Kalendarz

Grudzień 2004
P W Ś C P S N
« lis   sty »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2004

tranquilitas et expectatio

zachowuję spokój i czekam
„tak będzie najlepiej”

wpis nr: 503

ambulatio in Retkinia circuitu

     Zacznę tak: Przez całe święta byłem rodzinnym kierowcą. Wigilię, pierwszy i drugi dzień świąt. Wiadomo, co wiąże się z pełnieniem tak zaszczytnego obowiązku. Na dodatek przeziębiłem się. Taki stan powodował we mnie narastającą geometrycznie ochotę odreagowania. Pierwotnie zamyśliłem sobie, że w niedziele wieczór, choćby się niebo miało zawalić, a ludzie mieliby zacząć chodzić na rękach, usiądę sobie spokojnie i strzelę bronka albo dwa. Zadowolony z pomysłu, porozwoziwszy towarzystwo, oczekiwałem na tę miłą chwilę wieńczącą tegoroczne Boże Narodzenie. Zdawało się, że nic temu nie przeszkodzi.

     Nagle odezwał się Kuba Kryś. Zadał podchwytliwe, a zarazem retoryczne pytanie: „Masz ochotę na piwo”? Nawet nie czekał na odpowiedź. Zaproponował spotkanie przed 20-tą pod ‚Okrąglakiem’ w celu znalezienia jakiegoś lokalu, w którym można byłoby pogadać sobie chwilę. Przytaknąłem tylko na propozycję. Pomyślałem sobie jeszcze, że skoro mam się z Kubą spotkać i mamy szukać lokali, to wyjdę wcześniej i przejdę naokoło Retkinii zobaczyć co jest a co nie jest otwarte. Wyszedłem z domu po 19-tej.
Po krótkim rekonesansie zorientowałem się, że „Miś” i „Złote Jabłko” są otwarte, natomiast „Beer Bar” nie. Z taką informacją pojawiłem się w umówionym miejscu. Po chwili nadszedł Kryś. Był z plecakiem. Wytłumaczył, że jeszcze tego samego dnia wyjeżdża w góry i tak sobie wykoncypował, iż fajnie byłoby wychylić browarka na Retkinii, potem wpaść na chwilę na Rąbień do Stadka, stamtąd ruszyć na dworzec, wypić jeszcze browarka i wsiąść w pociąg. Powiedziałem mu, że nie mam najmniejszej ochoty jechać do Stadka, ale z przyjemnością na Retkinii piwko, dwa chlapnę. Kuba nie naciskał. Bez presji, w coraz bardziej hardkorowym plenerze (z w miarę ciepłej pogody zrobiło się zimno i mokro) wypiliśmy jedno, potem drugie.
Podjechała Justynka. Przywiozła ze sobą Kubiaka. Zmieniłem nieco plany. Do Stadka zostanę podwieziony. Stamtąd razem z Kubą wrócę na dworzec. Z dworca mam 10 minut do domu, będzie dobrze. Zaopatrzyliśmy się w zapas na drogę. Ruszyliśmy.
U Stadka trafiliśmy na świąteczną wyżerkę. Można było się najeść do syta (jeśli tylko ktoś miał ochotę). Można było też czas ten inaczej spożytkować. Wybrałem ten drugi sposób. Akurat znalazła się Siostra Kubiak, która postanowiła nakręcić film instruktażowy „o sposobie picia w samotności”. Zgłosiłem się na ochotnika. Wraz ze mną jeszcze kilka osób. Kasia kręciła moment toastu i picia. Tak, by puścić sobie ten film, gdyby okazało się, że nie ma się z kim napić. Nakręciła też scenę, w której odmawiam pica. Tak, by puścić ją sobie, gdyby nie miała ochoty się z nikim napić i potrzebowała kogoś, kto powie nie. Po trudnych i wyczerpujących zdjęciach musiałem się zwijać. Nadeszła bowiem pora, by wraz z Krysiem pojechać na dworzec (a wcześniej na piwko przed jego odjazdem). Wydostaliśmy się z domu Ady. Przez jakieś ogrodzenia dotarliśmy na przystanek. Pojechaliśmy w okolice dworca przechwycić tam Kermita i jakiegoś kolegę.
Spotkaliśmy ich, kiedy zataczając się ze śmiechu szli z umówionej knajpy w stronę dworca. Na pytanie, dlaczego nie czekają na nas tam, gdzie mieli czekać jednogłośnie stwierdzili, że obsługa ich wywaliła za nieodpowiednie sprawowanie. Ponieważ i tak mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy ten fakt opić w Dekompresji. Tam Kuba zadał drugie już tego wieczoru podchwytliwe pytanie: „Brakuje ci luzu?” Odpowiedziałem, że nie. Wtedy Kryś rezolutnie stwierdził: „Bardzo dobrze, bo gdyby ci brakowało, nie pojechałbyś z nami do Szczawnicy”. Tę wypowiedź pozostawiłem już bez komentarza. Szybko dopiłem piwko i poszliśmy na dworzec.

