Kalendarz

Styczeń 2004
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2004

bimber party

Po dwóch dniach heroicznych zmagań z dwoma litrami bułgarskiego bimbru i trzech dniach oddychania dymem holenderskiej specjalności mogę ostatecznie stwierdzić: „udało się”.

bimber party
zwyczięstwo

A łatwo nie było. Pierwszy pojedynek został stoczony na Retkinii. Od 18-tej do 23-ciej miałem przewagę, potem poległem. Drugi pojedynek, to rozgrzewka w „parku filozoficznym”, a potem runda właściwa na Widzewie. Od 16-tej do 20-tej było dobrze, potem – na dwie godziny – musiałem uznać wyższość przeciwnika. Po 22-giej znów odzyskałem prowadzenie. Na tyle skutecznie, że najpierw w okolicach Wróblewskiego i supermarketu Geant, a dalej na Julianowie nic nie było dla mnie wyzwaniem. Dziś już tylko dogrywka, bez bimbru.
A jutro do Warszawy ;-)

zaproszenie

Czesc,

Z nieklamana radoscia chcialbym Cie serdecznie zaprosic na impreze wyprowadzkowo-karnawalowo-okolicznosciowa.
Musimy opuscic mieszkanie w ktorym mieszkalismy od pazdziernika i zalezy nam na tym, zeby zrobic to z klasa, jaka przystoi studentom piatego (choc przerywanego) roku.
Program imprezy:
Start: piatek wieczor – zabawa muzyczno-taneczna o zabarwieniu alkoholowym,
Sobota – leczenie kaca – poprawiny + byc moze (ale tylko przy malej ilosci gosci) wieczorek gitarowy.
Niedziela – Sprawdzanie zerowalnosci drugiej pochodnej imprezy (a moze tez trzeciej) polaczone z malowaniem zdewastowanych pomieszczen i wietrzeniem calej chalupy. Przez caly czas (do wyczerpania zapasow) bedziemy czestowac gosci Kalemuczo.
Misja: Ergo bibamus!
Dane techniczne:
Impreza odbedzie sie w mieszkaniu przy ul.Rozanej 2 m 48 (wejscie od ul. Grazyny) – jeden przystanek za Silver Screenem, 6 przystankow od rotundy.
Na impreze mozna zabrac DOWOLNA liczbe znajomych.
Jesli myslisz o noclegu przyjdz ze spiworem i karimata – jesli nie masz tych sprzetow – tez damy rade, ale raczej ciezko bedzie nam zapewnic 100% komfortu.
Serdecznie zapraszam w imienu swoim i wspollokatorow.
serdecznie pozdrawiam
Kuba Krys

