Kalendarz

Czerwiec 2004
P W Ś C P S N
« maj   lip »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2004

ćwiartuchna na karku

9143 dni (plus / minus kilka) i coraz większe przekonanie, iż każdy z nich był dobry. wraz z nim [przekonaniem], rodzi się pewność, że nikt i nic nie będzie w stanie sprawić, by kolejne dni nie miały być takie [dobre]!

Łupków – 10-ty – 13-ty czerwca 2004r.

podróż
nie obyło się bez awarii

lokum
„mam na przedmieściu domek, a w domu tym: woda, światło, gaz i prąd (…)” – oj chyba jednak nie – ‚Ostatnie takie schronisko w Bieszczadach’

żubr
żubr występuje w puszkach

zakupy
‚co tu wybrać?’ – zakupy na Słowacji

deszcz
największy urok gór: kapliczki, świątki, krzyże przydrożne itp. – tutaj: przy drodze do schroniska

góry
dymiące góry

kolej
kolej bieszczadzka

koza
jakaś dziwna ta koza

pojazd
nowy wóz

szef
szef wszystkich szefów

porównanie
i kto ma większy?

turysta
bieszczadzki turysta – typowy?

zona
nowa ‚przyszła była żona’

przebój lata: O-Zone – Dragostea Din Tei

Ma-ia-hii
Ma-ia-huu
Ma-ia-hoo
Ma-ia-haa

Alo, Salut, sunt eu, un haiduc,
Si te rog, iubirea mea, primeste fericirea.
Alo, alo, sunt eu Picasso,
Ti-am dat beep, si sunt voinic,
Dar sa stii nu-ti cer nimic.

Vrei sa pleci dar nu ma, nu ma iei,
Nu ma, nu ma iei, nu ma, nu ma, nu ma iei.
Chipul tau si dragostea din tei,
Mi-amintesc de ochii tai.

Te sun, sa-ti spun, ce simt acum,
Alo, iubirea mea, sunt eu, fericirea.
Alo, alo, sunt iarasi eu, Picasso,
Ti-am dat beep, si sunt voinic,
Dar sa stii nu-ti cer nimic.

Vrei sa pleci dar nu ma, nu ma iei,
Nu ma, nu ma iei, nu ma, nu ma, nu ma iei.
Chipul tau si dragostea din tei,
Mi-amintesc de ochii tai.

Ma-ia-hii
Ma-ia-huu
Ma-ia-hoo
Ma-ia-haa

Vrei sa pleci dar nu ma, nu ma iei,
Nu ma, nu ma iei, nu ma, nu ma, nu ma iei.
Chipul tau si dragostea din tei,
Mi-amintesc de ochii tai.

parapetowa nr 2

1x Tatra Pils
2x Dojlidy Classic
7x Donner Premium

a dziś od rana ‚łeścik ajsik’ i Tatra Pils… potem Łupków!

spraw kilka

Na dobry początek dwie piosenki, które ostatnio mnie zafascynowały. Pierwsza z nich: Akurat – Roman i Julia ma plusa za łagodną, miłą melodię i dwa wersy, które szczególnie przypadają mi do gustu. Pogrubiłem je w tekście. Druga: Grabaż i Strachy Na Lachy – Figazmakiem wywołuje we mnie dreszcze. Również ma fragment tekstu, który mi się spodobał. Na dodatek, oparta jest na znanej melodii… bardzo znanej.

