Kalendarz

Lipiec 2004
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2004

przerwa techniczna

ze względu na zanik poczucia czasu spowodowany nieustanną imprezą rozpoczętą jakoś w pierwszej połowie lipca zawiesza się prowadzenie bloga na czas nieokreślony, tj. do początku sierpnia :-)

/aktualizacja
zaraz znikam na kolejny Przystanek Woodstock. wracam jakos w niedzielę albo poniedziałek. zapowiada się, że będzie fajnie, nawet fajniej niż w zeszłym roku. a jak było w zeszłym roku, można przeczytać tutaj.

z cyklu: SMSowe niespodzianki

13.VII.2004r., 15:42, od RADZIK: „Yo, tu Radzik! idziemy PIĆ??”
14.VII.2004r., 23:50, od WIJATA: „Stary co u Ciebie? Ja nie pamiętam ostatniej doby. My byliśmy gdzieś na Dąbrowie? Ile tam byliśmy? Wiem, że tak pijany nie byłem od 2 miesięcy! Ja pierdolę!”
16.VII.2004r., 21:35, od SKARB WROCŁAWSKI: „Co z tym Walczakiem?”
18.VII.2004r., 13:30, od WIJATA: „Pierdolę. Nie jadę. Byłem dziś u Kamila na rowerze po namiot i czuję się jak zdechły pies zmielony z budą. Ogłaszam dziś dzień wolny. Do pracy jutro nei idziemy. Pozdr.”
19.VII.2004r., 13:29, od WIJATA: „Hej up! Hej up! Hej up! Hej up! Jak samopoczucie? Proponuję spotkanie o 19-tej (bo wcześniej się nie wyrobię) na dworcu na schodach od strony autobusów. Daj znać.”