prosta historia

sobota:
     Zabawa zaczęła się dość wcześnie, bo w okolicach 20-tej. Towarzystwo zeszło się pod Lidla na Retkinii i poczyniło odpowiednie zakupy. Z początku myślano o zakupie mocniejszych trunków, ale zdecydowano się jedynie na piwa w ilości hurtowej.
Od razu dało zauważyć się niewielką różnicę wiekową wśród uczestników zabawy. Można było wydzielić dwie grupy. Tych, których metryka pamięta jeszcze czasy późnego Gierka, czy Stan Wojenny, oraz tych, których metryki zakorzenione były dokładnie w połowie lat 80-tych; ‚Starzy’ i ‚Młodzież’.
Na miejsce zabawy dotarliśmy po 21-wszej. Po drodze zgubiliśmy gdzieś ‚Młodzież’, która nie poprzestała na samych piwach – zaopatrzyła się dodatkowo jeszcze w wytrawne wina marki „Komandos Strong”. W tym czasie ‚Starzy’ rozpoczęli przygotowania do zabawy objawiające otwieraniem się piw. Niedługo potem okazało się, że zgrzewka, która została zakupiona „na trzech chłopa”, może nie starczyć. Z pomocą przyszła nam niedaleka Żabka. Tuż przed 23-cią zorganizowano „ekspedycję ratunkową” i dalej zabawa mogła rozwijać się swoim torem. A rozwijała się dość intensywnie.
Już na samym początku, pierwsze otwarte piwo nie chciało pozostać w puszcze, wybrało wolność i powędrowało na dywan. Kilka chwil później, jeszcze niepełnoletni przedstawiciel ‚Młodzieży’ „wyzwał” – niejako – ‚Starych’ na pojedynek piwny, ale po wlaniu w siebie dwóch browarów w przeciągu pół godziny „odjechał”. Musiało minąć dobrych kilka chwil nim został znaleziony we wannie. ‚Starzy’, podbudowani zwycięstwem, postanowili kontynuować zabawę z podwójną mocą i kto tylko mógł „jechał z dwururki” (miał otwarte dwa piwa na raz i z nich – prawie jednocześnie – popijał). ‚Młodzież’ natomiast delektowała się „Komandosami”.
Wreszcie nastał moment, w którym nie wypadało dłużej słuchać zagrzewającej do zabawy muzyki z odtwarzacza. Chwycono za gitary. Rozpoczął się dość donośny koncert. Przebojami, jak zwykle w takich sytuacjach, były piosenki powszechnie znane tak, by każdy mógł się wydrzeć co sił w gardle. Można przeto usłyszeć było np. Arahję, Dziewczynę bez zęba na przedzie ale także Wehikuł czasu czy nieśmiertelną Whiskey. Ponadto wiele jeszcze piosenek w podobnych klimatach. Niestety, koncert – ze względu na zmęczenie wykonawców – nie mógł trwać w nieskończoność. Wtedy – niemal jednogłośnie zdecydowano się na przejście do drugiej fazy zgromadzenia. Zabawa stała się z muzycznej – taneczną.
I tu właściwie kończy się ogólny opis. Można jeszcze dodać, że tańce trwały dość długo. Po czym, poszczególne osoby zaczęły po kolei odpadać, aż wreszcie nikt nie pozostał na placu boju, który to plac – jako żywo – przypominał właśnie pobojowisko (porozrzucane wszędzie puszki – nie zawsze puste – z piwem; rozlana stearyna itp.). Poranek zaczął się od okrzyku jednej z przedstawicielek ‚Młodzieży’: „gdzie, do [cenzura] nędzy, są moje glany!?”. Od tego mementu towarzystwo zaczyna się rozchodzić. Ale dla mnie ta „zabawa muzyczno-taneczna” miała nieco inny przebieg.

     Wiedziałem, że w tę sobotę, mój dobry znajomy Kubiak, będzie robił w opustoszałym mieszkaniu na Retkinii pozytywną imprezę. Spodziewałem się na niej jego, Krysia i kilku jeszcze innych osób, ale na pewno nie ‚Młodzieży’. Dlatego porządnie byłem zaskoczony, gdy ujrzałem ich wszystkich jeszcze pod Lidlem. „Ale” – pomyślałem sobie – „nie ma sensu robić z tego tragedii. Tydzień wcześniej wcale źle się nie bawiłem, dlaczego teraz miałoby być inaczej?”. A jednak.
Rozpocząłem naturalnie i normalnie – piwkiem za piwkiem. Dołączyłem się też do zakładu z jednym z przedstawicieli ‚Młodzieży’. Potem wziąłem udział w ‚strzelaniu z dwóch rur’.
W mieszkaniu pojawiali się coraz to nowi ludzie. W pewnej chwili z ośmiu osób, które przyszły na samym początku zrobiło się przynajmniej szesnaście. Wśród nich mignęła mi znajoma twarz dziewczęcia sprzed tygodnia.
Co tu dużo mówić. Z początku nie zwróciłem uwagi. Jakby nie patrzeć – to, co działo się tydzień temu miało mieć charakter jednorazowy. Ale nie… Po jakimś czasie, gdy osłabły ekscesy gitarowe i zabawa przerodziła się w taneczną, nie wiedzieć jakim cudem już sobie pląsaliśmy. Głowy uciąć sobie nie dam, ale przypuszczam, że to nie ja zacząłem. Nie mogę jednak narzekać. Coś w tym wszystkim musiało być. Teraz myślę sobie, że gdybym zupełnie nie miał ochoty, spędzić wieczoru w jej towarzystwie, nie wahałbym się tego powiedzieć tudzież okazać w jakikolwiek inny sposób. Stało się inaczej.
Kilkanaście tańców coraz bliżej siebie, aż w końcu powtarza się historia sprzed tygodnia. Zamykamy się w jednym z pokoi. Noc mija przyjemnie, ale w innej nieco atmosferze. Znów nie zmrużamy oczu. Tym razem jednak mniej jest typowo pijackiego pożądania, a więcej czysto ludzkiej ciekawości.
Nastaje poranek. Ona nie znika. Zostaje jeszcze jakiś czas. Jest pierwsza w ogóle okazja, by zamienić kilka słów. Choć oboje opanowani jesteśmy przez „syndrom odstawienia”, źle nie jest. W końcu zawsze istnieje obawa, że rano może okazać się, iż nie ma się sobie komplentnie nic do powiedzenia. Na szczęście jest inaczej. Właściwie nie wstajemy. Przez dobrych kilka dłuższych chwil rozmawiamy. Wtedy dowiaduję się, że ona ma zamiar – w przyszłości – studiować ekonomię (sic!). Dowiaduję się też paru innych rzeczy. Żadna z nich mnie nie drażni.
W końcu wstajemy. Godzinkę jeszcze spędzamy na Retkinii. Gdy już mamy się rozchodzić słyszę pytanie: „Mam nadzieję, że nie traktujesz mnie przedmiotowo?”… Zbity z tropu wymyślam na poczekaniu jakąś głupawą odpowiedź. Znikamy.

