Kalendarz

Sierpień 2004
P W Ś C P S N
« lip   wrz »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Sierpień 2004

czeczenia walczy…

czeczenia pokonana
czeczenia pokonana

czeczenia pokonana
czeczenia zwycięska

/komentarz odautorski: najlepsze zdjęcia z tegorocznych wakacji!
(jakość zdjęć nie jest przypadkowa)


jaki jesteś młody Polaku?

„Kocham tylko siebie, kupuję na potęgę, chlam jeszcze więcej, a wszystko inne mi wisi”[1]


[1] cytat z artykułu, który można znaleźć tutaj

garfield

garfield

Anioł w Krakowie

Anioł w Krakowie Już pierwsza scena filmu, w której główny bohater – anioł o wdzięcznym imieniu Giordano – uczy się grać na gitarze piosenek Elvis’a Presley’a w towarzystwie samego króla rock n’ roll’a, zapowiada, że film będzie wyjątkowo pozytywny. I rzeczywiście. Tak jest.

Fabuła zgoła banalna – Giordano za niesubordynację zostaje zesłany na Ziemię by odpracować swoje nieposłuszeństwo przynajmniej jednym dobrym uczynikem dziennie; ma być wysłany do kraju wiecznej depresji: Holandii, ale anioł-dyspozytor Lubega płata mu figla i zamiast ‚Holland’ wpisuje ‚Poland’ – nie jest rzeczą, na którą zwraca się największą uwagę oglądając obraz. To, co przykuwa widza do ekranu, to wyśmienicie – jak na polskie warunki – dobrana kolorystyka. Kiedy dzieją się rzeczy pogodne – a trwa to większość filmu – na filmowym świecie panuje słoneczna pogoda. Kiedy jest moment przykry – od razu wiadomo, że będzie padać deszcz. Z jednej strony mamy przewidywalność tego, jak będzie w danej scenie wyglądać tło, na którym dzieje się akcja; z drugiej jednak strony, to tło jest tak urocze, iż mimo jego oczywistości nie można odmówić mu uroku. Inna sprawa, że wszystko dzieje się w Krakowie bądź jego okolicach, a doskonale wiadomo, że Kraków – zresztą, jak każde miasto odpowiednio pokazane – można sfilmować tak, że widz się w nim [Krakowie] zakochuje. Do tego dochodzi jeszcze dobrze dobrana muzyka. Jednym słowem – walory estetyczne filmu zachwycają.

Trochę gorzej z tą nieszczęsną treścią filmu. Oparta na prostym pomyśle, zbudowana jest tak, że w pewnym momencie brnie w ‚kozi róg’ i wyraźnie daje się odczuć, że scenarzyści nie do końca mają pomysł, jak z tego ‚koziego rogu’ wybrnąć. Wybierają sposób oczywisty, dający się przewidzieć, jako jeden z dwóch, może trzech możliwych. To minus. Ale są też plusy. Przede wszystkim to, że film – we większej części – niesie ze sobą pozytwne przesłanie. Sama postać głównego bohatera pokazuje, jak można cieszyć się z życia, jak wielką można mieć w sobie radość i beztroskę, których – niestety – większości ludzi, a szczególnie Łodzianom, brakuje. Wyraźnie widać, że postawa Giordano jest receptą, jaką przedstawiają nam scenarzyści, na pozorną nieciekawość tego świata. Znamienne jest też zdanie, które mogłoby być mottem całego filmu, wypowiedziane przez parę zdążającą na rozwód, którą zatrzymuje Giordano: „Patrz! On cieszy się ze wszystkiego tak, jakby widział to po raz pierwszy w życiu”.

Ogólna ocena jest taka: Miły film, dobrze się go ogląda, po napisach końcowych czuje się pogodę ducha; niestety, są pewne niedociągnięcia, które jednak nie przekreślają pozytywnej oceny końcowej.

znajomość języka

napis przyuważony na retkińskim ‚ryneczku’:
„śliwki! słotkie”

wakacyjne śniadanie

- ogórek kiszony
- wódka (Absolwent)

Kult – Totalna stabilizacja

Frustracja rodzi agresję
Sensacja goni sensację
Akcja na wakacjach
Totalna stabilizacja

Kolejna męki stacja
Nowa święta racja
Mózgów masturbacja
Totalna stabilizacja

Uczuć naszych inflacja
Słowami manipulacja
Znowu alienacja
Totalna stabilizacja

Przystanek Woodstock, Kostrzyn Nad Odrą, 30-ty – 31-wszy lipca 2004-ego roku.