niedziela:
Odpoczywam. Od rana wypijam piwko, które znajduję na biurku. Oczywiście otwarte. Wpadam na pomysł zmuszenia mojego komputera do wyświetlenia filmu. Po długiej walce wygrywam. Komputer odtwarza i pokazuje mi film Rok Ďábla. Obraz podoba mi się na tyle, że dołącza do dwóch ważnych dla mnie tytułów, które mają wpływ na to, jak zapatruję się na przygody z JB. Te dwa tytuły to: Leavin’ Las Vegas i John Barleycorn.
Jeśli chodzi o Leavin’ Las Vegas, to po obejrzeniu tego filmu uświadomiłem sobie, jak wyglądam w chwilach totalnego apogeum. Efekt tego jest taki, że jak próbowałem zobaczyć ponownie ten film, nie wytrzymałem dłużej niż pół godziny. Nie mogłem patrzeć na tak upodloną osobę, w której rozpoznawałem siebie. John Barleycorn sprawił zaś, że zacząłem pić refleksyjnie. Książka pokazuje, że jeśli raz się wpadnie w sidła JB, można się z tego nie wyplątać i niechybnie skończy się tak, jak pokazuje to Leavin’ Las Vegas. Natomiast po filmie Rok Ďábla zobaczyłem, że primo: można jednak dać sobie radę z uzależnieniem (tezą filmu jest m.in., że tylko w Czechach); secundo: będąc już ‚po’, można prowadzić dobre życie. Tego wniosku nie uświadamiałem sobie do tej pory.
Po filmie przyszedł czas na piwko – tak dla odmiany i dla przemyślenia kilku rzeczy. Po piwku nadeszła pora umówić się na poniedziałek z Kudłatym, Reggae Reggae i Wijatą. Trochę to zajęło, ale ostatecznie stanęło na tym, że: Kudłaty wsiada o 3:40 w 152 u siebie, ja o 3:44 dosiadam się do tego 152. Jedziemy na dworzec Łódź Kaliska. Przesiadamy się o 3:51 w 153 i podjeżdżamy do centrum. Tam wsiadamy o 4:11 w 157, którym ma jechać Reggae Reggae. Docieramy na róg Kilińskiego i Piłsudskiego. Czekamy chwilę na Wijatę i udajemy się na ul. Fabryczną 12, gdzie mają nas przebrać. Zadowolony z tak perfekcyjnie obmyślonego planu, nastawiłem budzik na 2:45 i otworzyłem pyfko wieczorne. Spiłem je jakoś po północy. Po pierwszej położyłem się spać. Ale nie miałem spokojnego snu.

