Kalendarz

Listopad 2003
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66248
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Listopad 2003

Stammtish

Wszystko bylo precyzyjnie zaplanowane. Przewidywalem, ze bede mial 18 punktow ECTS. Potrzebuje minimum 22. To absolutne minimum, ponizej ktorego zejsc nie moge. Jak latwo wyliczyc, gdzies musialem zdobyc 4 punkty. Wlasnie dlatego zapisalem sie na beznadziejnie badziewny kurs: „European Social Policy / Family Policy in European Comparison”. Mial trwac dwa dni i powiekszyc moje konto ECTS o 2 punkty, o ile napisalbym z tego kursu tzw. „learning diary”. Zalozylem sobie, ze spisanie notatek, dodanie kilku banalnych uwag i wyslanie tego do pana Teppo Kröger’a nie bedzie wielkim wysilkiem. Problem byl tylko taki, ze wymagana byla obecnosc. We czwartek, od 12-tej do 15-tej i w piatek od 9-tej do 13-tej.
Pierwszego dnia, we czwartek, wszystko przebieglo zgodnie z planem. Poszedlem na zajecia, jak Pan Bog przykazal. Przy przedstawianiu sie, co jest tutaj regula, na kazdych nowych zajeciach mowimy kilka slow o nas samych, napomknalem o tym, ze pomimo tego, iz studiuje filozofie, to jestem zainteresowany spoleczenstwem i jego relacjami z panstwem i pomyslalem sobie, ze taki kurs moze byc dobrym zrodlem do zdobycia kilku cennych informacj. Klamalem, jak z nut. Pani profesor z Niemiec sie tylko ucieszyla i powiedziala, ze nie miala wczesniej do czynienia ze studentami filozofii. Tym lepiej dla niej, studenci filozofii znani sa z tego, ze rozbijaja wszelkie zajecia „niefilozoficzne”. Ja ze swojej strony postanowilem sobie tym razem nie wdawac sie w zadne dyskusje, siedziec cicho i po prostu zaliczyc ten przedmiot.
wysiedzialem do 15-tej, potem – jak zwykle zreszta – poszedlem do „Computer Center” (po finsku ATK-keskus). Tam dopadl mnie Weiliang, znajomy Chinczyk. Zadzwonil i powiedzial, ze zamierza dzis przygotowac kolacyjke i czy nie mialbym ochoty wpasc. Zapowiedzial tez, ze bedzie Hanna, ktora przyniesie ze soba winko domowej roboty, podobno wyjatkowo mocne. Z poczatku nie planowalem niczego na wieczor, wciaz majac w perspektywie piatek, jako dzien, kiedy musze wstac wczesnie rano (wrecz wnocy, wszak swit nastaje dopiero okolo 9-tej trzydziesci). Zalowalem, ze ze wzgledu na ten kurs, bede musial opuscic wspaniale przyjecie, jakim byl od dawna zapowiadany „Spannish And Portugeese Stammtisch”. Jakkolwiek „Stammtisch’e” odbywaja sie dosc regularnie, ten zapowiadal sie wyjatkowo. Na dodatek mial najlepsza kampanie reklamowa. Wszyscy, doslownie wszyscy o nim mowili. Bardzo chcialem pojsc, ale zdecydowalem, ze wykaze sie odpowiedzialnoscia i raz w zyciu przedloze nauke ponad rozrywke. Oparlem sie namowom chilijczykow i z mocnym postanowieniem stwierdzilem, ze nigdzie nie pojde. Dlatego – w sumie – ucieszyl mnie telefon Weiliang’a. Zapraszal on na kolacje, w moim budynku. Proponowal dobre zarcie i darmowy alkohol w postaci wina Hanny. Doskonala wymowka, zeby nie isc na „Stammtish”. Przystalem na nia bezdyskusyjnie.
Popedzilem do Roninmäki. Lekko sie ogarnalem i czekalem na „znak, sygnal” od Weilianga. Przybyl razem z Hanna jakis czas pozniej. Zaadoptowalismy moje i Chilijczykow mieszkanie na tymczasowa kuchnie chinska i przygotowalismy jedzenie. W tym czasie Chilijczycy, juz wyraznie podekscytowani zblizajacym sie „Stammtish’em”, szykowali sie powoli do wyjscia. Hanna otworzyla swoje winko, nie bylo go duzo, w sam raz na sprobowanie dla pieciu osob (Chilijczycy nie odmowili – mozna rzec: „Dobry Chilijczyk nie odmawia”). Weiliang przygotowywal jakies magiczne potrawy, a w miedzyczasie poczestowal nas najlepszym podobno chinskim trunkiem. Nazwy nie potrafie powtorzyc. Smakowal on (ten trunek) jak nic innego, co do tej pory moglem przetestowac. Weiliang opowiadal, ze jest zrobiony na ryzu. Nie mam pojecia. Blisko bylo mu do pomieszania, nieudolnego, whiskey z wodka. Na dodatek, dosc mocny – 53%. Po pierwszym lyku Weiliang stwierdzil, ze nie da rady wiecej i wzial sie za piwo. Ja z Hanna – jako, ze jestesmy lepszymi od niego „zawodnikami” – kontynuowalismy. Szklaneczka po szklaneczce. Chilijczycy, jak sprobowali, tez odpadli. Ja i Hanna nie przestawalismy.
Jedzenie bylo gotowe. Zjedlismy w radosci. Dziwna wlasciwosc mialo to nie wiadomo co Weilianga – rozweselalo. Wtedy tez wyszlo na jaw, co sprowadzilo Hanne do Roninmäki. Przyszla namowic mnie na „Stammtish”. Bylo juz dosc pozno. Ostatni autobus mial odjechac za 15 min. Musialem podjac szybka, meska decyzje. Poniewaz, byl to moment, kiedy nie mowie „nie” wiadomo bylo, ze sie zdecydowalem. Mialem tylko jeden problem. Profilaktycznie nie wyplacalem wczesniej pieniedzy z bankomatu, zeby mnie nie kusily. Na szczescie, ten problem nie byl powazny. Mielismy sie przesiasc w centrum, a tam sa te maszynki. Wzielismy ze soba po piwku na droge i ruszylismy na podboj „Spanish And Portugeese Stammtish”.
Piwko na podroz starczylo tylko na pierwszy autobus. W drugim juz jechalismy o suchym pysku. Hanna, rozweselona tym nie wiadomo czym Weilianga postanowila nauczyc nas kilku najbardziej przydatnych przeklenstw i wyzwisk po finsku. Czynila to na tyle donosnie, ze finska czesc autobusu miala niezla zabawe. Zreszta, pozostali rowniez. Wszak tlumaczyla nam finskie slowa po angielsku. Dojechalismy na miejsce.
Zaatakowalismy lokal o wdziecznej nazwie „Rentukka”. Byla juz tam cala masa ludzi. Przede wszystkim studentow „z wymiany”. Wiekszasc z nich, zgodnie z zaleceniem, przywdziala stroje kapielowe. Impreza byla zaplanowana, by pokazac Finom, czym jest i jak wyglada lato. Przez to, nierzadkim widokiem byly panienki w bikini, czy rozneglizowani kolesie.
Na wejscie, z Hanna postanowilismy wybadac jak zaopatrzony jest bufet, a w szczegolnosci jego czesc z napojami. Strzelilismy sobie po tekilce (nie dala sie namowic na bodyshot) i po piweczku. Potem po nastepnym i zaczelismy rozgladac sie za dobra zabawa. W jej mniemaniu to bylo roztanczenie sie, w moim nie bardzo. To jeszcze nie byl moment na taniec. Zeby go przyspieszyc ucieklem sie do znanego srodka – kolejnego piweczka. Poskutkowalo. W tanecznym transie w rytm latynoskich melodii spotkalem dosc sporo znajomych. Poczynilem tez pewna obserwacje kulturowa. Towarzystwo, mam na mysli „poludniowcow”, gdy sie wita (chlopak z dziewczyna), zawsze caluje sie w dwa policzki. Nieco inaczej niz w Polsce, gdzie przyjelo sie dawac cmoka w jeden. Tak sobie pomyslalem, ze moze warto by to zmienic? ;-)