paradoks języka francuskiego

Gdyby na moment powrócić do roku 2002-giego i do wydarzeń, które miały miejsce pod koniec kwietnia tegoż [roku], można by pokusić się o stwierdzenie, że ostateczną przyczyną, czymś, co zadecydowało, że wtedy, dnia 27-ego zostały wypowiedziane charakterystyczne słowa: „Obyśmy się już więcej w życiu nie zobaczyli”, był język francuski. Ten jeden, jedyny język na świecie, którego szczerze nienawidzę. Oczywiście, przyczyn znalazłoby się więcej. Nigdy nie jest tak, żeby decyzję ‚życia’ podjąć jedynie na podstawie jednego zdarzenia. Ale nie miejsce i czas teraz na to, żeby do tego nawiązywać. Zostaję przy przeklętym na wieki języku francuskim.
Obiecałem sobie wtedy, że skoro przezeń trzeba było zakończyć przygodę życia z Mt Everestem, już nigdy nie będę miał do czynienia w jakikolwiek, choćby najbardziej pośredni z możliwych, sposób z mową frankijską. Niezbadane są jednak wyroki boskie i już dwa miesiące później przypomina mi o sobie Gosia Jankowska. Przesympatyczna dziewczyna, która – tak się akurat zdarzyło – również nie mogła powiedzieć, by wiosna 2002-ego roku należała do najlepszych w jej historii. O Gosi Jankowskiej dość powiedzieć, że przez długi, długi czas była jedyną osobą, którą traktowałem, jak przyjaciółkę trwając jednocześnie w przekonaniu, że coś takiego jak przyjaźń między panienką a facetem istnieć nie może, bo w końcu zawsze zamieni się w ‚coś więcej’ (drugim rozwiązaniem jest totalna izolacja, zerwanie kontaktu itd.). Jakkolwiek, Gosia miała jeszcze jedną cechę charakterystyczną. Mniej więcej od czasu wczesnego liceum, czyli gdzieś od połowy lat 90-tych, Gosia zakochała się we wszystkim, co było związane z Francją, Francuzami, ich kulturą, obyczajami i oczywiście językiem. Już wtedy wiedziała, że jej życie będzie biegło gdzieś w Paryżu bądź Lyonie. Niemal zupełnie tak, jak Ewa, która odkąd tylko po raz pierwszy wylądowała w Chicago, powtarzała, że USA to jest jej miejsce na Ziemi a fakt, że urodziła się i przez pierwsze 24 lata życia miekszkała w Polsce jest tylko jakimś błędem, niedopatrzeniem w boskim planie. Wracając jednak do Gosi. Jak już wspomniałem – napisała. Odpisałem. Wymieniliśmy się kilkoma e-listami, w których – od słowa, do słowa – doszliśmy do tego, że Gosia właśnie jest we Francji (już któryś rok) i że niedługo ma wrócić do Polski. Tego mi tylko brakowało. W chwili, kiedy decydowałem się zerwać ze wszystkim, co mogłoby mi się z krajem Francuzów kojarzyć.
Gosia przyjechała. Odwiedziła mnie w Inowłodzu i przez następny rok żyliśmy w zgodzie, jak ‚za starych dobrych czasów’, jeszcze sprzed roku 1999-ego. Znamienne było to, że wcześniej nie widzieliśmy się i nie mieliśmy ze sobą kontaktu właśnie jakoś od 1999-ego roku, co daje – jakby nie patrzeć – trzy lata przerwy. Jasne jednak było, że prędzej czy później ona wróci tam do siebie, do Francji. Tak też się stało. W chwili, kiedy ja 31-wszego Sierpnia 2003-ego roku wylatywałem do Jyväskylä, ona następnego dnia wsiadała do samolotu do Lyonu.