poniedziałek:
Budzik – co zaskakujące – wywiązał się ze swojej roli i sprawił, że wstałem. Przekąsiłem co nieco i przygotowałem się do wyjścia. 3:35 wyszedłem z domu. Po drodze na przystanek zauważyłem, że zapomniałem zapalniczki. „To znak na szczęście” pomyślałem i przegrzebałem plecak w poszukiwaniu zapałek. Na przystanku popaliłem trochę. Nadjechał autobus. W nim Kudłaty. Wsiadłem.
Podróż przebiegła zgodnie z planem, z tym tylko wyjątkiem, że kiedy wsiadałem do 157 minąłem się z Człowiekiem Zagadką. Na Fabryczną dotarliśmy wszyscy jakoś przed 5:00. Odhaczyliśmy się i stanęliśmy w kolejce po kostiumy. Po godzinie byliśmy już stylowo przebrani i ucharakteryzowani. Przepędzono nas wtedy do parku Źródliska. Mieliśmy czekać na rozpoczęcie zdjęć, na godzinę 9-tą. Żałowaliśmy trochę, że nie wzięliśmy ze sobą czegoś, co skróciło by np. o jedną czwartą czy może nawet o połowę (nie wspominając o trzech czwartych) oczekiwanie. Trzy godziny przegadaliśmy. Obejrzeliśmy też plan zdjęciowy, wszystkie dekoracje, rekwizyty i w ogóle. Wreszcie, po 8:30 wezwano nas i podzielono na grupy. Trafiliśmy do „grupy spod dębu”, której zadaniem w pierwszym ujęciu miało być przejście alejką parkową do bramy z napisem „300 (czyt.: ‚czysta’) LAT BROWARÓW KSIĄŻĘCYCH, 1629 – 1929″ (przy czym, wydawało mi się, że jeszcze w 1929 roku słowa takie jak: ‚ksiądz’, ‚książę’, ‚Ksawery’ były raczej pisane przez: ‚x’ na początku, nie przez ‚ks’, ale nie wiem – specjalistą, bądź co bądź, nie jestem)[1].
Około 9-tej zaczęto kręcić pierwszą scenę. Poproszono ‚grupę spod dębu’, by połączyła się w pary. Losowo dobraliśmy sobie jakieś panienki i pod rękę szliśmy w stronę bramy. Nie obyło się bez powtórek. Kilkukrotnie przemierzaliśmy tę samą trasę, za każdym razem trochę inaczej (wolniej, szybciej, rozglądając się na boki, zahaczając o stoisko z watą cukrową itd.). To był początek.
Kolejne ujęcie stanowiło lustrzane odbicie pierwszego. Z tą różnicą, że przez bramę mieli wchodzić raczej pojedynczy ludzie niż grupy. Ustawiliśmy się jakoś na końcu kolumny i szliśmy. Ponownie było kilka powtórek. Podczas jednej z nich wpadliśmy na pomysł, że koniecznie trzeba nieco gardło przepłukać. Wszak dochodziło już prawie południe, a my – lekką ręką – sześć, siedem godzin byliśmy o suchym pysku. Uknuliśmy plan, że wyskoczymy do najbliższego sklepu, szybko trzepniemy browarka gdzieś w bramie i wrócimy do parku. Tak też zrobiliśmy.
Natępne ujęcie polegało na tym, że mieliśmy przyglądać się przejeżdżającej bryczce, a potem za nią podążać. Asystenci reżysera nie mieli z nami wielu problemów. Posłusznie wykonywaliśmy polecenia. Kazano iść – szliśmy. Nie iść – staliśmy. Trochę tylko zaczynaliśmy tracić cierpliwość. Po pierwsze dlatego, że tuż obok stała cała masa piwa, a my mogliśmy tylko na nie patrzeć, nie kosztować. Po drugie, każde ujęcie było powtarzane przynajmniej kilkukrotnie, ale przerwy między powtórkami trwały czasem nawet i po 20 minut. Maksymalna strata czasu.
Dalej – zaprowadzono nas do zaimprowizowanego na świeżym powietrzu miejsca, w którym miał odbywać się festyn z okazji ‚czystu’ lat Tyskiego. Tam powiedziano nam, że mamy zachowywać się naturalnie, jakbyśmy się dobrze bawili. Sęk w tym, że ‚naturalnie’ i ‚dobrze bawili’ bez przedmiotu, który mieliśmy reklamować, wydawało się niemożliwe. Przez co, poruszaliśmy się niemrawo. Trzeba mieć też na uwadze, że były okolice godziny 1:30. Żar lał się z nieba. Obok stało piwo, a my tylko na nie patrzyliśmy. Zrobiono kilka zdjęć temu, jak się kręcimy. Zapowiedziano też, że teraz będzie kręcone nalewanie i rozdawanie piwa. Nie zdążono nawet krzyknąć: „Akcja!”, jak pół tysiąca statystów rzuciło się w kierunku barmana i wyrwało mu z rąk tych kilka piw, które nalał wcześniej. Reżyser był zachwycony. Tak realnej sceny dawno nie widział. A, że kilka piw nie zaspokoiło pragnień i możliwości półtysięcznej rzeszy ludzi, takich powtórek było kilka. Załapałem się i ja.
