Kalendarz

Czerwiec 2003
P W Ś C P S N
« maj   lip »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2003

pije sam

Zaczęło się wszystko jeszcze w piątek. Napisałem egzamin i poszedłem z Patrykiem „Degeneratem” na pyfko. Ot tak, na odstresowanie się po intelektualnym wysiłku.
Wypiliśmy sobie w parku filozoficznym, „jak Pan Bóg przykazał” i było ‚łokej’. Wróciłem do domu zmęczony i zdrzemnąłem się nieco.
Obudziłem się przed 18:00. Akurat dostałem zaproszenie na wypad do miasta. Nie namyślałem się długo. Pojechałem. Po drodze wstąpiłem do Biedronki po 5 Fasberg’ów sprawdzić, czy nie popsuł się smak. Okazało się, że nie. A nawet polepszył. Szczególnie z nalewką „Barok(n)”, która zostawiała różowe ślady na ustach.
Te pięć Fasberg’ów sponiewierało mnie na tyle, że zasnąłem sobie na murku na pasażu. Po jakimś czasie obudziłem się z silną potrzebą powrotu do domu. Wziąłem azymut na przystanek i Retkinię i trafiłem szczęśliwie.
Na drugi dzień obudziłem się potwornie zmęczony. Nic mi się nie chciało. Niestety, to był dzień kiedy mieli przyjść do mnie goście. Trzeba było przygotować odpowiednio mieszkanie. Sprzątnąć to, co się upiętrzyło przez czas sesji. Później przygotować jakiś poczęstunek. Udało się, choć nie bez problemów.
Goście przyszli. Pogadali, popili, posiedzieli trochę i poszli. Ja wtedy mogłem z czystym sumieniem pójść na retkińskie „Rury”, gdzie czekali na mnie znajomi. Kontrolnie kupiłem sobie trzy pyfka, tak na rozpoczęcie wieczoru.
Na „Rurach” do 22:00, potem pomysł, żeby jeszcze ‚coś wypić’. Na szczęście jest StatOil. Tam się zaopatrzyliśmy i udaliśmy się na pobliską ławkę przy korcie. Spędziliśmy na niej kupę czasu śmiejąc się do rozpuku i krzycząc ile sił w płucach. Aż wreszcie zrobiło się niebezpiecznie. Ludzie wyglądali przez okna i niemal grozili. Przenieśliśmy się na ławeczkę przy kościele, gdzie jednak nie zabawiliśmy długo, bo powstała obawa, że: ‚zgarną nas suki’. Wróciliśmy na swoje pierwotne miejsce. Tam dopiliśmy się prawie do końca. Po jakiejś 2:00 w nocy zaczęliśmy rozchodzić się po domach. Do mnie dotarły cztery osoby. Wyleźliśmy na balkon. Dokończyliśmy iprezkę i przed 6:00 padliśmy spać.
Około południa się zebraliśmy. Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w głowie, to: ‚walnąć pyfko’. Do sklepu nie jest daleko. Zaopatrzyliśmy się w dwa piwa na łeb i poszliśmy na „Rury” (osławione już) popić trochę. Okazało się, że dwa, to mało. Odwiedziliśmy pub „Estrada”. Niestety – trzy również mało. Zahaczyliśmy o sklep, gdzie podwyższyliśmy dawkę piw jeszcze o dwa. Udaliśmy się na obiad i popiliśmy zdrowo. Zaświtało nam w głowach, żeby udać się na miasto. Tam można będzie się dopić.
Spotkaliśmy się ze znajomymi (uzbierała się grupa siedmio-osobowa) i wypiliśmy (we Warce :-)) piwko na zdrowie. Potem drugie. Wtedy okazało się, że możnaby uderzyć nad morze. Pomysł, jak najbardziej realny. Jest samochód, jest chęć. To wystarcza…

Znaleźliśmy się na ‚ranczo’. Jakieś małe ognisko. Dużo piwa. Pamięć zaczęła szwankować. Rozpadało się.

Bimber. Słodki. Przywieziony jeszcze z Bułgarii. Szwagier nie wymięka. Łyk za łykiem idziemy równo, łeb w łeb.

„Konstantynowskie Morze”. Kąpiel. Powród do domu prawie ‚na waleta’.

Sen!

Pobudka i myśl ‚piwko’. Kupuję pięć. Wypijam jedno. Kolega odjeżdża do Holandii. Koniec imprezy. Zaraz spojrzę na datę sprawdzić ile dni minęło.

historia filozofii współczesnej

- Zadania filozofii według „wczesnego” i „późnego” Ludwiga Wittgensteina.

