Kalendarz

Wrzesień 2004
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65569
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2004

hasła reklamowe różnych miast

Poznań:
– „Poznań wart poznania”
Gdańsk:
– „Gdańsk, morze możliwości”

Łódź:
– „Nie Łódź się”

z inspiracji piosenką U2

„wystarczy sekunda by powiedzieć: żegnaj”.

z cyklu: znalezione na [zapomnianym] CD

Kwestionariusz Proust’a


Główna cecha mojego charakteru:
- Wyolbrzymiona wyobraźnia
Cechy, których szukam u mężczyzny:
- Przydatność
Cechy, których szukam u kobiety:
- Akceptacja, zrozumienie
Co cenię najbardziej u przyjaciół:
- Wyrozumiałość
Moja główna wada:
- Wyrachowanie, brak emocji
Moje ulubione zajęcie:
- Nicnierobienie
Moje marzenie o szczęściu:
- Święty spokój
Co wzbudza u mnie obsesyjny lęk:
- Tłum ludzi
Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem:
- Gdybym pewnego dnia nie mógł do Ciebie pojechać, i zdałbym sobie sprawę, że już nigdy nie będę mógł tego zrobić.
Kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem:
- Muzykiem Rockowym
Kiedy kłamię:
- Gdy muszę okazać uczucia
Słowa, których nadużywam:
-
Ulubieni bohaterowie literaccy:
- Wokulski (Lalka)
Ulubieni bohaterowie życia codziennego:
- Ojciec, Ty
Czego nie cierpię ponad wszystko:
- Nieudolnej stylizacji, popularności
Dar natury, który chciałbym posiadać:
- Znikanie może hibernacja
Jak chciałbym umrzeć:
- Wpierw zadecydowawszy o odpowiednim momencie
Obecny stan mojego umysłu:
- Wybór mniejszego zła
Błędy, które wybaczam najłatwiej:
- Takie, do których osoba je popełniająca się przyznaje
Moja dewiza:
- Nie żałować tego, co się już zrobiło (jeśli zostało to dokonane, to znaczy, że w danym momencie miało wielkie znaczenie, a i okoliczności musiały być odpowiednie by to się stało. Z perspektywy czasu można oceniać to negatywnie, ale nigdy żałować)

Łódź, 11.VI.2000r.

życie jest piękne, a świat jest wspaniały!

co jest ważne w życiu (Leszek Kołakowski)

- przyjaciele
- chciec niezbyt wiele[1]
- wyzwolić się z kultu młodości
- cieszyć się pięknem
- nie dbać o sławę
- wyzbyć się pożądliwości
- nie mieć pretensji do świata
- mierzyć siebie swoją własną miarą
- zrozumieć swój świat
- nie pouczać
- iść na kompromisy ze sobą i światem
- godzić się na miernotę życia
- nie szukać szczęścia
- nie wierzyć w sprawiedliwość świata
- z zasady ufać ludziom
- nie skarżyć się na życie
- unikać rygoryzmu i fundamentalizmu


[1] standardowo, pogrubienia moje.

na sen…

- szklanka martini bianco
- wajsroj lajcik

- wykłady z Estetyki

Chris Sawyer’s Locomotion

     Grałem w "Locomotion", jak dotąd, jedynie ze dwie, trzy godziny. To bez porównania mniej, niż w "Transport Tycoon deLuxe" czy w "Transport Tycoon". W przypadku tych gier czas im poświęcony szedł w setki (jak nie w tysiące) godzin.
     Założyłem sobie, że nie będę miał żadnych oczekiwań w stosunku do "Locomotion". Zanim grę uruchomiłem, widziałem jedynie kilka zrzutów ekranu. Zacznę zatem od grafiki. Nie rzuca na kolana. Jest lekko jedynie poprawiona. Jak dla mnie, to plus. Dzięki temu, że nie ma jakichś specjalnych udziwnień, od razu wiadomo, że ma się do czynienia z następcą "Transport Tycoon" czy "Transport Tycoon deLuxe". Na dodatek nie wymaga nie wiadomo jak szybkiej karty graficznej. Spokojnie więc można grać na tym samym komputerze (w moim przypadku: C400, 160MB RAM, GForce2MX 64MB RAM)zarówno w "Transport Tycoon" czy "Transport Tycoon deLuxe" jak i w "Locomotion".
     Dalej – muzyka. Podobnoa do tej w poprzednich wersjach. Ani lepsza, ani gorsza. Jeśli nie trawiło się melodii z "Transport Tycoon" czy "Transport Tycoon deLuxe" nie przypadną do gustu utwory z "Locomotion". Natomiast, jeśli tamte piosenki podobały się, na pewno nie będzie się zawiedzionym z tych, użytych w "Locomotion". Ponownie ten aspekt zaliczyłbym ‚in plus’. Muzyka w "Transport Tycoon" czy "Transport Tycoon deLuxe" – wg mnie – nie przeszkadzała. Tak jest i w "Locomotion".
     Ważną sprawą jest również sterowanie. W "Tycoon’ach" było banalnie proste. Już po kilku chwilach można było je opanować. Trochę inaczej jest w "Locomotion". Te kilka godzin, które spędziłem grając, nie dało mi jeszcze swobody budowania dróg czy stawiania torów kolejowych. Jednak przypuszczam, że to wszystko – jak w przypadku każdej innej gry – jest tylko kwestią wprawy. Za to na duży plus można zaliczyć obracanie planszą. To było coś, czego mi w "Tycoon’ach" najbardziej brakowało. Możliwość czterokrotnego zbliżenia nie robi większego wrażenia. Może, gdyby było płynne. Stopniowe jest chyba standardem, którego należy od gier tego typu wymagać.
     Do wad "Locomotion" zaliczyłbym to, że nie można ustawić sobie własnej rozgrywki. Nie można decydować z iloma przeciwnikami chce się grać, na jakim terenie itd. A nawet jeśli można – być może nie doszukałem się po prostu takiej opcji – to nie jest to tak oczywiste, jak w "Tycoon’ach".
     Na koniec tzw. ‚miodność’ gry. Po spędzeniu ledwie kilku godzin trudno stwierdzić, ale zapowiada się przyzwoicie. "Locomotion" przypuszczalnie nie stanie się takim hitem, jak "Tycoon’y", ma jednak szansę – wg mnie – znaleźć grono i to dość pokaźne zwolenników. Zarówno wśród dwudziestoparolatków, którzy mają za sobą przygodę z "Tycoon’ami", jak i wśród nowego pokolenia graczy, którzy właśnie wyrośli z "Unreal Tournament’a" czy "Return To Castle Wolfenstein" i zaczęli poszukiwać czegoś spokojniejszego.