stammtish

W srodku „Stammtish’a” organizatorzy przeprowadzili konkurs na najglosniejszy krzyk. Niewiele brakowalo a zglosilbym sie jako uczestnik reprezetujacy moj kraj, ale uprzedzil mnie kolega, ktory czul sie bardziej powolany do tej roli. To bylo po nim widac. Nie pamietam, czy ktos w ogole wygral. Organizowano tez przechodzenie pod dragiem opuszczanym nizej i nizej. Tego juz nie moglem ominac. Zmusilem Hanne i kilkakrotnie sprobowalismy. Po wysilku udalismy sie na zasluzone piwko. Potem, z powrotem, na densflor.
Gdzies kolo trzeciej nad ranem zaczela sie impreza konczyc. Postanowilismy pojechac na miasto, do jakiegos lokalu zeby posiedziec do rana. Niestety, wszystkie miejsca, ktore probowalismy zaszczycic nasza obecnoscia byly juz zamkniete. To prawdziwa tragedia – nie moc sie „dobawic”. Hanna, po przygodzie z pierwszego spotkania „Buddy Project” nie odwazyla sie zaprosic do siebie. Musielismy sie rozstac. Mimo to, ja i Weiliang nie zrezygnowalismy z pomyslu strzelenia sobie jeszcze po piweczku. Tak sie zlozylo, ze kazdy z nas mial w domu przynajmniej jedno odlozone (w moim przypadku bylo to szesc, na czarna godzine). Napadlismy na bankomat, wzielismy 40E (wtedy zorientowalem sie, ze te 40E, ktore wyplacilem idac na „Stammtish” juz gdzies po drodze zniknelo) i wpakowalismy sie do jakiejs taryfy. Na pytanie, za ile facet zawiezie nas do Roninmäki, uslyszelismy odpowiedz „more or less 25 euros”. Wysiedlismy z taksowki i poszlismy do nastepnej. Tam cena byla juz rozsadniejsza. Za podroz trwajaca kilka minut zaplacilismy tylko 11E. Po drodze probowalismy z Weiliangiem namowic pana kierowce, zeby przyspieszyl, albo jakos zaszalal, ale sie nie dal podpuscic. Nie czul w sobie zylki rajdowca, ktora sie wtedy w nas odezwala. Odstawil nas bezpiecznie pod dom. Zebral swoje 11E, nie wzial napiwka i odjechal.
Z Weiliangiem przystapilismy do ostatniej fazy wieczoru. Wzielismy po piwku i poszlismy do „common room”. Tam pogadalismy chwile, spilismy co bylo do spicia i rozeszlismy sie po mieszkaniach.
Gdy wszedlem do siebie, stwierdzilem, ze Chilijczycy juz sa. Gdzies mi sie zgubili w trakcie „Stammtish’a”. Poczulem tez nagla i nieodparta potrzebe przyrzadzenia sobie czegos na cieplo. Zwinnie podgrzalem sobie kielbaske z cebulka (choc byl juz piatek, a wraz z nim post; mam jednak nadzieje, ze zostanie mi to odpuszczone). Pochlonalem z przyjemnoscia. Zmylem po sobie i polozylem sie spac. Spojrzalem jeszcze na zegarek. Dochodzila piata nad ranem. To dobra godzina – pomyslalem. Akurat na drzemke. Nastawilem budzik na 8-ma rano. Polozylem dalej, niz w zasiegu reki, zeby nie wylaczyc automatycznie, jak to mam w zwyczaju i zapadlem w blogi sen wiedzac, ze jak sie obudze wciaz jeszcze bedzie ciemno.
Jak otworzylem oczy bylo jasno. Pierwsze moje slowa nie nadaja sie do powtorzenia. Potem spojrzalem na zegarek. Piatkowa czesc beznadziejnie badziewnego kursu wlasnie dobiegala konca. Dwa punkty ECTS poszly w niepamiec.

rozmowa na „GieGie”

17:08:33 underhill_79
nawet nie wiesz, jakie mnie szczescie spotkalo…
17:09:04 BACZUS
miales sex i w dodatku go pamietales? ;-)
17:09:20 underhill_79

wielkie odliczanie

skoro juz wiem, co na mnie czeka (zdjecie), zaczynam sie niecierpliwic. z obliczen specjalistow wynika, ze w okolicach 18-ego grudnia produkt powinien byc gotowy. nie moglbym przegapic jego premiery.