     Do domu jadę zmęczony nieprzespaną nocą. Ale zmęczenie jest niczym w porównaniu z ciężarem, jaki miało w sobie zadane mi na koniec pytanie. Nie mogłem znaleźć na nie rozwiązania. Jeśli powiem, że „nie”, Bóg jeden wie, co ona sobie pomyśli. Powiedzieć, że „tak”, to zachować się jak ostatnia świnia. Nie zdążyłem jednak tego roztrząsnąć. Zbyt padnięty byłem. W domu natychmiast zasnąłem.

niedziela:
     Obudziłem się późnym popołudniem. Coś mi się w głowie kojarzyło, że i tego wieczoru miałem pojechać do Kubiaka (tym razem na Rąbień). Zdawało mi się, że umawiałem się z jego Siostrą na oglądanie jakiegoś filmu. Upewniłem się przez I-net. Pojechałem
Na miejscu byłem przed 20-tą. Zgodziliśmy się z Kubiakiem, że tym razem nie będziemy pić alkoholu. Spędzimy wieczór przy herbatce. Zaparzyliśmy sobie herbatkę. Zaczęliśmy trochę rozmawiać. Zrobliliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie (w końcu to pierwszy, podkreślam _pierwszy_ raz, kiedy poszedłem do niego nie po to, by zalać ryja, tylko po to, by zwyczajnie spędzić wieczór). Dogadaliśmy się co do tego, jakie filmy obejrzymy. Wszystko zapowiadało się bezstresowo. Tak powolnie i spokojnie. Zanosiło się, że nie będzie żadnych zaburzeń. Wtedy przypomniała o sobie Siostra Kubiaka. Przyprowadziła ze sobą ją – AB.
Powitanie przebiegło bezproblemowo. Choć nie obyło się od pytania w spojrzeniu. Postanowiłem się tylko uśmiechnąć. Ewentualne „tłumaczenia” odłożyć „ad calendas graecas”.

     Zaczęliśmy oglądać najpierw Scarface. Ale w jednej trzeciej przerwaliśmy, by przełączyć się na the Straight Story. Film, który warto obejrzeć choćby dla jednego cytatu: „Powiedziałem kiedyś do moich dzieci, by wzięły po patyku i spróbowały go złamać. Nie sprawiło im to żadnego problemu. Potem powiedziałem, by z tych patyków ułożyły wiązankę i ją spróbowały złamać. To już im się nie udało. Na koniec powiedziałem, że rodzina, to właśnie taka wiązanka (…)”[1].
Po the Straight Story, a zbliżała się właśnie północ, młodsza część towarzystwa, czyli Siostra Kubiaka i AB zdecydowała iść spać. Ostatecznie, miały mieć na drugi dzień szkołę. Resztką jakiejś intuicji zapytałem się czy AB będzie spać u mnie w pokoju (mam u Kubiaka własny pokój) i czy w związku z tym nie będzie źle, jak i ja się tam kimnę. Nie usłyszałem sprzeciwu. Uspokojony – pewien, że jak za jakiś czas tam pójdę, to ona i tak będzie spać, a znów rano, jak ona będzie wstawać, to ja będę jeszcze na tyle zmęczony, że nie będę mógł się ruszyć – zacząłem z Kubiakiem oglądać dalszą część filmu Scarface.
Obejrzeliśmy, pogadaliśmy jeszcze chwilę i dopiliśmy ostatnią herbatkę. Kubiak został u siebie, ja – gdy dochodziła druga nad ranem – poszedłem do swojego pokoju.