     Reasumując, za całokształt (po kilku ledwie godzinach grania) grze "Locomotion" przynałbym ocenę 8, a nawet 8.5.

Internet, Gadu-Gadu = niekończące się źródło inspiracji

11:45:55 Karolina
cześć

11:46:20 Piotrek Walczak
cześć

11:47:42 Karolina
cos słychać?

11:48:06 Piotrek Walczak
zawsze ‚coś’ słychać… w ekstremalnych sytuacjach, to nawet ciszę słychać… czyż nie? ;-)

11:48:48 Karolina
:)

11:49:12 Karolina
ok, to inaczej,co porabiasz?

11:49:35 Piotrek Walczak
na chwilę obecną, jak pewnie możesz się łatwo zorientować, piszę do Ciebie

11:50:06 Karolina
chyba niczego się od pana nie dowiem,cio??

11:50:51 Piotrek Walczak
jak narazie dostałem dwa pytania, na które odpowiedziałem pełnymi zdaniami (co się – niestety – rzadko zdarza przy rozmowach via I-net)… chyba nie może Pani narzekać na niedobór informacji ;-)

11:51:35 Piotrek Walczak
aaa… jeszcze jedno… co to znaczy ‚cio’? nie wydaje mi się, żeby takie słowo funkcjonowało w języku polskim? :-/

11:51:45 Karolina
skoro Pan tak twierdzi

11:52:44 Piotrek Walczak
możemy się nad tym chwilę zatrzymać… pyta Pani, cytuję: ‚coś słychać’… wydaje mi się, że jak najbardziej prawdziwą odpowiedzią na takie pytanie jest: ‚zawsze coś słychać’… czyż nie? i druga sprawa… ‚co robię’, chyba widać że do Ciebie piszę ;-) choć wiem, pewnie nie takich odpowiedzi mogłaś się spodziewać… ale to nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi… równie dobrze mogłaś trafić na osobę, która dwukrotnie odpowiedziałaby: ‚nie’ z którą lepiej by się rozmawiało? :-) ewentualnie, zamiast ‚nie’, napisałaby taka osoba: ‚nic’ :-)

11:55:09 Karolina
oczywiście, że wolę takich zagadkowych facetów jak Pan…..

11:55:38 Piotrek Walczak
nie nazwałbym takiej postawy zagadkową… :-) ale, skoro Pani sobie życzy :-)

11:56:15 Piotrek Walczak
zdaje sobie Pani sprawę… chyba nie muszę tego zaznaczać… konkretne odpowiedzi, których – jak mniemam Pani oczekuje – wymagają konkretnych pytań… zatem ;-)

11:57:22 Karolina
chyba minął się Pan z powołaniem,czmu nie został Pan prawnikiem?? a może Pan jest??

11:58:01 Piotrek Walczak
nie, w żadnym wypadku… prawnikiem nie jestem i poza znajomymi uczącymi się tej dyscypliny nie mam z nią nic wspólnego :-)

11:58:35 Karolina
i takim oto sposobem już coś wiem……….

11:59:05 Piotrek Walczak
owszem, nie da się ukryć… aczkolwiek wiedza ta… cóż, można zapytać na co się Pani przyda? :-)

12:00:17 Karolina
dobre i to…… na początek

12:00:39 Piotrek Walczak
na początek? czego? ;-) jakieś założenia? cele do osiągnięcia? ;-)

12:02:43 Karolina
może zaczniemy od tego jak ma Pan na imię?