Napisałem. Co miałem nie napisać? To akurat wiedziałem i nie musiałem zmyślać. Szczególnie, że mogliśmy korzystać z tekstów źródłowych. Tyle, że postawiłem dość odważną tezę, że nie można dzielić twórczości Wittgensteina na dwa etapy. Że drugi jest naturalną konsekwencją tego pierwszego, i że w jego życiu nie doszło do żadnego rozłamu poglądów. Zobaczymy, jak zareaguje na to pan profesor.

- Ciorana myśl o samobójstwie, a Bataille’owska idea zatracenia.

Napisałem. Te dwie sprawy bardzo mi się podobały, gdy się ich uczyłem. Nie wiem, czy dobrze je zinterpretowałem – to oceni pan doktor, ale ja jestem z siebie zadowolony. Szczególnie, że pod ideę zatracenia u Bataille’a podciągnąłem jeszcze transgresję. Myślę, że to może być zaliczone ‚in plus’.

- egzystencja ludzka według Kierkegaarda.

Napisałem. Trzy etapy. Pomiędzy pierwszym a drugim przeskoki spowodowane wyborem człowieka. Ostatecznym celem egzystencji urzeczywistnienie Boga w sobie. Niby nic nadzwyczajnego, ale… znów – jak przy Wittgensteinie – mnie poniosło. Egzystencjaliści nie byli ludźmi optymistycznymi, a mnie się napisało – tu cytat: „I wtedy, gdy już człowiek odkryje w sobie Boga, gdy Go urzeczywistni w swoim wnętrzu, osiąga pełnię egzystencji, osiąga pełen byt. Wtedy też może krzyknąć: Ecce homo!”

W poniedziałek o 17:00 wyniki.

PS
Konkurs :-)
Kto się wpisze jako 100 do mojej księgi gości ma browara.

krótka historia epistolografii walczaka

Były takie momenty, kiedy wszystko się układało. Gdziekolwiek by się nie ruszyć, wszystko wydawało się miłe i przyjemne. Można by wyliczać kolejne rzeczy, które sprawiały przyjemność…
Po tamtych chwilach zostały przede wszystkim wspomnienia. Na szczęście nie tylko one.

Minęło już trochę czasu. Jego upływ pozwala teraz spojrzeć na tamte sytuacje z większego dystansu. Nie wywołują one już tylu emocji. Nie są też jednak całkiem obojętne. Cieszę się, że oprócz wspomnień, świadectwem tamtego okresu są też pewne zapiski. By powiedzieć wprost – listy.
Listy, do osoby, którą wtedy – wbrew lojalności, zdrowemu rozsądkowi i wielu, wielu innym przeciwnościom losu – bardzo „podziwiałem”.
Do tej pory listy te uważam za jedne z najlepszych, jak nie najlepsze, które udało mi się napisać. Myślę, że składają się na to dwa czynniki. Okoliczności, w jakich powstawały, a także pełna, ale to pełna szczerość, beztroska i bezinteresowność, z jakimi były pisane.
Postanowiłem je przedstawić, gdyż dziś już nie mają wartości osobistej. Przez to, że minęło tyle czasu można je traktować w dużej mierze jako „źródło historyczne”. Jako świadectwo pewnych chwil, do których i tak już się nie wróci, ale miło sobie je przypomnieć:

- List pierwszy – napisany w odpowiedzi na e-mail. Pierwszy kamyk ruszającej lawiny.
- List drugi – pełen niepewności, mimo to również pełen nadziei.
- List trzeci – przykład e-korespondencji. Wciąż uśmiecham się, gdy go czytam. Wydaje mi się pełen radości.
- List czwarty – po przerwie spowodowanej zawirowaniami wokół mojej osoby i wokół moich relacji do adresata tych wszystkich listów korespondencja zostaje wznowiona. Nie było łatwo pisać do siebie.
- List piąty – ostatni z tej serii. Wtedy byłem zmuszony zdecydować, czy korespondencja ma przerodzić się w ‚coś więcej’ czy mam wrócić do poprzedniego (właściwie wciąż trwającego) stanu. Wybrałem powrót na ‚znany grunt’. I nie ma sensu zastanawiać się, czy dobrze wybrałem.

Mija rok. Wszystko dookoła się zmienia. Powstają jeszcze dwa listy:

- List szósty – asekuracyjny, ale pisany z przekonaniem, że tak własnie trzeba.
- List siódmy – ostatni. Reakcja na kilka słów, których nie spodziewałem się usłyszeć. Kończy kolejny etap życia. Po nim już tylko stabilizacja.