     Spotkaliśmy się z resztą grupy. Dzięki temu, że była nas odpowiednia ilość mogliśmy kupić bilet grupowy. Nadjechał pociąg (oczywiście, jak to bywa z Łodzią, nie był podstawiany, tylko przejazdem, bodajże z Torunia, więc napchany do granic możliwości). Wbiliśmy się w niego wiedząc, że mamy zarezerwowany przedział. Konduktor coś nam otworzył. Wpakowaliśmy się szczęśliwi i się zaczęło. Pierwsze pyfko. Drugie piwko. Jakaś wódeczka. Sielanka nie trwała jednak długo. Okazało się, że w wyniku błędu obsługi PKP przyznano nam zły przedział. Musieliśmy się ewakuować. Wysłaliśmy zwiady w poszukiwaniu przysługującego nam przedziału i jednocześnie rozpoczęliśmy proces wyładowywania się na pełen korytarz.
Przedział się znalazł. Pięć wagonów dalej. Oczywiście był zajęty. Trzeba było wywalić ludzi w nim siedzących i przetransportować bagaże korytarzami pełnymi osób udających się na południe Polski. Po setkach ‚przepraszam’ dotarliśmy i zajęliśmy przysługujące nam miejsca. Podróż kontynuowaliśmy w tradycyjny sposób. Wykruszały się coraz to kolejne osoby. Wreszcie wszyscy padli.