     Na tegoroczny przystanek Woodstock, podobnie, jak na zeszłoroczny, jechałem ze znajomymi. Umówieni byliśmy, znów podobnie, jak w zeszłym roku, na dworcu Łódź Kaliska, tym razem jednak na godzinę 22-gą. Mieliśmy jechać pociągiem do Świnoujścia, wysiąść w Krzyżu. Tam przesiąść się w jakiś bezpośrednio do Kostrzyna Nad Odrą i w okolicach wczesnego poranku być już na miejscu.
Do wyjazdu gotowy byłem przed 21-wszą. Właściwie już wtedy wychodziłbym z domu, gdyby nie to, że czekałem na A. Razem mieliśmy pojechać na dworzec.
Przyszła kilka minut po 21-wszej. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę u mnie i wybraliśmy się w podróż. Na dole w sklepie zaopatrzyliśmy się w 0.7l i dwa piwa na podróż (nalewkę kupiłem sobie wcześniej). Pojechaliśmy na miejsce spotkania. Po drodze dowiedzieliśmy się, że Reggae Reggae z Siostrą wymiękają i będą jechać dzień później.
Na dworcu spotkaliśmy czekających już Elę, Michała i Patryka. Po chwili pojawił się Skarb. Otworzyliśmy piwka i poszliśmy kupić bilety. Później poszliśmy na peron. Tam symbolicznie ‚dziabnęliśmy’ i spokojnie czekaliśmy na pociąg. Trochę przeraziło nas to, że wbrew wcześniejszym zapowiedziom, nie jest to pociąg podstawiany w Łodzi, a jadący z Kielc. Nie zniechęciło nas to jednak do jeszcze jednego ‚dziabnięcia’.
Pociąg nadjechał. Nie było wyjątkowo tłoczno. Nie można jednak było myśleć o miejscach w przedziale. Ulokowaliśmy się na korytarzu. W perspektywie mieliśmy siedmiogodzinną podróż.
Zostawiłem towarzystwo i poszedłem odprowadzić A. na ostatni ‚gminbus’. Przejechałem z nią dwa przystanki. Pożegnałem się i wróciłem do pociągu. Tam spotkałem Wijatę. Przyszedł pomachać nam, jak będziemy odjeżdżać. Zamieniliśmy parę słów. Umówiliśmy się na piątek rano (Wijata miał wtedy dojechać ze Siostrą, RR, Kubiakiem, Krysiem i Wojtkiem Marcem).
Nadeszła godzina 23:15. Zawiadowca gwizdnął. Pociąg ruszył. Z tej okazji ‚dziabnęliśmy’ sobie ze Skarbem.
Na początku podróż przebiegała bez większych atrakcji, jeśli nie liczyć ostro wstawionego faceta, który najpierw zajmował pomieszczenie, które później zajął Skarb, a które ochrzciliśmy mianem ‚dziabalni’. Po jakimś czasie, ostro wstawiony pan, wstawił się jeszcze bardziej i poszedł do swojego przedziału, gdzie zasnął. My zajęliśmy jego miejsce. ‚Dziabaliśmy’ ile się da. Najpierw 0.7l Starogardzkiej. Potem nalewkę wiśniową. Alkohol skończył się koło północy. Skończyła się też dla nas ‚świadoma’ podróż. Dalej, już tylko, jak przez mgłę, pamiętam, że z Elą wynaleźliśmy jakiś przedział w pierwszej klasie. Że Michał zasnął na bagażach w przejściu. Że Skarb drzemał w ‚dziabalni’. Że co jakiś czas zmieniałem jej bandaż. Że słyszałem ludzi, którzy podśpiewywali ‚przebój czerwca’ zaczynający się od słów: „chlejemy wino w parku / ja jebę, jak pięknie (…)”. Okazało się, że byli to twrócy tegoż przeboju. Pamiętam też jakiś przedział i jakichś obcych ludzi. I to – mniej więcej – byłoby na tyle z podróży. Resztę znam z opowieści. A opowieści złe nie były.
Dowiedziałem się na przykład, że w przedziale z obcymi ludźmi, pokładałem się na jednym z nich. Że do tej pory niewiadomo jakim cudem udało nam się przesiąść w Krzyżu. Że w pociągu podmiejskim z Krzyża piliśmy jeszcze Lipę z Miodem. Że z tego pociągu, już w Kostrzyniu Nad Odrą, wynosili mnie panowie sokiści. Wtedy się obudziłem. Poczułem jeszcze, że mam strasznie zgniecione okulary (nie wyprostowały się przez cały Woodstock).

     Wytoczyliśmy się ze stacji. Zresztą, nie tylko my. Wytaczały się całe grupy osób. Nie koncentrowaliśmy się na nich. Naszą uwagę skupił rzucający się w oczy ogródek z piwem. Darowanie jemu byłoby karygodne. Odeszliśmy ledwie ze sto metrów od budynku dworca, jak otworzyliśmy pierwsze pyfko w Kostrzyniu N.O.. Zgodnie ustaliliśmy, że jest to nasz pierwszy Przystanek Woodstock. A, że przystanków do tej pory było dziewięć, z czego na jednym byliśmy (ja na dwóch, Ela, Michał i Patryk chyba na trzech, ale nie miało to większego znaczenia), pozostało nam osiem do odrobienia.
Odrobiliśmy pierwszy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do przejścia mieliśmy dobre cztery, jak nie więcej, kilometry. Na nasze szczęście, znaleźliśmy kolejny Przystanek, którego nie sposób było ominąć. Zwrócił on naszą uwagę tym, że jako reklamę mającą przyciągać klientów, wystawiono tam napis: „Parówa Z Bółom” (pisownia oryginalna). Usiedliśmy sobie na tym przystanku i strzeliliśmy po pyfku, a także po ‚parówie z bółom’. Mój zmysł ortograficzny jednak długo nie wytrzymał i musiałem zwrócić właścicielce uwagę. Trochę speszona zmyła napis i poprosiła Elę o zrobienie nowego. Napisała.
Skończyliśmy piwo. Obudziliśmy Skarba. Zaczęliśmy się toczyć dalej. Lekko nie było. Słońce prażyło już niemiłosiernie (miało tak prażyć do samego wyjazdu). Droga była długa.
Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało, ale Skarb idąc przez sen wyprzedził nas porządnie. Nie dało rady dogonić. Udało się za to złapać ‚stopa’, który podrzucił nas kawałek. Dzięki temu wyprzedziliśmy Skarba. W oczekiwaniu na nią, kupiliśmy sobie po pyfku. Doszła. Ruszyliśmy dalej.
Ponownie zatrzymaliśmy jakiś samochód. Wziął nas na tył i podwiózł pod sam teren festiwalu. Chwilę pokręciliśmy się, żeby zorientować się, gdzie są Tyskie i gdzie najlepiej się rozbić i rozpoczęliśmy trudną procedurę rozkładania namiotów. Tym trudniejszą, że pełni byliśmy alkoholu. A i słońce dawało się we znaki. Koniec końców, udało się. Wtedy, będąc już o wszystko spokojnym – padłem odespać podróż i trudy dojścia na Przystanek Woodstock.

     Obudziłem się przykryty mokrą koszulką Patryka i z mokrą czapką na głowie. Było wczesne popołudnie. Przez to, że spałem na słońcu, byłem porządnie spieczony. Towarzystwo przejawiało już jakieś formy aktywności. Przypomniałem sobie, że mam jeszcze gdzieś jakieś pyfko na czarną godzinę. Otworzyłem. Było ohydnie ciepłe, ale co miałem zrobić? Wypiłem. Wtedy pojawił się pomysł, żeby nawiedzić Tyskie i tam napić się – dla odmiany – piwa (zimnego). Poszliśmy we czwórkę. Skarb, Ela, Patryk, ja. Zamówiliśmy kolejkę, potem drugą. Spotkaliśmy jakąś panią z funduszu emerytalnego, która zapisywała za 10 PLN chętnych. W sensie, jak ktoś się zapisał, dostawał 10 PLN. Przypuszczalnie miała wielu tych chętnych. Nawet w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy by nie skorzystać z takiej okazji, ale ostatecznie nie zdecydowałem się. Co innego Skarb. Po wypiciu dwóch browarków i zrobieniu zapasów na wieczór, wróciliśmy do obozu.
Nadciągał zmrok. Wraz z nim ‚Komandos Strong’. Raczyliśmy się z nim razem z Patrykiem. Rozochocił nas on na tyle, że postanowiliśmy zaatakować pobliski „Przystanek Jezus” i przegadać jakiegoś księdza. Poszliśmy.
Po drodze strzeliliśmy jeszcze sobie po łyku na odwagę i znaleźliśmy jakąś ‚ofiarę’. Patryk ukrył Komandosa pod kurtką i rozpoczęliśmy rozmowę od podchwytliwego pytania o to, czy po śmierci czeka się na Sąd Ostateczny czy może nie, skoro tam, po śmierci nie ma czegoś takiego, jak czas. Ksiądz uchylił się od odpowiedzi i zaczął mówić o czymś innym. Trochę zbici z tropu staraliśmy się go naprowadzić na nasze pytanie ale się nie dał. Mówił o jakichś sądach cząstkowych, sumieniach i innych takich. Nie mogliśmy z Patrykiem poprowadzić rozmowy po naszemu. Poza tym, nasz stan nie bardzo pozwalał na błyskotliwe riposty, a ksiądz był trzeźwy, jak świnia. Żeby nie było wątpliwości, my byliśmy pijani, jak świnie. Wreszcie wycofaliśmy się czując się pokonanymi. Wróciliśmy do obozu i dokończyliśmy ‚Komandosa’. Walnęliśmy jeszcze po pyfku. Zdaje się, że wtedy Skarb, Ela i Michał już spali. Wreszcie również położyliśmy się spać. Patryk u siebie w namiocie. Ja – zwyczajowo – na zewnątrz.