piwko

Bowling For Columbine

Quasi-dokument stawiajacy teze, ze nie doszloby do zdarzen, ktore mialy miejsce w pewnej amerykanskiej szkole, gdyby nie powszechne i akceptowane kulturowo zezwolenie na posiadanie broni przez niemal kazdego obywatela Stanow Zjednoczonych. W zwiazku z tak postawiona teza, stara sie – co zrozumiale – jej bronic. Czyni to dosc jednostronnie. Tego tez nie mozna potepiac. Szuka argumentow na jej poparcie. Rzadko kiedy odwoluje sie do racji przeciwnikow. Wlasciwie tylko wtedy, gdy chce pokazac ich niedorzecznosc. I w tym wypadku, mozna zrozumiec podejscie jego (dokumentu) tworcow. Niestety, w tej swojej jednostronnosci posuwa sie w pewnym momencie za daleko (w mojej opinii). O ile z poczatku dyskusja, choc nieco nagieta, wydaje sie byc racjonalna, tak na koniec filmu zaczyna zahaczac o sfery emocjonalne. To jest – wedlug mnie – tzw. „cios ponizej pasa”. Z konstrukcji filmu wynika jednak, ze takie bylo zalozenie. Mozna przyznac im (tworcom), ze trzymali sie go konsekwentnie.
Film krecony przede wszystkim „kamera z reki” z wstawkami z wiadomosci, czy kampanii reklamowych firm oferujacych bron. Niesie przeslanie pacyfistyczne, umacniane lecacymi w tle piosenkami (jak chociazby: „Wonderfull World”). Ukazuje inna, niz oficjalna, strone Ameryki. W pewnych momentach – zatrwazajaca. Ale, czego mozna sie spodziewac po kraju, bez historii?

zycie akademickie[1]

