Kalendarz

Grudzień 2004
P W Ś C P S N
« lis   sty »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66247
  • Dzisiaj wizyt: 3

Dzienne Archiwa: 16 grudnia 2004

spokojnie, to tylko awaria

     Było piątkowe południe. Zbierałem się do wyjścia na uczelnię. Tak się akurat zdarzyło, że poprzedni wieczór został w miarę intensywnie spędzony w restauracjach „Golonka”, później „Kresowa”. Z tego powodu wycieczkę na drugi koniec miasta zaczynałem w południe, a nie – jak to zwykle ma w piątki miejsce – już od rana, o nieprzyzwoitej, dziewiątej godzinie.
Wiedziałem, że podróż ma na celu jedynie wywiązanie się z wcześniej danych przyrzeczeń. Gdyby nie one, prawdopodobnie do wieczora spokojnie siedziałbym sobie w domu. Miałem bowiem do załatwienia dwa biznesy. Po pierwsze, zobowiązałem się dostarczyć Patrykowi teksty z logiki, które swego czasu dla niego tłumaczyłem, po wtóre jechałem odebrać z Biblioteki Uniwersyteckiej Skowyt. Wyszedłem z domu i skierowałem się na przystanek tramwajowy, z którego najczęściej rozpoczynam wyprawę.
Po drodze zauważyłem, że na przystanku stoi zbyt wiele osób, jak na tę porę dnia i na tę częstotliwość kursowania tramwajów. Stanąwszy już na przystanku spojrzałem kontrolnie na zegarek. Była godzina, o której powinna pojawić się 12-tka. Nie przyjechała. Był to ostatni tramwaj, który dowoził mnie do szkoły na czas. Pomyślałem sobie, że pewnie znów coś się zepsuło, bowiem wiedziałem, że mimo, iż jest to najbardziej prestiżowa (jak podaje łódzkie MPK) linia tramwajowa w Łodzi, to jest zarazem najbardziej awaryjna (do czego łódzkie MPK już się nie przyznaje). Nie czekając długo wsiadłem w 14-tkę, która podwozi mnie do Polmosu, gdzie mogę przesiąść się na cokolwiek, co dowiezie mnie dalej do szkoły.
Jadąc już 14-tką zwracałem uwagę na to, czy z przeciwnej strony jedzie jakaś 12-tka. Jeśli jechałaby, oznaczałoby to, że tylko ta jedna, na którą chciałem zdążyć i w której pokładałem nadzieję dojechania na odpowiedni moment, spłatała mi figla, a reszta kursuje normalnie. Jeśli jednak nie jechałaby żadna, wtedy moje założenie, że znów coś się rozpadło, potwierdziłyby się. Do samego dworca Łódź Kaliska żadna 12-tka nie nadjechała (powinny były w tym czasie pojawić się dwie, a minimum jedna).
Kiedy dojeżdżałem do skrzyżowania al. Włókniarzy z al. Bandurskiego i Mickiewicza, zauważyłem pod estakadą niezłe zamieszanie. Zbliżywszy się bardziej, dostrzegłem zza szyb tramwaju, że po środku skrzyżowania leży karetka, obok niej rozbity samochód. Oba pojazdy znajdowały się na torach, którymi jeździ 12-tka. To tłumaczyło jej nieobecność na Retkinii. Tramwaj się zatrzymał. Nie było można przejechać. Samochody jadące w kierunku północ – południe jeszcze poruszały się jakoś. Jednak już te jadące wschód – zachód miały z tym problem. Z miasta na Retkinię nie można było wjechać. Trzeba było skręcać w prawo, by ominąć wypadek. To powodowało niemiłosierne korki. Od skrzyżowania do Łąkowej. Podobnie z Retkinii. Można było wyjechać tylko prosto bądź w prawo. W lewo już nie bardzo. Kierowcy o tym nie wiedzieli. Zanim 14-tka przebrnęła przez ten rozgardiasz minęło dobrych kilka minut. Jasne się wtedy stało, że nie zdążę złapać Patryka przed zajęciami. I choć nie spieszyło mi się już (tak, jakby kiedykolwiek i gdziekolwiek mi się spieszyło), miałem nadzieję, że to już koniec przeszkód w mojej podróży. Wystarczyło dojechać do kolejnego skrzyżowania al. Kościuszki z al. Mickiewicza, by przekonać się, iż się myliłem.
Panował tam jeszcze większy chaos niż przy dworcu. Nie było świateł, a ruchem kierowali policjanci. Zastawili wjazd w al. Mickiewicza w stronę Retkinii (tak, by przy dworcu nie tworzyły się jeszcze większe korki), a wszystkie samochody tam się kierujące prowadzili bądź w prawo na północ w Kościuszki, bądź w lewo – na południe. Jednak, by kierowcy, którzy chcieli skręcić w lewo mogli tego dokonać musieli przepuścić wszystkich tych, którzy jechali od strony Retkinii. Stawali zatem na środku skrzyżowania i czekali na swoją szansę. Gdy już ją dostawali, to pchali się wszyscy na raz tarasując sobie nawzajem przejazd tak, że za moment już nikt nie mógł ze skrzyżowania wyjechać ani na nie wjechać. W normalnym kraju, ludzie przeczekaliby taką sytuację. Nie tutaj, nie w tym mieście. Każdy chciał być pierwszy. W ruch szły klaksony, otwierane były szyby i tylko dziwne, że policjanci nie wystawiali mandatów za używanie w miejscach publicznych słów powszechnie uznanych za niecenzuralne. Nie wspominam o tramwajach. Stały i czekały, a ludzie w środkach narzekali na motorniczych. Mnie nie pozostało już nic innego, jak tylko spokojnie przypatrywać się temu wszystkiemu.
Najfajniejszą rzeczą, jaką zaobserwowałem było to, iż po kilku minutach policjanci wsiedli w radiowóz, który wcześniej tarasował wjazd w al. Mickiewicza w stronę Retkinii i odjechali pozostawiając kierowców samych sobie. Jeszcze trochę trwało, zanim wszystko wróciło do łódzkiej normy.
Do szkoły dojechałem porządnie spóźniony. Odebrałem Skowyt. Poczekałem na Patryka, a gdy wyszedł z zajęć powiedział mi, że nie miał w ogóle ochoty na nie się wybierać i czekał do ostatniej chwili, bo moje pojawienie spowodowałoby, że na pewno nie dotarlibyśmy na lekcje.

