Kalendarz

Marzec 2004
P W Ś C P S N
« lut   kwi »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Marzec 2004

niedziela / poniedziałek

niedziela:

park julianowski
oddział mocnych komandosów – ja, Reggae Reggae i Wijata

za drzwiami
w parku zrobiło się za zimno, przenieśliśmy się do knajpy „Za Drzwiami” – Reggae Reggae, AA i Wijata

stacja statoil
prorok jakiś, czy co? – Reggae Reggae

kort
dla niepoznaki, w torebce foliowej – Reggae Reggae

kort
ergo bibamus! – ja

kort
jednak nie ‚bibamus’ – Wijata

klatka
telefon ułatwia komunikację – Reggae Reggae i Wijata

klatka
‚teraz pan proszę…’ – ja

klatka
‚no to do dna!’ – Reggae Reggae

klatka
‚skończyło się?’ – Reggae Reggae

poniedziałek:

pociąg
‚jedziemy!’ – Wijata

kraków
‚jedziemy?’

kraków
sklep „Kefirek”, ale kefiru nie widać – Wijata

kraków
ulica „typa spod ciemnej gwiazdy, Ingardena” – ja

kraków
‚czas najwyższy coś przekąsić, tatrę pils poproszę’ – Wijata

kraków
‚to może i ja coś wezmę, tatrę pils poproszę’ – ja

kraków
‚tu będę mieszkać?’

kraków
‚a tu chadzać w niedziele na msze’

kraków
‚tu uczyć się / pracować’

kraków
‚a tu czasem jadać posiłki’

kraków
udało się, znaleźliśmy Wisłę – Wijata

kraków
najpierw ulica… potem może uniwersytet? – Wijata

kraków
pan na włościach – Wijata

kraków
namiastka Piotrkowskiej

kraków
‚a w Krakowie, na Brackiej pije się…’ – ja

kraków
‚taki dom sobie wybuduję’ – Wijata

kraków
tym samym dziedzińcem przechadzali się królowie Polski – ja

kraków
‚a może to jest Wisła?’

kraków
‚w dole już czeka na mnie Smok Wawelski’ – ja

kraków
‚płynie Wisła, płynie…’ – Wijata

kraków
‚… a wraz z nią jakaś przesyłka do Gdańska’

kraków
brama

kraków
w końcu Kraków, trzeba się odchamić – Wijata

pociąg
‚żegnaj, do zobaczenia jak najprędzej’

pociąg
wódka krakowska – Wijata

pociąg
wódka krakowska – ja

pociąg
‚a mówili, że Ziemia jest płaska…’

pociąg
‚czy ten pociąg zna trasę?’

pociąg
‚i odjechali w siną dal…’

powroty

sytuacja pierwsza:
Budzę się wypoczęty. Zjadam dobre śniadanko. Wychodzę z domu i np. w dziekanacie udaje mi się załatwić ważną sprawę. Przy okazji, w szkole, mam fajne zajęcia. Na dodatek odbywam jakąś miłą rozmowę z dawno już zapomnianą osobą. Ponadto, pani w urzędzie jest sympatyczna i wszystko załatwia z miejsca. Żaden autobus czy tramwaj się nie spóźnia. Do domu wracam w radosnym nastroju z rozpromienionymi oczyma i uśmiechem na ustach. Matka mówi: „Co taki wesoły? Pewnie coś brałeś?” :-/

sytuacja druga:
Budzę się z „syndromem odstawienia”. Na nic nie mam ochoty. Na dworze ohydna pogoda, a ja muszę jechać na drugi koniec miasta. Wszystko się nie udaje. Drażnią mnie ludzie na ulicach. Mam ochotę każdemu przyłożyć. Zniechęcony idę spotkać się z Dżonem Barlejkornem. Krótka z nim rozmowa nie poprawia mi nastroju. Ponury, z lekka zataczający się, wracam do domu. Matka mówi: „O dobrze, że jesteś. Chodź, pomóż mi w tym i w tym.” :-/

/komentarz odautorski
I którą z tych sytuacji uznawać za „normalną”?

