Kalendarz

Luty 2004
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66808
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Luty 2004

scenka rodzajowa, typowa

miejsce:
Instytut Filozofii, gabinet ontologiczny.

czas:
piątek (27 luty), późne popołudnie.

osoby:
student, pan doktor.

Student roztrzęsiony wchodzi do gabinetu, w którym odbywa się egzamin.
pan doktor: Dzień dobry. Proszę zapisać sobie pytania. Z wykładów niech to będzie: „ontologiczna relacja orzekania”, z pierwszego tomu: „sposób istnienia przedmiotu realnego” i z drugiego tomu: „rodzaje własności”.
Student zanotował i w tym samym momencie poczuł, że prawie cała – i tak niewielka – wiedza, jaką udało mu się zgromadzić w przerwach między imprezami właśnie wyparowała. A to, co zostało i tak nie wystarczy by odpowiedzieć na zadane przez pana doktora pytania. Resztką zdrowego rozsądku zapisał na kartce ze trzy zdania odpowiedzi na pierwsze pytanie i kilka słów na drugie. Za trzecie w ogóle się nie wziął. Przysłuchiwał się tylko, w nadziei na wychwycenie czegoś pożytecznego, odpowiadającemu przed nim koledze.
Wreszcie nadeszła jego kolej. Wstał i podszedł do biurka pana doktora.