     Ze snu zostałem wyrwany przez Skarba. Przypomniała mi, że mieliśmy rano iść po resztę towarzystwa na dworzec. Zebraliśmy się w sobie i ruszyliśmy w długą drogę. W jej trakcie spotkaliśmy AA. Umówiliśmy się na 14-tą w Tyskim i poszliśmy dalej. Kupiliśmy sobie po piweczku. Powoli szliśmy w stronę miasta. Byliśmy jednymi z nielicznych którzy szli w tamtym kierunku. Cała reszta, tysiące ludzi, ciągnęła na Przystanek. Co chwila byliśmy pytani: „Jak daleko jeszcze?”. Mimo, iż była jeszcze wczesna godzina, słońce już świeciło bardzo mocno. Wreszcie dotarliśmy do miasta.
W sklepie kupiliśmy coś na ząb i po kolejnym piweczku. Podeszliśmy pod dworzec. Tam zrobiliśmy sobie śniadanko i popiliśmy je odpowiednio. Wtedy nadjechał pociąg z Łodzi. Wysypał się z niego tłum zmęczonych osób. Wśród nich dało się zauważyć A., Kubiaka, Krysia i Wojtka Marca. Przechwyciliśmy ich. Niestety, nie znaleźliśmy Siostrzyczki, RR i Wijaty. Zdzwoniliśmy się z nimi, żeby szli w stronę Woodstocku i w pierwszym napotkanym barze czekali na nas do skutku. Naszą zwartą grupą ruszyliśmy. Najpierw do sklepu, potem już na Przystanek. Po drodze – oczywiście – zahaczyliśmy o bar. Myśleliśmy, że zastaniemy tam nasze zguby. Nie było ich. Zdzwoniliśmy się jeszcze raz i dowiedzieliśmy, gdzie dokładnie są. Kazaliśmy im zostać na miejscu do naszego przyjścia. Musieli poczekać dobrych kilkanaście minut.
Zanim do nich poszliśmy, zawadziliśmy jeszcze o obóz. Tam nowoprzyjezdni zostawili rzeczy. Udaliśmy się po Siostrę, RR i Wijatę. Po przejściu całego Przystanku odnaleźliśmy ich. Z tej okazji wypiliśmy po piwku i zaprowadziliśmy ich do obozu. Nie było jeszcze południa. Z Wijatą dorwaliśmy się do cieplutkiej „Czerwonej Kartki” popijanej cieplutką „Oranżadą”. Zrobiliśmy ją w iście ‚balkonowym’ tempie. To wystarczyło, bym powiększył swoją przewagę nad Bąkiem do 15:6. Padłem.

     Przytomność wróciła mi późnym popołudniem. Przypomniałem sobie, że miałem iść na koncert Grabaża i Strachów na Lachy. Zorientowałem się czy jeszcze zdążę i ruszyłem z miejsca. Zabrali się ze mną Skarb, Siostra, RR i Wijata. W drodze zahaczyliśmy o Tyskie, by zrobić odpowiednie zapasy na koncert. W okolice sceny dotarliśmy zanim zaczęli grać. Był czas by zrekonstruować popołudnie. Podobno z Wijatą na jakiś czas odjechaliśmy, ale zebraliśmy się przed 14-tą, żeby pójść po AA do Tyskiego. Tam, w oczekiwaniu na nią, znaleźliśmy jakieś panieny, z którymi można było sobie spokojnie pogadać. Przy czym, nie zawsze nam ta rozmowa wychodziła. Popiliśmy tam trochę i niedoczekawszy się AA zawróciliśmy do obozu, gdzie dospaliśmy resztę czasu. Zaczął się koncert.
Ponieważ był to jeden z dwóch koncertów, dla których – tak po prawdzie – przyjechałem na Woodstock, wiadomo było, że bawić się będę wyśmienicie. Szczególnie, że przez ostatnie kilkadziesiąt dni piosenek Grabaża i Strachów na Lachy słuchałem dość często i za każdym razem bardzo mi się podobały. Na żywo brzmieli całkiem przyzwoicie choć muszę przyznać, że aranżacje studyjne bardziej podpadały pod mój gust. Na tych piosenkach, które usłyszałem, bawiłem się wyśmienicie. Szczególnie na Figazmakiem (czyli słynne „Hej up! Hej up! (…) Ona dla zasady nie całuje w usta mnie (…)”) ale także Dygoty („jak mnie zapalisz / wtedy zapłonę (…) mam głowy zawroty / daj mi jakiś znak (…)”) czy Miłości propaganda („Chcę mieć Ciebie całą / to i tak jest za mało (…)”). Ogólnie występ Grabaża i Strachów na Lachy uważam za udany.
Dalej grał zespół RAW z Kanady. Oni grali już rok wcześniej. Nie robili więc już tak wielkiego wrażenia, jak wtedy. Nawet, kiedy zagrali hymn Polski na modłę hymnu USA zagranego przez Jim’iego Hendrix’a na amerykańskim festiwalu Woodstock z 1969-ego roku.
Dalsza część wieczoru nie zapadła mi jakoś wybitnie w pamięci. Wydaje mi się, że wróciłem – przez Tyskie – do obozu. Być może strzeliłem jeszcze jakiegoś browarka. Prawdopodobnie pojawił się jeszcze Wijata, który wcześniej z resztą towarzystwa poszedł bezpośrednio pod scenę. Razem z nim ‚dopiliśmy się’ i spokojnie poszliśmy spać w oczekiwaniu na to, co przyniesie nowy dzień.