Wszystkie te listy były pisane do jednej osoby. Jej imię pojawia się w nich. Nie zdecydowałem się go usunąć. Inne imiona postarałem się wykreślić, by nie mieszać w tę historię osób ‚postronnych’.

PS
Właściwie, miała to być ostatnia ‚notka’. Mija rok odkąd prowadzę bloga i myślę, że spełnił on cel, w jakim był zakładany. Ten wpis miał przybliżyć nieco powód powstania tegoż internetowego pamiętnika. Byłby jakby powrotem do przeszłości. Zamykałby jednocześnie kolejny okres. Kolejną jednostkę czasu, w jakich się poruszam. Mimo wszystko nie będę go kasować i będę prowadzić dalej. Wydaje mi się jednak, że nie przejdzie już takiej metamorfozy, jaką przeszedł przez pierwszych kilka miesięcy.

Kolumny 312, Remiza Strażacka, trzydniowa impreza.

dzień pierwszy:
zbiórka ok. godz. 20:00 na krańcówce autobusowej na Janowie. zjawia się gdzieś z 50 osób. to i tak mniej, niż się spodziewano (zaproszeń było 150). przyjeżdża 72. wsiadamy – cały autobus nasz. potem przesiadka na 71 i jeszcze przed 21:00 jesteśmy na miejscu. Remiza robi przyjazne wrażenie. jest ‚densflor’, jest kuchnia, są pomieszczenia gospodarcze. jest całkiem przyzwoite podwórko i zamknięte na klucz garaże z wozami strażackimi. pomału pyfka rozkręcają imprezę. wszystko jest jeszcze we w miarę dobrym stanie. oprócz pyfek pojawiają się tańsze i droższe winka. jakieś szampany i dziwne – skutecznie sponiewierające – koktaile. gra muzyka. ludzie się przewalają z miejsca na miejsce. mniej więcej o północy znika element lokalny. zmienia się rodzaj muzyki i charakter zabawy z wcześniejszego – bardziej dyskotegowego, na anarchistyczno koncertowy. pojawiają się pierwsze „zgony”. część osób zalega we wszelkiego rodzaju miejscach. inna grupa usilnie stara się otworzyć garaże z wozami strażackimi. przejażdżka czymś takim mogłaby być niezapomniana. kolejna część osób stwierdza, że koniecznie trzeba pojeździć samochodem. do Volvo pakuje się kilka osób. trzy siadają na masce z przodu. niestety, przy jednym z zakrętów osoby siedzące z przodu nie wytrzymują siły odśrodkowej. jedna spada na bok. druga pod koła, wgniatając głową tablicę rejestracyjną. gwałtowne hamowanie zapobiega tragedii, zrzuca jednak przy tym trzecią osobę. powoli zaczyna robić się jasno. kolejną atrakcją okazuje się być dach Remizy. wdrapuje się na niego – nie wiadomo jakim cudem – dość pokaźna grupa osób. gorzej jest z zejściem. ktoś spada i rozbija sobie tyłek. jest super. impreza trwa w najlepsze. przed siódmą zajawiają się mieszkańcy Wiskitna z prośbą o przerwę w zabawie na czas procesji. Prośba zostaje poniekąd spełniona. Ludzie bądź to rozjeżdżają się do domów, bądź to zapadają w sen. zasypiam w jednym miejscu podwórka. budzę się zupełnie gdzie indziej. zmęczony, ale zadowolony wracam na Retkinię. odsypiam.