Ze względu na międzynarodowy charakter pobytu w Finlandii, oczywiste było to, że nie uniknę spotkania z rodowitymi Francuzami. Będąc do nich uprzedzonym, jak do mało kogo / czego, obawiałem się, że nie będę potrafił pozostać obojętny, lub przynajmniej nie dawać po sobie znać tej mojej ‚frankofobii’. Do pewnego momentu się udawało. Ale raz górę wzięły negatywne emocje i na wszelki wypadek starałem się unikać kontaktu z nimi. Po co wystawiać się na sytuacje stresogenne? Był jeden wyjątek, ale mniejsza o to.
Wracam do kraju. Oddycham z ulgą. Tu już na pewno – postaram się o to z całych sił – nie spotka mnie nic, co mogłoby tę ‚frankofobię’ podtrzymywać. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo się wtedy myliłem. Nie minął miesiąc od lądowania na Okęciu, a w moim otoczeniu pojawia się A., która – o czym dowiaduję się nieco później – również do czynienia ma z francuskim. Na szczęście, po dwóch latach, paniczna niechęć do tego języka mi, w pewnym sensie, przechodzi. Pozostaje jedynie uczucie niesmaku i lekkiego rozdrażnienia. Doskonale wiem, że tym razem nie pozwolę już na to, by irracjonalny stosunek do czegoś tak abstrakcyjnego, jak język miał mieć jakiś performatywny wpływ na mnie czy moje otoczenie.
Dla upewnienia się, że tak będzie wystawiam się na próbę konfrontacji z Francuzami, co to przyjechali do Stadka na wymianę. Źle nie było.

bimber party

dzień pierwszy – poniedziałek
wczesnym popołudniem ‚beerfor’ na Batalionach. później wycieczka do parku Poniatowskiego na miejsce zbiórki. tam pierwsza konfrontacja z ‚bimberkiem’. deszcz wygania z pleneru do Bąka. potyczka na Retkińskiej. ‚bimberek’ daje sobie radę z jedenastoma osobami. sprawia, że decydujemy się przenieść na Złotno. krótka podróż samochodem i ostatnie starcie. odpadam pierwszy.

dzień drugi – wtorek
wczesnym popołudniem ‚beerfor’ na Zdrowiu. dziabiemy z Radzikiem i Wjatą. Reggae Reggae umawia nas z Kubiakiem. wieczór rozpoczynamy u Bąka. chwilę później wsiadamy do aut i atakujemy Bibliotekę. dołączamy się do Stadka, które gości Francuzów. Wijata nie przepuszcza. zostawiamy Bibliotekę i przenosimy się do Sylwi. spokojnie spędzamy wieczór sprawdzając czy ‚bimberek’ wciąż zachował moc – zachował.

dzień trzeci – środa
od Sylwi wychodzę ostatni. ledwie docieram do domu, a już pojawia się propozycja wyjazdu do Tuszyna. korzystam z niej. w Tuszynie integrujemy się z Francuzami. źli nie są.

dzień czwarty – czwartek
jedziemy z A. gdzieś na Teofilów, potem do Antoniewa. szybkie spagetti. krótka ‚drzemka’. jeszcze ‚puszka twarożku’ w gminbusie i jestem w domu.

scenka rodzajowa, typowa

osoby: A., student
czas: pewne poniedziałkowe popołudnie
miejsce: Retkinia (a jakżeby inaczej?)