     Obudziliśmy się przed Nowym Targiem, chyba w Skawinie. Otworzyliśmy jakieś piwka na rano i zaczęliśmy przygotowywać się do wysiadania. Nie dane nam jednak było. Pociąg, po przejechaniu kilkuset metrów stanął, a potem zaczął się cofać. Nie mógł podjechać pod górkę. Cofnął się do stacji. Tam wyprzedził nas pociąg z Warszawy, ale po kilku minutach również stoczył się z powrotem. Byliśmy zmuszeni poczekać, aż przyjedzie dodatkowa lokomotywa, która wepchnie nas na górę. Zeszło trochę czasu. W Nowym Targu byliśmy nie o ósmej, jak się spodziewaliśmy, a przed dziewiątą.
Na miejscu Kuba zapytał się, czy pojadę z nimi do samej Szczawnicy, ale zdecydowałem, że nie będąc przygotowanym, nie mając ze sobą niczego (w końcu wyszedłem tylko na spacer po Retkinii), nie będę jechał. Z Nowego Targu wrócę sobie do Łodzi. Towarzystwo zaakceptowało moją decyzję. Wsiadło w busa i odjechało. Zostałem sam.
Dowiedziałem się od miłej pani z dworca, że do pociągu mam dobre dwie godziny. Dowiedziałem się również, że będzie to pociąg jedynie do Krakowa, gdzie będę musiał poczekać kolejne dwie godziny z hakiem na „Reymonta”. Postanowiłem pokręcić się trochę po okolicy, żeby nie siedzieć bezczynnie w poczekalni dworcowej i nie wpatrywać się bezmyślnie w zegar. Wyszedłem. Nie znałem jednak Nowego Targu i nie wiedziałem za bardzo, w którą stronę ruszyć i jak zrobić tak, by się nie zgubić. Nie widziałem też żadnych charakterystycznych budynków (np. kościoła, ratusza itp.), by kierować się na ich azymut. Nie wiedziałem, czy gdzieś w okolic jest coś warte zobaczenia. Pochodziłem więc trochę bez celu. Nabrałem ochoty, by co nie co przekąsić. Znalazłem budkę z hotdogami. W niej również pocztówki. Natychmiast wypisałem jedną. Zamówiłem jedzenie i zapytałem się o znaczek pocztowy. Uprzejma panie z budki z hotdogami odpowiedziała, że znaczków nie ma, ale jeśli chcę, to ona może – po pracy – kupić znaczek i wrzucić pocztówkę do skrzynki. Odpowiedziałem, że jest to bardzo dobre rozwiązanie szczególnie, że nie mam zamiaru szukać poczty. Wróciłem na dworzec. Piłem piwko i czekałem na swój pociąg. W tym czasie najpierw pojawiła się grupa turystów szukających kogoś, kto zabrałby się z nimi do busa. Odparłem, że prawdopodobnie i tak nie jadą do Łodzi, więc ja na nic im się zdam. Potem przyszedł jeszcze pan taksówkarz wyraźnie zaniepokojony tym, że czekam a w nic nie wsiadam. Zaoferował podwiezienie dokądkolwiek. Odpowiedziałem, że z przyjemnością, do Łodzi. Facet się trochę zasępił i zapytał ile to kilometrów. Około czterystu, powiedziałem zgodnie z prawdą. Wtedy pan powiedział, że za 1000 PLN, to on mnie zawiezie. Na to powiedziałem mu, że za 1000 PLN, to ja sobie samolotem mogę polecieć do Barcelony i z powrotem. Poszedł. Niedługo później przyjechał mój pociąg. Wsiadłem i z miejsca w nim zasnąłem.
Obudził mnie pan konduktor. Podałem mu bilet, jak zwykle bez legitymacji. Sprawdził, wszystko było w porządku, mogłem się zdrzemnąć dalej. Oczy otworzyłem na godzinę przed Krakowem. Otworzyłem też piwko. Spokojnie spiłem. W mieście wylądowałem przed 15-tą.
Wiedziałem, że mam dużo czasu zanim przyjedzie „Reymont”. Ruszyłem w którąkolwiek stronę. W Krakowie po raz ostatni byłem ponad pół roku temu. Wycieczka równie spontaniczna co ten wyjazd. Nie mam pamięci do miejsc. Nie miałem orientacji co jest gdzie. Jakimś cudem dotarłem do poczty. Szybko wypisałem i wysłałem kolejną pocztówkę. Wyszedłem. Nie wiedziałem dokąd mam teraz iść, by znaleźć się na dworcu. Pochodziłem trochę bez celu, aż trafiłem na ulicę, która – jak mi się zdawało – powinna zaprowadzić mnie do centrum, a z centrum już jakoś dotrę. I rzeczywiście, po kilku minutach marszu znalazłem się na samym środku rynku. Spokojnie rozejrzałem się i skierowałem za tłumem turystów przypuszczając, że doprowadzą mnie oni na dworzec. W trakcie tego podążania słyszałem całą masę obcych języków, a tylko gdzie nie gdzie coś po polsku. Przeważał angielski i francuski, ale można było też rozróżnić hiszpański i niemiecki. Podobnie było na poczcie. Na kilkunastu klientów, ponad połowa – tak na oko – nie była z Polski. Miała nawet miejsce scenka, w której para Francuzów próbowała zapłacić za znaczki Euro a pani z okienka nie chciała przyjąć obowiązującej od maja w kraju waluty. Koniec końców, znalazłem się na dworcu. Wypiłem piwko i wpuściwszy wpierw jakąś sympatyczną dziewczynę, wlazłem do „Reymonta”. Poczekałem, aż sprawdzą mi bilety i położyłem się spać.
Przebudziłem się w Koluszkach. Dobry znak, pomyślałem. Akurat pół godzinki na kolejne piweczko i już będę w Łodzi. Czas minął bardzo szybko. Wysiadłem na dworcu Łódź Fabryczna.
Ku mojemu największemu zaskoczeniu, powitały mnie Siostra Kubiak i Ada. Okazało się, że czekały na jakąś koleżankę, która właśnie z Krakowa ma przyjechać. Chwilę postaliśmy razem. Koleżanka nadeszła. Było to to samo dziewczę, które uprzejmie wpuściłem wchodząc do pociągu. Nie obyło się bez: „jaki ten świat mały”, później każdy z nas rozszedł się w swoją stronę. Dziewczyny na Rąbień, do Ady dalej imprezować, ja do restauracji „Kresowa” dobić do znajomych, którzy tam urządzali bifor przed urodzinami Wijaty.