zły sen

Minęło już dziesięć lat, jakie założyłem sobie, że ma upłynąć nim w ogóle pomyślę o tym, by się z ‚wiadomo kim’ spotkać. Powoli zaczynam się rozglądać za jakimś kontaktem. Nie wiem, czy mam ułożone życie, ale sen jest niespokojny (jednym z założeń tego spotkania miało być to, że już i ja i ona mamy swoje życia).
Przez przypadek trafiam na jej najlepszą koleżankę M. Rozmawiam trochę starając się nie zdradzić z moim zamiarem. Ale M to wyczuwa i kategorycznie mówi, że ‚wiadomo kto’ nie chce się ze mną widzieć. To mnie zatrważa. Do tej pory byłem przekonany, że to ja jestem ten, który unika i któremu wreszcie to unikanie przechodzi. A wyszło na to, że to ona bardziej dotrzymuje tego ostatniego słowa, które ze sobą zamieniliśmy: „Obyśmy się więcej w życiu nie spotkali!”

treściwy SMS od RR

Ello! Bizon, Łódka Bols cos gorzkiego na żołądek… czy może „polecimy” na barowej w barze i wyjdziemy jak na ABSOLWENTÓW przystało czyli z POLOWĄ na OJCZYSTY grunt

sen ‚metropoliczny’

krótka scena pierwsza:
Od rana niepokoję się wyjazdem do Metropolii. Gdy wreszcie przychodzi pora, kiedy mam zacząć się przygotowywać do wybycia, okazuje się, że nie jest mi dane. Co chwila coś staje mi na przeszkodzie. Denerwuję się. Chciałbym już być w podróży.

jeszcze krótsza scena drgua:
Jadę.

scena trzecia:
Jestem na miejscu. Idę na jakieś spotkanie poświęcone promowaniu albumu o Metropolii. Coś w rodzaju „Magiczne miejsca mojego miasta”. Jakaś sala w Ratuszu lub innym budynku użyteczności publicznej. Na niej pełno osób. „My” – widzowie. I „oni” – autorzy projektu. Wśród nich Ona.
Dostrzegamy się nawzajem. Krótkie spojrzenie. Uśmiech.
Zaczyna się spotkanie. Nie słucham tego, o czym jest mowa. Czekam na jego koniec by wreszcie móc zamienić parę słów z Nią. I tak pewnie wytłumaczy mi i opowie o całym wydawnictwie w o wiele ciekawszy sposób niż właśnie występujący oficjele.

scena czwarta:
Jakiś park, fontanna. Wiosna bądź wczesne lato. Jest jasno. Ona daje mi trzytomowy album, jest w nim dedykacja. Siadamy na jakiejś ławce. Pokazuje mi drugi tom. Prawie wszystkie zdjęcia są Jej autorstwa. Opowiada o tym, jak Ją poproszono o współudział. O tym, jak robiła tysiące fotografii bo nie z każdej była zadowolona…
Proponuję spacer po tych miejscach, które są ukazane w albumie.
Idziemy…

maraton nietrzeźwości

czwartek: Park Poniatowskiego, Rąbień…
piątek: Plac Komuny Paryskiej, brama przy Quo Vadis, brama przy Kresowej…
sobota: Kresowa, Wypożyczalnia…
niedziela: Retkinia…
poniedziałek: Rąbień…
wtorek: Rąbień, Teofilów…

T. Love – Gloria

Ona nie mówi nic
Nie mówi ani słowa
Ona nie mówi nic
Nie mówi ani słowa
Ma krótkie i szalone linie papilarne
Nosi obcisłe dżinsy, pali „Popularne”
Ma krótkie i szalone linie papilarne
Nosi obcisłe dżinsy, pali „Popularne”

Na imię ma:
G L O R I A
Na imię ma:
G L O R I A

Ma siedemnaście lat
Ma siedemnaście lat

Kiedy patrzę się na nią
Ona leży koło mnie
Jej długie włosy opadają na plecy
Jej długie włosy opadają na plecy
Jej długie włosy opadają na plecy