Później wszyscy dostaliśmy do ręki browary i dyspozycję od reżysera, by przemieszczać się jakoś po terenie, popijać piwo jednocześnie eksponując je. Dostaliśmy też drugą dyspozycję, tym razem od asystentki reżysera, że jest to nasze jedyne piwo i pić je możemy tylko i wyłącznie w trakcie ujęć i tak, by starczyło na cały dzień. Na te słowa zareagowaliśmy śmiechem. Zrobiliśmy kilka powtórek, piwa się skończyły. Dano nam godzinę przerwy.
Przyszła A. Razem z nią i z chłopakami ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś źródełka. Ten rekwizyt, który nam dano tylko pobudził nasze chęci. Odszukaliśmy odpowiedni sklep. Dokonaliśmy zakupów. Wróciliśmy do parku. Spożyliśmy, co nasze. Wezwano nas z powrotem na plan. Pożegnałem się z A. Poszliśmy dalej brać udział w reklamie.
Od tej pory zaczyna się już tzw. ‚równia pochyła’. Rozpędzeni piwkami w bramie, piwkami sponosorowanymi i piwkami parkowymi wiedzieliśmy, że teraz się już nie zatrzymamy. Najwcześniej w domach. Dopchaliśmy się po kolejne pyfka sponsorowane i stanęliśmy jakoś z przodu tak, by – być może – było nas widać. Kręciliśmy ujęcie porównywalne do poprzedniego. Znów mieliśmy szwędać się po terenie. Z RR i Wijatą czyniliśmy to jednak na tyle umiejętnie, że zawsze wracaliśmy do pierwszego rzędu. Miało to swoją jedną, wielką zaletę. Statyści w pierwszym rzędzie byli zobligowani do posiadania w ręku kufla pełnego piwa. I co tylko zdążyliśmy coś upić (co powtórkę), przybiegał przemiły pan i dolewał. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy dolewał. Coś mi się jedynie kojarzy, że powtórek było jakoś pod 20. W trakcie przerwy między którymiś z nich, reżyser wrzasnął, że potrzebuje chłopaka, bo na drugim planie, zaraz za aktorem wygłaszającym swoją kwestię do kamery, siedzą jakieś panieny i wypadałoby, by tak same nie siedziały. Natychmiast się zgłosiłem. Podszedłem. Reżyser spojrzał. Nie zdążył nic powiedzieć. Dobrze wyraziła to jego asystentka: „Nie, ten jest kompletnie nawalony”. Muszę przyznać. Już nie było ‚lajtowo’. Swojego szczęścia spróbował też RR. Nie powiodło mu się. Za to Wijacie już się udało. Wróciliśmy z RR na swoje miejsca i do swojego rytuału: „‚raz, dwa, trzy’ – brzdęk, solidny łyk; rundka do stołu, baru i z powrotem; dolanie piwa”. Odprawiliśmy go [ten rytułał] kilka razy, wreszcie wymiękliśmy. Stwierdziliśmy, że musimy odpocząć. Na nasze szczęście, właśnie zakończył się dzień zdjęciowy w parku Źródliska.
Poszliśmy we trójkę do miejsca, gdzie można było łyknąć herbaty czy kawy. Rozplotłem się z charakteryzacji. Już mieliśmy zbierać się do magazynu, kiedy wyrwała mnie Kasia z tekstem, że koniecznie, natychmiast mam się gdzieś tam stawić. Bez większej radości poszedłem na wskazane miejsce. Wyszło na jaw, że będzie kręcona jeszcze jedna scena. Przejście ulicą. Wziąłem jeszcze jakieś piwo. Poszedłem tam, gdzie mnie zaprowadzono. Kilka razy przeszedłem się ulicą. Przyszli też Wijata z RR. Razem zdecydowaliśmy, że mamy dość. Poszliśmy do garderoby przebrać się w nasze ubrania. W drodze zdecydowaliśmy, że podsumujemy dzień symboliczną ‚ćwiartuchną’. Dołączył się do nas jeszcze Kudłaty. Razem dotarliśmy do sklepu, w którym okazało się, że 0.25l już nie ma, bo UE i jest tylko 0.2l. Zdegustowani tym faktem, kupiliśmy to 0.2l i na osłodę jeszcze po pyfku. Usiedliśmy sobie na skwerku przy skrzyżowaniu Kilińskiego i Piłsudskiego. Niemal w miejscu, gdzie – mniej więcej – 17 godzin wcześniej się wszyscy spotkaliśmy.
Zrobiliśmy, co mieliśmy do zrobienia i rozjechaliśy się w swoje strony. Po wejściu do domu pamiętam, że zrobiłem sobie odruchowo jedzenie, wysłałem SMSa do A. i padłem. Miałem jednak satysfakcję: jak do tej pory, nie nawaliłem się jeszcze tak zdrowo i to w dodatku za pieniądze ;-)