     Niecały tydzień później, o poranku sytuacja się powtórzyła. Wyszedłem z domu i kierowałem się w stronę przystanku tramwajowego. Czekał mnie kurs na Dąbrowę. Można tam dojechać autobusem 69 albo tramwajem 14. Jednak ponieważ mam nabytą awersję do podróży autobusami zawsze – jeśli tylko mogę – wybieram tramwaje. Nie inaczej miało być tym razem.
Doszedłszy na przystanek ponownie zauważyłem na nim nienaturalną liczbę osób. Nadjechała 12-tka. Nikt nie wsiadł. Krótki rzut oka na rozkład wystarczył, by zorientować się, że tym razem nawaliły 10-tka i 14-tka. 12-tka jadąca w stronę miasta w żaden sposób mi nie pasowała. Poszedłem na przeciwległy przystanek myśląc, że podjadę na krańcówkę a stamtąd dojdę kawałek do 69. Kiedy spokojnie czekałem sobie na tramwaj jadący na sam koniec Retkinii zauważyłem, że pojawiły się autobusy zastępcze. To tylko potwierdzało przypuszczenie, że 10-tkę i 14-tkę trafił jasny szlag. Spokojnie pojechałem sobie na koniec osiedla, przesiadłem się w 69 i dojechałem na Dąbrowę. Podróżowanie po mieście dostarcza coraz to nowych atrakcji.

     Całkiem niedawno, w ostatni wtorek wracałem sobie wczesnym popołudniem ze szkoły do domu. 12-tka przyjechała na czas. Na dodatek była dość pusta, co nieczęsto jej się zdarza. Mogłem jechać w umownym komforcie (o ile można mówić o komforcie w przypadku jazdy środkami komunikacji masowej). Minąłem newralgiczny park Staszica. Minąłem plac Dąbrowskiego, pub Mieszczańska. Minąłem nawet restauracje „Golonka” i „Kresowa”. Wszystko poszło zbyt gładko, żeby nie podewziąć podejrzenia, że zaraz coś się stanie. Taka cisza przed burzą. Nie trzeba było długo czekać. Minąłem jeszcze ul. Piotrkowską, ul. Zachodnią, ul. Wólczańską i się zaczęło. Kiedy tramwaj stał na przystanku przy ul. Gdańskiej tą właśnie ulicą przejechał na sygnale jakiś dziwny pojazd. Coś w rodzaju dźwigu. Może podnośnika. Za nim przemknął inny z napisem: „MPK”. Zapowiadało się nieźle.
Chwilę później, kiedy tramwaj skręcił z ul. Zielonej w ul. Gdańską i przejechał kawałek – zatrzymał się w nienaturalnym miejscu. Otworzył drzwi. Przyszedł miły pan motorniczy i z rozbrajającą uprzejmością poinformował, że na razie dalej nie jedzie, bo tramwaj jadący z przeciwka (12-tkę, dodam dla ścisłości) akurat dopadła komunikacyjna niemoc. Część pasażerów wysiadła, by przesiąść się w jakieś autobusy. Ja nie ruszyłem się z miejsca. Autobusy mnie nie bawią, poza tym, tramwaj i tak będzie musiał odjechać. Zimno nie było. Towarzyszyła mi Fizyka Mistrza. Było się czym zająć.
Po upływie pół godziny w tramwaju zawarczało, włączył się silnik i ruszyliśmy. Mogłem zobaczyć, że po drugiej stronie ulicy stoi całe stado tramwajów, z 15 ich było. Prawie wszystkie puste. Tylko gdzie nie gdzie siedzieli ludzie najczęściej w coś zaczytani. Majestatycznie ich minęliśmy i powolnym tempem dotarliśmy na Retkinię.

/komentarz odautorski: nie ma sensu wspominać o godzinach przestanych na przystankach w oczekiwaniu na tramwaje albo autobusy, które nigdy się nie pojawiały; nie ma sensu wspominać o pojazdach widmo, krążących nocami po mieście etc. etc.

wpis nr: 495