dzień drugi:
przed 20:00 telefon i pytanie: „jedziesz?”. możliwa tylko jedna odpowiedź: „owszem”. przed 21:00 zjawiam się na Widzewie. Tam wycieczka po okolicy w poszukiwaniu piwa. otwarte tylko Tesco. zakupy udane. wyprawa w kierunku ulic Dąbrowskiego Lodowej. autobus właśnie odjechał. czekamy 40 minut na następny. na przystanku rozpoczynamy imprezę. w Remizie jesteśmy przed 23:00. jest o wiele mniej osób. widocznie po wczorajszej imprezie muszą odpoczywać. pojawili się sami „hardkorowcy”. atrakcją wieczoru jest striptiz. znów wlewamy w siebie nieprawdopodobne dawki alkoholu. ponowiona także zostaje wyprawa na dach. z tej okazji urywa się rynna. zostaje także wygięta antena jakaśtam.tym razem – z obawy przed zeskokiem – dwie osoby zostają na dachu na noc. dostają tam śpiwór i śpią. kolejnym celem staje się maszt stojący pośrodku podwórka. zostaje zdobyty do trzech czwartych swojej wysokości. przejaśnia się. znajdujemy jakieś tektury mogące służyć za karimaty, ceraty zamiast śpiworów i na dworze zapadamy w sen. po jakimś czasie budzi nas uciążliwy deszcz. na nic zdają się próby szczelniejszego okrycia ceratą. przenosimy się do wewnątrz. jeszcze krótka drzemka i ciężki poranek. otwieramy piwko. kobiety wysyłają nas (może sami się wysyłamy) na poszukiwanie pożywienia. czujemy się jak prehistoryczni łowcy. zwiedzamy wieś rozglądając się za kurą na rosół. zaczepiamy nawet jakąś lokalną przedstawicielkę płci pięknej pytaniem: „gdzie tu można znaleźć kury?”. niestety dziewcze się płoszy. nie możemy znaleźć żadnej kury. z lekka zniechęceni – w ramach rekompensaty – bierzemy telewizor. paradujemy z nim przez Wiskitno, do Remizy. jest okej, ale z telewizora nie da się zrobić rosołu. bierzemy jeszcze samochód. jeździmy do okoła Wiskitna, ale niestety – kur nie ma. zniesmaczeni wracamy do domów. znów pora odespać imprezę.

dzień trzeci:
o 18:00 spotykamy się na pasażu. gromadzimy ludzi, którzy mogliby pojechać do Wiskitna. organizowanie ekipy trwa do 20:30. ostatecznie decydują się tylko trzy osoby (w tym ja). jeszcze trzeba zrobić zakupy i można wyruszyć na Wiskitno. dojeżdżamy na miejsce po 21:00. ponownie wlewamy w siebie alkohol. ponownie bawimy się na ‚densflorze’. Remiza jest w opłakanym stanie. nic już nie jest na swoim miejscu. wszędzie puste puszki, butelki, niedopałki i co tylko można sobie wyobrazić. ktoś rzuca surowym jajkiem. ktoś oddaje. rozpoczyna się regularna bitwa. po niej – prysznic. dalej jakaś wódka. wszystko w klimatach ostatecznej degeneracji. ludzie zaczynają przypominać wraki. zorganizowane na prędce ognisko ożywia trochę ludzi. płonie w nim wszystko. od puszek z farbą, do okien. co odważniejsi smażyli sobie na nim jakiś posiłek. gdy zaczęło przygasać udaliśmy się do środka dogorywać już do rana. w ramach ostatecznego upadku, osoba, która zorganizowała całą tę imprezę, rozebrała się i tańczyła z telewizorem przy dźwiękach piosenek Pidżamy Porno. nie było świtu jak padłem. w okolicach 6:00 obudziło mnie zimno. zabrałem swoje rzeczy i wróciłem do domu.

bez tematu

moja dobra myśl dla ciebie


notka nr 188

finał Big Star Festival

Nie zaczęło się bez problemów. Jak to w takich sytuacjach bywa, nie można było porozumieć się o której i gdzie mamy się wszyscy spotkać. Jednym nie pasowała wczesna godzina, innym miejsce. Ostatecznie zdecydowaliśmy się zrobić kilka punktów zbiórki, o różnych porach tak, by każdy mógł dotrzeć wtedy, kiedy tylko będzie dla danej osoby wygodnie.
O 18.00 ekipa, składająca się ze mnie i z AA, Siostrzyczki, Reggae Reggae, Smoka i Bączusia ruszyła w stronę stadionu Orła.
Na miejsce dotarliśmy bez trudu. Przeszliśmy się kawałek, by zorientować się, jak przedstawia się sytuacja. Okazało się, że impreza już trwa. Wróciliśmy się trochę w poszukiwaniu sklepu. Zrobiiśmy zakupy i podeszliśmy w okolice wejścia. Tam rozpoczęliśmy zabawę (znaczy się alkoholizację na dość dużą skalę).
Spożyliśmy mniej więcej połowę zapasów i naszło nas, żeby jednak przedostać się na teren stadionu i może tam kontynuować tak mile rozpoczęty wieczór. AA natychmiast zareagowała na ten pomysł przejściem przez siatkę. Ja poszedłem w jej ślady. Dzięki temu zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy. Reszta towarzystwa weszła z drugiej strony, przez komis samochodowy. Spotkaliśmy się na środku murawy. Wtedy zaczęły się też koncerty zespołów, na które przede wszystkim przyszliśmy.