historia zaczyna sie jeszcze pod koniec sierpnia, kiedy to pojawilem sie w zaszczytnym miejscu, jakim jest pokoj 24b na piatym pietrze akademika oznaczonego literka G przy ulicy Roninmäentie 1. juz sam budynek jest niezwykly. jako jedyny jest pieciopietrowy i jako jedyny jest wyposazony w udogodnienie jakim jest winda. oprocz tego, posiada tzw. ‚common room’, ktory znajduje sie na nieoficjalnym, nieco tajemniczym szostym pietrze (oprocz ‚common room’ jest tam jeszcze sauna, ktora – choc z zalozenia nie jest ‚koedukacyjna’ – prowokuje by tego zalozenia nie przestrzegac). sam ‚common room’, to osobna sprawa. gromadza sie w nim wszelkiej masci (doslownie) „studenty” ze wszystkich okolicznych akademikow (w innych budynkach nie ma takiego udogodnienia) i prowadza entuzjastyczne dyskusje na roznorakie tematy, wymieniaja sie swiatopogladami, czasem takze innymi rzeczami. summa summarum, ‚common room’ zyje wlasnym zyciem. z ostatnich doniesien wynika, ze teraz beda tam organizowane ‚goodbye parties’ (moze jedno kilkunastudniowe ‚goodbye party’?). ale nie o tym mialo byc.
gdy juz pojawilem sie w tym zaszczytnym miejscu, uwage moja zwrocili ogloszenia znajdujace sie na kazdym pietrze, we windzie i gdzie tylko mozna sobie wymyslic, o tym, ze na terenie budynkow wchodzacych w sklad KOAS[2] nie wolno palic papierosow. wprawilo mnie to w zaklopotanie, bowiem mimo, iz planowalem rozstac sie z nalogiem w Finlandii wytrzymalem tylko do lotniska w Helsinkach. gdy juz zasiedlilem swoje pomieszczenie, moj niepokoj wzrosl jeszcze bardziej. znalazlem na suficie zainstalowany alarm przeciwdymny. na szczescie nie ma sytuacji bez wyjscia.
po pierwsze, okazalo sie, ze nie tylko ja bede palic. wielu studentow rowniez lubi pociagnac sobie dymka. od slowa do slowa, metoda dialektyczna, stwierdzilismy, ze zakaz obejmuje jedynie wnetrze budynku, a nie jego „zewnetrze”. co za tym idzie, na pewno zakaz nie dotyczy balkonow. i tak, od drugiego dnia pobytu okupuje co jakis czas balkow w celu zaspokojenia glodu nikotynowego.
z poczatku nie byl to problem, bo pogoda sprzyjala. przynajmniej nie bylo zimno. ostatnimi dniami jednak temperatura spadla troche ponizej zera i czlowiek marznie. ma to tez swoje dobre strony. wiadomo, „potrzeba matka wynalazkow”. wlasciwie, to juz dwa tygodnie po przyjezdzie postanowilem blizej przyjrzec sie urzadzeniu alarmowemu, ktore znajdowalo sie u mnie pod sufitem. sprawdzilem, czy dziala. dzialalo. wylo niemilosiernie. ale wystarczylo przetracic ustrojstwo, zeby wyc przestalo. to bylo jednak dorazne rozwiazanie. w koncu nie bede co chwila podskakiwal do sufitu, zeby wylaczyc dranstwo. innego dnia, wymieniwszy te spostrzezenia z Samo, Wegrem, ktory wtedy jeszcze byl obecny, a teraz juz siedzi sobie spokojnie w Budapeszcie, stwierdzilismy wspolnie, ze po tym, jak wypijemy sobie po piwku, na pewno cos zaradzimy. i tak sie wlasnie stalo. rozochoceni, pelni energii i majacy wizje swobodnego palenia majaczaca gdzies w niedalekiej przyszlosci, rozebralismy maszyne alarmujaca na drobne czesci. nie byla skomplikowana. kilka kabelkow, jakies metalowe dziwadla i – najwazniejsze – zrodlo zasilania. wyjelismy je triumfalnie. poskutkowalo. od tamtej pory balkon jest jedynie alternatywa. mozna sobie na nim popalic, ale mozna i nie. i teraz dochodzimy do sedna sprawy.