12:03:09 Piotrek Walczak
Piotrek :-) co – oczywiście – można było sprawdzić w katalogu GG Pani Karolino :-)

12:03:29 Karolina
ach dziękuję za odpowiedź

12:04:54 Karolina
wiem, ale mi się nie chce….!!

12:05:41 Piotrek Walczak
lenistwo… hmm… cecha, którą raczej wypadałoby ukrywać, a nie chwalić się nią, nie sądzisz? :-) właściwie, to nie ukrywać, a pozbywać się :-)

12:06:16 Karolina
to juz mój problem, nie musisz mnie pouczać, dzięki za te dobre rady

12:07:47 Piotrek Walczak
staram się nie pouczać, jedynie zadaję pytanie… czy tak generalnie, abstrahując od wszelkich okolicznośi, które w tej chwili – z tym się zgodzę – zawężałyby się do Twojej osoby, nie uważasz, że taką to cechę, którą przed chwilą wymieniliśmy nie lepiej byłoby w jakiś sposób niwelować? :-)

12:08:42 Karolina
nie, mi z tym dobrze

12:08:52 Piotrek Walczak
okej, jak dla mnie temat zamknięty :-) odpowiedź satysfakcjonująca :-)

12:09:10 Karolina
dzięki CI….

12:09:54 Karolina
to moze ty napiszesz mi coś o sobie?

12:10:21 Piotrek Walczak
powiedz mi tylko, co chcesz wiedzieć? :-)

12:11:06 Karolina
wolę ci nie zadawać więcej pytań, bo znów zrobisz mi wykład, a wykładów mam dosyć na uczelni…

12:12:38 Piotrek Walczak
hmm… to w takim razie, jak mam Ci opowiadać / pisać o sobie, skoro nie wiem, co chcesz wiedzieć? nie wiem np. czy chcesz wiedzieć, co mnie najbardziej na świecie irytuje, czym gardzę, co mi się podoba, a czym się pasjonuję… nie wiem, czy chcesz wiedzieć, co uważam za swoją najlepszą cechę, a co bym wyeliminował? nie wiem, czy chcesz wiedzieć, czego szukam w innych ludziach, czego od nich oczekuję a co sam mogę zaoferować… wiesz, ciężko się domyślić :-)

12:14:01 Karolina
cechy charakteru-3 najważniejsze twoim zdaniem

12:14:20 Piotrek Walczak
u przyjaciela? znajomego? czy może te trzy, które u siebie uważam za najważniejsze? :-)

12:15:31 Karolina
wkurzasz mnie, nie u Św Mikołaja jeśli wiesz

12:16:17 Piotrek Walczak
oczywiście ;-) ale nie przypuszczam, żeby św. Mikołaj Cię jakoś wyjątkowo interesował :-) aczkolwiek, nie mogę tego jednoznacznie wykluczyć :-) wiesz, ja staram Ci się tylko zwrócić uwagę na to, że możesz liczyć się z tym, że zadając ogólne pytania będziesz dostawać ogólne odpowiedzi… zresztą, to już pisałem gdzieś tam na początku… :-)

12:17:31 Karolina
cześć, dzięki za ”rozmowę”,mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny……..

12:18:23 Piotrek Walczak
ależ proszę bardzo, może wolałabyś, żebym na początek polecił Ci stronę
http://www.manka.info
i uniknęlibyśmy nieporozumień… chociaż, teraz to i tak bez znaczenia… powodzenia w poszukiwaniu rozmówców jednowyrazowych :-) trzymaj się i miłego popołudnia życzę :-)

podróż na południe

Pomysł wrześniowego wyjazdu w góry narodził się pewnego pięknego, majowego wieczoru, w Tuszynie, gdzie to razem ze Skarbem Anielskim rozpijaliśmy Stadko i planowaliśmy wakacje. Wtedy zostało rzucone hasło spędzenia kilku ostatnich dni przerwy letniej w osławionym już niejedną opowieścią Łupkowie. Roztaczała się przed nami kolorowa wizja pobytu w Bieszczadach. Wizja stawała się coraz atrakcyjniejsza, aż wreszcie nastąpiło apogeum radości spowodowanej prawdopodobieństwem wyjazdu, którą to radość zamanifestowaliśmy ze Skarbem Anielskim popijając wódę i zagryzając solą. Tą radością podzieliliśmy się też ze Skarbem Diabelskim, śląc jej zaczepno-pijackiego SMSa.
To był dopiero maj. Do września mogło się jeszcze wiele wydarzyć łącznie z tym, że plan upadnie i z wyjazdu nic nie będzie. Na przeszkodzie mogły stanąć na przykład kwestie finansowe czy niezgodność terminów. Można jeszcze dodać zaległości szkolne i powstanie obraz okoliczności, które mogły towarzyszyć końcówce wakacji. Na szczęście, pomiędzy majem a wrześniem miało miejsce bardzo ważne wydarzenie.