pan doktor: Proszę bardzo.
student jeszcze bardziej przerażony swoim stanem wiedzy (a raczej niewiedzy) niż dwa tygodnie temu: Otóż, zakładając, że ontologia zajmuje się treściami idei a relacja orzekania polega na tym, że przypisuje się czemuś jakieś własnośi, można przypuszczać, że ontologiczna relacja orzekania będzie polegać na określaniu, wychwytywaniu własności różnych idei…
pan doktor przerywając studentowi: Właśnie, że nie. Ontologiczna relacja orzekania odnosi się do tego, co było na ostatnim wykładzie i ma związek z substancją definiowaną przez Mistrza Arystotelesa dwukrotnie w negatywny sposób. Przypomina pan sobie?
student uruchomiwszy w głowie wszytko to, co wie na temat Mistrza Arystotelesa i jego substancji: Nie bardzo…
pan doktor: No dobrze, to przejdźmy do następnego pytania. Jak pan odpowie ze „Sporu (…)”, to ewentualnie zadam panu inne pytania z wykładów.
student: Niech tak będzie. Kolejne pytanie to: „sposób istnienia przedmiotu realnego”. I tutaj można powiedzieć tak: skoro jest kilka sposobów istnienia, jak na przykład możliwość czy intencjonalność, to należy przypuszczać, że sposobem istnienia przedmiotu realnego będzie realność…
pan doktor z nieukrywanym rozbawieniem: I po to niby Ingarden pisał ponad dwieście stron? Żeby wnioskiem z tego było tylko jedno zdanie? On tym właściwie kończy swój pierwszy tom.
student z błyskiem w oku: A ja wiem, jak się kończy pierwszy tom! Tam jest coś o dziedzinach bytu…
pan doktor: Dokładnie. Mamy cztery dziedziny. Byt absolutny, byt idealny, byt realny i byt intencjonalny i ja się pana pytam jak Ingarden przedstawia sposób istnienia bytu realnego.
student: To trzeba było tak od razu. Zmyliło mnie pytanie o przedmiot relany, nie o byt realny. Ale, skoro o tym mowa, to to się przedstawia w następujący sposób. Cechą charakterystyczną bytu realnego jest to, że istnieje on w czasie. Zatem trzeba wziąć pod uwagę trzy możliwości. Po pierwsze, gdy taki byt jest w teraźniejszości. Ponadto, gdy jest w przeszłości albo przyszłości. I jeśli chodzi o teraźniejszość, to sposobowi istnienia bytu relanego przysługują momenty: samoistności, pochodności, samodzielność bądź niesamodzielność i w zależności od tego odpowiednio, gdy taki byt jest samodzielny, to może jeszcze być zależy lub niezależny. Do tego dochodzą momenty czasowe takie, jak: szczelinowość, kruchość i akutalność…
pan doktor: Bardzo dobrze, a co się dzieje z takim przedmiotem w przeszłości bądź przyszłości?
student: Już mówię. W przeszłości, taki byt w porównaniu z tym z teraźniejszości traci aktualność, jest post-aktualny. Do tego dochodzi jeszcze bytowa wsteczna pochodność. Reszta momentów się nie zmienia. Zaś ta bytowa wsteczna pochodność polega na tym, że taki byt w przeszłości jest stanowczo pochodny od tego, jakim był w teraźniejszości. Jest tym, co po takim bycie w teraźniejszości zostaje…
pan doktor: Całkiem nieźle, a jak jest z przyszłością?
student podbudowany komentarzami pana doktora: W przyszłości sytuacja przedstawia się tak, że taki byt nie jest samoistny, wciąż jest pochodny może być samodzielny bądź nie i jeśli jest samodzielny, to może być zależny albo niezależny. Do tego dochodzi jeszcze cecha najważniejsza, taki byt jest empirycznie możliwy…
pan doktor: Skoro już mowa o możliwościach, to jakie rodzaje możliwości przyjmuje w „Sporze (…)” Ingarden?
student pewnym głosem: Czystą możliwość i możliwość empiryczna. Przy czym, jeśli coś jest czysto możliwe nie znaczy, że jest tym samym możliwe empirycznie a na odwrót tak. Czyli jeśli coś jest możliwe empirycznie to oznacza to, że jest też czysto możliwe.
pan doktor: Dokładnie. Dajmy już zatem spokój temu pytaniu. Przejdźmy do kolejnego.
student: Obawiam się, że nie będę potrafił powiedzieć ani słowa o rodzajach własności.
pan doktor: Oddaje pan pytanie z drugiego tomu walkowerem? Może być. Zatem dopytam jeszcze trochę pana z wykładów. Przed panem odpowiadał pan … i nie potrafił wymienić wszystkich kategorii Kanta. Może pan spróbuje? Szczególnie chodzi mi o to, jakie kategorie były w grupie tych jakościowych. Pamięta pan?
student robiąc dobrą minę do złej gry: Tam chyba była realność, zaprzeczenie i coś jeszcze.
pan doktor: Tak, było coś jeszcze. Realność jest tezą, jej antytezą jest przeczenie a syntezą?
student: Pan doktor wybaczy, ale nie przypomnę sobie.
pan doktor: No trudno, to może coś z Hegla…
Na twarzy studenta pojawia się przerażenie. Hegel jest najbardziej niewyuczalnym fragmentem materiału, który trzeba było opanować. Przynajmniej w przeświadczeniu studenta. Nie mówiąc już o tym, że przy stosowaniu metody wybiórczej[1] Hegel został z założenia odrzucony
pan doktor kontynuując: … Pamięta pan? Na wykładach był taki trójkąt, który przedstawiał heglowski byt. Ten trójkąt zaczynał się? No właśnie, czym?
student całkowicie zbity z tropu: Tam chyba było coś z bytem, nie bytem i czymś jeszcze…
pan doktor: No tak… byt, nicość i co?
student: A nie wiem, mogę strzelać…
pan doktor: To ja się panu odstrzelę…
student: To może lepiej nie. Zresztą Hegel i tak nie był moim ulubionym filozfem, wolałem wcześniejszych.
pan doktor: Wcześniejszych? No dobrze. To niech pan przedstawi interpretację kategorii Mistrza Arystotelesa dokonaną przez Brentano.
student odzyskawszy wiarę w siebie: Nie ma sprawy. Brentano widział kategorie Mistrza Arystotelesa w ten sposób, że jeżeli weźmiemy pod uwagę byt, to na taki byt składa się substancja i przypadłości. I dalej, te przypadłości mogą być albo inherentne – wtedy mamy na myśli ilość i jakość, albo operacyjne – czyli doznawanie i działanie i są jeszcze dwie, to bycie w czasie i miejscu. Do tego, gdzieś tu jeszcze jest relacja.
pan doktor: Jest. Gdzie?
student rysując grafik: No gdzieś tutaj.
pan doktor: A dokładnie?
student niemogąc przypomnieć sobie grafiku w stu procentach: Jakoś tu.
pan doktor: Niby tak, ale pamięta pan dlaczego akurat tutaj, a nie gdzie indziej?
student:
pan doktor: No dobrze. Dam już panu spokój. Będzie ocena dostateczna. Może być?
student: z szerokim uśmiechem na ustach: Jak najbardziej!
pan doktor wpisując ocenę do indeksu: Zaliczenie z wykładów i ćwiczeń już pan ma?
student: z coraz szerszym uśmiechem: Owszem, z zeszłego roku.
pan doktor wręczając studentowi indeks i ściskając rękę: Gratuluję panu!
student odbierając indeks i odwzajemniając uścisk: Dziękuję!