Na imię ma:
G L O R I A
Na imię ma:
G L O R I A

Ona nie mówi nic
Nie mówi ani słowa
Ona nie mówi nic
Nie mówi ani słowa
I biegnie skrajem lata
I biegnie skrajem lata
I biegnie skrajem lata

Na imię ma:
G L O R I A
Na imię ma:
G L O R I A

piątek, początek wieczoru / łikendu / wiosny

Straż Miejska: zgodnie z artykułem 43 ustęp 1, ustawy o wychowaniu w trzeźwości i zapobieganiu alkoholizmowi należy się mandat w wysokości 100 PLN.
student: …

środa

     Otworzyłem oczy. Odruchowo spojrzałem na zegarek. Tym razem był na swoim miejscu. Czynność ta jednak sprawiła mi niemały ból. Odwrócenie oczu w kierunku czasomierza zdawało się być jakimś nadludzkim wysiłkiem. Zaraz po tym pojawił się ból głowy. „Mhm…” – pomyślałem sobie – „najwidoczniej coś ten teges wczoraj”.
Spróbowałem wstać. Zachwiało mną. Może i materac, który zastępuje mi ‚regularne’ łóżko ma swoje plusy, wśród nich ten największy – jak się z niego spada (bo mrzonką jest, jakoby spaść się nie dało; sprawdzone), nie robi się sobie przy tym krzywdy. Ma też – niewątpliwie – minusy, z których najbardziej uciążliwym jest proces wstawania po nocy spędzonej w towarzystwie Dżona Barlejkorna.
Gdy zmierzałem w stronę wodopoju, którego rolę w moim mieszkaniu spełnia kuchnia, do pewnego braku stabilności, a także pulsującego w rytm serca bólu głowy dołączył jeszcze światłowstręt. Nie muszę nadmieniać, że temu wszystkiemu towarzyszyło poczucie wszechobeschnięcia – innymi słowy – miniaturowej rozmiarami choć nieskończonej w doznaiach suszy w gardle. Szczęściem wodopój znajduje się kilkanaście kroków od materaca, dzięki czemu pierwszego – jakże upragnionego – łyka czegokolwiek (tym razem zimnego mleka) mogłem spróbować już po niedługiej chwili. Zaopatrzony w zbawczy napój wróciłem do siebie.

     ’Syndrom odstawienia’, zwany też ‚syndromem dnia wczorajszego’, wciąż dawał się we znaki. Zacząłem się zastanawiać, co było jego powodem. „Tak…” – przypominałem sobie – „Pamiętam. Siedziałem na tzw. ‚ławeczce w pół drogi’[1] i popijałem spokojnie Trzy Korony. Ale która to mogła być godzina? Pewnie przed pierwszą w nocy. Dobrze. Czyli taki był koniec, a co wcześniej?” Uruchomiłem komputer. Chciałem sprawdzić w archiwum tlen’a, czy przypadkiem nie prowadziłem jakichś nocnych rozmów, bo to różnie bywa. Potem się trzeba tłumaczyć. Kilka minut później uświadomiłem sobie, że mój tlen od dawien dawna nie pracuje tak, jak powinien i archiwum nie mam. „Niech to szlag jasny trafi. Muszę ufać, że nic złego się nie działo.” – przeszło mi przez myśl, po czym powróciłem do wspominania poprzedniego wieczoru: „Zatem, co się działo przed ‚ławeczką w pół drogi’? Aaa… już wiem! Jechałem razem z RR i Bączusiem jeden przystanek 158. A zanim wsiedliśmy, okupowaliśmy – z Trzema Koronami w dłoniach – ławeczkę o dumnej nazwie ‚dzika ryba, blok 357′[2]. Skoro były Trzy Korony, to znaczy, że wcześniej był StatOil. I to by się zgadzało. No dobrze, ale nadal pozostaje kwestia tego, skąd wzięliśmy się o tej porze – przypuszczalnie gdzieś tak od 23-ciej – w plenerze? Zimno nie było, pewnie dlatego. I może dlatego też, że Bączuś coś ‚przebąkiwał’, że od niego musimy wyjść nie później niż o 22-giej.” Mleko się skończyło, poszedłem po kolejne napoje. Susza w gardle nie została ukojona. Tym razem zrobiłem sobie tak z – lekką ręką – litr herbatki z owoców leśnych i do tego jeszcze (by przeczekać moment, w którym herbatka przestygnie) zimne kakao. Wtedy zawołali mnie rodzice, żebym rozwiązał im jakiś problem w ich komputerze. Resztką zdrowego rozsądku udałem ‚świeżego i wypoczętego’ i zapuściłem u nich MKSa, gdyż zachodziło podejrzenie, że grasuje tam jakiś wstrętny wirus. Wróciłem do siebie. Zacząłem sprawdzać pocztę. Wszak nie jest powiedziane, że czegoś komuś nie wysłałem. Dzięki Bogu, okazało się, że nie. Uspokojony tym faktem powróciłem do rekonstrukcji wieczoru: „Z tego, co już sobie przypomniałem wynika, że wyszliśmy od Bączusia, czyli – co przecież zrozumiałe – siedzieliśmy tam u niego. Ach tak! Spijaliśmy Fasbergi w ilości 4.5 na łeb, które wcześniej, gdzieś tak po 19-tej zakupiliśmy w pobliskiej Biedronce. Gawędziliśmy sobie przy nich o tym i o tamtym. Wszystko staje się jasne.”