W czerwcu Kubiak namówił mnie na trzydniowy wyjazd w góry. Namówił w środę, wyjechaliśmy we czwartek. Takie spontaniczne działania mają w sobie najwięcej uroku. Pobyt minął wesoło. Mimo ciągłego deszczu nie mogę złego słowa powiedzieć. Łupków bardzo mi się spodobał. Zarówno samo miejsce, jak i ogólnie pojęty „klimat”, który tam panuje. Nie brakowało atrakcji w postaci wyjazdu na Słowację, czy kupowania ropy od Ukraińców. Nie brakowało wrażeń stricte estetycznych – góry mogą się podobać.
Wróciłem w pewną, czerwcową niedzielę będąc całkowicie przekonany o tym, iż będę chciał jeszcze kiedyś tam pojechać. Okazja miała się nadarzyć dopiero we wrześniu.

Skarby, jak tylko wróciły z zagranicznych wojaży, zaczęły układać się z Kubiakiem tak, by wyjechać w góry. Stanęło na tym, że 10-ego września zapakowało się pięć osób do „Beczki” i wyruszono w trasę. Dzień wcześniej, 9-ego, Skarb Diabelski pojawił się na chwilę na Łąkowej, gdzie akurat z Wijatą robiliśmy kontrolne 0.7l. Właśnie w Łódzkim Centrum filmowym odrodził się pomysł powrotu w góry. Sprawa nie była prosta. Przede wszystkim przerażała mnie samotna podróż. Postanowiłem sobie, że jeśli nie znajdę nikogo, kto pojechałby ze mną, zostanę w Łodzi. Jeszcze tego samego dnia spróbowałem namówić Wijatę. Nie udało się. Następnego przekonywałem Reggae Reggae. Również odmówił. Z jednej strony zrezygnowany, z drugiej jednak z czystym sumieniem zabrałem się za nadrabianie zaległości szkolnych. Praca domowa, a w wolnych chwilach wyprawa do Starożytnego Rzymu. Częścią odrabiania tych zaległości była wyprawa po „De Civitate Dei” św. Augustyna. Tak się złożyło, że tego samego dnia Reggae Reggae jeździł na rowerze. Spotkaliśmy się, walnęliśmy po piwku i przeprowadziliśmy mniej więcej taki dialog:
- Słyszałem, że nie jedziesz – zaczął Reggae Reggae – bo widzisz, ja bym pojechał, ale samemu to nie.
- Cholera, a ja byłem pewien – odpowiedziałem – że ty nie jedziesz i dlatego ja nie jadę. Samemu nie ma bata.
- Nie no, jeśli ty pojedziesz, to ja też się postaram.
- Okej, ja spróbuję, będę wiedział w środę wieczorem.
- Ja namówię Siostrę.
- Przekonam Wijatę i AA.
Po raz kolejny odżyła nadzieja. Do wyjazdu zostały dwa dni. Trzeba było tylko zebrać towarzystwo i ruszyć na południe Polski. Spróbowałem z AA. Nie dała rady. We wtorek i środę sytuacja zmieniała się, jak w przysłowiowym kalejdoskopie. Raz RR jechał. Raz pisał, że nie pojedzie. Podobnie Wjiata. Decyzji nie było. Wreszcie umówiliśmy się we czwartek na Łąkowej poważnie porozmawiać. Przeliczyliśmy koszta i okazało się, że z dwustu PLN, o których początkowo myśleliśmy, jako o niezbędnym minimum finansowym, da się zejść do stupięćdziesięciu PLN. Uradowani tą informacją, zdecydowaliśmy, że spotkamy się przed dwudziestą na dworcu autobusowym i pojedziemy w góry.
Spokojnie wróciłem do siebie i sposobiłem się do drogi, kiedy tuż przed dziewiętnastą dostałem informację od Reggae Reggae, że on jednak nie jedzie. Zostałem zaskoczony, ale na dworzec pojechałem. Już na miejscu pojawiła się kolejna zmiana planów. Chłopaki jadą. Ostateczna decyzja, tak naprawdę, zapadła dopiero, gdy staliśmy z plecakami przed budynkiem dworca.