[1] – metoda wybiórcza (nauki) polega na tym, że przed przystąpieniem do przyswajania sobie materiału z góry zakłada się to, czego uczyć się nie będzie. Na przykład, gdy uczyłem się do starożytności odrzuciłem Mistrza Aystotelesa i skoncentrowałem się na Platonie i przedsokratykach. Gdy uczyłem się do średniowiecza, odrzuciłem św. Tomasza itd.

/komentarz odautorski – dostałem w piątek kilka SMSów z gratulacjami. w tym jeden od Rowerowego Faszysty: „no to gratuluję! i witam w kręgu ludzi po ont. i epsit. tj. ‚wrigly filozofów’.” to o tyle ważne, że po zaliczeniu egz. z tych przedmiotów jest się już jakby „jedną nogą” magistrem filozofii.

wtorek

łacina:
„jestem w Misiu – Rege”

Miś:
„Bączuś, będziemy u Ciebie za kilka chwil”

Retkinia (Bączuś):
„jedziemy na Julianów”

Julianów (Reggae Reggae):
„to co? na Teofilów (do Ricco)?”

Teofilów (Ricco):
„do Bar Tonu (Baru Ton)!”

Bar Ton:
„(…) to już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść – na Rąbień”

Róże Europy – Karimata

Siódmego dnia tygodnia, w czasie bliżej nam nieznanym
Zrobimy to, co znamy z niemieckich pornofilmów
Guzik za guzikiem powoli rozbroję Cię z syntetycznej bluzki
Szybciej pójdzie mi ze spódnicą

Chcę dzisiaj Ciebie (Ciebie)
Chcę dzisiaj Ciebie (Ciebie)
Pokołysać się z Tobą
Tylko z Tobą
Tylko z Tobą
Tylko z Tobą dziś

Osiem minut o sztuce, o turbulencji tylko dwie
Myślę, że to Cię podnieci (to musi Cię podniecić)
Temat za tematem wtargniemy, na podmokłe tereny
I nikt nam w tym nie przeszkodzi

Chcę dzisiaj Ciebie (Ciebie)
Chcę dzisiaj Ciebie (Ciebie)
Pokołysać się z Tobą
Tylko z Tobą
Tylko z Tobą
Tylko z Tobą dziś

Mam gumę przemyconą w Ewangelii św. Łukasza
I tuzin odpowiedzi na tak liczne pytania
Chcesz potrenować, potrenujmy zaraz

Żółtym kurierskim szlakiem, w poczcie węgierskich dyplomatów
Przywiozłem coś, co Cię ucieszy – sprężynową karimatę
Godzina za godziną, mrowienia w okolicach lewego i prawego uda
Nie zatrzyma nawet szpiegowski satelita

Chcę dzisiaj Ciebie (Ciebie)
Chcę dzisiaj Ciebie (Ciebie)
Pokołysać się z Tobą
Tylko z Tobą
Tylko z Tobą
Tylko z Tobą dziś

Skocz na moją, podwójną, sprężynową karimatę
Skocz na moją, podwójną, sprężynową karimatę
Skocz na moją, podwójną, sprężynową karimatę
Skocz na moją, podwójną, sprężynową karimatę
Skocz na moją karimatę
Zrobimy małe figo-fago
Skocz na moją karimatę
Zrobimy małe figo-fago
Skocz na moją karimatę
Zrobimy małe figo-fago

ostatni łikend karnawału


czwartek: (cztery albo pięć ‚półlitrów’ i zero siedem)

Piotrek, Kasia
zaczęło się niewinnie

Wojtek, Magda
niektórzy odpadli

Fuga
trzeba było zwerbować innych


piątek: (dwa ‚półlitry’ i zero siedem)

Wojtek
Tequila Vera Cruz nie służy

Magda
co Skarb ma w dłoniach?