     Tak, jak przypuszczałem, spała. Starałem się położyć jak najciszej, by jej nie obudzić. Oczywiście się nie udało.
Powiedziałem, żeby zasnęła, skoro ma rano wstawać. Odpowiedziała, że właściwie, to nie potrafi „mocno” spać, jak ktoś jest obok. Chcąc nie chcąc zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o filmie, potem o imprezie poprzedniego dnia… o imprezie sprzed tygodnia. Wreszcie pojawił się temat, którego nie można było uniknąć. Jak ustosunkować się do sytuacji, w której jedna osoba poznaje drugą najpierw od strony – nazwijmy to – „cielesnej”, a dopiero potem zaczyna eksplorowanie mentalności? Oboje zgodziliśmy się, że nie jest to właściwa droga. Jednak zdecydowaliśmy, że nie będzie to miało większego znaczenia. Ot, taki nietradycyjny sposób zawierania znajomości. Postanowiliśmy tego wieczoru, właściwie tej nocy, nadrobić zaległości w rozpoznawaniu swoich charakterów. Jeszcze tylko AB przytuliła się, oparła głowę na moim ramieniu i zaczęliśmy trwającą do południa rozmowę od czasu do czasu przerywaną czułymi pocałunkami.
Dowiedziałem się kilku rzeczy o niej. Ona nie mało o mnie. Rozśmieszyła mnie mówiąc: „i tak nie zrozumiesz (…)”. Ja przestraszyłem ją, gdy zeszło na wiarę w upadające wartości. Razem znaleźliśmy otaczającą nas pustkę. Całą, całą noc przegadaliśmy. Raz poważniej, raz mniej. Raz przerywając sobie na chwilę, inny razem na dłużej. Ale z minuty na minutę stawaliśmy się sobie bliżsi. Z minuty na minutę też zbliżało się nieuchronnie pytanie „co dalej?”. Tę noc, owszem, spędzimy cudownie. Ale później? Czy mam wziąć numer telefonu? Zadzwonić? Umówić się kóregoś razu? Czy może zostawić to tak, jak jest? Po prostu, cieszyć się tym, że było, ale nie myśleć do przodu? Może zupełnie zostawić? Nie dbać o nic?
Takie wątpliwości pojawiły się z pierwszymi promieniami słońca. To był moment, kiedy AB miała iść do szkoły. Zdecydowała się jednak zostać. Wtedy też, mocno objęci zasnęliśmy.
Obudziła nas Siostra Kubiaka, jakoś tak po dziewiątej. Ja z lekka zaskoczony, ale bez okularów, więc nie przejąłem się zbytnio. AB powiedziała tylko, że w ten poniedziałek szkoła będzie musiała się obyć bez niej. Znów zostaliśmy sami. Usnąć ponownie się już nie udało.
Leżeliśmy sobie zatem w zacienionym pokoju, mówiąc do siebie – nie wiedzieć czemu – półgłosem. Wciąż objęci, wciąż, jakbyśmy znali się tysiąc tysięcy lat. Albo inaczej – jakby nasze ciała znały się na tyle doskonale, że właściwie nie trzeba było im w ogóle mówić, jak mają się ułożyć by nam obojgu było wygodnie.
Po jakimś czasie wszedł Kubiak z pytaniem, czy idziemy, bo on ze swoją Mamą właśnie gdzieś jadą i mogliby nas podwieźć. Nie mieliśmy właściwie dokąd iść, poza tym, będąc wciąż w negliżu, zanim byśmy się zebrali minęłaby kupa czasu. Zostaliśmy. Mieliśmy cały dom do swojej dyspozycji. Trochę jeszcze pokorzystaliśmy z tej nieoczekiwanej samotności. Koło południa jednak stwierdziliśmy zgodnie, że wypadałoby wstać, ubrać się w końcu – może też coś przetrącić.
Zszedłem na dół zrobić jakieś śniadanie i coś do picia. AB szykowała się do porannej toalety. Wtedy dopało mnie „deżawu”. Kurcze, jak sobie przypomnę, ostatni raz tak się zachowywałem latem 2001-ego roku. I to względem „wiadomo kogo”. Potem, po kryzysie roku 2002-ego zarzekałem się, że już nigdy w podobnej sytuacji się nie znajdę. Że nie będę potrafił z własnej inicjatywy się ruszyć pierwszy, i zrobić coś – jakby nie było – dobrego. To już kolejny „minus” – jeśli można tak mówić – całej tej sytuacji. Na szczęście plusów było więcej. Osoba, która potrafi powiedzieć coś miłego na tyle sprawnie, że nie da nie wyczuć się w niej bezinteresowności, która potrafi zaskoczyć żartem albo zaszokować trafną uwagą… Osoba, która jest blisko, uśmiecha się choć nie musi, budzi pocałunkiem w policzek, czule obejmuje, przytula się… Taka osoba, jest w stanie przesądzić o tym, że jakiekolwiek wątpliwości miałyby się pojawiać, można je odrzucić, odsunąć w przyszłość.
Zjedliśmy na dole oglądając TV. Potem przyszedł Kubiak ze swoją Mamą. Przywitaliśmy ich jak gospodarze. Niedługo później wróciła Siostra Kubiaka ze swoimi znajomymi. AB zniknęła do nich, ja musiałem znikać do domu. Na wszelki wypadek, nie pożegnałem się… by nie wyglądało na to, że mówię: „bye, never see ya again”. Nie wziąłem też żadnego namiaru. Zobaczymy, co czas przyniesie.