     Zadowolony z tego, że – jak na moje możliwości – dość dużo pamiętam, spojrzałem na zegarek. Było lekko po 8:30. „Fajnie…” – pomyślałem sobie – „zaczyna lekcje o 9:50, przynajmniej tak ostanio mówiła, może jeszcze z rana z nią zamienię parę słów.” Zacząłem wpatrywać się w monitor. Nic się nie działo, więc poszedłem zrobić sobie małą przekąskę. Wróciłem do siebie, włączyłem sobie TV i jednym okiem zerkałem w prawy górny róg ekranu, gdzie było TV a drugim w prawy dolny, gdzie mogła pojawić się oczekiwana przeze mnie ‚ikonka’. Czekałem i myślałem, co mógłbym powiedzieć. Z pewnością zapytałbym się o dzień poprzedni (wtorek) o wrażenia z badań, o SMSa. Może coś by zaczęło się wstępnie ustalać na piątek. Może napomknąłbym, że byłem u ‚mojego’ pana doktora. „Ech…” – trochę popsuł mi się nastrój – „ta wyprawa do pana doktora…” Przypomniałem sobie powód, którym dzień wcześniej tłumaczyłem swoje spotkanie z Dżonem Barlejkornem.

     W związku z ciągłym zaliczaniem poprzedniego semestru byłem zobowiązany pojechać właśnie we wtorek do ‚mojego’ pana doktora po wniosek do pana dziekana o uznanie mi pobytu w Finlandii w poczet moich studiów tak, bym nie musiał powtarzać tego semestru. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że pan doktor mieszka w okolicach, w które z własnej woli lub całkiem świadomy zdecydowałem się nie jeździć – mianowicie na Chojnach[3]. To jest to jedyne miejsce w Łodzi, gdzie nie chciałbym się już więcej pojawiać. Przynajmniej przez jakiś czas. Tym razem nie było jednak odwołania. Ponieważ bardiej zależało mi na tym, żeby zaliczyć semestr niż na tym, by być wolnym od trosk postanowiłem zaryzykować. Po tym, jak wyszedłęm we wtorek ze szkoły, wsiadłem spokojnie w 12-tkę, podjechałem do Zachodniej i tam przesiadłem się – już mniej spokojnie – w 6-tkę.
Tramwaj numer 6 ma to do siebie, że tym tramwajem przez trzy lata jeździłem do ‚wiadomo kogo’. Jego trasę znam na pamięć, znam każdy przystanek, każdy sklep itd. O ile jeszcze jakieś dwa lata temu, była to jedna z moich ulubionych tras (oprócz niej takimi były jeszcze wszystkie te, które prowadzą w rejon McDonald’sa na Chojnach), tak teraz unikam jak ognia jeżdżenia czymkolwiek, co mogłoby mi przypominać. W tym wypadku nie mogłem ominąć tego tramwaju.
Gdy już wsiadłem po mojej głowie latały różne myśli. Przede wszystkim to, jak się zachować, jeśli zdarzyłoby się tak, że wsiądzie? Wyjść? Udać, że się nie zauważyło? Może zacząć rozmowę? Ale nie, nie miałbym o czym z nią rozmawiać. To może tak jej powiedzieć? „Nie mamy sobie nic do powiedzenia” albo jeszcze lepiej, by podkreślić to, że już nic nas nie łączy: „nie mam pani nic do powiedzenia”? Drugą rzeczą, która wówczas zaprzątała moją głowę było to, czy tak naprawdę to chciałbym, żeby wsiadła czy nie? Jeśli nie, to po co w ogóle myślę o