A. i student idą sobie alejką wzdłuż Ogrodu Botanicznego w kierunku parku Piłsudskiego (Zdrowia). Beztrosko rozmawiają starając się wykorzystać ostanie chwile zanim A. odjedzie do siebie. Dochodzą do skrzyżowania. Mija ich autobus, którym A. miała jechać
A. z lekką irytacją: niech to szlag! uciekł!
student rozbrajająco: nie ma co się denerwować, zaraz będzie następny…
A. z uśmiechem: no tak, cały ty…

zdjęcie

ci wspaniali mężczyżni porównują swoje…
nadchujce
…nadchujce
ja, Reggae Reggae, Bączuś

O kosztach i korzyściach [płynących z] „Niepełnosprawności Emocjonalnej”

     W niniejszej rozprawce będziemy chcieli zastanowić się nad tym, czym mogłaby być „Niepełnosprawność Emocjonalna”, skąd mogłaby się brać, jakie mogłyby być jej przyczyny, a także czy mogłaby nieść ze sobą korzyści czy raczej mogłaby wymagać ponoszenia jakichś kosztów. Jednocześnie nie wykluczymy takiej sytuacji, w której nie będzie można jednoznacznie powiedzieć, że owa „Niepełnosprawność Emocjonalna” mogłaby bądź nie mogłaby być opłacalna. Wnioski zostawimy Czytelnikowi. Na koniec zastanowimy się jeszcze czy mogłyby istnieć sposoby by się od niej uwolnić. Będziemy także starali się operować jak najbardziej ogólnymi przykładami by nie wdawać się w szczegóły i tym samym nie wywoływać zupełnie tutaj niepotrzebnych skojarzeń.

     Na początek zastanówmy się, czym owa „Niepełnosprawność Emocjonalna” mogłaby być. Najprawdopodobniej można byłoby ją definiować wielorako. Nam niech jednak wystarczy następująca [definicja]. Przyjmijmy, że za „Niepełnosprawność Emocjonalną” będziemy uważać przede wszystkim taki stan jednostki ludzkiej, w którym jest ona [owa jednostka ludka] niezdolna do budowania i utrzymywania zadowalających relacji z innymi jednostkami. Ta niezdolność niech – na potrzeby naszej rozprawki – pociąga za sobą pewne nieodpowiednie typy zachowań w całkiem, mogłoby się zdawać, normalnych sytuacjach, a także nastrój częstego niezadowolenia bądź przygnębienia. Do tego dodajmy jeszcze skłonność [tejże osoby] do przejawiania fizycznych oznak strachu, obaw i lęków związanych z osobistymi problemami.