     W najbliższy łikend jest impreza we Warszawie, na którą się wybieram już od dłuższego czasu. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że nie tylko ja się tam wybieram…


[1] cytowane z pamięci

jest – być – będące

I. 4 sensy Ingardena
   1) predykatywny (orzekający)
     a) coś jest jakieś – sens kwalitatywny, nadający własność
     b) coś jest czymś – sens subsumcyjny, przypisujący do jakiejś klasy
   2) egzystencjalny (stwierdzający istnienie)
        coś jest
   3) asertywny (stwierdzający fakt)
        jest tak, że…
   4) identycznościowy
        coś jest coś
II. użycie modalne słowa „jest”
        Każdy mężczyzna to kawał drania.
konieczność – dla wojującej feministki zdanie wyraża konieczność
faktyczność – dla „kobiety po przejściach” faktyczny stan rzeczy
możliwość – dla kobiety mającej jeszcze wszystko przed sobą – możliwość
III. supozycje nazw
zwykła – odnosi się do desygnatu, na zewnątrz
materialna – odnosi się do samej siebie
formalna – odnosi się do klasy, kategorii
IV. amfibolie – wyrażenia wieloznaczne
   1) z negacją
        Czy przestał pan pić płyn Borygo?
        Nie przestałem pić płynu Borygo.

     a) zewnętrzna (nieprawda, że… przestałem pić (…))
     b) wewnętrzna (nie, przestałem pić (…))
   2) użycie bezwarunkowe i warunkowe
        Pierwsza dwója na egzaminie mobilizuje resztę studentów.
     a) bezwarunkowe (na pewno tak jest, że pierwsza dwója (…))
     b) warunkowe (być może tak jest, że pierwsza dwója (…))
   3) z koniunkcją
        To są książki Jasia i Małgosi?
Czy wszystkie książki są Jasiowi i Małgosi wspólne? Czy może część z nich jest tylko Jasia, a część Małgosi? A może część jest tylko Jasia, część tylko Małgosi, a część wspólna?
   4) z koniunkcją i negacją
        To nie jest jasne i obszerne pomieszczenie.
To pomieszczenie nie jest ani jasne ani obszerne? A może tylko nie jest jasne?
   5) determinujące i modyfikujące znaczenie
        Kowalski jest przystojnym mężczyzną.
Słowo „przystojnym” determinuje, dookreśla znaczenie słowa „mężczyzna”.
        Kowalski jest niedoszłym samobójcą.
Słowo „niedoszłym” modyfikuje znaczenie słowa „samobójca”.
   6) kolejność kwantyfikatorów
        Każdy kogoś kocha. (dla każdego x istnieje takie y, że x kocha y)
        Kogoś kochają wszyscy. (istnieje taki y, że dla każdego x, x kocha y)
V. nazwa / deskrypcja, określenie
        Pierwszy człowiek, który stanął na księżycu. – deskrypcja jednostki
        Szatan nie istnieje. – „Szatan” nie może być nazwą – wychodzi sprzeczność (nie istnieje takie x, że x jest Szatanem, czyli – dla każdego x, x nie jest Szatanem, a w szczególności, jeśli za x przyjmie się nazwę „Szatan” wyjdzie sprzeczność, że Szatan nie jest Szatanem).
VI. znaczenie potencjalne, aktualne
        Kaszanka i seta jest kolacją Józka.
   1) potencjalnie – może być kolacją
   2) aktualnie – jest w tej chwili
VII. znaczenie kolektywne i dystrybutywne
        Byt jest wszystkim, co istnieje.
   1) znaczenie dystrybutywne (zbiór jednostek) – do zbioru bytów zalicza się każde takie coś, co istnieje
   2) znaczenie kolektywne (agregat) – byt jest całokształtem tego, co istnieje