Wojtek
kieliszek z szampanem

Magda, Wojtek
trzeźwe zdjęcie

Wojtek
kwiat lotosu

Reggae Reggae
jestem

Wojtek
„przeklęty bigos (…)”

Wojtek
„hmm… much better”

Magda, Wojtek
„przejrzałem na oczy”

Wojtek
trzy dłonie Kubiaka

lampa
straty muszą być

Wojtek, Piotrek, Michał
„a teraz pojeździmy windą…”

Wojtek
‚a droga długa jest (…)’

Reggae Reggae
‚nie wiadomo, czy ma kres (…)’


sobota: (ze cztery ‚półlitry’ jak nic)

czajniczek
z czegoś trzeba było rozlewać wódkę

Reggae Reggae, Magda, Kasia
przewrotne spojrzenie Skarba

Wojtek, Reggae Reggae
„twój koniec jest już bliski (…)”

Magda, Kasia
koszyczek wielkanocny i ‚deseczka’

Reggae Reggae
‚dobry chłopak był (…)’

Agnieszka, Piotrek
:-)

Piotrek, Magda
„dość tej sławy!”

Magda, Reggae Reggae
„jaka ładna czapka i rękawiczki”

Magda, Reggae Reggae
najlepsze zdjęcie Reggae Reggae!

Kasia, Kamil
przygotowani na następny etap

Piotrek, Magda
tajemnicze notatki

Piotrek
‚chłopak z gitarą (…)’

Reggae Reggae
„coś nie tak?”

Magda
„zaraz zagram, tylko dopiję”

Magda, Piotrek
źle nie jest

Piotrek, Magda, Wojtek
‚nie ma takiej szajki, jak ta (…)’

Wojtek, Sylwia
‚łączmy się w pary, kochajmy się’


niedziela: (jeden ‚półlitr’ co się ostał z dnia poprzedniego)

Sylwia, Wojtek
„co my najlepszego zrobiliśmy?”

Kamil, Kasia
przed podróżą (do Głowna)

Piotrek
piwko z rana, jak śmietana!

Reggae Reggae
„jak to możliwe, że zostało?”

Reggae Reggae, Piotrek
po małym (niejednym), na rozruch

brzuch

brzuch
nie chudnę ;-)

15:30, róg Piotrkowskiej i Zielonej

pierwsze ‚trzeźwe’ spotkanie
trzymać za mnie kciuki ;-)

„tyle zamieszania o zwykłą kurę” ;-)

w dzisiejszym odcinku przygód „Małego pingwina Pik Poka” pojawia się nowa postać. do ogrodu zoologicznego zamieszkanego przez tutułowego bohatera, a także jego przyjaciół (strusia, fokę, pingwina Nicponia, hipopotama, małpę) przybywa ptak Kiwi.
z początku ma trudności z akceptacją w nowym środowisku. część mieszkańców zoo nie może pogodzić się z dodatkowym lokatorem. na szczęście, z pomocą biednemu Kiwi przychodzi Pik Pok. wpierw ratuje go z rąk niedobrych hipooptama i Nicponia, później ofiarowuje mu swoją przyjaźń. zmęczony Kiwi idzie spać. w tym czasie Nicpoń uświadamia sobie, że postąpił niewłaściwie i postanawia się poprawić.
bajka posiada wartość edukacyjną – ujawnia jak ciężko może być w nowym środowisku, jak ważne jest to, by znaleźć sobie w takiej sytuacji kogoś ‚bliskiego’. daje też nadzieję na resocjalizację tych, którzy nie lubią nieznajomych (tutaj postać Nicponia).