     W restauracji spotkałem solenizanta, a oprócz niego całe, doborowe towarzystwo. Chwilę posiedzieliśmy i poszliśmy po zakupy do zaprzyjaźnionego sklepu. Stamtąd przetransportowaliśmy się do Łódzkiego Centrum Filmowego (ostatnio przemianowanego na Łódzkie Centrum Imprezowe), gdzie czekała na nas druga grupa reakcyjna. Weszliśmy, odbiliśmy pierwszą flaszkę i się zaczęło.
Impreza, jak impreza. Zacieśniona do małego pomieszczenia polegała jedynie na nieustannej alkoholizacji. Ograniczone pole manewru powodowało, że nie można było bardzo zaszaleć. Największą brawurą było wyjście przed budynek. Na szczęście ilość Balsamu i podobnych mu trunków wyśmienicie nadrabiała ciasnotę pomieszczenia.
Po północy pierwsza część osób się zmyła. Była to bardzo dobra pora, by rozpocząć dyskusję z Patrykiem Degeneratem na temat substancjalności zła, a w zasadzie jej braku. Bo – jak doskonale wiadomo – zła nie ma. Wtrąciła się w dyskurs Kasia polonistka, która uparcie twierdziła, że jednak zło jest. Musi być, skoro istnieje dla niego nazwa. Konkluzją było stwierdzenie, że posługujemy się różnymi językami, co innego rozumiemy przez poszczególne słowa i nie dogadamy się. Po części poprawna konkluzja. Dalej zaczęło się utyskiwanie na program licealny. Na lektury w nim zawarte albo poziom matematyki. W tym czasie kolejne osoby odpadały. Wreszcie Patryki poszły i zostaliśmy w pięć osób, z czego dwie nie nadawały się do picia, bowiem spoczywały już smacznie, zostawszy wcześniej przetransportowane do sąsiedniego pokoju, na łóżkach i drzemały snem pijackim. W gronie najwytrwalszych pijaków została Magda, RR i ja. Lekką ręką rozlewaliśmy Balsamik i wódeczkę popijając od czasu do czasu piwkiem. Czas mijał nam też na przekonywaniu się, co jest wymiernikiem trzeźwości. Najlepszym sposobem mogłaby być tradycyjna ‘jaskółka’, ale tym razem nie sprawdzała się. Podobnie jak stanie na jednej nodze z zamkniętymi oczyma. Po piątej odpadłem i ja.

     Rano, już tradycyjnie. Wódka na rozruch. Kilka słów wspomnień z wieczora. Powrót do domu.

wpis nr: 502

święta

zdjęcie
nec barba facit philosophum

wpis nr: 501

nowy numer telefonu

+48600033932

zgłaszać się w celu uzupełnienia kontaktów

wpis nr: 500

scenka rodzajowa, typowa:

osoby: student walczak, miła pani z promocji;
czas: środowe popołudnie;
miejsce: salon jednego z operatorów telefonii komórkowej;

Student Walczak załatwił pewien biznes w salonie. Chciał wychodzić, kiedy zaczepiła go Miła Pani z Promocji
Miła Pani z Promocji: Chcesz wygrać czapkę Mikołaja, gwiazdkę…
Student Walczak: Oczywiście.
Miła Pani z Promocji: To ułóż w przeciągu dwóch minut te puzle.
Student Walczak zacząwszy układać: A jak będą do góry nogami, też coś dostanę?
Miła Pani z Promocji: …
Student Walczak: Okej, to nie kombinuję.
Układanka została zakończona.
Miła Pani z Promocji: Wybierz sobie teraz… czapkę Mikołaja, gwiazdkę czy może dmuchany fotelik.
Student Walczak nie zastanawiając się długo zobaczywszy kiczowaty, dmuchany fotelik: Biorę to ostatnie.