     Tym razem obudziło mnie słońce. Było gorąco. Wstałem. Wstał też Wijata. Poszliśmy przemyć zęba, a potem do Tyskiego. Postanowiliśmy wypić tyle, by dostać koszulkę festiwalu. Na to zadanie potrzeba było wlać w siebie 12 browarów. Rozpoczęliśmy wyścig. W pewnym momencie, na pomoc przyszli nam Kubiak z Krysiem. Daliśmy radę. Przed południem, wracaliśmy do obozu, jako zwycięzcy. W pewnym sensie. Ja to zwycięztwo zmuszony byłem odkupić tym, że znów położyłem się na chwilę spać. Oczywiście w pełnym słońcu. Na szczęście A. namówiła mnie, żeby przenieść się gdzieś w cień i poszliśmy sobie.

     Otworzyłem oczy. Otaczał mnie las. Porządnie się zdziwiłem. Wszak Przystanek Woodstock był rozmieszczony w dużej mierze na łąkach i polach. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, skąd sie tu wziąłem. Rozejrzałem się i rzeczywiście, A. była w pobliżu. Po kilku chwilach, zdecydowaliśmy się wrócić do obozu.
To, co zastaliśmy po powrocie nie było podobne do niczego, czego można było się spodziewać. Około dziesięciu zgonów padniętych w cieniu namiotu. Wśród nich – z pozoru – obcy, jak np. Siostra Kubiak, Justynka z dreadami czy Janek sąsiad RR. Jak się pojawiliśmy towarzystwo zaczęło dawać oznaki życia. Przebudzało się powoli i odtwarzało przebieg tego, co się działo, gdy odpoczywałem. Okazało się, że nie próżnowali. Na tyle, że RR również zdobył koszulkę, którą Tyskie dawało za 12 pyf. Temu powrotowi do zdrowia towarzyszyła chęć udania się na koncert, a najlepiej na koncert Reggae.Tak się akurat szczęśliwie złożyło, że zaraz miał zacząć grać zespół Twinkle Brothers wraz z Trebuniami Tutkami czyli mieszanka muzyki jamajskiej z góralską. O ile muzyka góralska, przynajmniej ta polska nie jest moją ulubioną, tak muzyka jamajska jest – w wykonaniu króla Reggae – bardzo przyjemna. Zebraliśmy się w kilka osób i poszliśmy zahaczając wpierw o Tyskie, które – ku naszej uciesze – zawsze znajdowało się na drodze na koncert. Dobre dwa pyfka pękły i już można było podejść pod scenę.
Tam część z nas zbratała się z jakimiś dwoma kolesiami i jedną panienką, którzy byli na tyle wyluzowani, że chodzili z pięciolitrowym baniakiem po wodzie mineralnej i zbierali od ludzi piwo. Co jakiś czas udawało im się zebrać trochę, wtedy przychodzili i szczodrze się dzielili. Nie koniecznie przypdało mi to do gustu i nie korzystałem z tego braterstwa.
Minął też koncert reggae. Duża grupa poszła pod scenę. Zostałem sam. Ponieważ miała zagrać Armia, czyli drugi zespół po Grabażu i Strachach na Lachy, dla którego tu przyjechałem, również przemieściłem się pod scenę. Zaczął się występ. Już pierwsze dźwięki mnie porwały. Jednak Budzyński i spółka źle nie grają. Szczególnie, że grali większość tych piosenek, które znałem czyli z pierwszych dwóch płyt. Jakoś do tej pory nie mogę pozbyć się wrażenia, że polska muzyka rockowa skończyła się wraz z nagraniem przez Hey płyty Fire. Od tamtej pory nic dobrego się już nie wydarzyło. A przecież pierwsze płyty Armii są starsze od Heya.
Armia się skończyła. Zaczął się Hey. Heya nie lubię. Wytrzymałem tylko kilka pierwszych utworów i skierowałem się w stronę obozu. Tuż przed nim zauważyłem toczącego się w przeciwnym kierunku RR. Zadał proste pytanie: „Piwo?”. Odpowiedziałem: „Tak”. I poszliśmy do Tyskiego na dwa bronksy. Popiliśmy trochę, ale po stanie RR widać było, że jest już nieźle skuty. Żeby go zbytnio nie nadwyrężać, kupiliśmy jeszcze po dwa do obozu i wróciliśmy. Tam zastaliśmy część naszego towarzystwa. Część chętną, by się dopić. Zrobiliśmy te puszeczki i padliśmy – razem z ławką przyniesioną dzień wcześniej z Tyskiego – spać.

     Obudził mnie upał. Oprócz niego, świadomość, że tego dnia mamy wracać do Łodzi, a pociąg jest lekko po 10-tej. Trzeba dojść na stację, kupić bilet i wepchnąć się do pociągu. Zadań, zdawałoby się, za wiele jak na poranek po trzech tygodniach picia. Ale wyjścia nie było. Trzeba się zebrać, spakować i wyruszyć. Oczywiście, wszystko działo się bez brawury. Spokojnie wepchnąłem rzeczy do torby. Poczekałem na resztę i poszliśmy w stronę stacji. Po drodze wstąpiliśmy na moment do sklepu po jakieś zakupy na drogę.
Dotarliśmy na stację. Panował na niej niezły ścisk. Jakoś udało się odnaleźć resztę. Kupić bilet. Wtedy spotkała mnie miła niespodzianka. Znalazłem nadwyżkę budżetową, za którą natychmiast nabyłem drogą kupna pięć browarków na drogę.
Wcisnąłem się w pociąg. I się zaczęło.
Nie zdążył jeszcze ruszyć, a już było otwarte pierwsze piwo. Piąte skończyło się jakoś po dwóch godzinach, a przed nami było jeszcze osiem godzin podróży. Wpadliśmy wtedy z Wijatą na szatański pomysł. Na którejś ze stacji wysiądziemy i kupimy wódę. Z tym pomysłem zasnęliśmy.

     Obudziliśmy się w Lesznie. Wybiegliśmy. Dowiedzieliśmy się ile stoi pociąg i gdzie jest najbliższy monoplowy. Szaleńczym biegiem dotarliśmy do niego. Kupiliśmy co trzeba i równie szybko wróciliśmy do pociągu. Zaczęliśmy ‚dziabać’. Wódka szybko się skończyła. Zasnąłem.