odkad balkon, jeszcze we wrzesniu przestal byc w glownej mierze palarnia, Chilijczycy przejeli nad nim – mozna powiedziec – wladze. po pierwsze przytaszczyli „car(t)”[3]. urzadzenie tylez pozyteczne, co dostarczajace rozrywki. pozyteczne, gdzyz miescilo w sobie wiele wiecej produktow niz czlowiek jest jednorazowo w stanie uniesc, rozrywkowe, ze wzgledu na niezapomniane wyscigi czy to po piatym pietrze akademika z hamowaniem o milimetr przed dzwiami sasiada, czy to w kierunku supermarketu, ktory zrzadzeniem losu byl polozony o wiele nizej niz akademik, dzieki czemu mozna bylo raz rozpedziwszy sie, dojechac prawie do samego celu. niestety. przygoda z „car(t)’em” zakonczyla sie dosc szybko, bo juz przy trzeciej wyprawie (moze czwartej) „car(t)” zostal przechwycony przez policje i trzeba bylo zrezygnowac z takiego udogodnienia. ale Chilijczycy nie zamierzali pozostawic balkonu odlogiem. przeznaczyli go na tymczasowe wysypisko smieci. cokolwiek zostalo zuzyte, karton platkow kukurydzianych, puszka po piwie, opakowanie po tuzinie jajek itd., ladowalo wlasnie na balkonie. mnie osobiscie to nie przeszkadzalo. znajac chlopakow wiedzialem, ze i tak to sprzatna. a na chwile obecna taka „wystawa” na balkonie przyciagala okoliczne wiewiorki, ktorych co rano mozna bylo spotkac przynajmniej kilka zywiacych sie „naszym” kosztem. na pytanie, kiedy sie zmienia przeznaczenie balkonu uslyszec mozna bylo zawsze te sama odpowiedz: „maniana”. zreflektowali sie dopiero, gdy juz w calym budynku G, ale nie tylko, bylo glosno o tym, jaki to chilijski narod jest zorganizowany. odezwala sie w nich duma narodowa i w ostatnia sobote i niedziele wysprzatali balkon na polysk. przy czym slowo „polysk” nie jest tutaj uzyte przypadkowo.
wyniesli wszystko to, co zalegalo tam od ponad miesiaca zgodnie z zasada „przewrocilo sie, niech lezy (…)”. stwierdzili jednak, ze pustego balkonu nie zostawia. to nie w ich stylu. postanowili przemienic balkon w tymczasowe lodowisko. nie bylo to trudne. po pierwsze konstrukcja balkonu zapobiegala wylewaniu sie z niego wody. po drugie, jest na tyle chlodno, ze powstanie lodu nie powinno zajac wiecej, jak 20 godzin. jak pomysleli, tak zrobili. przez kilka minut latali z butelkami z woda z kuchni na balkon wylewajac tam ich zawartosc. gdy poziom osiagnal przyzwoite 5 – 7 cm. przestali. rozpoczelo sie oczekiwanie. po godzinie juz byla cieniutka warstwa lodu w rogach. po czterech godzinach, prawie cala powierzchnia pokryta byla krucha jeszcze, moze milimetrowa warstwa. wtedy wlasnie konczylismy pic winko chilijskie swietujac sukces. zostalo pare kropel na dnie i posttanowilismy (pisze w pierwszej osobie liczby mnogiej, bo przekonalem sie do pomyslu) upozorowac krew na lodzie. tych kilka kropel wylalismy na niecalkiem zamarznieta wode. wskutek „dyfuzji” (o ile dobrze pamietam nazwe tego zjawiska fizycznego), winko rozeszlo sie troche pod powierzchnia i zastyglo w fraktalnym ksztalcie. jak dla mnie, moglby to byc koniec, ale nie dla chlopakow. postanowili udekorowac lod jeszcze czyms. z poczatku szukali odpowiednich substancji, ktore, podobnie jak wino, zabarwilyby troche wode, ale nie rozlaly sie w abstrakcje. nie sprawdzila sie mocna kawa. podobnie slabym pomyslem okazal sie sok pomaranczowy. za to na keczup i musztarde nie bylo silnych. dzieki tym przyprawom „nasz” lod udekorowany jest w napis G24, a takze w dumnie brzmiace inicjaly lokatorow A.P.F.