Siedem przystanków na drodze do raju

Na fabułę filmu składa się podróż dwóch bohaterek, z których jedna dopiero co dowiedziała się, że jest nieuleczalnie chora, do sanktuarium cudownych uzdrowień na Świętej Górce. Podróż składa się z siedmiu etapów. Każdy z nich odpowiada niejako jednemu z siedmiu grzechów głównych. Na poszczególnych przystankach, dziewczęta spotykają coraz to dziwniejsze postacie, w których można doszukiwać się mniej lub bardziej wyraźnych odniesień do ksiąg Starego i Nowego Testamentu.
Z początku, film wydawał się nijaki. Ale z czasem, bohaterki nabrały pozytywnego, wyrazistego charakteru. Co więcej, została ukazana subtelna więź między nimi. Również tajemnicze postacie, które pojawiały się na ich drodze stawały się – i choć to zabrzmi jak sprzeczność – z jednej strony coraz bardziej odrealnione, ale z drugiej strony coraz łatwiej rozpoznawalne. Dla przykładu, pod koniec dziewczyny spotykają w lesie parę. Mężczyzna wypomina kobiecie, że mogła żyć w miejscu, w którym dotychczas przebywali bezstresowo, mogła mieć tam wszystko, nie musiałaby się niczym przejmować, gdyby tylko nie zechciała zjeść owocu z drzewa.
Nie obyło się też bez mankamentów. Od początku niemal wiadomo, że podróż, którą odbywają bohaterki ma miejsce w snach jednej z nich. Lekarz, który powiadamia o nieuleczalności przepisuje tabletki na miłe sny. Moim zdaniem, lepszy efekt zostałby osiągnięty, gdyby rzeczywistość, w której odgrywają się te wszystkie sceny, wyszła na jaw dopiero w trakcie filmu.
Na szczęście, w ogólnym odbiorze film jest bardzo przyjemny. Senna (ale nie nudna) atmosfera, magiczne postacie i pogodne bohaterki, sprawiają, że ogląda się go z zaciekawieniem. Na dodatek, każdy etap wywołuje chwilę zastanowienia. Dzięki temu, obraz nie tylko od strony wizualnej przedstawia się miło. Także aspekt treści nie pozostawia wiele do życzenia.