     Następnie wypadałoby rozważyć się skąd taka „Niepełnosprawność Emocjonalna” mogłaby się brać. W naszej rozprawce załóżmy dwie możliwości.
Po pierwsze przyjmijmy, że „Niepełnosprawność Emocjonalna” mogłaby pojawiać się w człowieku z jego własnej woli. Mogłaby wtedy być jego świadomym wyborem, którego dokonywałby godząc się przy tym na wszelkie konsekwencje, jakie ze sobą taki wybór mógłby nieść. W takim wypadku, człowiek ten, mógłby mieć jeden powód do niezadowolenia mniej. Otóż nie mógłby on bądź raczej nie powinien za swój zaistniały stan obwiniać nikogo poza sobą samym. Bowiem w chwili, kiedy to nasz człowiek decydowałby się pozostać tzw. „Inwalidą Emocjonalnym”, brałby na siebie całą odpowiedzialność za to, co taki stan mógłby mu przynieść. Jakiekolwiek mogłyby się potem pojawić pretensje, musiałyby być kierowane wyłącznie pod adresem naszego człowieka.
Po drugie przyjmijmy, że „Niepełnosprawność Emocjonalna” mogłaby być wynikiem pewnej wrodzonej bądź nabytej ułomności. Nie możemy wykluczyć takiej sytuacji, w której dana nam osoba, od samego początku, do pewnego momentu nieświadomie, przejawiałaby symptomy tej przypadłości. Mielibyśmy tutaj do czynienia z okolicznością, w której dopiero po pewnym czasie dochodziłby nasz człowiek do wniosku, że jest „Inwalidą Emocjonalnym”, jednak w tym wypadku uświadomienie sobie tego faktu byłoby jedynie odkryciem pewnego, trwającego już wcześniej stanu. Nie byłoby tu zupełnie mowy o tym, że owa „Niepełnosprawność Emocjonalna” mogłaby być dziełem naszej osoby. Można byłoby wtedy śmiało przystać na to, że byłaby ona wynikiem działania jakichś zewnętrznych, niezależnych od danej osoby, czynników.

     Mając wciąż na uwadze dwie założone wcześniej możliwości, przejdźmy teraz do tego, co mogłoby być przyczyną takiej „Niepełnosprawności Emocjonalnej”.
Powiedzieliśmy już, że w pierwszym przypadku bezpośrednim sprawcą wywołującym ten stan, mógłby być nasz człowiek sam tym stanem później dotknięty. Nadal się z tym zgadzamy, myślimy jednak, że mogłoby być coś, co mogłoby skłonić naszego człowieka do podjęcia takiej właśnie decyzji. Z naszych obserwacji wynika, że i na tym poziomie naszej rozprawki można wyodrębnić dwie, równie prawdopodobne, przyczyny.
Domyślamy się, że pierwszą z nich mogłyby być jakieś doświadczenia, które mógłby mieć w przeszłości nasz człowiek. Nie mówimy przy tym, jakiej natury miałyby to być doświadczenia. Nie wnikamy, czego mogłyby dotyczyć i czy nasz człowiek mógłby je określić mianem doświadczeń o pozytywnym bądź negatywnym wpływie. Twierdzimy jedynie, że we wcześniejszym życiu naszego człowieka mogło wydarzyć się coś, co sprawiło, że zdecydował się on pozostać „Inwalidą Emocjonalnym”.
Przypuszczamy również, że drugą przyczyną wywołującą takie samookreślenie się naszego człowieka mogłaby być jakaś nauka, która byłaby mu dana przez osobę trzecią. Przy czym, odpieramy od razu zarzut, że w takim wypadku nie byłaby to autonomiczna decyzja. Otóż, uważamy, że człowiek nasz mógłby mieć wybór czy decydować się na wyciągnięcie wniosków z tejże nauki czy też pozostawić ją niewykorzystaną. Nie dociekamy w tym miejscu, by nie schodzić na kolejny poziom dywagacji, co mogło sprawić, że osoba trzecia dająca naukę naszemu człowiekowi przekazywała ją w takiej, a nie innej postaci. Możemy tylko napomknąć, że prawdopodobnie sama w jakiś – omawiany przez nas w tej rozprawce – sposób mogła mieć do czynienia z „Niepełnosprawnością Emocjonalną”.
Weźmy teraz pod uwagę drugi przypadek, czyli ten, w którym zakłada się, że nasza osoba byłaby „Niepełnosprawna Emocjonalnie” bez własnego, świadomego, czynnego w tym udziału. Tutaj sytuacja zdaje się być trochę przejrzystsza, a to dlatego, że od razu wykluczyliśmy postawę aktywną, zatem pozostawałoby nam jedynie bądź nabywanie przez taką osobę owej „Niepełnosprawności Emocjonalnej” w sposób bierny bądź posiadanie jej ["Niepełnosprawności Emocjonalnej"] od samego początku. Gdy mówimy o stawaniu się „Inwalidą Emocjonalnym” w sposób bierny, to nie mamy na myśli niczego innego, jak tylko to, że osoba taka, będąc poddaną wpływowi otoczenia, zarówno tego bliższego, jak i dalszego, powoli mogłaby przejmować cechy składające się na omawianą przez nas przypadłość. Mówiąc zaś o posiadaniu „Niepełnosprawności Emocjonalnej” od samego początku, domyślamy się, że chodzi o to, iż osoba przez nas wspomniana mogłaby urodzić się już z zestawem takich cech.
W obu tych sytuacjach, osoba taka, by można było ją nazwać „Inwalidą Emocjonalnym” w pełnym tego słowa znaczeniu, musiałby w pewnym momencie uświadomić sobie swoją „Niepełnosprawność Emocjonalną”. Jeśli miałby pojawić się w tym miejscu zarzut, że osoba ta wykazuje jednak jakąś aktywność, to odpowiedzielibyśmy na niego, że owszem, osoba przejawia pewną postawę czynną, jednak owa postawa nie byłaby bezpośrednią przyczyną „Niepełnosprawności Emocjonalnej”, a jedynie przyczyną pośrednią tak, jak udział osób trzecich w wyżej napisanych przez nas przypuszczeniach.