tym, jak się zachować. A jeśli tak? Ale jak mógłbym w ogóle chcieć, żeby wsiadła. Zupełnie się sam ze sobą pogubiłem. Jakby mimowolnie wypatrywałem jej na przystankach. Tylko od czasu do czasu pojawiała się myśl, że prawdopodobieństwo jej spotkania jest wyjątkowo nikłe. „Po pierwsze…” – tłumaczyłem sobie – „nie jest możliwe, żeby jechała akurat tym tramwajem. Raz dlatego, że już się nie uczy, choć prawdopodobnie – jeśli nie zrezygnowała z pomysłu – robi doktorat. Dwa, ostatnio pracowała w Galerii Łódzkiej, a stamtąd ma inny, lepszy dojazd do siebie, o ile jeszcze mieszka na Chojnach. A trzy to to, że prawdopodobnie ma już prawo jazdy, a więc i samochód i na dodatek mieszka już sama.” Mimo tych prób uspokojenia się, wysiadłem całkowicie roztrzęsiony. Dawno już tak długo o niej nie myślałem.
Sprawę u pana doktora załatwiłem niemal instynktownie wciąż będąc skoncentrowanym na ‚wiadomo kim’. Wyszedłem i postanowiłem przespacerować się ulicą Rzgowską[4].
Szedłem w kierunku przystanku autobusu 52, autobusu, którym – podobnie jak 6-tką – jeździłem trzy lata. Nadal nie mogłem odpędzić się od myśli o niej. Ale stawały się one coraz mniej wyraziste. I pewnie jeszcze kilka chwil i odzyskałbym równowagę psychiczną gdyby nie to, że zobaczyłem nadjeżdżający autobus, a wnim – jak mi się wydawało – ją. Podbiegłem, wsiadłem, ale już nie odważyłem spojrzeć się w tę stronę, w której – jeśli miałem rację – siedziałaby ona. Zająłem strategiczną pozycję tak, by nie móc się odwrócić. Od czasu do czasu zdawało mi się, że słyszę jej głos.
Na Dworcu Kaliskim wysiadłem jak otępiały. Nie rozglądałem się. Natychmiast pojechałem w stronę domu. Tam też rozpocząłem przygotowania do tego, by odreagować spędzając wieczór z Dżonem Barlejkornem.

     Z tych – w gruncie rzeczy – niemiłych rozmyślań wyrwał mnie okrzyk rodziców, którzy czegoś tam ode mnie chcieli. Broń Boże nie miałem im tego za złe. Wręcz przeciwnie.
Spojrzałem w prawy dolny róg ekranu. Nadal nic. Mimochodem spojrzałem też na zegarek. Dochodziła 9:30. „O!” – przebiegło mi przez głowę – „chyba przed wyjściem już nie porozmawiam. To chociaż zrobię coś konstruktywnego i przepiszę translatoria. Mam zapisane ponad dwie strony A4, to po przepisaniu na komputer wyjdzie z tego może jedna strona A4. A znowu jedna strona A4 to przecież mały pikuś. Machnę to w niecałe 15 minut i akurat przed 10-tą wyjdę, by na uczelni być przed 10:30.”
Zacząłem pisać. Okazało się, że nie było to takie proste, jak myślałem. Po pierwsze – co nie jest już jakimś wielkim dla mnie zaskoczeniem – nie mogłem się odczytać. Po drugie, jak już się odczytałem, to zupełnie nie rozumiałem tego, co przepisuję. Postanowiłem jednak nie poddawać się. Efekt ‚pracy’ można zobaczyć klikając tutaj.
Skończyłem lekko przed 10-tą. W pośpiechu spakowałem się i wybiegłem z domu.