wierszyk

Poprzez wicher i słotę,
Przez bezkresną dal śnieżną,
Poprzez żar i spiekotę,
Przez pustynie bezbrzeżną,
Poprzez kry, poprzez lody,
Przez odwieczne zmarzliny,
Poprzez bagna i wody,
Nieprzebyte gęstwiny
Poprzez leśne dąbrowy,
Poprzez stepy i knieje,
Poprzez mroczne parowy,
W których nigdy nie dnieje
I gdzie płoszą się sowy,
Gdy złe jęknie lub strzyga,
A dźwięk słysząc takowy,
Serce w trwodze zastyga…
Niezrażony ciemnością,
Która mrozi głusz dziką,
Sam na sam z samotnością,
Co do szpiku przenika,
Pełen hartu i woli,
Podpierając sam siebie,
Mając zamiast busoli
Krzyż Południa na niebie
Pokonując złe żądze,
Wietrząc wrogów wkrąg wielu,
Ufny, iż nie zabłądzę,
Idę naprzód, do celu.
Drogi mej nie wytyczy
Ni głos werbla, ni cytra,
Póki starczy mi siły,
Idę po pół litra.

bal postudniówkowy

nie moge
nie mogę?

moge
mogę ;-)


regularny łykend

dzień pierwszy (piątek):
Do Kresowej dotarłem około 20-tej. Było już kilka osób. Poinformowałem je o pomyśle wypadu na koncert. Część na to przystała. Zanim jednak tam poszliśmy, opiliśmy pobliską bramę.
W okolicach 21:30 przenieśliśmy się z bramy przy Kresowej do bramy przy lokalu Carre Launa. Tam spotkaliśmy jeszcze część osób i postanowiliśmy przed koncertem jeszcze sobie po piweczku strzelić. Wypiliśmy też wódeczkę weselną. Wtedy wyszło na jaw, że koncert właściwie to się już odbył. Nie zrażeni tym, opiliśmy lokal.
Później przenieśliśmy się do Biblioteki. Tam wieczór mi się skończył.

dzień drugi (sobota):
Wiem o kilku konkurencyjnych imprezach: 1) ochlaj party na Łąkowej; 2) impreza urodzinowa Kupisza; 3) bal postudniówkowy Siostry Kubiaka; 4) tradycyjne ‚hen party’ na Rąbieniu. Nie mogę się zdecydować. Koniec końców postanawiam połączyć wszystkie zabawy.
Najpierw jadę na Rąbień. Tam wypijam kontrolne piwko (a nawet dwa) i przenoszę się na Teofilów do Kupisza. U niego, razem z Krysiem i Kubiakiem dosiadamy się do skrzynki piwa. Opróżniamy ją w niedługim czasie. Decydujemy się zrezygnować z Łąkowej, za to zaatakować bal postudniówkowy Siostry Kubiaka. Docieramy tam (na Rąbień) koło północy, ku uciesze zgromadzonej tam młodzieży. Dajemy młodym przykład, jak należy się bawić. Około 6-tej nad ranem zalegamy gdzie popadnie.

dzień trzeci (niedziela):
Budzę się na Rąbieniu z postanowieniem powrotu do domu pod wieczór. Do tego czasu jednak okazuje się, że wczorajszy bal będzie powtórzony. Zostaję. Schodzi się mniejsze grono niż dzień wcześniej. Jeszcze tylko wyprawa po wódkę i można zacząć.
Po jakimś czasie, zabawa z iście pijackiego posiedzenia zamienia się w taneczną. Dzielimy się z chłopakami sprawiedliwie. Każdy z nas bałamuci po jednej koleżance Siostry Kubiaka. Wreszcie nadchodzi moment, kiedy rozchodzimy się (parami) po pokojach.
Choć położyłem się przed trzecią oka nie zmrużyłem ;-)
O 7-mej Agnieszka wychodzi do szkoły, wtedy zasypiam.

scenka rodzajowa typowa:
Dziewczę wstaje, mówi, że na nią już czas, bo idzie do szkoły. Zdezorientowany student zadaje – poniewczasie – pytanie: „A ile ty w ogóle masz lat?” Dostaje odpowiedź: „W tym roku skończę 19″.

dzień czwarty (poniedziałek):
Budzę się w okolicach południa. Mimo usilnych namów Kubiaka decyduję się wrócić do domu. Wsiadam w jeden autobus, potem w drugi i spotykam Reggae Reggae. Jedziemy razem do Bier Bar’u.