     Najwyższa pora byśmy przeszli do zasadniczej części naszej rozprawki, to jest do rozważenia kwestii możliwych korzyści bądź też kosztów, jakie trzeba byłoby ponieść, jeśli byłoby się „Niepełnosprawnym Emocjonalnie”. Pozwolimy zacząć sobie od kosztów, później przejdziemy do korzyści, by móc spróbować zestawić pewne porównanie. Jednocześnie zastrzegamy, że nie hierarchizujemy w żaden sposób kolejności czy to kosztów czy korzyści. Staramy się jedynie je przedstawić.

     ”Niepełnosprawność Emocjonalna” – jak to zdefiniowaliśmy na początku – mogłaby opierać się w głównej mierze na niezdolności wybudowania relacji z drugim człowiekiem. W tym miejscu będziemy chcieli pokazać, że taka niezdolność mogłaby pociągać za sobą dość istotne koszta, które mogłyby zostać uznane za zbyt wysokie, by w ostatecznej ocenie, jakiej będziemy starali się uniknąć i jaką pozostawimy Czytelnikowi, uznać, iż przypadłość przez nas omawiana mogłaby być warta zainteresowania. Ponieważ rzecz cała mogłaby dotyczyć relacji międzyludzkich, uznaliśmy, że przedstawiając koszty, na jakie narażamy się będąc „Niepełnosprawnymi Emocjonalnie”, zaczniemy od następującej sprawy.
Według nas osoby, które można byłoby nazwać „Niepełnosprawnymi Emocjonalnie” całkowicie mogłyby odciąć sobie możliwość wybudowania jakiegokolwiek związku z innymi osobami. Mogłyby budować wokół siebie wysoki mur niedostępności do swoich uczuć, na którym to murze mogłyby później rozbijać się próby porozumienia, które mogłyby być podejmowane przez inne osoby. Taki mur mógłby izolować naszych „Inwalidów Emocjonalnych” od świata zewnętrznego, w którym występuje cała rzesza pozytywnych emocji, którymi nasi „Upośledzeni Emocjonalnie” mogliby zostać obdarowani. Odcinając się od tych emocji, zamykaliby przed sobą drogę, do rozpalenia w sobie radości, jaką niewątpliwie daje obcowanie z drugim człowiekiem – nie precyzujemy w tym miejscu: przyjacielem, kochankiem, sympatią… Tak zamknięci w sobie mogliby stać się przysłowiowymi „górami lodowymi”, tak wiele razy przywoływanymi, by ukazać chłód emanujący od różnych postaci. Ich kontakty z innymi mogłyby ograniczyć się jedynie do powierzchownych. Jeśli by zaś ta powierzchowność została odkryta, mogłoby się okazać, że poszczególne osoby, którym wcześniej mogło zależeć na naszych „Inwalidach Emocjonalnych” zaczynałyby się od nich odwracać, by w ostateczności zerwać wszelki kontakt.
Myślimy również, że „Niepełnosprawni Emocjonalnie” mogliby nie być zdolni do podjęcia jakiegokolwiek ryzyka jeśli chodzi o sprawy wymagające zaangażowania w to uczuć. W takim wypadku, tzn. nie ryzykując, mogliby nie uzyskać wszystkiego tego, co można osiągnąć decydując się na ruch, wydawałoby się, karkołomny. Mogłoby ich ominąć podekscytowanie towarzyszące oczekiwaniu na rezultat poczynionych działań. Mogliby także nie poczuć wewnętrznego poruszenia, które mogłoby się pojawić w chwili, gdy uzyskałoby się pozytywny wynik wcześniejszego posunięcia. Wreszcie, nasi „Niepełnosprawni Emocjonalnie”, mogliby nigdy nie dotrzeć na przeznaczony im Mt Everest.
Ponadto, wydaje nam się, że „Upośledzeni Emocjonalnie”, o których wciąż jest mowa w naszej rozprawce, mogliby być zmuszeni do nałożenia na siebie masek, dzięki którym mogliby w ogóle poruszać się wśród innych ludzi. Te maski, nie mówimy, że nie mogłyby być najbardziej nawet wymyślne, mogłyby powodować zwodzenie pozostałej części społeczeństwa i – w rezultacie – mogłyby prowadzić do (pozwolimy sobie tutaj użyć drastycznej przenośni) ofiar. Mamy tu na myśli kogoś, kto mógłby zostać omamiony wyglądem maski któregoś z naszych „Inwalidów Emocjonalnych”, mógłby dać się nabrać i rozwinąć nad nim ["Niepełnosprawnym Emocjonalnie"] parasol swoich uczuć, by później przekonać się, że takie działanie było na wskroś niewskazane. Przy czym, jeśli pojawiłby się w tym miejscu zarzut, że nie owo potknięcie się kogoś, kto dał się oszukać niewzruszonej postawie „Upośledzonego Emocjonalnie”, nie jest kosztem ponoszonym przez naszego „Niepełnosprawnego Emocjonalnie”, odpowiedzielibyśmy, że taka sytuacja mogłaby być zaliczona w poczet kosztów, gdyż mogłaby ona dotyczyć sumienia osoby przez nas omawianej ["Inwalidy Emocjonalnego"] i przypomnielibyśmy jednocześnie, że założyliśmy, iż „Niepełnosprawność Emocjonalna” miałaby dotyczyć przede wszystkim budowania i utrzymywania zadowalających stosunków z innymi ludźmi. Nie nazwiemy jednakowoż zadowalającą relacji z innym człowiekiem, jeśli będzie ona wywoływać choćby w jednym z członów naszej relacji wyrzuty sumienia.