wtorek:
Obudziłem się, jak zawsze, trochę zmęczony. W plecaku znalazłem pyfko z wieczora – wstawiłem do lodówki. Zjadłem coś. Wypiłem przy okazji masę Koka-Koli i jakiegoś napoju pomarańczowego. Rozwaliłem się wygodnie przed komputerem w nadziei, że nadrobię poprzedni dzień bez niego. Po 10:30 przypomniało mi się, że miałem dziś iść na jakąś rozmowę, gdzieś do jakiejś firmy. Przygotwałem się lekko i ok. 11:30 wyszedłem z domu. Najpierw szukałem fajek. Znalazłem. O 11:40 wsiadłem w 86 i pojechałem na plac Barlickiego. Firma, gdzie miałem się zgłosić jest na Więckowskiego 33. Odnalazłem. W sekretariacie poinformowałem o swoim przybyciu. Polecono mi trochę poczekać. Cierpliwie wystałem, co swoje. W tym czasie wypełniłem jakąś ankietę. Ostatnio wypełniam wszystko, co mi w ręce wpadnie. Dzięki temu przyłażą do mnie jakieś zaproszenia na imprezy od organizatorów, których za Chiny nie pamiętam. Pojawiają się też takie oferty, jak ta dzisiejsza. Wreszcie zostałem zaproszony do pokoju Marty.
Wlazłem. Poczekałem aż paniena usiądzie. Usiadłem. Zaczęła się rozmowa:
Marta: My proponujemy ci taką a taką pracę tu i tu. Takie a takie godziny, taka a taka stawka. Umowę będzeisz mógł podpisać na miesiąc bądź na trzy, na pełen etat bądź na pół, to zależy od ciebie.
ja: okej, jak dla mnie może być.
Marta: Opowiedz mi coś o swoich praktykach. Napisałeś, że byłeś w GW i w Wonloku…
ja: Owszem, w GW robiłem to i to, w Wonloku to i to. Obie te praktyki odbyłem w ramach PSZu.
Marta: Super. Dlaczego się do nas zgłosiłeś?
ja nie pamiętając przyczyny: Widzisz, to jest tak, że ja sobie studiuję filozofię i – co tu dużo mówić – po tym kierunku spektrum, w którym mógłbym ewentualnie szukać dla siebie jakiegoś zajęcia nie jest zbyt szerokie. Pomyślałem sobie, że w jego zakres wchodzi też to, co mi oferujecie…
Marta: No tak, filozofia… właśnie… dlaczego filozofia?
ja: Zadecydował przypadek, zdawałem na Socjologię, nie dostałem się. Na filozofię mnie przyjęto. Spodobało mi się na tyle, że chyba będę chciał tam zostać.
Marta: Dobrze. Teraz mam do ciebie kilka standardowych pytań. Co jest twoją najmocniejszą stroną? pytanie zadane z sugestią odpowiedzi typu: ‚stanowczość’, ‚dążenie do celu’, ‚wytrwałość’, ‚siła przebicia’, ‚pomysłowość’ itd., itd.
ja wyczuwając podtekst: A pogoda ducha! Radość z i chęć do życia. Nie stwarzanie problemów z niczego i ogólnie pojęty uśmiech na twarzy.
Marta z nieukrywanym zaskoczeniem: Nie? Naprawdę? Spodziewałam się zupełnie innej odpowiedzi.
ja gryząc się w język, żeby nie powiedzieć: ‚wiem’: Tak? A jakiej?
Marta: Mniejsza o to. Następne pytanie. Twoja najsłabsza strona?
ja: Kłopot z organizacją czasu.
Marta: Największy sukces?
ja: Prawo jazdy. Studia. Finlandia.
Marta: Okej. Właśnie. Opowiedz coś o tym.
ja: Było fajnie.
Marta: Co wyniosłeś z pobytu tam?
ja: przede wszystkim ogładę językową, ponadto wspomnianą wcześniej pogodę ducha.
Marta: Tak myślałam. A jakąś wiedzę?
ja: No tak. Miałem np. zajęcia z ‚Perspectives To Finnish Society’ i mógłbym opowiadać o tym, jak skonstruowane jest społeczeństwo fińskie czy ‚Politisc, Gender, Law – Hegelian Conference’, gdzie dowiedziałem się, że można postawić tezę, wedle której ruch feministyczny wywodzi się od Hegla… Ale to jakby sprawa drugoplanowa.
Marta: Dobrze. Chodź teraz tutaj. Weź w Excelu utwórz tabelkę…
ja: To żart?
Marta: Nie. Stwórz jakąś tabelkę, wpisz kilka wartości, zsumuj, posortuj…
ja: Nie? Ale dobrze, jak chcesz.
Marta: Świetnie. Otwóz Word’a i przepisz mi ten tekst.
ja: Okej.
Marta: Doskonale. Zadzwonimy do ciebie albo w środę albo w piątek. Jak będzie okej, to rezerwuj sobie poniedziałek na jeszcze jedną, formalną rozmowę, wtorek i środę na kursy, a potem… może pracę.
ja: Dobrze. Czekam zatem na telefon.
Marta: Cześć!
ja: Do zobaczenia.
Wróciłem spokojnie do domu. Zjadłem małe co nieco. Strzeliłem pyfko, potem drugie. Ponownie, tym razem u AA i z Patrykiem „Degeneratem”, obejrzałem Rok Ďábla.