pobudka + śniadanie

obudziwszy się około południa, ze zdziwieniem stwierdziłem, że pidżamę mam na sobie „na lewą stronę” ;-)
nie przeszkodziło mi to, w przygotowaniu sobie „hektolitrów” herbaty cytrynowej i śniadanka w postaci trzech kromek pieczywa, masła, twarożku, topionego serka, kiełbaski, cebuli, pomidora, soli, pieprzu i papryki. :-)

Pogodno – Spierdalacz

Young man and young woman
Wszyscy ci, co słuchają Chuck’a Mangione
Which way, which hole, which goal
Everyone must spierdalać stąd
Young man and young woman
Wszyscy ci, co słuchają Eric’a Clapton’a
Which way, which goal, which hole
Everyone must spierdalać stąd
Spierdalać
Spierdalać
All da people, you know what I mean
Spierdalać
Spierdalać
All da people, you know…

Young man and young woman
Wszyscy ci, co słuchają Marylin’a Manson’a
Which way, which goal, which hole
Everyone must spierdalać stąd
I ten chłopak młody i ta młoda dziewczyna
Co tam nago sobie leżą w trzcinach
Spierdalać
Spierdalać
All da people, you know…
Spierdalać
Spierdalać
All the people
Spierdalać
Spierdalać
All the people
Spierdalać
Spierdalać
All the people
Spierdalać
Spierdalać
All the people… now…

Spierdalać
Spierdalać
All the people
Spierdalać
Spierdalać
All the people
Spierdalać
Spierdalać
All the people
Spierdalać
Spierdalać
All the people, all the people, now…

Hajle silesia…
Hajle silesia…
Hajle silesia…
Hajle silesia…
Hajle silesia…
Hajle silesia…