Całą trójką weszliśmy na dworzec zaopatrzyć się roztropnie w bilety wiedząc, że posiadanie przy sobie pieniędzy na wyjazd i nie zamienianie ich na bilet może skończyć się tragicznie. Niestety, pani w okienku stwierdziła, że bilety, to my sobie możemy… kupić u pana kierowcy. Zostały nam zatem trzy godziny czekania ze świadomością tego, że nie możemy za dużo wydać. Spodziewaliśmy się bowiem, że bilet kosztować będzie – lekką ręką – trzydzieści pięć PLN. Na podróż chcieliśmy przeznaczyć około pięćdziesięciu PLN. Elementarna matematyka pokazuje, że mogliśmy przepuścić po piętnaście PLN. Co zresztą natychmiast uczyniliśmy. Najpierw chcieliśmy wbić się do „Kresowej”, ale nie dało rady. Poszliśmy więc do „naszego” sklepu, gdzie kupiliśmy po trzy bronki i wódę.
Z tą wódą, to w ogóle był niezły numer. Kupiliśmy, kontrolnie, 0.7l. Niestety, w sklepie nie mieli jej schłodzonej. Odezwał się wtedy zmysł organizacyjny Wijaty, który przekornie zapytał się ekspedientki, czy nie schowałaby nam tej wódy na jakiś czas do zamrażalnika. Panie zgodziła się od razu i włożyła wódę do zamrażarki, w której chłodziły się lody Algida.
Bronki postanowiliśmy wychylić za „Kaskadą”. Z dwoma uwinęliśmy się dość szybko. Skoczyliśmy odebrać wódę. Strzeliliśmy jeszcze po jednym i coraz weselsi potoczyliśmy się na dworzec.
Dochodziła godzina dwudziesta druga trzydzieści, czyli pora, o której miał się zjawić autobus. Jednak się nie zjawił. Żeby nie czekać bezczynnie, poszliśmy do pobliskiej knajpy „Rozbiórka”, gdzie chlapnęliśmy po jeszcze jednym browarku. Pogadaliśmy też z dwoma panami, którzy również udawali się w Bieszczady tym samym autobusem. Jak to w takich sytuacjach bywa, rozmowa o górach – o którym mamy dość nikłe pojęcie, ale improwizowaliśmy i o życiu. W stylu, czym się panowie zajmują. Tutaj popisał się Reggae Reggae, który powiedział:
- Ja, WSHE. Serdecznie nie polecam.
- Nie musi mi pan mówić, byłem tam dziekanem – odpowiedział jeden z rozmówców.
Drugim był syn mojego doktora od „Wstępu do Filozofii”. Doktora, u którego zdając egzamin zdobyłem osiem punktów na możliwych czterdzieści albo pięćdziesiąt i który to doktor – zobaczywszy mój wynik – powiedział, że w życiu jeszcze takiego nie widział, ale ma na tyle dobry nastrój, że postawi mi tróję, choć niekoniecznie na nią zasłużyłem. Uniosłem się wtedy honorem i powiedziałem, że trói nie chcę, będę poprawiać. I poprawiłem. Na cztery.
Piwko w „Rozbiórce” dość szybko się skończyło i znów zatoczyliśmy się na dworzec. Tym razem autokar już stał. Dowiedzieliśmy się, że nie odjedzie jeszcze przez jakiś czas, toteż spokojnie siknęliśmy sobie w krzaki i wypaliliśmy po fajeczce.
Wreszcie wsiedliśmy do autokaru. Sprawiał wcale miłe wrażenie. Rozlokowaliśmy się tuż przed końcem. Ja z Wijatą a Reggae Reggae z jakąś panieną (do której zresztą natychmiast odwrócił się plecami i chyba ani słowa przez całą podróż nie zamienił). Spotkała nas też miła niespodzianka. Bilet kosztował tylko dwadzieścia osiem PLN. Bardzo nas to ucieszyło. Autokar ruszył. Otworzyliśmy wódę. Spijaliśmy powoli rozmawiając o wszystkim i o niczym. Panowie z „Rozbiórki” robili za nami Balentines’a. Podróż mijała spokojnie. Aż wreszcie, tuż przed Piotrkowem Trybunalskim nas przypiliło. Całe szczęście był postój. Szybki sik na mur i z powrotem do autobusu. Tam końcówka wódki reglamentowana przez komórkę Wijaty, która to komórka odliczała nam kwadranse przed kolejkami. Wreszcie zasnąłem.

Obudziło mnie straszliwe zimno. Staliśmy na jakiejś stacji benzynowej nie mam pojęcia, w którym miejscu Polski. Wytelepałem się z autokaru. Znalazłem chłopaków. Popalali sobie. Chwilę później kierowca dał sygnał do odjazdu. Zapakowaliśmy się do pojazdu. Zasnąłem.