et de hoc hactenus


[1] – Jeśli potwierdziłoby się moje przypuszczenie, byłby to już drugi błąd, jaki popełnia browar Tyskie w swojej kampanii. Nie tak dawno, w Łodzi, na budynku Centralu pojawiła się ogromna tablica ogłoszeniowa ze zdjęciem ulicy Piotrkowskiej, datą 1829 i napisem: „Browary Tyskie mają już 200 lat” i coś tam, coś tam. Może i nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że na tym zdjęciu jest pokazana ulica Piotrkowska, którą przejeżdża tramwaj. A przecież doskonale wiadomo, że tramwaje w Łodzi pojawiły się w 1898 roku.

żłopię wódę na parapetówie

0.5l Puls – lajcik, 38%
0.5l Czerwonej Kartki
0.7l Czerwonej Kartki
to na siedem łbów, a na dodatek:
2.5l piwa Donner (1.35 PLN) na łeb plus
0.5l piwa Dojlidy Classic

źle nie było, a jutro do ‚pracy’ ;-)

sub beata stella natus et de aliis

sub beata stella natus
piątek:
siedzę spokojnie przed komputerem, jak Pan Bóg przykazał i wypoczywam po ostatnich kilku dniach. nagle wyskakuje mi okienko tlena, w którym kolega pyta się o poniedziałek. będąc przewrażliwionym, pomyślałem, że chce zaproponować imprezę, ale nie. okazało się, że jakaś firma poszukuje statystów, którzy wzięliby udział w reklamie piwa Tyskie. zgodziłem się bez wahania. na dodatek szykuje się, że za takie statystowanie co nieco do kieszeni wpadnie.

sobota:
właśnie dotarłem do domu, po kolejnej lajtowej imprezce. siedzę spokojnie przed komputerem, jak Pan Bóg przykazał. wtem dzwoni telefon. jakiś nieznany mi numer. odbieram. w słuchawce słyszę miły głos kobiecy. zaprasza mnie on na rozmowe kwalifikacyjną w jakiejś firmie. na wtorek, na 12-tą.

de aliis
przebój czerwca:
piosenka pana Maczo i jego znajomych pod wszystkomówiącym tytułem: Ja jebę (jak pięknie). do ściągnięcia tu: przebój czerwca.

impreza:
kolejna, lajtowa. najpierw chwila w Kresowej i wódka Czerwona Kartka w bramie, (ok. 21:10). potem dworzec Łódź Fabryczna (ok. 21:30), gdzie spotykam się z A. i odbieramy Adę. stamtąd zabiera nas Kubiak i jedziemy na Linową. Ada i A. wysiadają wcześniej. Ja z Kubiak jedziemy na chwilę na Świąteczną. Dorabiamy wódkę z miodem i bakaliami i idziemy do dziewcząt (ok. 22:30. powoli spijamy piwka. pojawiają się RR i Siostra (ok. 23:30). zapuszczamy film Las Vegas Parano. mamy ubaw nieziemski. po filmie robimy spaghetti z tuńczykiem (ok. 2:00). później kameralne ‚doorsowisko’ (ok. 3:00). następnie towarzystwo rozchodzi się spać (ok. 4:00). ja i RR rozmawiamy jeszcze jakiś czas, wreszcie też padamy (ok. 5:00). kolejną noc spędzam z A., źle nie jest.

wstajemy (ok. 9:40). rozdjeżdżamy się po domach.

nowości kulinarne:
spaghetti z tuńczykiem – makaron, tuńczyk, cebula, śmietana, czosnek, przyprawy.
obiad sobotni – makaron, kiełbasa, kukurydza, sałata, rzodkiewka, pomidor, zielony ogórek, olej, przyprawy.

