyty u specjalisty. Rozmowa z Kupiszem na temat tolerancji dla odmienności. Wreszcie chłopaki idą sobie. Zostaję sam z Kubiakiem. Przez przypadek wchodzę na bloga i widzę, że chwilę temu została odwiedzona. Wysyłam SMSa z pytaniem o sobotę. Dostaję odpowiedź najgorszą z możliwych. Rozstrajam się. Skrupulatnie przygotowywany od środy plan legł w gruzach. Kubiak widząc moje samopoczucie proponuje uwalić się na smutno. Próbujemy. On ‚odjeżdża’, ja ze względu na kryzys niepicia pozostaję niemal nietknięty. W beznamiętnym stanie kładę się spać. Nic mi się nie śni.
     Wstajemy. Wypijamy poranną herbatkę. Wsiadam w ‚gminbusa’, potem w 76 i dojeżdżam do siebie. Zastaję tu tylko inanitatem – pustkę.

wpis nr: 518

Kontroll

kontroll Pomysł na film całkiem prosty. Banda kontrolerów jeździ po metrze. Napotyka przeróżnych dziwaków. Wynikiem są niestandardowe sytuacje. Do tego dochodzi jeszcze tajemnicza postać (dziwnie przypominająca niegatywnych bohaterów z Columbia High School) i – obowiązkowo – wątek miłosny.
Wszystkie postacie pierwszoplanowe nie znalazły się w podziemiach przypadkowo. Każdy – jak się zdaje – przed czymś ucieka. Nie jest powiedziane przed czym. Powód nie jest ważny. Liczy się wybór sposobu uwalniania się od problemów. Niektórzy może byliby skłonni wybrać konfrontację. Bohaterowie decydują się na życie w specyficznym ukryciu. Czy na zawsze? W tym miejscu – jak zwykle – zaczynają się przysłowiowe schody. Widać, jak ciężko jest historię ucieczki zakończyć inaczej niż ucieczką od niej samej. Przez pierwszą część filmu można mieć wrażenie, że izolacja od świata na powierzchni jest ostateczna. Niestety, w pewnym momencie staje się jasne, że i tym razem opowieść zakończy się powrotem, który poprzedzony będzie kulminacyjną sceną czegoś w rodzaju oczyszczenia na chaotyczniej, kolorowej, iluzorycznej zabawie.
Samo umieszczenie akcji pod ziemią było – wg mnie – trafne. Klaustrofobiczne korytarze, perony i wagony budapesztańskiego metra przyzwoicie oddają ciasny klimat coraz większego odrealnienia bohaterów. To, że nigdy nie jadą ruchomymi schodami w górę sugeruje dość bezpośrednio zagłębianie się dalej i dalej w otchłań obcości. Jednostajne, sztuczne światło daje poczucie bezczasowości. Jedynie coraz bardziej zakrwawiona twarz Bulcsú przypomina, że film nie ma charakteru tylko hipnotycznego snu.
Generalnie rzecz biorąc – dobrze się ogląda. Ze strony estetycznej nawet bardzo dobrze. Gorzej jeśli bierze się pod uwagę warstwę fabularną. Nie wspominając o przesymbolizowanym, przez to groteskowym, zakończeniu, które rozczarowuje (innym może dać nadzieję – kwestia osobista), ale które było oczywiste.

/annotatio auctoris – a tak w ogóle, to dopadła mnie moda na bezsenność. chodzę zmęczony, mam ochotę spać i spać ale nie mogę. do wyboru mam kręcenie się z boku na bok przy wtórze odgłosów z mojego radia albo bezmyślne wpatrywanie się w Discovery Science, które jako jedyne – poza TVPolonia (sporadycznie) i Kuroniem na TVN – nadaje nocami coś, co w ogóle da się oglądać.

wpis nr: 517