wpis nr: 499

Tele Leader – horoskop

rak: Zdrowie, zdrowie, zdrowie. Nie lekceważ bólu w dole brzucha. Żeby mieć spokojne święta, zrób sobie USG. Może warto odstawić wieprzowinę?

wpis nr: 498

nowonarodzone komputerowe dziecko

dziś, efektem wielu trudów, udało się wreszcie uruchomić komputer. po raz pierwszy od czasu, kiedy się zepsuł, jak jeszcze byłem w Fin.
nareszcie nie muszę czekać trzech minut, na załadowanie się onet.pl

wpis nr: 497

Skarba Narodziny

sobota:
17:00 Mieszczańska i mały bifor;
19:00 Podróż;
20:00 Party u Skarba. Niezliczona ilość wódki, rzucanie się tortem plus inne atrakcje – wreszcie sen;

niedziela
10:00 Wódka z rana i redsik;
14:00 Wijata i ojciec Skarba ;-)
17:00 Piwko na Chojnach;
20:00 Kolejne piwko na Chojnach;
21:00 Dworzec Łódź Kaliska i policja;
4:30 Aleksandrów (zero pieniędzy, zero telefonu)
5:30 Powrót do domu

wpis nr: 496

spokojnie, to tylko awaria

     Było piątkowe południe. Zbierałem się do wyjścia na uczelnię. Tak się akurat zdarzyło, że poprzedni wieczór został w miarę intensywnie spędzony w restauracjach „Golonka”, później „Kresowa”. Z tego powodu wycieczkę na drugi koniec miasta zaczynałem w południe, a nie – jak to zwykle ma w piątki miejsce – już od rana, o nieprzyzwoitej, dziewiątej godzinie.
Wiedziałem, że podróż ma na celu jedynie wywiązanie się z wcześniej danych przyrzeczeń. Gdyby nie one, prawdopodobnie do wieczora spokojnie siedziałbym sobie w domu. Miałem bowiem do załatwienia dwa biznesy. Po pierwsze, zobowiązałem się dostarczyć Patrykowi teksty z logiki, które swego czasu dla niego tłumaczyłem, po wtóre jechałem odebrać z Biblioteki Uniwersyteckiej Skowyt. Wyszedłem z domu i skierowałem się na przystanek tramwajowy, z którego najczęściej rozpoczynam wyprawę.
Po drodze zauważyłem, że na przystanku stoi zbyt wiele osób, jak na tę porę dnia i na tę częstotliwość kursowania tramwajów. Stanąwszy już na przystanku spojrzałem kontrolnie na zegarek. Była godzina, o której powinna pojawić się 12-tka. Nie przyjechała. Był to ostatni tramwaj, który dowoził mnie do szkoły na czas. Pomyślałem sobie, że pewnie znów coś się zepsuło, bowiem wiedziałem, że mimo, iż jest to najbardziej prestiżowa (jak podaje łódzkie MPK) linia tramwajowa w Łodzi, to jest zarazem najbardziej awaryjna (do czego łódzkie MPK już się nie przyznaje). Nie czekając długo wsiadłem w 14-tkę, która podwozi mnie do Polmosu, gdzie mogę przesiąść się na cokolwiek, co dowiezie mnie dalej do szkoły.
Jadąc już 14-tką zwracałem uwagę na to, czy z przeciwnej strony jedzie jakaś 12-tka. Jeśli jechałaby, oznaczałoby to, że tylko ta jedna, na którą chciałem zdążyć i w której pokładałem nadzieję dojechania na odpowiedni moment, spłatała mi figla, a reszta kursuje normalnie. Jeśli jednak nie jechałaby żadna, wtedy moje założenie, że znów coś się rozpadło, potwierdziłyby się. Do samego dworca Łódź Kaliska żadna 12-tka nie nadjechała (powinny były w tym czasie pojawić się dwie, a minimum jedna).