Oczy otworzyłem, jak już było jasno. Musiała być szósta może godzina. Wijata też już nie spał. Znaleźliśmy w plecaku naleweczkę porzeczkową i zaopiekowaliśmy się nią. Trochę pomógł nam w tym Reggae Reggae. Zza okien autokaru było już widać wzniesienia. Spowite poranną mgłą wyglądały nierealnie. Bardzo nas to cieszyło, dlatego z tym większym zapałem zabraliśmy się do kończenia tej nalewki. Udało nam się tego dokonać, zanim pojawiliśmy się w Sanoku.
Autokar się zatrzymał. Nieźle zmęczeni i podpici wysiedliśmy z niego. Zabraliśmy bagaże. Stanęliśmy i rozejrzeliśmy się dookoła. W tym miejscu kończył się nasz plan. Od tej pory byliśmy zdani na własną inwencję. Podpowiadała nam, żeby zapytać się w informacji o jakieś połączenie z Łupkowem lub cokolwiek, co jechałoby w tamtą stronę. Poradzono nam jakieś MPK. Wsiedliśmy i przejechaliśmy ze dwa, może trzy przystanki. Wylądowaliśmy w Zagórzu.
Pierwotnie mieliśmy tam czekać, aż przyjedzie po nas Skarb Diabelski z Jankesem ewentualnie Kubiak z Gosią. Dostaliśmy jednak sygnał, że oni jeszcze są w Bielsku Białej i w Bieszczady nie dojadą prędzej, jak wieczorem. Zdaliśmy się na stop.
Znaleźliśmy miejsce tuż przy przejeździe kolejowym. Otworzyliśmy ostatnią już nalewkę, która nam została i zaczęliśmy łapać jakiś transport. Nie było łatwo. Wreszcie, zdesperowani, spróbowaliśmy zahaczyć pociąg. Akurat stał w pobliżu taki techniczny wagon. Niestety, panowie nie chcieli nas podrzucić. Zapowiedzieli jednak, że będzie jechał Żuk i ten Żuk na pewno nas podwiezie. Nie zdążyliśmy dokończyć fajeczek, kiedy pojawił się wspomniany pojazd. Załadowaliśmy się do środka. Okazało się, że Żuk jedzie dokładnie tam, gdzie my. Niecałą godzinkę, która nam zeszła na tę podróż, chłopaki przespali.
Wylądowaliśmy na końcu świata, przy ostatnim sklepie przed schroniskiem. Zdecydowaliśmy się na zakup 0.7l na wieczór i kilka piwek dla poprawy nastroju, a także na maślankę i bułkę, co miało stanowić podstawę wyżywienia. Szybko to uczyniliśmy. Chcieliśmy jeszcze walnąć bronksa zanim pójdziemy w góry. Znaleźliśmy lokal. Niestety był jeszcze zamknięty. Godzina była wczesna. Dziesiąta, może jedenasta. Rozsiedliśmy się jednak w ogródku i otworzyliśmy Harnasie.
Piliśmy sobie spokojnie nie mogąc dojść do porozumienia, czy walniemy dwa czy tylko jednego browarka. Wijata optował za dwoma. Ja byłem na tyle wycieńczony, że nie byłem pewien czy to jedno w ogóle zmęczę. Wybraliśmy rozwiązanie pośrednie. Kupiliśmy jeszcze browarka na drogę. Ale, żeby nie było, kupiliśmy też symboliczne 0.2l. Do tego dwa litry popity. Jakąś podłą oranżadę. Zawadzała nam, dlatego zdecydowaliśmy się co nieco ją potraktować z buta. Niestety, nie wytrzymała bieszczadzkich wertepów i pękła. To przyspieszyło tylko spożywanie 0.2l na drogę. Dziabnęliśmy sobie. Akurat przejeżdżał traktor. Zatrzymaliśmy go i podwiózł nas w stronę schroniska. Inaczej szlibyśmy około godzinki. Na przyczepce dodziabaliśmy 0.2l do dna. Chcieliśmy poczęstować dwóch autochtonów, którzy z nami jechali, ale się nie dali. Trudno. Traktor się zatrzymał. Stoczyliśmy się z przyczepki. Otworzyłem browca. Zaczęliśmy zataczać się w stronę schroniska. Prawdopodobnie było południe.
W pijackim zwidzie pokonaliśmy ostatni odcinek drogi i dobrnęliśmy do domku. Naszym oczom ukazał się Skarb Anielski w pidżamce w chmurki albo delfinki. Prezentowała się wyśmienicie. Mieliśmy zachować 0.7l na wieczór i zrobić małe Skarba urodzinki, ale nie daliśmy rady. Na jej widok natychmiast odkorkowaliśmy flachę i rozdziabaliśmy to, co było do rozdziabania. Poszło nam gładko. Może godzinkę. Byłem całkowicie zamroczony alkoholem. Miałem niejeden promil we krwi. Przybiłem gwoździa na stole na tarasie. Potem jakimś cudem wczołgałem się na górę i padłem. Pamiętam jeszcze tylko, że Skarbik przyniósł mi coś do przykrycia się.