     Postaramy się teraz przejść do korzyści, jakie mogłyby płynąć z „Niepełnosprawności Emocjonalnej”. Chcemy zaznaczyć, że w żadnym wypadku nie jest naszym celem przedstawianie inaczej, jak tylko obiektywnie tego, co – jak wydawało nam się – mieliśmy okazję zaobserwować. Będziemy starać się unikać jakichkolwiek komentarzy tak, by – jak w przypadku kosztów – Czytelnik sam mógł sobie wyrobić opinię. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że „Upośledzenie Emocjonalne” mogłoby nie przynosić żadnej korzyści, pokażemy, iż mogłoby być inaczej.
Twierdzimy, iż „Niepełnosprawność Emocjonalna” mogłaby pociągać za sobą pewną postawę, której główną cechą mogłoby być budowanie własnego – ogólnie pojętego – szczęścia z wyłączeniem jakiejkolwiek ingerencji uczuć osób drugich. W takim wypadku wydaje nam się, że dzięki takiemu podejściu do kwestii zadowolenia z życia i zrezygnowaniu z jakichkolwiek relacji z osobami drugimi, samopoczucie osoby „Upośledzonej Emocjonalnie” mogłoby być całkowicie zależne od niej samej, jednoczenie pozostając niezależnym od kogokolwiek innego. Mogłoby to dawać pewien komfort objawiający się tym, iż osoba, będąc uzależnioną tylko i wyłącznie od siebie, sama mogłaby swój kreować los. Co mogłoby wydawać się rozwiązaniem nader korzystnym, gdyż – jak przypuszczamy – osoba taka mogłaby chcieć dla siebie jak najlepiej.
Do tego dodamy kolejną, jak nam się zdaje, korzyść wynikającą z „Upośledzenia Emocjonalnego”. Po części wynika ona również z poprzedniej. Ponieważ, jak twierdziliśmy powyżej, osoba taka mogłaby nie polegać na żadnej innej, jak tylko na sobie, to mogłaby w ten sposób wykluczyć sytuację, w której doznaje od kogoś krzywdy czy też zawodzi się na kimś. Poprzez bycie „Inwalidą Emocjonalnym” nasza osoba mogłaby zerwać jakiekolwiek więzy czasem tak silnie łączące ludzi, że gdy nagle się kończą [te więzy], nie mogą oni [ci ludzie], dać sobie z nową sytuacją rady. Takie niebezpieczeństwo mogłoby nie grozić naszym „Niepełnosprawnym Emocjonalnie”. Zgodzimy się przecież z tym, że eliminowanie zagrożeń jest korzystne.
Co więcej, uważamy, że z tej korzyści wypływa następna. Mianowicie, chodzi nam o to, że dzięki całkowitej wolności i braku zobowiązań wynikającym z „Upośledzenia Emocjonalnego”, nasza osoba mogłaby wybrać dowolny sposób na to, jak pokazywać siebie samą innym. Mamy tu na myśli, że dzięki niezważaniu na pozostałych ludzi, mogłaby prezentować tylko te cechy, które chciałaby zaprezentować. Nie dociekamy jednocześnie jakimi pobudkami przy przedstawianiu się nasza osoba mogłaby się kierować, choć zakładamy, że mogłyby to nie być złe przesłanki, gdyż złość czy nienawiść zaliczamy do emocji, a tych, ktoś będący „Inwalidą Emocjonalnym”, z założenia nie posiada. Na zastrzeżenie, że również dobroć czy miłość są emocjami mówimy, że je również u takiej osoby wykluczamy, co gwarantuje nam zachowanie obojętności, i co za tym idzie, pewność, że osoba nasza – pozostając obojętną – będzie mogła nie chcieć niczyjego nieszczęścia.
Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do przekonania, że osoba taka nie dość, że mogłaby – jak powiedzieliśmy to przed momentem – nie chcieć niczyjego nieszczęścia, to ta niechęć [do czynienia przykrości] mogłaby jednoczenie powodować brak wyrzutów sumienia w naszym „Niepełnosprawnym Emocjonalnie”. A – jak już tego dowiedliśmy w jednym z punktów dotyczących kosztów – wyrzut sumienia którejkolwiek ze stron w relacjach międzyludzkich mógłby powodować niemożliwość zbudowania zadowalającego stosunku między nimi [tymi ludźmi]. Nasz „Upośledzony Emocjonalnie” mógłby mieć spokojne sumienie, drugi człowiek również (bowiem nie zaznał nieszczęścia od naszego „Inwalidy Emocjonalnego”); zatem, mogliby oni zyskać pewną równowagę i stabilizację – można by nawet rzec – swego rodzaju złoty środek.
Wspominaliśmy też wcześniej, że nasz „Niepełnosprawny Emocjonalnie” mógłby nie ryzykować. W tym wypadku twierdzimy, że takie niepodejmowanie ryzyka mogłoby być korzyścią, gdyż mogłoby nie przynosić strat. Wszyscy dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jakie ryzyko mogłoby pociągać za sobą koszty. Ile przykrych rzecz mogłoby spotkać kogoś, kto zdecydowałby się zagrać „va bank”. Nasza osoba „Upośledzona Emocjonalnie”, niezdolna do postawienia wszystkiego na jedną kartę mogłaby się chronić od sytuacji, w której mogłoby się okazać, że ktoś inny, zaryzykowawszy, stracił, co tylko mógł. Twierdzimy, że „Inwalida Emocjonalny”, wyzuty z uczuć i chęci ich posiadania, mógłby nie widzieć żadnej przyjemności w podejmowaniu gry i tym samym unikać przegranych.