przeprowadzka

scenka rodzajowa:
– mogę pożyczyć auto? przeprowadzam…
– nareszcie! dokąd?
– nie ja, kolegę…
– łee…

popołudniem biorę samochód. jadę na Łąkową transportować stamtąd meble. zabieram się na dwa kursy. jadę jeszcze na Bataliony zabrać kilka rzeczy osobistych. wieczorkiem odstawiam samochód. wracam na Retkińską zrobić mały ‚bifor’ przed wypadem do Ady. dwa piwka mijają, jak z bicza strzelił.
o 22:23 wsiadam w ‚gminbusa’. kilkanaście minut później jestem na miejscu. na dobry początek mylę domki i pakuję się do jakiegoś obcego. zaraz jednak naprawiam błąd i wchodzę do tego, w którym mam spędzić następnych 12 godzin. zastaję Małą Adę i Kubiak. po chwili dochodzą Agnieszka i Ada. zapowiada się spokojny, kameralny wieczór. piwka spijamy powoli. nie ma większych ekscesów. pojawia się pomysł obejrzenia filmu 25th hour. zostaje zrealizowany. film się kończy. dziewczęta biorą jeszcze kąpiel z bąbelkami. rozłazimy się po pokojach. tradycyjnie nie zasypiam do rana. wreszcie jednak padam.
zostaję obudzony ok. 9-tej. do 12-tej jest jeszcze mały ‚czil-ałcik’ przy Władcy pierścieni i płatkach kukurydzianych z mlekiem. koniec końców, gdy mija południe zbieram się do domu. na wieczór zapowiada się ‚repeat party’.

dzień dziecka

poniedziałek – „mam za co, nie mam z kim”
Około godziny 21:00 nachodzi mnie nieodparta i nie do zwalczenia chęć napicia się małego pyfka. Próbuję zwerbować Bąka, ale nie daję rady. Zaczepiam SMSem RR – również nie dostaję odpowiedzi. Nawiguję do Wijaty i już po chwili mam odzew: „przyjeżdżaj na Widzew”. Nie zastanawiam się długo. Kupuję mały zapas browarków i wsiadam w 98. Na Widzewie jestem ok. 22:30. Udajemy się z Wijatą na pobliską stację w celu nabycia ‚ćwiartuchny’. Potem zajmujemy ‚miejscówkę’ pod murem cmentarza. Popijamy ‚ćwiartuchnę’ i piwko naprzemian. W tym samym czasie zostaję nakłoniony do wyjazdu do Wrocławia. Pojawia się plan, by po powrocie z Widzewa zaopatrzeć się w co trzeba i ruszyć na dworzec. Dopijamy resztę i decydujemy się na kolejną, małą ‚ćwiartuchnę’. Stacja okazuje się niezastąpionym źródełkiem. Dokonawszy zakupów, idziemy na przystanek by popić sobie w oczekiwaniu na jakiś nocny. Napotykamy jakąś zniszczoną panienę. Wdajemy się z nią w rozmowę umoralniającą o potrzebie edukacji. ‚Ćwiartuchna’ się kończy. Nadjeżdża 153. Wsiadam. Ostatnie, co pamiętam, to McDonald’s na Widzewie.
Budzę się kontrolnie na rogu Rojnej i Szczecińskiej. Jest godzina 3:00 wieczorem. Pojawia się myśl by zanawigować do Skarba i może jakieś pyfko strzelić jeszcze, skoro już tu jestem. Druga myśl: „może odwiedzić Kubiak?” Z obu jednak rezygnuję. Wsiadam w 151. Natychmiast zasypiam. Budzi mnie jakieś szturchnięcie. Młoda pani zadaje mi konkretne pytanie: „nie przejechałeś swojego przystanku?” Bełkotliwie i z nieukrywanym zdziwieniem mówię: „nie-e!” i zasypiam dalej.
Otwieram oczy i widzę al. Kościuszki. Instynktownie wysiadam. Przysypiam trochę na murku. Słyszę 158. Wsiadam. Jadę na Retkinię.
W domu jestem około 4:00 wieczorem. Myślę sobie: „to się dobrze składa. akurat się przekąpię, zrobię sobie jakieś kanapki i pojadę na dworzec”. Zataczam się do łazienki, potem do kuchni i przytaczam się do siebie. Jem. Nastawiam budzik na 5:30 i kładę się na moment.
Wstaję o 11:30.