Siedem przystanków na drodze do raju

kolejna sobota karnawału

Po poprzednim wieczorze, do domu wróciłem wczesnym popołudniem. Odespałem noc i zacząłem się zastanawiać, jak spędzić ten wieczór. Z pomocą w wyborze sposobu przyszedł mi Kubiak. Nie pozostawił wątpliwości. Stwierdziliśmy, że znamy się już tyle, iż w końcu „Walentynki” możemy spędzić razem. Pomysł się spodobał i już około 19:30 rozpoczęliśmy zabawę (tym razem u mnie w domu – a to ze względu na to, że musiałem zostać pilnować psa dopóki ktoś nie wróci i mnie nie zmieni).
Niedługo później przyszedł Filip. Z nim kontynuowaliśmy wstępną alkoholizację. Zaczęliśmy też planować dalszą część wieczoru. Wymyśliliśmy sobie wycieczkę do lokalu o wdzięcznej nazwie „Miś”. I gdy już mieliśmy wychodzić, niespodziewanie pojawił się Kryś (przyszedł ze zgrzewką piwa, do domu wpuścił go mój Ojciec, gdyż my – w ferworze rozrywki – nie usłyszeliśmy, jak chłopak dobijał się do drzwi). Ta zgrzewka nieco opóźniła nasze wyjście. Jasne jednak było, że całego wieczoru nie spędzimy u mnie.
Przed 23-cią wydostaliśmy się z ciepłego pomieszczenia i postanowiliśmy wstąpić jednak do „Misia”. Tam okazało się, że klubo-kawiarnia czynna jest tylko do 22-giej. Zostaliśmy grzecznie wyproszeni przez barmankę. Na szczęście niedaleko jest Żabka. Tam odbiliśmy sobie to, że nie udało nam się zatrzymać w „Misiu”.
Na dworze było jednak na tyle zimno, że na dłuższą metę nie dalibyśmy rady. Postanowiliśmy wsiąść do jakiegoś (turbo)tramwaju i tam skonsumować to, co kupiliśmy.
Będąc już w tramwaju (a był to jeden z ostatnich tramwajów, jakie się tej nocy przemieszczały po Łodzi) postanowiliśmy zadzwonić na Ogrodową (wiedzieliśmy, że tam odbywa się impreza urodzinowa jednego z moich znajomych, myśleliśmy, żeby się na nią wprosić). Dogadaliśmy się i obiecaliśmy, że w przeciągu pół godziny się zjawimy.
Zrządzeniem losu przejeżdżaliśmy obok klubu „Dekompresja”, w którym to klubie odbywała się „walentynkowa” dyskoteka. Kątem oka, przez okno, zobaczyliśmy, że przed klubem stoi „Stadko” (Siostra Kubiaka ze swoimi znajomymi). Długo się nie zastanawiając, wysiedliśmy na następnym przystanku i torami dotarliśmy do nich. Ponieważ wciąż mieliśmy zapasy z Żabki nie było na razie mowy o wejściu do środka. Byliśmy usilnie namawiani, ale z początku stawialiśmy opór. Po jakimś czasie jednak, gdy już skończyło się to, co kupione w Żabce daliśmy się przekonać. Zaatakowaliśmy – Kubiak, Filip, Kryś i ja, a także „Stadko” (dość pokaźne grono) – dicho.
O ile wcześniej, przed wejściem, czułem się z lekka wstawiony, tak wewnątrz z miejsca wytrzeźwiałem. Przerażało mnie to, co zobaczyłem w środku. Nie potrafiłem wczuć się w atmosferę. I nawet zachęta ze strony AB na nic się zdała. Wiedziałem, że niedługo tam wytrzymam. Myślałem tylko o tym, jakby się wydostać. Widziałem, że i chłopaki bawią się średnio. To było w pewnym sensie pocieszające, bo tylko kwestią czasu pozostawało podjęcie decyzji o wydostaniu się z Dekompresji. Ostatecznie, ewakuację, przyspieszyło pojawienie się Gosi (byłej dziewczyny Kubiaka) i Kermita (byłej dziewczyny Krysia). Nie chcieliśmy wchodzić sobie nawzajem w drogę i psuć wieczoru, więc wyszliśmy. Udało nam się zwerbować jeszcze część „Stadka” (Agnieszkę, Adę i Sylwię) i ruszyliśmy w stronę Ogrodowej (taki był nasz cel).
Krótka podróż autobusem linii 153 i wysiedliśmy w centrum. Tak się złożyło, że przystanek autobusu był dwa kroki od klubu „Biblioteka”. A skoro już byliśmy tak blisko, nie wypadało nie wstąpić. Około 1-wszej kupiliśmy tam pierwsze piwo. Dziewczęta porozsiadały się nam na kolanach i spokojnie spędzaliśmy sobie „święto zakochanych” stwarzając pozory. Z czasem zwolniły się kanapy, co było nam tylko na rękę. W międzyczasie przyuważyliśmy z Kubiakiem, że na stoliku obok ktoś nieopacznie zostawił dwa pełne piwa. Nie pozwoliliśmy im stać tak w samotności.
Gdzieś w okolicach godziny 4-tej zebraliśmy się by opuścić lokal. Stwierdziliśmy, że na Ogrodową, to właściwie nie ma po co już jechać. Udaliśmy się „na Rąbień”. Tam zjedliśmy kolacyjkę w postaci jajecznicy z ziółkami i poszliśmy się zdrzemnąć. Kryś z Adą, ja z Agnieszką, a Kubiak sam (Sylwia wcześniej wróciła do siebie). Filipa już z nami nie było, też zniknął gdzieś po drodze.
Tym razem noc przespałem ;-)
Obudziłem się sam. Agnieszka zniknęła wcześniej. Niedługo później wstał Kubiak i Kryś. Była godzina 13:30. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę.

po imprezce
wypoczęci i pełni energii

Humor zepsuła nam wiadomość, że tego poranka, naszemu znajomemu zmarła matka :-/ Porozprawialiśmy trochę na temat śmierci i rozjechaliśmy się do domów.

wycieczka krajoznawcza

1) Klub rekreacyjny Ricco
2) Tawerna pod beczkami
3) nie pamiętam nazwy :-)

potem już tylko spacer „na Rąbień” i kolejna nieprzespana noc z AB ;-)