     Oczy otworzyłem jakoś na godzinę przed Łodzią. Do końca podróży już tylko odliczałem czas. Wreszcie dotarliśmy na stację. Przygoda z Przystankiem Woodstock dobiegła końca.

spacer z psem

wychodzę sobie spokojnie na spacer z psem. przy okazji mam zamiar zrobić małe zakupy. idę do apteki. wchodzę. kupuję syrop na kaszel i jakieś tabletki. wychodzę. psa nie ma.
wiem, że mój pies nie lubi wyłazić na spacer. tym bardziej, jeśli na dworze pada. właśnie padało. pomyślałem sobie, że nie zauważyła, jak wszedłem do apteki i wróciła do domu lub przynajmniej w okolice klatki w bloku. poszedłem tam, nie było jej. zadzwoniłem do mieszkania z pytaniem, czy ktoś może jej nie przywiózł. nie. ‚nic to’ – pomyślałem – ‚trzeba jej poszukać’. obszedłem wszystkie miejsca, w których mogłaby być, tj. te wszystkie sklepy, do których się z nią wychodzi. wśród nich sklep, gdzie kupiłem sobie płyn do mycia naczyń. na koniec, jako miejsce najmniej prawdopodobne, zostawiłem sobie Leader Price’a. tam ją znalazłem. przyszedłem do domu.
i co słyszę?
- jak mogłeś ją zgubić? przecież mógł ją ktoś ukraść? mogła wpaść pod samochód? mojej koleżance dwa tygodnie temu, za przedszkolem psa zwinęli i żądali 500 PLN za zwrot! a innej koleżance niedawno pies zginął w wypadku! dobrze, że nikt jej do schroniska w tym czasie nie odstawił! dlaczego w ogóle jej nie pilnowałeś?
jak zareagowałem?
- po pierwsze, nic się jej nie stało i wszystko skończyło się dobrze. po drugie, kto mógłby chcieć ją zwinąć i po co? przecież 10-cioletni pies nigdzie by się już nie zaaklimatyzował i zero byłoby z niego pożytku. nie mówiąc już o tym, że on tak łatwo nie poszłaby z kimś obcym. na koniec… po co w ogóle robić z tego aferę?