[1] zycie akademickie od „akademik” miejsce zamieszkania.
[2] KOAS, administrator budynkow. jakies stowarzyszenie zarzadzajace tym wszystkim.
[3] car(t) – wozek z supermarketu.

„gdzie jestem, kim jestem?”

otworzylem oczy. rozpoznalem miejsce. spalem u siebie w pokoju. to dobry znak. chcialem spojrzec, ktora godzina, ale radia z zegarkiem nie bylo na swoim miejscu. dziwne, pomyslalem. znalazlem je pod lozkiem. wyswietlalo 13:50. sprobowalem wstac. wtedy dopadl mnie ogromny, przeogromny bol glowy. nie spodziewalem sie takiego. kazdy ruch, a nawet kazda mysl zadawala mi tortury. mimo to musialem sie podniesc i ruszyc po cos do picia. kilka krokow w kierunku koli bylo niemal ponad moje sily. ale pragnienie bylo na tyle mocne, ze nie moglem sie nie napic. po drodze zauwazylem otwarte pudelko z salatka ziemniaczana. obok widelec. musialem cos jesc przed snem. znalazlem tez nadgryziona kanapke z maslem. to przekonalo mnie calkowicie. staralem sie przypomniec, dlaczego poczulem sie wieczorem taki glodny. potem pomyslalem, ze wlasciwie nie musze tego wiedziec. uslyszalem, ze Ambrosio jest u siebie. poszedlem sie zapytac, czy czuje sie rownie slabo. okazalo sie, ze nie. razem zaczelismy ustalac przebieg wydarzen. jak zwykle, nie pamietalem kilku rzeczy. wiedzialem, ze zaczalem dosc wczesnie, bo okolo 17-tej. cztery piwka na dobry poczatek. gdzies o 21-szej zjawili sie: Sloweniec, Wloch i Hiszpan. wyjelismy na stol flaszki. bylo tego ze dwa litry wodki, litr martini i z pol litra whiskey. zeby nie przedluzac zaczelismy wszystko spijac. przed 23-cia nie bylo juz prawie niczego, a to, co zostalo, zlalismy do butelki po Fancie i wzielismy ze soba. urodzil sie bowiem pomysl pojscia na „dramiki”. dolaczyly do nas jeszcze jakies dwie panienki i Czech. probowalismy zwerbowac jakies Finki, ale sie nie daly. silna grupa pojechalismy do Illokivi, klubu studenckiego. przed wejsciem oproznilismy Fante. w lokalu, jak w lokalu. piwko za piwkiem, w miedzyczasie jakies podrygiwania. tyle pamietalem. reszte dopowiedzial Ambrosio. spotkalismy podobno jakies towarzystwo z akademika i przylaczylismy sie. potem razem wrocilismy ostatnim autobusem. po drodze z przystanku do domu natrafilismy na znak, ktory stal sie naszym lupem. wyrwalismy drania z ziemi i zanieslimsy trofeum do akademika. tam wpadlismy na genialny pomysl wyrzucenia go przez okno. niestety byl na tyle nieporeczny, ze nie dalo sie go wymanewrowac na balkon. ukrylismy go tylko skrzetnie. na koniec jeszcze piwko na dopicie i wieczor sie zamknal.