     Pierwszy, bezpośredni tramwaj mi zwiał. Kolejny dowiózł mnie (wciąż lekko skołowanego) do Polmosu (jedno z moich ulubionych miejsc w Łodzi). Tam nie przyjechał inny, w który powinienem był wsiąść. Poczekałe jednak cierpliwie i już o 10:40 byłem na uczelni. Zaznaczę, że zajęcia zaczynają się o 10:15 i mówiąc, że mogę być przed 10:30 uwzględniałem już ten osławiony ‚kwadrans akademicki’.

     Same zajęcia przebiegły bezstresowo (jak co tydzień zresztą). Nie obyło się też bez akcentów humorystycznych. W trakcie ‚Paleografii łacińskiej’ wszedł do naszego gabinetu / katedry jakiś Chinol albo inny Wietnamczyk i łamaną polszczyzną zapytał się: „Ći jeśt pan Śałek?”. Na co pani profesor, nie zastanawiając się ani chwili odrzekła kiwając głową: „Śałek nie ma.” Po czym wszyscy zgromadzeni parsknęli śmiechem.
Na wcześniejszych zajęciach tłumaczyliśmy sofizmaty. Na tych mówiliśmy o formalnych połówkach, na późniejszych o cudzołożeniu, jeśli nie kocha się Boga.
Atrakcją pobytu na uczelni była jednak wyprawa do BWZu.

     Na dziś byłem umówiony z tymi świetnymi[5] paniami z BWZu, że dostarczę im wszelkie dokumenty, które dokumentują mój pobyt w Finlandii. Poszedłem więc na Lindleya do BWZu. Wlazłem do ich pokoju i tu pierwsze zaskoczenie. Pokój totalnie rozwalony. Akurat trwa jakiś remont. Po świetnych paniach ani śladu. Wyszedłem i na drzwiach zobaczyłem karteczkę (trzeba było wcześniej przeczytać, wiem): „BWZ przeniesiony – tymczasowo – do pokoju nr 202″. Znalazłem pokój 202 i – pewny siebie – wszedłem.
Zdziwiło mnie to, że zamiast świetnych pań z BWZu były jakieś obce. Nim zdążyłem się odezwać, zapytały:
– Do biura?
– Mhm…
– To nie w tym budynku, to w budynku Rektoratu, wejście od Narutowicza.
Cóż mogłem zrobić. Podziękowałem za informację i pomknąłem do Rektoratu.
Tam wdostałem się cudem na drugie piętro (piętra mają wyjątkow wysokie) i znalazłem pokój 202. Oczywiście był zamknięty. Zszedłem na dół i zapytałem się rezolutnie portiera (wydawało mi się, że powinien wiedzieć). Ten tylko wybałuszył oczy, bo nigdy w swoim – pewnie pięćdziesięcioletnim – życiu nie słyszał o Biurze Współpracy z Zagranicą, ale polecił pójść do pokoju 203, bo tam powinni wiedzieć.
Ponownie wszedłem na górę. Cały zdyszany i spocony (zawsze, czy to w Dziekanacie czy – jak się teraz przekonałem – w Rektoracie, panuje gorąc). Trafiłem do pokoju 203 i znów zaskoczyło mnie to, że nie zobaczyłem świetnych pań z BWZu. Żeby jednak nie wycofywać się z niczym, zapytałem co i jak. Odpowiedziano mi, że świetne panie z BWZu, owszem będą tu urzędować, ale dopiero od dnia następnego, a dziś siedzą w bufecie na pierwszym piętrze (wejście znów od Lindleya).
Postanowiłem nie dać za wygraną i dobrnąłem do bufetu. Tam wreszcie spotkałem świetne panie z BWZu. Powiedziałem im po co przyszedłem, ale one odesłały mnie na poniedziałek.