lipiec

12.VII poniedziałek – oczekiwane od dawna ‚bimber party’ z okazji przyjazdu bułgarskiego bimbru razem z Radzikiem. zaczęło się od niespodziewanego tel. od Szymańskiego. dwa słowa i za dwie minuty był na dwa pyfa. wypiliśmy i pojechaliśmy do parku Poniatowskiego, gdzie był punkt zbiórczy a zarazem miejsce ‚birforu’. prawie równo o czasie towarzystwo w postaci Skarba, Siostry, RR, Smoka, Tomczyka, Wijaty i oczywiście Radzika się pojawiło. wypiliśmy kolejne pyfka i przemieściliśmy się do Bąka, u którego – co zrozumiałe – była jeszcze Magda. zebrało się nas 11 osób do ‚dziabania’. było ciasno i nieprzyjemnie, na dodatek Bąk stroił fochy. mimo to ‚dziabaliśmy’. wreszcie Szymański zaproponował by przenieść się do niego. w końcu mieliśmy 2 samochody i można było przetransportować bandę. rozlokowaliśmy się w BMW i Oplu i ruszyliśmy na Złotno. tam słodkie ‚Tiramisu’, dalsze ‚dziabanie’, aż zaczynają się zgony. z opowieści wiem, że byłem pierwszy. próbowano mnie wynieść z miejsca imprezowania, ale nie dało rady. przez sen jeszcze strzeliłem ‚dziaba’ i odpadłem na dobre.
13.VII wtorek – obudziłem się zmęczony ale szczęśliwy. znalazłem kieliszek i zacząłem ‚after party’. potem znalazłem kompana do kieliszka w postaci RR (albo Wijaty, nie pamiętam) i ‚dziabaliśmy’ razem. wtedy przypomniało mi się, że czeka mnie kurs na Dąbrowę. Szymański akurat miał rozwozić towarzystwo. załapałem się na kurs w stronę Retkini. zahaczyłem na chwilę o dom i ruszyłem w podróż. wsiadłem w 14-tkę. nie udało mi się przejechać jednego przystanku. zanim tramwaj zatrzymał się po raz drugi – już spałem. obudziłem się na jakiejś obcej krańcówce. odruchowo wysiadłem, obrałem azymut i potoczyłem się. na miejscu przekąsiłem co nieco i znów zasnąłem. obudziłem się. zobaczyłem brata, zjadłem i umówiłem się z Wijatą i Radzikiem na ‚repeat party’. podjechali, przenieśliśmy się na Retkinię i w parku na Zdrowiu rozpoczęliśmy ‚birfor’ przed ‚repeat bimber party’, które pierwotnie miało odbyć się u Bąka. w parku zostaliśmy przez RR i Kubiaka namówieni na ‚kur-de-frans party’ u Sylwii (ze Stadka). poszliśmy do Bąka przeorganizować plany. jak można było się spodziewać, nie był zachwycony. przyjechał też Kubiak. ruszyliśmy na miasto po drodze zbierając kolejnych imprezowiczów. ‚birfor’ przed ‚kur-de-frans party’ robiliśmy w Bibliotece, gdzie ja i Wijata, po krótkim okresie aktywności alkoholowej, przybiliśmy gwoździa. w końcu zaczęto nas wypraszać i postanowiliśmy dobić do Sylwii na Zarzew. w samochód Radzika zmieściło się 10 osób. przetoczyliśmy się przez miasto i wylądowaliśmy na miejscu przeznaczenia. zanim jednak weszliśmy do domu, odwiedziliśmy dach bloku. źle nie było, tylko jakaś sąsiadka nie była zachwycona. w mieszkanku ‚dziabaliśmy’ dalej. znów bimber wygrywał z poszczególnymi osobami z wyłączeniem Skarba. ostatecznie padłem spać z A. gdzieś w kuchni.
14.VII środa – obudziłem się jakoś rano, ale nie byłem w stanie funkcjonować. A. ze Sylwią stwierdziły, że mnie jeszcze położą, żebym wydobrzał. momentalnie zasnąłem. obudziłem się wczesnym popołudniem. pomogłem trochę Sylwii posprzątać. wtedy pojawił się Przemuś (też ze Stadka) z tanim winem. zrobiliśmy je na trzy osoby. opuściliśmy mieszkanie. ja pojechałem do domu. Stadko gdzieś na miasto.
Ledwie wszedłem, a na tlenie pojawił mi się napis: ‚jedziesz do Tuszyna’ i nie było to pytanie a raczej stwierdzenie. co miałem robić? postanowiłem tego dnia imprezować ‚lajcikowo’ i pojechałem na miejsce spotkania. przechwycił mnie Kubiak swoją ‚beczką’, w której były już A. i Ada a także Kryś. pojechaliśmy do Carefour’a na zakupy. przy okazji złapaliśmy Skarba. w 6 osób dotarliśmy do Tuszyna. tam było już Stadko i ‚kur-de-fransy’ czyli Francuzi, którzy przyjechali do Polski na jakąś wymianę. na wejście okazało się, że ‚lajcikowo’ raczej nie będzie. ale nie wzbraniałem się jakoś. z samej imprezy pamiętam – jak przez mgłę – wódkę przy barku z A. i Trolem, wódkę przy ognisku z ‚kur-de-fransami’, piętro z A., piwo na dopicie się i to by było na tyle. nie, jeszcze pamiętam, jak byłem wołany na górę i powiedziałem, że zaraz przyjdę…
15.VII czwartek – obudziłem się na podłodze przytulony do elektrycznego kaloryfera. zdziwiłem się, bo wydawało mi się, że miałem spać na górze. trudno, co robić? wstałem, rozejrzałem się, gdzie jestem. przypomniałem sobie. zgadałem się z Trolem, że odwiezie A. i mnie do Łodzi. wsiadłem do samochodu i natychmiast zasnąłem na kolanach A.. obudzono mnie w Łodzi. A. miała do załatwiania jakieś biznesy. przyczepiłem się i włóczyłem się z nią po Teofilowie. potem pojechaliśmy do niej na obiad. zjedliśmy sobie spagetti z tuńczykiem. pomyśleliśmy o krótkiej drzemce ale nic z niej nie wyszło. przed 18-tą wyszliśmy od niej. w gminbusie zjedliśmy ‚puszkę twarożku’. A. pojechała imprezować dalej z ‚kur-de-fransami’, ja wróciłem do domu, odpocząć wreszcie.
16.VII piątek – obudziłem się późno. miałem zamiar kontynuować odpoczynek. szczególnie, że spodziewałem się, że następny tydzień może być dość intensywny. w postanowieniu kontynuowania odpoczynku wytrwałem jakoś do 22-giej, potem ruszyłem na miasto. na początek ogródek Stereo. tam towarzystwo bawiło się już w najlepsze. Kubiak z Krysiem się prześcigali się w upiciu. RR dawał Skarbowi różę, a Bąk – jak zwykle – narzekał, że wolałby Restaurację Kresową. Wijata chciał ‚dziabać ćwiartuchnę’, Harnaś wybierał się nad morze, a Tomczyk i Smok zastanawiali się czy jechać na Przystanek Woodstock. pierwszy padł Kryś, po nim padł Skarb. dalej padł Kubiak na Siostrę i wieczór się skończył. chłopaki nie chcieli wracać do domów. przenocowałem ich u siebie.
17.VII sobota – obudziliśmy się wcześnie. Kubiak i Kryś prawie zaraz sobie poszli. ja zacząłem organizować opalanie nad retkińskim stawikiem, który potocznie zowie się ‚Sreberkiem’. najpierw dogadałem się z Bąkami, że przed 15-tą pojawią się u mnie. potem z RR, że koło 17-tej sam dotrze nad Sreberko. dalej ze Skarbem, którego trzeba będzie przechwycić z krańcówki 98 i na koniec z A. i Adą, po które też trzeba będzie się ruszyć. plan wydawałoby się – doskonały. jego realizacja, z początku, przebiegała, bezproblemowo. przyszły po mnie Bąki, bezstresowo udaliśmy się najpierw zobaczyć ‚Lwa Retkini’, a potem nad Sreberko. Tam – niespodziewanie – spotkaliśmy Wijatę. porozmawialiśmy trochę i ustaliliśmy, że jeszcze do nas wróći. w oczekiwaniu na niego, Bąki i ja, poopalaliśmy się trochę. wreszcie nadszedł czas, w którym oni musieli się zmywać, a w którym miał pojawić się Skarb, RR i część Stadka. poszliśmy w stronę przystanku. po drodze spotkaliśmy RR. pojechał nad Sreberko poczekać na resztę.