     Pozostała nam już tylko sprawa tego, czy od owej, omawianej na kartach naszej rozprawki „Niepełnosprawności Emocjonalnej” można byłoby się w jakiś sposób uwolnić. Oczywiście w tym momencie musimy przyjąć, że osoba ogarnięta taką przypadłością musiałaby tego chcieć. W przeciwnym razie, nawet najskuteczniejsza metoda mogłaby zawieść. Jednak – na potrzebę naszej pracy – załóżmy, iż będziemy mieli do czynienia z kimś, kto – ogarnięty „Niemocą Emocjonalną” – będzie chciał się jej pozbyć.
Kategorycznie stwierdzamy, że na pewno nie pomógłby kontakt z drugim „Inwalidą Emocjonalnym”. Takie zestawienie mogłoby prowadzić do tego, że obydwie osoby podsycałyby w sobie tylko przekonanie o własnej ułomności nakręcając spiralę samorealizującej się sugestii. Przypuszczamy jednak, że przebywanie z osobą, która w żadnym stopniu nie byłaby dotknięta „Niepełnosprawnością Emocjonalną”, a do tego przejawiałaby oznaki wszelkiej desperacji i uparcie dążyła do wyplenienia przypadłości z naszego człowieka mogłoby pomóc. Wierzymy, że mur, który mógłby wybudować wokół siebie „Inwalida Emocjonalny” nie byłby Wielkim Murem Chińskim czy Murem Hadriana – tamte, jak wiemy, były budowane mocą wielu rąk, nasz mur mógłby być budowany w ten czy inny sposób przy użyciu mniejszej ich ilości – i mógłby się dać zniszczyć o wiele łatwiej. Czemu – mamy nadzieję – jeszcze wielu „Inwalidów Emocjonalnych” da dowód.

p.w.
zainspirowany rozmową z A.
Łódź, Retkinia
vi.vii AD mmiv

życzenie

„Wszystkim alkoholikom polskim bym życzył, żeby dokonali aktu zaślubin z winem, bo sam jestem najlepszym przykładem „wyleczonego z nałogu” winem. Wino jest najlepszym lekarstwem na alkoholizm. Dzięki istnieniu wina można pić, nie mając najmniejszych obciążeń nałogu: pije się dla przyjemności aż do upadłego. Kac moralny nie istnieje, jakby się piło rozcieńczoną wodę. Już od rana czeka się na pierwszy łyk, który powinien nastąpić w południe. Wówczas nie wolno wypić więcej niż 1/4 l. Po następnych czterech godzinach pracy, rozcieńczoną wodę można sobie dawkować w dowolnie wybranych miejscach, tak publicznych jak i prywatnych.”[1]


[1] zaczerpnięte ze strony:
http://perso.wanadoo.fr/polclub/roman%20y.htm
w trakcie poszukiwania materiału do rozprawki nt: O kosztach i korzyściach niepełnosprawności emocjonalnej.

oczywiście średniowiecze

„teraźniejszość znam wyłącznie z ekranu telewizyjnego, natomiast średniowiecze – bezpośrednio (…)” U. Eco

z cyklu: SMSowe niespodzianki

24.XII.2003, od BIG BROTHER: „Chuj”
27.VI.2004, od WIJATA: „Ale fajnie tak wcześnie zaczynać. Aż się cały trzęsę z radości! Nie ma co owijać kota dogóry ogonem! Kocham Pić!”
29.VI.2004, od BĄCZUŚ: „Z okazji urodzin życzę Ci abyśmy wystąpili z Unii, aby w kranie Twym tylko wódka płynęła, kac nigdy Cię nie męczył, autobusy przyjeżdżały na czas i przenośnego WC.”
29.VI.2004, od HARNAŚ: „Jeśli mnie pamięć nie myli masz dziś urodziny i imieniny. Z tej okazji życzymy Ci z Agatką 1001 upojnych nocy, 1001 drobiazgów, 100% pewności, 4 pancernych i psa, 5 setek i zakąski, strzału w 10-tkę, końskiego zdrówka, spełnienia wszystkich marzeń, 1000000 na koncie i WSZYSTKIEGO NAJ NAJ!!!”
03.VII.2004, od WIJATA: „Pić mi się chce!”