     Końcówka dnia to oczekiwana rozmowa, a także druga – mniej spodziewana. Ponadto pobyt w Zasławku, sprzedaż kamienicy baronowej Krzeszowskiej i wreszczie znajomość z panią Stawską i jej proces o domniemaną kradzież lalki.


[1] – ‚ławeczka w pół drogi’ – ławeczka znajdująca się w połowie drogi między moim blokiem, blokiem Bączusia i blokiem AA; najczęstsze miejsce spontanicznych spotkań.
[2] – ‚ławeczka dzika ryba, blok 357′ – najbliższa ławeczka przy StatOil’u a zarazem przystanku autobusów nocnych.
[3] – Chojny – miejce, które (…) i nienawidzę jednocześnie.
[4] – ul. Rzgowska – jedna z tych tzw. romantycznych ulic Łodzi; romantyczna dlatego, że panuje na niej – najczęściej – taki hałas, że jak idzie para ludzi, to mogą sobie spokojnie ze sobą pomilczeć (co w niektórych innych sytuacjach bywa niewskazane lub wręcz krępujące).
[5] – świetne – zawsze uśmiechnięte i niemiłosiernie, wręcz niewyobrażalnie powolne (wyluzowane).

św. Wilhelm z Saint-Thierry – Traktat o naturze miłości

skąd się wzięły i jak są rozmieszczone poszczególne władze w człowieku.
„Kiedy bowiem Bóg tchnął życie w dopiero co stworzoną ludzką postać, to otrzymała ona od Niego zarazem władzę ducha, czyli moc intelektu, którą określa się mianem tchu lub oddechu życia. Następnie otrzymał człowiek siłę życiową, czyli dającą życie, która się określa [po prostu] mianem życia. Na tym Bóg zakończył dzieło stworzenia człowieka. Wtedy to umieścił w człowieku niby w jakiejś twierdzy władzę pamięci, aby zawsze pamiętał on potędze i dobroci swego Stwórcy. Zaraz potem, bez żadnej zwłoki, pamieć zrodziła z samej siebie rozum, pamięć zaś i rozum wydały na świat wolę. Pamięć zawiera w sobie i zarazem obejmuje to, w jaki sposób należy do czegoś dążyć; rozum mówi nam o tym, do czego w istocie należy dążyć; wola jest zaś samym dążeniem. Te trzy – stanowią jedno [w istocie] lecz trzy w działaniu.”

jak należy wychowywać
„Aby wyjednać ją (łaskę – przyp. ph’9) sobie i zachować, należy ciagle poszukiwać skutecznego wsparcia, którym jest gorliwa i wytrwała modlitwa. Tak wielka w niej wiara, że spodziewa się wszystkiego; tak wielkie poświęcenie, że zdaje się dosięgać samego Boga; tak wielka miłość, że wszystko, o co prosi, wydaje się możliwym do osiągnięcia w niej samej; tak bardzo przesycona życzliwością wobec innych pokora, że we wszystkim przedkłada wolę Boga nad swą własną. Niech zatem ten [którego chcemy wychować] utrwala to w sobie i niech jego serce lgnie do niewinności, ciało niech cechuje czystość, milczenie lub uporządkowana nowa; oczy niech będą spokojne, a nie pełne pychy; uszy niech odrzucają wszelką sprośność; w spożywaniu jadła i korzystaniu ze snu niech zachowa umiar. Także to, co robi, niech będzie zaczynem dobrego dzieła; niech jego ręce spoczywają blisko ciała, a chód niech cechuje miękkość; swoim śmiechem nie powinien wzbudzać pustej wesołości, lecz raczej łagodnie się uśmiechając zjednywać sobie łaskawość. Wytrwale powinien ćwiczyć się w medytacjach duchowych, pobierać takie lekcje, które przynoszą mu korzyść, a nie tylko wzubdzają ciekawość. W stosunku do przełożonych powinien okazywać posłuszeństwo, w stosunku do starszych szacunek, w stosunku do młodszych opiekuńczość. Nie powinien dążyć do tego, by innych wyprzedzać, ale by innym służyć, oraz by być dla wszystkich pożytecznym. Niech nie uciska surowością, ani nie osłabia łagodnością. Dobrze, jeśli znajdziemy u niego pogodne oblicze, w sercu życzliwość dla innych, a w zachowaniu uprzejmość. Tu również miejsce i czas, aby ukrócić żądze, wykorzenić wszystkie błędy, złamać samowolę. Osiągając to sprawimy, że już nie poprzez liczne zachcianki, które w nowej, okrojonej i zmienionej formie, zdadzą się jakby inne, przypominając świeżo pączkujące gałązki, lecz poprzez naturalną i prawdziwą wolę, zdobędzie [nasz wychowanek] ufność we własny postęp [duchowy]. Owe zachcianki bowiem nie są prawdziwą wolą, lecz raczej popędami duszy takimi, jak: pożądliwość cielesna, pożądliwość oczu i żądza sławy.”