Bąki odjechały, ja przechwyciłem Skarba i Wijatę, dostałem też informację, że część Stadka dojedzei po jakimś czasie. spokojnie rozlokowaliśmy się nad Sreberkiem i sączyliśmy bronksy. przyszedł SMS od części Stadka, wyjechałem po nie. wróciliśmy i dalej kontynuowaliśmy sielankę. została ona niestety z lekka zaburzona, ale – summa summarum – ostatecznie wszystko skończyło się dobrze.
gdy nad Sreberkiem zaczęło się robić chłodno i kiedy komary zaczęły dawać się towarzystwu we znaki, postanowiliśmy się przenieść. najpierw do Ogrodu Botanicznego, gdzie mieliśmy plan przeczekać do rana, kiedy to moi rodzice mieli wyjechać, a potem do mnie. do Ogrodu kupiliśmy sobie ‚coś do dziabania’. przedostaliśmy się na teren, znaleźliśmy przyjazną skałkę, na której zmieściło się 6 osób, ‚i się zaczęło’. ‚dziab’ za ‚dziabem’, piwo za piwem w takim tempie, że po kilkudzieśięciu minutach, w nieoficjalnej rywalizacji prowadziłem z Bąkiem 12:6. Wijata znalazł ‚nową żonę’. Skarb padł na jakiś czas. ogólnie było sympatycznie. koło 3-ciej wieczorem zrobiło się jednak chłodno, poza tym Ada i Wijata musieli jechać do domów. wydostaliśmy się z Ogrodu, zamówiliśmy taksówkę dla odjeżdżających i poszliśmy w kierunku Stacji StatOil. tam spotkała nas wielka niespodzianka. znaleźliśmy 0.7l Soplicy w połowie pełne, popitę i Warkę – tfu – Strong. nie pozostawiliśmy tego tak bez opieki i już za moment wracaliśmy pod mój blok zaopatrzeni w darmowe chlańsko, plus trochę własnych zakupów. zauważyliśmy, że rodzice jeszcze są. byliśmy zmuszeni ich przeczekać. rozsiedliśmy się na ławkach przed kortem i sączyliśmy pyfka. nagle w mieszkaniu zgasło światło. to był znak / sygnał, że możemy iść. A., Skarb, Rege i ja znaleźliśmy się u mnie w domu. Tam, w szerokich, zielonych kieliszkach, ‚dziabnęliśmy’ tę Soplicę i padliśmy.
18.VII niedziela – obudziliśmy się około południa. odprowadziłem A.. Skarb i RR zostali. było upalnie. zamarzyła nam się kąpiel we wannie. na realizację marzenia długo czekać nie trzeba było. potem spokojnie schnęliśmy na balkonie. nadszedł czas na obiad. zjedliśmy. Skarb i RR wrócili do swoich domów. ja zacząłem organizować kolejną zabawę.
Zgłosili się: A., Wijata, Patryk „Degenerat”, Bąki i – obowiązkowo – RR. Spokojnie ‚dziabaliśmy’ sobie. na tyle spokojnie, że koło godziny trzeciej, może trochę później odpadłem. towarzystwo przeniosło się do Bąków. ja z A. zostaliśmy na Batalionach.
19.VII poniedziałek – obudziłem się, tradycyjnie, koło południa. odprowadziłem A., dogadałem się ze Skarbem, że się do mnie przeprowadzi. przyjechała ok. 18-tej razem ze Szymonem. zostawiliśmy rzeczy i czym prędzej pognaliśmy na dworzec autobusowy Łódź Fabryczna, gdzie mieliśmy pożegnać Wijatę. zastaliśmy już tam Elę i samego Wijatę. dobił jeszcze RR. wypiliśmy po kilka pyfek w plenerze. wsadziliśmy Wijatę do autokaru, sami spróbowaliśmy dotrzeć na Bataliony. było ciężko, bo po drodze trafiliśmy do ogródka Stereo. tam znowu kilka pyf. wreszcie podróż nocnym, zakupy na stacji StatOil i docieramy do domu. tutaj jest już Kryś. lekko ‚dziabiemy’. uruchamiamy gitarę i robimy ‚telekonferencję’ z Kubiakiem. on imprezuje ze Stadkiem i ze żoną. w połowie zabawy, gdzieś koło trzeciej, Szymon włącza azymut na dom i znika. my znikamy do łóżek.
20.VII wtorek – pobudka w okolicach południa. Kryś znika do siebie. w ruch idzie wanna. potem skromny obiadek i zaczyna się. schodzą się Bąki. przyjeżdża też Siostra. pojawia się AA. zabawa się rozkręca. atrakcją są ‚badyszoty’. ze Siostry i z RR. kolejną atrakcją ma być film the Doors, ale przegrywa ze szampanem we wannie. jest też obowiązkowa wycieczka na stację. w połowie nocy pojawia się Kryś, wcześniej zwabiony w trakcie kolejnej telekonferencji, z arbuzem. wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość, co gorsza… barek znajduje się w zasięgu ręki. mnie się zlewa na tyle, że – nie zważając na resztę – padam spać.
21.VII środa – przebudzenie, jak codzień, nie należało do najprzyjemniejszych. całe szczęście, chociaż kaca nie było. szczególnie, że rano byłem zobligowany do wyjazdu na Dąbrowę. jakoś dałem radę. wróciłęm wczesnym popołudniem. RR już nie było. Skarb z Krysiem wyszli na spacer z psem i żółwiem. dalsza część popołudnia minęła na lekkim ogarnianiu mieszkania i lajtowym oczekiwaniu na wieczór. zapowiada się na całkiem spokojną zabawę. pierwszy pojawia się Kubiak. przychodzi z ‚ćwiartuchną’, którą niemal z miejsca spija. zasypia na balkonie. pojawia się też AA. przyjeżdża RR i Siostra. ponownie goszczę też Krysia. wieczór rozpoczynamy od wyprawy po arbuza, który staje się nieodzowną atrakcją każdego spotkania. oprócz arbuza robimy jeszcze ‚najważniejsze’ zakupy i ‚do dzieła!’ spokojnie spijamy pyfka. pojawia się część Stadka. arbuz się robi. zabawa jest coraz bardziej przednia. znów zjadamy arbuza. atakujemy wannę. potem organizuje się wycieczka na StatOil. po drodze zahacza [ona] o Lidla i do mieszkania wraca we wózku. przypadkiem znajduje się mazak. niemal każdy staje się niebieski. towarzystwo pada. ja z Krysiem znajdujemy ‚bursztynówkę’. bierzemy po łyku i powiększam swoją przewagę nad Bąkiem do 13:6. o poranku odprowadzam część Stadka do pracy. padam.
22.VII czwartek – pobudka jest przerażająca. to, jak wygląda dom, jest nie-do-opisania. totalna masakra. było tak źle, że nawet nie opłacało się za bardzo sprzątać. toteż, zamiast sprzątania, założyliśmy ze Skarbem RR bloga, którego można znaleźć tutaj:
http://rege-rege.blog.pl
potem poszliśmy na umówiony obiad do Bąków. trzeba przyznać, Magda gotuje wyśmienicie. najedliśmy się i podjechaliśmy z powrotem. zanim jednak wpadliśmy do mnie do domu, poszedłem jeszcze ze Skarbem na moment na rury. dotarliśmy do mieszkania. przyszedł Kubiak. wyszliśmy na małe pyfeczko. potem dotarła reszta. zrobiliśmy zakupy i już można było rozpocząć świętowanie. przebiegało w dobrej atmosferze. był arbuz. była rybeńka. było dużo alkoholu i radości. nie licząc jednego zgrzytu z nagłym zniknięciem A., ale… ogólnie było okej.