Kiedy dojeżdżałem do skrzyżowania al. Włókniarzy z al. Bandurskiego i Mickiewicza, zauważyłem pod estakadą niezłe zamieszanie. Zbliżywszy się bardziej, dostrzegłem zza szyb tramwaju, że po środku skrzyżowania leży karetka, obok niej rozbity samochód. Oba pojazdy znajdowały się na torach, którymi jeździ 12-tka. To tłumaczyło jej nieobecność na Retkinii. Tramwaj się zatrzymał. Nie było można przejechać. Samochody jadące w kierunku północ – południe jeszcze poruszały się jakoś. Jednak już te jadące wschód – zachód miały z tym problem. Z miasta na Retkinię nie można było wjechać. Trzeba było skręcać w prawo, by ominąć wypadek. To powodowało niemiłosierne korki. Od skrzyżowania do Łąkowej. Podobnie z Retkinii. Można było wyjechać tylko prosto bądź w prawo. W lewo już nie bardzo. Kierowcy o tym nie wiedzieli. Zanim 14-tka przebrnęła przez ten rozgardiasz minęło dobrych kilka minut. Jasne się wtedy stało, że nie zdążę złapać Patryka przed zajęciami. I choć nie spieszyło mi się już (tak, jakby kiedykolwiek i gdziekolwiek mi się spieszyło), miałem nadzieję, że to już koniec przeszkód w mojej podróży. Wystarczyło dojechać do kolejnego skrzyżowania al. Kościuszki z al. Mickiewicza, by przekonać się, iż się myliłem.
Panował tam jeszcze większy chaos niż przy dworcu. Nie było świateł, a ruchem kierowali policjanci. Zastawili wjazd w al. Mickiewicza w stronę Retkinii (tak, by przy dworcu nie tworzyły się jeszcze większe korki), a wszystkie samochody tam się kierujące prowadzili bądź w prawo na północ w Kościuszki, bądź w lewo – na południe. Jednak, by kierowcy, którzy chcieli skręcić w lewo mogli tego dokonać musieli przepuścić wszystkich tych, którzy jechali od strony Retkinii. Stawali zatem na środku skrzyżowania i czekali na swoją szansę. Gdy już ją dostawali, to pchali się wszyscy na raz tarasując sobie nawzajem przejazd tak, że za moment już nikt nie mógł ze skrzyżowania wyjechać ani na nie wjechać. W normalnym kraju, ludzie przeczekaliby taką sytuację. Nie tutaj, nie w tym mieście. Każdy chciał być pierwszy. W ruch szły klaksony, otwierane były szyby i tylko dziwne, że policjanci nie wystawiali mandatów za używanie w miejscach publicznych słów powszechnie uznanych za niecenzuralne. Nie wspominam o tramwajach. Stały i czekały, a ludzie w środkach narzekali na motorniczych. Mnie nie pozostało już nic innego, jak tylko spokojnie przypatrywać się temu wszystkiemu.
Najfajniejszą rzeczą, jaką zaobserwowałem było to, iż po kilku minutach policjanci wsiedli w radiowóz, który wcześniej tarasował wjazd w al. Mickiewicza w stronę Retkinii i odjechali pozostawiając kierowców samych sobie. Jeszcze trochę trwało, zanim wszystko wróciło do łódzkiej normy.
Do szkoły dojechałem porządnie spóźniony. Odebrałem Skowyt. Poczekałem na Patryka, a gdy wyszedł z zajęć powiedział mi, że nie miał w ogóle ochoty na nie się wybierać i czekał do ostatniej chwili, bo moje pojawienie spowodowałoby, że na pewno nie dotarlibyśmy na lekcje.