zwierzo jeż

     Wydarzyło się to jakiś tydzień temu. Był spokojny zimowy wieczór. Wydawało się, że spędzę go inaczej niż wiele poprzednich wieczorów. Wydawało się, że po raz pierwszy od powrotu do Polski zostanę w domu. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy wyszło na jaw, że dwa kroki od domu, znajomy ma – przynajmniej do końca wieczoru – mieszkanie do dyspozycji. Nie można było nie wykorzystać takiej szansy. Natychmiast umówiliśmy się na zakupy i już kilka chwil później delektowaliśmy się smakiem tego napoju, którego niezliczone niemalże ilości w siebie wlewam. Wtedy też pojawił się jeszcze inny znajomy. On – oprócz napoju – przywiózł ze sobą jeszcze jeden specyfik.
Dzięki tym dwóm składnikom wieczór upłynął nam w dość błogiej i radosnej atmosferze. Po jego zakończeniu rozeszliśmy się – wciąż uśmiechnięci i przejęci tym, jak miło wygląda cały świat – po swoich „apartamentach”.
     Wróciłem spokojnie do domu. Jak zwykle w takiej sytuacji przygotowałem sobie lekką kolacyjkę. Włączyłem TV… Przełączałem kanały zatrzymując się niekiedy na co ciekawszych programach. Ostatecznie skończyłem przegląd tego, co proponowała mi telewizja na TV Polonia.
Moim oczom ukazał się niesamowity widok. Ujrzałem pastelowo-brązowe tło. Coś, co przypominało jesienny las. Żeby nie było wątpliwości – wszystko było rysunkowe, animowane. Na tym tle, radosnym krokiem, poruszał się intensywnie niebieski ludek. Trochę mnie to zaskoczyło i zafascynowało jednocześnie. Postanowiłem obejrzeć tę intrygującą bajkę do końca.
Ludek chodził sobie po lesie i zbierał grzyby. Grzyby w najprzeróżniejszych kolorach. Za każdym razem, gdy natrafiał np. na fioletowego grzybka albo czerwonego zatrzymywał się, nakładał okulary, otwierał specjalny album i sprawdzał czy jest to grzyb jadalny czy może lepiej go nie zrywać. W tym grzybobraniu towarzyszyły mu jakieś zwierzątka. Rozpoznałem jelonka, sowe, motylki itp. Bajka – swoją beztroską trafiającą w mój nastrój – zaczynała podobać mi się coraz bardziej.
W pewnym momencie, niebieski ludek znalazł grzybka o intensywnie jasnozielonym kapeluszu, na którym widoczna była tarcza zegara wraz ze wskazówkami. Ludek zerwał grzybka, włożył do koszyka i zaczął szukać podobnego okazu w swoim albumie. W tym samym czasie, z miejsca, w którym wcześniej rósł grzybek zaczęła wydobywać się mocno różowa maź. Z kształtu przypominała galaretkę z bąbelkami. Rozprzestrzeniała się powoli wokół. Wtedy na ekranie pojawił się jelonek, biegł jednak w drugą stronę – do tyłu. Siedząca na pobliskiej gałęzi sowa stała się sówką – wreszcie jajkiem. Cofał się czas. Gdy ludek sobie to uświadomił postanowił zatkać dziurę, która powstała po wyrwaniu grzybka z intensywnie jasnozielonym kapeluszem. Pierwszą rzeczą, którą próbował tego dokonać była sowa w postaci jajka. Jednak tym mu się nie udało. Ostatecznie odstawił grzybka z tarczą zegarka na swoje miejsce. Wskazówki ruszyły we właściwym kierunku. Czas począł płynąć, jak wcześniej. Bajka się skończyła, a ja wpatrywałem się w monitor jak zahipnotyzowany. Z napisów końcowych dowiedziałem się, że bajka pochodzi z 1995-ego roku. Była produkowana w W-wie, a w muzyce do niej palce maczał starszy Waglewski. Bałem się, że już więcej mogę nie trafić na tak sympatyczną i przemiłą „dobranockę”. Na szczęście, zaraz po odcinku z grzybkiem czasu rozpoczął się kolejny. Postanowiłem go nie przegapić.
     Rzecz ponownie działa się w tym samym pastelowo-brązowym, jesiennym lesie. W pierwszej scenie można było dostrzec jakiegoś ludka (nie tego niebieskiego), siedzącego za biurkiem po środku jakiejś polanki. Ludek ten coś pisał. Pisanie to zostało przerwane przez jakiś odgłos, jakby kroków wielkoluda. Zatrzęsła się przy tym ziemia. Z dziupli w drzewne nieopodal wylazł wtedy niebieski ludek i poszedł za dźwiękiem kroków. Po drodze zobaczył gigantyczne ślady butów. Trochę później ujrzał jeden z tych butów, wyjątkowo zielony, zaklinowany między drzewami, niestabilny, przechylający się ku ziemi, akurat na zajączka uwiezionego w jednej ze sznurówek. Im bardziej zajączek starał się wyrwać ze swoich sideł, tym bardziej but groził mu zgnieceniem. Z pomocą przyszedł zajączkowi niebieski ludek. Wyplątał go ze sznurówek. Zajączek zwiał, niebieski ludek się odsunął, but walnął o ziemię.
Ludek wszedł do buta, który spokojnie był ze czery razy większy niż on sam. But wystartował. Ludek w bucie leciał nad lasem, aż doleciał na skraj, gdzie dostrzegł fioletowego wielkoluda z dwoma wąsami. Wylądował koło niego.
Fioletowy wielkolud się obudził. Nałożył buta. Zauważył niebieskiego ludka. Wziął go na rękę. Ukuł się kolcami z pleców niebieskiego ludka. Z fioletowego wielkoluda zaczęło uciekać powietrze. Stworzyło małą trąbę powietrzną, która zaczęła zagrażać lasowi, na skraju którego swoje gniazdo miał jakiś czarny ptak. Sytuacja stała się kryzysowa. Fioletowy wielkolud nie potrafił opanować ucieczki powietrza. Na szczęście niebieski ludek wykazał się bystrością. Wyrwał jednego wąsa wielkoludowi, sobie wyrwał z pleców jeden z kolców i tak prowizorycznie stworzoną igłą z nitką zszył dziurę w palcu wielkoluda. Wielkolud wstał i w ostatniej chwili wchłonął trąbę powietrzną. Urósł do poprzednich rozmiarów i bajka się skończyła.
     Byłem porządnie zaskoczony. Następnego odcinka już nie było. Pozostało mi tylko wrażenie po tych dwóch, na które udało mi się trafić. Przypuszczam, że gdyby nie wstęp, jaki miałem zanim w ogóle trafiłem na nią mógłbym odebrać ją nieco inaczej. A tak, bajka wydała mi się na wskroś psychodeliczna. Kolorystyka, muzyka i – oczywiście – lekko zakręcona treść, zrobiły swoje. Na koniec dodam, że ta psychodeliczność nie skończyła się na bajce. Następnego dnia okazało się, że na klatce schodowej, na moim piętrze jest fioletowa żarówka. Wszystkie inne piętra mają zwykłe, białe żarówki, moje – dziewiąte – ma fioletową. Dzięki takiemu oświetleniu, powrót po różnego rodzaju wypadach do domu zabarwia się dodatkowo.