Jak się obudziłem było już ciemno. W głowie pulsował niemiłosierny kac i myśl, by może tego wieczoru się nie uchlewać. Obok spał Wijata, z drugiej strony Reggae Reggae. Nie budziłem ich. Zszedłem na dół. Zastałem całą masę obcych ludzi. Nie pamiętałem ich z południa. Przywitałem się, jak wymagają tego konwenanse i poszukałem jakiegoś browarka na rozruch. Pomysł, by się nie uchlewać ulotnił się wraz z pierwszym łykiem piwka.
Pokręciłem się trochę. Pogadałem ze Skarbem i Grzesiem. Opowiadali, że chłopaki – zanim jeszcze odjechali – mieli jakieś jazdy z końmi. Zapowiadali też kakao na wieczór. Wiele o tym kakao wcześniej słyszałem. Tym bardziej rad byłem, że będę mógł go spróbować.
W tym czasie przebudził się Reggae Reggae. Poczłapał po piwo. Wieczór zaczął się rozkręcać. Zaczęto przygotowywać kolację – pierogi wegetariańskie z serem i ziemniakami. Udało mi się załapać na trzy. Reggae Reggae też coś przetrącił. Nadeszła też pora przygotowywania kakao. Skarbik zagotował mleko. Nasypaliśmy kakao do dzbanka. Zalaliśmy mlekiem na dwie trzecie wysokości szklanek i dopełniliśmy wódą. Obudziłem Wijatę. Ucieszył się na widok czegoś – z pozoru – bezalkoholowego. Po pierwszym łyku mina mu trochę zrzedła ale po drugim wrócił już uśmiech. Kakao skończyło się równie szybko, jak się zaczęło. Było wyśmienite.
Wyszliśmy przed domek popalić sobie trochę. Zobaczyliśmy, że gdzieś od strony gór telepie się samochód. To Jankes jechał Uaz’em. Razem ze Skarbem Diabelskim. Chwilę później dotarł Kubiak z Gosią. Gdy wszyscy byli już w komplecie w ruch poszły piwa. Do tego doszedł jeszcze popers. Zwijaliśmy się ze śmiechu pod stołem. Jakimś cudem pojawiła się też wódka. Piliśmy w kilka osób, aż wreszcie został Skarb Anielski, Wijata, Stachu i ja. Skarb wymiękł i zasnął na ławie. Potem został przeniesiony przez Grzesia. Podobnie my. Zasnęliśmy najpierw pod stołem. Potem przenieśliśmy się jakoś na górę. Wieczór się skończył.

Nie wiem, o której, ale na moment otworzyłem oczy. Wydawało mi się, że coś złego stało się z okularami. Rzeczywiście. Nie znalazłem ich. Popsutym wzrokiem przyuważyłem Skarba. Zapytałem, ale nie wiedziała. Zmęczenie wzięło górę. Ponownie zasnąłem.

Przed południem obudził mnie Jankes pytając czy przejadę się z nim do tartaku coś tam pomóc. Odpowiedziałem, że oczywiście. Uznałem, że dalej już spać nie będę. Wstałem. Jeszcze raz przeszukałem okolicę w poszukiwaniu okularów. Nic z tego. Nie było ich. Pogodziłem się z myślą, że kolejne dwa dni będę na pół ślepy. Trochę po omacku zlazłem na dół. Wyskoczył do mnie Zając. Dał mi okulary i wytłumaczył, że wczoraj, jak padłem pod stół, to zabrał mi je, żebym za bardzo ich nie zniszczył (sam również nosi okulary i wie, jak to czasem bywa). Podziękowałem.
Znalazłem jakiegoś bronksa i wyszedłem szukać reszty towarzystwa. Siedzieli na trawce nieopodal schroniska. Powiedzieli, że zdążyli już wydoić kozy. Że mieli przy tym niezłą zabawę. A teraz spokojnie sobie popijają w oczekiwaniu na to, co przyniesie dzień. Dołączyłem do nich. Poszedł Harnaś, potem Reddsik. W tym czasie Jankes pojawiał się i znikał, aż wreszcie zapakował nas do Uaz’a i wywiózł do tartaku. Naszym zadaniem było tym razem załadować ile się da drewna na przyczepkę. Lekko nie było, ale daliśmy radę. Skarby „korowały”. Wsiedliśmy z powrotem do Uaz’a i zostaliśmy przetransportowani na Szczerbanówkę, gdzie rozładowaliśmy przyczepkę. Trzeba tutaj zaznaczyć, że podróż terenowym Uaz’em po bezdrożach bieszczadzkich ma w sobie pełno uroku, jednak pozostają po niej siniaki. Dawno już nie byłem tak poobijany. W samochodzie skakało się niczym piłeczki ping-pongowe. Rzucało nas na wszystkie strony. Oczywiście, nie bardzo było czego się złapać.
Na Szczerbanówce przesiedliśmy się do Astry, którą Stachu nas podrzucił do sklepu. Zrobiliśmy zakupy. Litr wódy, masę piwa i standardową maślankę z bułką. Wódę otworzyliśmy jeszcze w aucie. Piwa zostawiliśmy na wieczór. Dokończyliśmy po powrocie na Szczerbanówkę. Znaleźliśmy sobie jakąś karimatkę i na niej polegliśmy.