     Niecały tydzień później, o poranku sytuacja się powtórzyła. Wyszedłem z domu i kierowałem się w stronę przystanku tramwajowego. Czekał mnie kurs na Dąbrowę. Można tam dojechać autobusem 69 albo tramwajem 14. Jednak ponieważ mam nabytą awersję do podróży autobusami zawsze – jeśli tylko mogę – wybieram tramwaje. Nie inaczej miało być tym razem.
Doszedłszy na przystanek ponownie zauważyłem na nim nienaturalną liczbę osób. Nadjechała 12-tka. Nikt nie wsiadł. Krótki rzut oka na rozkład wystarczył, by zorientować się, że tym razem nawaliły 10-tka i 14-tka. 12-tka jadąca w stronę miasta w żaden sposób mi nie pasowała. Poszedłem na przeciwległy przystanek myśląc, że podjadę na krańcówkę a stamtąd dojdę kawałek do 69. Kiedy spokojnie czekałem sobie na tramwaj jadący na sam koniec Retkinii zauważyłem, że pojawiły się autobusy zastępcze. To tylko potwierdzało przypuszczenie, że 10-tkę i 14-tkę trafił jasny szlag. Spokojnie pojechałem sobie na koniec osiedla, przesiadłem się w 69 i dojechałem na Dąbrowę. Podróżowanie po mieście dostarcza coraz to nowych atrakcji.

     Całkiem niedawno, w ostatni wtorek wracałem sobie wczesnym popołudniem ze szkoły do domu. 12-tka przyjechała na czas. Na dodatek była dość pusta, co nieczęsto jej się zdarza. Mogłem jechać w umownym komforcie (o ile można mówić o komforcie w przypadku jazdy środkami komunikacji masowej). Minąłem newralgiczny park Staszica. Minąłem plac Dąbrowskiego, pub Mieszczańska. Minąłem nawet restauracje „Golonka” i „Kresowa”. Wszystko poszło zbyt gładko, żeby nie podewziąć podejrzenia, że zaraz coś się stanie. Taka cisza przed burzą. Nie trzeba było długo czekać. Minąłem jeszcze ul. Piotrkowską, ul. Zachodnią, ul. Wólczańską i się zaczęło. Kiedy tramwaj stał na przystanku przy ul. Gdańskiej tą właśnie ulicą przejechał na sygnale jakiś dziwny pojazd. Coś w rodzaju dźwigu. Może podnośnika. Za nim przemknął inny z napisem: „MPK”. Zapowiadało się nieźle.
Chwilę później, kiedy tramwaj skręcił z ul. Zielonej w ul. Gdańską i przejechał kawałek – zatrzymał się w nienaturalnym miejscu. Otworzył drzwi. Przyszedł miły pan motorniczy i z rozbrajającą uprzejmością poinformował, że na razie dalej nie jedzie, bo tramwaj jadący z przeciwka (12-tkę, dodam dla ścisłości) akurat dopadła komunikacyjna niemoc. Część pasażerów wysiadła, by przesiąść się w jakieś autobusy. Ja nie ruszyłem się z miejsca. Autobusy mnie nie bawią, poza tym, tramwaj i tak będzie musiał odjechać. Zimno nie było. Towarzyszyła mi Fizyka Mistrza. Było się czym zająć.
Po upływie pół godziny w tramwaju zawarczało, włączył się silnik i ruszyliśmy. Mogłem zobaczyć, że po drugiej stronie ulicy stoi całe stado tramwajów, z 15 ich było. Prawie wszystkie puste. Tylko gdzie nie gdzie siedzieli ludzie najczęściej w coś zaczytani. Majestatycznie ich minęliśmy i powolnym tempem dotarliśmy na Retkinię.

/komentarz odautorski: nie ma sensu wspominać o godzinach przestanych na przystankach w oczekiwaniu na tramwaje albo autobusy, które nigdy się nie pojawiały; nie ma sensu wspominać o pojazdach widmo, krążących nocami po mieście etc. etc.

wpis nr: 495

Świetliki – Tygrysia piosenka

Napotkany rok po wojsku były kapral zaprosił mnie na wódkę.
Powiedziałem: nienie obywatelu kapralu, dla mnie obywatel kapral pozostanie na zawsze obywatelem kapralem, z kapralami nie piję, pierdolę.

Napotkana była wielka miłość powiedziała: wpadnij do nas na kawę.
Powiedziałem: nienie ukochana, jeżeli nawet wpadnę, wpadnę tylko po to, by cię ze sobą zabrać.

Nie muszę wcale robić z tym, co mnie okrada, ale to robię, przerzucam ten gnój. To jeszcze chwilę potrwa, a kiedy się skończy, to nie podam mu ręki i wyjadę stąd, choć to nie jest złe miejsce.

Miłosierdzie należy do was…

wpis nr: 494