23.VII piątek – poranek, jak codzień od półtora tygodnia. nie jest lekko. szczególnie, że w perspektywie jest sprzątanie tego, co zostało z mieszkania. a jest tego tak wiele, że ciężko stwierdzić od czego zacząć. z pomysłem przychodzi Skarb. ‚posprzątajmy piwo z nieotwartych jeszcze puszek’. to dobry pomysł. w tym czasie pojawia się na moment Kryś. próbuje domyć wannę i dywan. udaje się to połowicznie. Kryś znika. ja dopijam piwo i padam. budzę się ok. 20-tej. dom jest pusty. ruszam wreszcie do zacierania śladów. na pierwszy ogień idzie duży pokój. dało radę. dalej – mój pokój – również doprowadzony został do prowizorycznego porządku. jeszcze łazienka – tu już gorzej (wanna się nie domyła do końca). i wreszcie kuchnia. zmywania na ponad dwie godziny. przypomniałem sobie jeszcze, że mam do zutylizowania wózek z supermarketu i całą masę flaszek i innego rodzaju poimprezowych odpadków. przy okazji decyduję się na ewakuację z domu na Świąteczną 6. spieszę się, by wyrobić się na ostatnią 6-tkę. w ostatniej chwili dzwoni Mikołaj. podwiezie mnie do Kubiaka. jestem uratowany.
na Świątecznej biorę szybki prysznic i postanawiam, że ten wieczór będzie lajtowy. po kilku chwilach docierają Skarb, Siostra i RR. wtedy wiem, że jednak z tym ‚lajtem’ może być kiepski. zabawa się rozkręca. towarzystwo Mikołaja znika. dobieramy się do arbuza i wódki. potem także do maszynki do strzyżenia włosów. RR kończy z 12-toma milimetrami na głowie. ja z 3-ema. atrakcją jest też wanna, w której Skarb z RR spędzają dużo czasu. dopijamy się jeszcze na balkonie. świta. rozchodzimy się do swoich pokoi.
24.VII sobota – obudziłem się w południe. spokojnie zjedliśmy sobie jakiś obiad. potem rozpoczęliśmy przygotowania do wieczoru. krótka przejażdżka na rowerach. najpierw do A., potem do Kupisza. tam pyfko. chłopak decyduje się iść z nami. wracamy z zakupami. pojawia się A., a później – co jest dla mnie zaskoczeniem – Daria (znajoma jeszcze z czasów SP). plan jest taki, żeby tego wieczoru nie chlać. tylko ‚lajtowo’ posiedzieć sobie przy wodzie mineralnej z lodem i cytryną. do pewnego momentu się udaje. potem w ruch idzie – a jakżeby inaczej – arbuz (w którym pływa półliter, tanie wino i dobre wino, a także bakalie) i jakieś pyfka. do tego także THC. mimo to, bardzo się nie upodlamy. dla rozrywki, zapuszczamy sobie film Las Vegas Parano. wcześniej odbywa się wycieczka po wódkę. niewiadomym sposobem zostaję sam na sam ze Skarbem i Żołądkową Gorzką. nie mogliśmy jej darować. na rano zostało tylko trochę.
25.VII niedziela – rankiem, zaraz po przebudzeniu, wpadamy z A. do wanny. fajnie bierze się wspólną kąpiel. później śniadanko i ustalanie planów na cały dzień. największą atrakcją tej niedzieli ma być wizyta na Stawach Stefańskiego, gdzie odbywa się ‚Thriatlon’, w którym udział ma brać Kryś. postanawiamy go odwiedzić. wsiadamy na rowery i jedziemy. A., Skarb, Kubiak, ja. po drodze dołącza Daria. nieziemsko zmęczony dojeżdżam na miejsce. akurat trafiamy na biegnącego Krysia. wzruszający moment. postanawiamy poczekać, aż skończy całą imprezę. w oczekiwaniu na niego Daria, Skarb, Kubiak i trochę A. popijają pyfka. ja – tym razem – nic (oprócz wody mineralnej i kilku łyków pyfka). Kryś kończy. jest 69 na 81 miejsc, ale największym dla niego sukcesem jest to, że mu się udało przepłynąć 750 metrów, przejechać 20 kilometrów i przebiec 5 kilometrów. gratulujemy mu.
po jakimś czasie Kryś znika. Skarb jedzie do siebie. cała reszta kieruje się z powrotem w stronę Świątecznej 6. w połowie drogi dopada mnie zniechęcenie. decyduję się dalej nie jechać. ledwie dotaczam się do Kubiaka. jestem padnięty i to nie z przepicia, a z przemęczenia. wychodzi na to, że bez żadnego treningu, po raz pierwszy od dwóch lat, przejeżdżam na pierwszy rzut ok. 40-tu kilometrów.
tego dnia staramy się jednak ‚lajtowo’. woda mineralna, lód, cytryna. wcześniej spaghetti z tuńczykiem. znów udaje się połowicznie. przychodzi część Stadka i się zaczyna. najpierw pyfka, potem THC, potem wyprawa po Krysia. na koniec seans teledysków Björk. w psychodelicznym nastroju idziemy z A. spać.
26.VII poniedziałek – budzę się sam. właściwie budzi mnie Skarb. zamieniam kilka słów i biorę się za gotowanie jedzenia dla Fugi i lekkie sprzątanie. Skarb idzie odespać noc w Tuszynie. wsiadam na rower i jadę do domu. tutaj pokazuję się w nowej fryzurze. umawiam się też z Bąkiem, że wpadnę do niego na kilka chwil. jadę. zabieram mu zdjęcia i wracam na Świąteczną. w drodze zastaje mnie ulewa. dojeżdżam całkowicie mokry. na miejscu zastaję już Skarba i RR. atrakcją główną tego wieczoru ma być Rok Diabła, ale z nim obiecaliśmy poczekać na A.. do tego czasu RR jedzie po 16 pyf.
do domu wraca Kubiak. pojawiają się też A. i Ada. zapuszczamy film. nie widać jednak, by cieszył się powodzeniem. nie jest to chyba obraz imprezowy. później ruszamy z kolejnym filmem, na którym usypiam. budzi mnie krzyk RR, że Skarb rozcięła sobie palca. dzwonimy po pogotowie. RR zabiera najpotrzebniejsze rzeczy (dwa browary) i jedzie ze Skarbem. czekamy na nich. długo jednak nie wytrzymuję. tuż przed tym, jak pojawiają się z powrotem, idę do A. się przespać.
27.VII wtorek – dzień mija leniwie. w domu na Świątecznej budzę się o rozsądnej godzinie. zastaję Skarba i RR. mają plany rozjechać się do domów. ja zostaję. dość wcześnie pojawia się A. spędzamy dzień pod prysznicem, skąd wyrywa nas powracający Skarb. A. znika do domu. pojawia się Kubiak z Rudą. zostawiamy Rudą w domu, sami wybieramy się do Żółtego Namiotu. tam pyfeczko. wracamy na Świąteczną i zastajemy dom posprzątany. przyjeżdża na moment Wijata. dojeżdża RR. jest Kupisz. dojeżdża też Kryś z Kermitem. wieczór spędzamy w miarę spokojnie, bez brawury. wczesną nocą idziemy na odpoczynek.
28.VII środa – ze snu wyrywa mnie budzik. przypominam sobie, że czeka mnie kurs na Dąbrowę. nie spieszę się zbytnio. trochę czasu spędzam jeszcze z A. w łóżku, potem spokojnie schodzimy na dół, na herbatkę. powoli wstaje reszta towarzystwa. ociągając się, decyduję się jednak na podróż. tym razem A. odprowadza mnie. jadę na drugi koniec miasta. załatwiam biznesy i wracam na Retkinię. przygotowuję się do wyjazdu na Przystanek Woodstock.