Zaczynało się ściemniać, kiedy obudził mnie chłód. Obudziła się też reszta. Dowiedzieliśmy się, że zostaniemy w tym miejscu. Było ono niczego sobie jednak zostawiliśmy w schronisku nasze rzeczy. Jankes zaoferował nam przejazd. Było jakoś po siódmej. Znów wpakowaliśmy się do Uaz’a. Tym razem Skarby, Kubiak i ja. Ruszyliśmy. Oczywiście w poprzek. Żadnej drogi. Nawet ścieżki. Jankes jechał jakby na azymut. I nie przeszkadzały mu strumienie, drzewa, dość strome podjazdy czy zjazdy. Uaz szedł niczym wędrowiec. Miewał przechyły po czterdzieścipięć, jak nie więcej, stopni i w ogóle – źle nie było. Rzucało nas z tyłu raz na boki raz w górę. W końcu pojawiła droga, która miała stać się naszym przekleństwem. Koleiny, jak cholera. Jankes jedzie brawurowo. Kubiak wspomina, że fajnie byłoby mieć wyciągarkę. I sru! Uaz się zakopał. Wpadliśmy w rowy wyjeżdżone przez Stary. O wiele głębsze, niż zawieszenie Uaz’a. Nie mieliśmy żadnych narzędzi poza lewarkiem. Znaleźliśmy kupę drewna i podnosiliśmy samochód wtykając drewno pod opony. Mijały minuty, godziny, my byliśmy coraz bardziej uwaleni błotem, zmęczeni i zziębnięci, a Uaz nie chciał ruszyć. Ostatecznie się udało. Nie bez strat jednak. Skarb Diabelski, gdy któryś już raz próbowaliśmy Uaz’a wypchnąć, wpadł po kolana w błoto. Ja stanąłem na tyle niefortunnie, że buksujące koło przerobiło moje czerwone spodnie na czerwono-błotne. Ruszyliśmy i podjechaliśmy do schroniska. Tam zjedliśmy lekką kolacyjkę. Zabraliśmy rzeczy i wpakowaliśmy się z powrotem w pojazd. Jankes pojechał tak samo z tą tylko różnicą, że tym razem się nie zakopaliśmy.
Dobiliśmy na Szczerbanówkę i zaczęliśmy alkoholizację ogrzewając się przy ognisku. Ja czułem się strasznie słabo. Już wypychając ten samochód, kiedy nosiłem bale drewna, traciłem siły i przewracałem się. Podobnie nocą. Słaniałem się na nogach. Z przepicia ale i ze zmęczenia. Dopóki siedziałem wszystko było w porządku. Kolejne kieliszki i łyki piwa osłabiały mnie coraz bardziej aż wreszcie, kiedy na placu boju został tylko Skarb Diabelski, Wijata i Reggae Reggae wstałem, chciałem gdzieś pójść i wyrżnąłem jak długi w dół na jakieś dechy. Towarzystwo mówiło, że kilka chwil w ogóle nie dawałem znaku życia. Później jakoś się podniosłem i potoczyłem do ogniska. Był to jednak znak, że więcej tego wieczoru już raczej nie powinienem. Resztkami świadomości znalazłem jakiś śpiwór i walnąłem się obok ognia. Ściągnął mnie stamtąd Grześ i zaprowadził do namiotu. Natychmiast zasnąłem.

Wstałem, bo Wijata coś mówił, że pora wyjeżdżać. Mnie się zdawało, że umówiłem się jakoś z Kubiakiem, iż załaduję się do jego „Beczki” i wrócimy razem. Upewniłem się tylko i rozejrzałem się za jakimś browarkiem na rano. Grześ mi powiedział, że wczoraj chciałem z piwskiem wtoczyć się do namiotu, ale mi zabrał i schował przy wejściu. Znalazłem. Od razu się ożywiłem. Towarzystwo uzgadniało powrót. Mnie Kubiak zabrał do „Beczki” i pojechaliśmy na Małą Rawkę odwiedzić Michała, Patrycję i Stefana.
Do ich schroniska dotarliśmy w porze obiadu, kiedy przewija się przez nie najwięcej turystów. Niemożliwością było wyrwać ich na chwilę. Pozostała nam rozmowa ze Stefanem. Chwilkę posiedzieliśmy i zebraliśmy się w stronę Szczerbanówki, odwieźć Stacha, zabrać rzeczy i powoli szykować się do drogi. Wpadliśmy jeszcze na pstrąga i dwa browary.
Wróciliśmy na Szczerbanówkę. Wypełniliśmy samochód rzeczami. Zabraliśmy Grzesia i Wijatę. Pojechaliśmy na Słowację. W najbliższym sklepie kupiliśmy po kilka Smädných Mníchów z zamiarem dowiezienia ich do Łodzi w ramach prezentu z wyjazdu. Niestety, już zaraz za granicą otworzyliśmy pierwsze i do samej Łodzi cztery pękły, jak nic.
Podróż minęła bezstresowo. Trochę kimaliśmy, trochę żartowaliśmy, jak to zwykle bywa. W Łodzi pojawiliśmy się po dwudziestej drugiej. Ja do domu wszedłem przed jedenastą. Zmęczony, uwalony błotem, poobijany od Uaz’a i nieszczęsnego upadku ze soboty, ale szczęśliwy. Warto było jechać. Choć wiem, że mógłbym ten wyjazd uznać za jeszcze bardziej udany. Niestety, nie w tym roku.

bieszczady

19:30 zbiórka na Dworcu Centralnym
23:15 odjazd
07:00 Sanok…
a co dalej… „Bóg to jeden wie, jeden Bóg to wie”