rozmowa na GieGie

15:41:06 underhill_79@tlen.pl
mam nadzieje, ze sie leczysz odpowiednio
15:41:17 wk79@tlen.pl
no wlasnie mysle o tym
15:41:24 underhill_79@tlen.pl
wlasnie… bo ja z tym pytaniem do Ciebie. Mam do wyboru, uczyc sie ontologii, albo pojechac do supermarketu po piwo?
15:42:14 wk79@tlen.pl
no wiesz …. ja bym sie oczywiscie pouczyl… ale jakies niezbedne 5 minut.

Umberto Eco Baudolino

„Nie mieli jeszcze za soba lekcji astronomii przez co ich odpowiedzi na pytanie o ksztalt Ziemi byly nieco mgliste. Poeta wciaz byl przekonany, ze Ziemia jest dluga, plaska rownina otoczona ze wszystkich stron Oceanem rozciagajacym sie Bog jeden wie dokad. Z drugiej strony, Baudolino uwazal, jak mu powiedzial – choc nie bez cienia watpliwosci – Rahewin, ze Ziemia byla sfera, nie tylko dlatego, iz wielcy filozofowie starozytnosci czy Ptolemeusz, ojciec wszystkich astronomow, tak twierdzili ale takze poniwaz swiety Izydor sklanial sie ku temu twierdzeniu. W rzeczy samej, Izydor byl o tym swiecie przekonany do tego stopnia, ze obliczyl nawet szerokosc rownika: osiemdziesiat tysieci sazni [stadia]. Mimo to, jak ostroznie zaznaczyl Rahewin, rownoczesnie Ojcowie Kosciola – wsrod nich wielki Laktancjusz [Lactantius] uwazali, ze zgodnie z naukami Pisma Ziemia ma ksztalt tabernakulum, w zwiazku z czym niebo i ziemia powinny byc postrzegane raczej na ksztalt luku, niz pilki, swiatyni, ze swoim wspanialym sklepieniem i rownie imponujaca posadzka, wielkiej bryly [box] wsrod innych swiatow. Wyksztalcony czlowiek, jakim byl Rahewin, trzymal sie przede wszystkim tego, co powiedzial swiety Augustyn. Byc moze poganscy filozofowie mieli racje i Ziemia ma ksztalt kulisty, a Biblia wskazuje na ksztalt tabernakulum jedynie w sensie przenosnym, ale fakt, ze wie sie, jak prezentuje sie Ziemia nie pozwala rozwiazac najpowazniejszego problemu, jakiemu przeciwstawic sie powinien kazdy dobry chrzescijanin, mianowicie, jak zbawic wlasna dusze. A co za tym idzie, poswiecanie chocby pol godziny rozwazaniom na temat tego, jak uksztaltowana jest Ziemia, jest zwykla strata czasu.”

tlum. p.w., pamieci rozmowy z dnia 23-ego sierpnia roku 2003-ego.

jezyk finski w praktyce

ajattelen siis olen – cogito ergo sum
tiedän etta en tiedä mitään – scio me nihil scire

na poprawienie nastroju

W biurze imigracyjnym w USA w trakcie wypelniania formularza:
- Sex ?
- 3 times a week.
- No… I mean male or female ?
- Doesn’t matter…