wtorek – „pierwszy dzień dziecka”
Ponownie zaczepiam RR i Wijatę. Są zdziwnieni, że nie jestem we Wrocławiu. Ja również. Umawiamy się ponownie na Widzew do lokalnej knajpki, w której dobre (w przeciwnieństwie do złego, takiego, jak np. w Kresowej) piwo kosztuje 2.40 PLN. Zjawiam się pierwszy około godz. 14-tej. Chwilę później pojawia się RR. Za kolejny moment siedzimy już we trzech. Powoli rozpoczynamy wieczór. Mijają trzy piwa i włącza się nam zmysł organizacji. Zamawiamy na Widzew Smoka i Siostrę. Nawigujemy też do Skarba. Kiedy wszystko wydaje się być ustalone dostaję SMSa o treści następującej: „jedziesz do Tuszyna?” Nie odmawiam. Zmieniamy plany. Smok rezygnuje. Siostra ma dojechać. Czas oczekiwania na nią skracamy sobie żubrem, co to występuje w puszkach. Podróż PKSem skracamy pokazując sobie nawzajem czerwone kartki.
W Tuszynie jesteśmy ok. 21-wszej. Zastajemy tam Kubiak i Stadko. Napychamy się trochę angielką, żeby alkohol miał w co wsiąkać. Kontynuujemy rozpoczęty wieczór. Pojawiają się ognisko, wódka, gitara… Wdaję się w rozmowę z Agnieszką. Resztę czasu spędzam już z nią. Lekko niedopity, na kilka chwil przed świtem kładę się spać.
Budzę się po 8-mej.

środa – „drugi dzień dziecka”
W Tuszynie została Siostra Kubiak, Siostra, RR, Wijata i ja. Otwieramy kontrolne pyfka na rano. Lekko ogarniamy teren. Zbieramy butelki. Zapowiada się niezła ‚pochodna z imprezy’. Dochodzimy do sklepu. Tam okazuje się, że wystarczy nam na picie dla dziewcząt i cztery pyfa. Przemieszczamy się w kierunku przystanku PKSu. I właściwie już tam moglibyśmy zacząć kolejny wieczór. Jednak Siostra Kubiak przekonuje nas do podróży. Wsiadamy w autokar. Jedziemy jednak tylko kawałek. Przy Stawach Jana wysiadam ja i Wijata. Reszta jedzie gdzieś tam.
Z Wijatą rozkładamy się nad wodą i spijamy piweczka. Oczekujemy w ten sposób na magiczną godzinę 19-tą, kiedy to w Łodzi ma pojawić się, po dwumiesięcznej nieobecności, Kryś. Około 15-tej pojawia się pomysł by pozostały czas umilić sobie czerwoną kartką. Jedziemy najpierw na Widzew, potem na Retkinię. Po drodze dowiadujemy się, że tę czerwoną kartkę będziemy mogli pokazać sobie w mieszkaniu Bąka. Nabywamy drogą zakupu alkohol i idziemy oblewać nowe miejsce. Tam dostaję sygnał, że Agnieszka ma pojawić się na Fabrycznym o 18:30. Dopijam się i trzeźwieję. Jadę po nią.
Z dworca idziemy do Kresowej. Zaraz pojawia się Kubiak, Kryś. Przychodzi też Ada, Paszkiewicz, Kupisz. Dojeżdża Wijata. Wypijamy po pyfku i przenosimy się do Kubiaka.
Na Rąbieniu wytrzymuję chwilę, po czym padam spać. Drzemkę przerywa mi Agnieszka. Spędzam z nią kolejną miłą noc. Od czasu do czasu przysypiam. Śni mi się dwukrotnie Agniesza, raz sok jabłkowy w kartonie.
Budzę się koło 9-tej. Po niecałej godzinie rozpoczynam podróż do domu. Mogę spokojnie powiedzieć, że tym razem czerwiec rozpoczął się udanie.