co grozi na wypadek zbłądzenia
„Serce zostało bowiem umieszczone w wąskiej części ciała, gdzie tkwi niby środek kierując i zarządzając zamkiem zamieszkałym przez arystokrację zmysłów i poddane jej ciało, niby ludem jakiejś republiki, której podlega również cała kraina otaczających ją myśli i czynności. Kiedy jednak gnuśnieje poprzez nienaturalne umiłowanie do zbytku i staje się ogniem poddanym jedynie pożądliwości cielesnej, wtedy spływa w całości w ludzkie trzewia, ściśle zaś biorąc zatrzymuje się w samym żołądku. Oczywiśnie nie jest wtedy w stanie zdobyć się na nic więcej poza odruchami podobnymi do odruchów żołądka i to tych najprostszych, wszystko mieszając, wszystko zniekształcając, wszystko fałszująć, naturalne uczucie miłości zmieniając w jakiś czysto zwierzęcy popęd cielesny. Wówczas nie tylko pragnie tego, czego mu nie wolno, hańbiąc ciało w godnych pogardy namiętnościach, lecz do tego stopnia zapomina o swym dawnym szlachetnym pochodzeniu, że człowiek [w którym owo serce bije], pierwotnie stworzony jedynie dla życia w Bogu, tym bardziej bywa ceniony przez uwiedzionych rozpustą i uwodzicieli, im bardziej przypomina typowy przybytek rozwiązłości i dom nierządu zamieszkały przez wszelkiego rodzaju występki. Nieszczęśliwi ci, którzy postępując wbrew naturze tak bartdzo spodleli, że swe dusze, będące pierwotnie mieszkaniem samego Boga Stworzyciela i nikogo poza Nim, uczynili siedliskiem szatana, ostoją wszelkiego plugastwa i nieczystości.”

pięć odmian miłości porównanych do zmysłów
„Do zmysłu dotyku porównuje się miłość rodzicielską (…) Po drugie, do zmysłu smaku porównuje się miłość wspólnotową, miłość braterską i miłość do Świętego Kościoła Katolickiego (…) Po trzecie, do zmysłu powonienia porównuje się miłość naturalną, która jset umiłowaniem innego człowieka w całości na zasadzie podobieństwa i zgodności charakterów z wykluczeniem jakiejkolwiek nadziei na osiągnięcie osobistej korzyści. Miłość naturalna uważana jest za tą która wypływa z potrzeb ducha, a nie tylko z instynktu (…) Po czwarte, do zmysłu słuchu porównuje się miłość duchową, miłość nieprzyjaciół (…) Po piąte, do zmysłu wzroku porównuje się miłość natchnioną przez Boga. Miłość natchniona przez Boga posiada pierwszeństwo pośród innych uczuć. Miłość natchniona przez Boga pała miłością do wszystkiego i jest miłością najpiękniejszą.”