Cool Kids Of Death:
Bardzo pozytywny koncert. Chłopaki grali z dużą agresją i wyzwalali w słuchaczach / widzach energię. Dodatkową atrakcją było jeszcze polewanie wodą przez straż pożarną miejsca przed sceną, by nie kurzyło się strasznie (patent znany już z Woodstock’u). Owszem, działanie takie zapobiegło kurzeniu, jednak ceną za to było wszechobecne błoto.
Ponieważ bardzo lubię CKOD powrzeszczałem sobie ich wszystkie piosenki na tyle ostro, że straciłem głos. Po ich koncercie, przez dobrą godzinę miałem problemy z mową. Później mi przeszło.

Ścianka:
Koncert całkowicie odjechany. Zresztą tak, jak muzyka ścianki. Nie sądziłem, że chłopaki będą potrafili te swoje zakręcone piosenki zagrać tak fajnie na otwartej przestrzeni. Wcześniej nie przypuszczałem, że Ścianka może być koncertowym zespołem. Jeśli już jakieś występy na żywo miałyby wchodzić w grę, to widziałem ich raczej w małych, kameralnych klubo-kawiarniach.

Sweet Noise:
Perfekcyjny koncert! Dobrze zagrany. Dobrze zaśpiewany. Na dodatek ubarwiony charyzmą wokalisty, agresją tekstów i dekoracjami czy oświetleniem. Wywarł na mnie tak duże wrażenie, że aż głupio się poczułem, że wcześniej nie bardzo interesowałem się tym zespołem. Teraz postaram się nadrobić zaległości. Spokojnie jestem w stanie powiedzieć, że Sweet Noise zdobyli tym koncertem przynajmniej jednego fana.

Ostatnim koncertem nie skończyła się zabawa. Postanowiliśmy wszyscy kontynuować ją u mnie. Dotarliśmy spokojnie na dworzec. Tam wykruszył się z towarzystwa Smok. My pojechaliśmy po zakupy na StatOil i rozochoceni dotarliśmy do mnie do domu. Tutaj część imprezki odbywała się na balkonie. Dzięki Bogu nikt nie wypad. Później, nad ranem, jak już zaczęło się robić chłodno przenieśliśmy się do domu. Pogadaliśmy jeszcze trochę, pograliśmy na gitarze. W międzyczasie „odjechała” Siostrzyczka. Kłopoty ze sobą miał też Bączuś (zdaje się, że w nieoficjalnej rywalizacji … prowadzi 3:2). Około piątej nad ranem otworzyliśmy ostatnie piwo. Zaś gdy zaczęły bić dzwony w pobliskim kościele zdecydowaliśmy się na drzemkę.
Obudziliśmy się gdzieś w okolicach trzynastej. Stwierdziliśmy brak dwóch osób – Siostrzyczki i Bączusia nie było. Nie przejęliśmy się zbytnio. Wszak mamy wolność, i każdy może sobie opuszczać imprezkę, kiedy mu tylko wygodnie. AA i Reggae Reggae wypili jeszcze po szklance ożywczej wody i również zdelokalizowali się. Ja uzupełniłem kalorię zjadając porządne śniadanie / obiad i padłem odsypiać weekend. Weekend, który rewelacyjnie spisał się jako odreagowanie na piątkowy, wycieńczający intelektualnie egzamin z Epistemologii.

notka nr 187

Róże Europy – Kontestatorzy

Z cyklu: „Wielkie Walczaka Protest Songi”, tym razem Kontestatorzy Róż Europy.
Historia fascynacji tym utworem zaczyna się – w przeciwieństwie do fascynacji piosenką Hippisówka zespołu Kobranocka – w czasach licealnych. Gdzieś wraz z początkami drugiej klasy. Wcześniej już zespół Róże Europy obijał mi się o uszy, ale nigdy nie zatrzymałem się nad nim na dłużej. Dopiero wtedy miałem okazję. Wpadła mi w ręce płyta „Poganie, Kochaj i Obrażaj”, później też „Radio Młodych Bandytów” i obie wywarły na mnie duże wrażenie. Przede wszystkim w warstwie tekstowej. Nie ma co ukrywać, zawsze większą wagę przywiązywałem do tego, co się śpiewa – a dzęki mojej ‚nadinterpretacji mogłem sobie pozwolić na duży wachlarz zainteresowań – niż do tego, jak się śpiewa. Utwory w stylu Anarchia z tekstem: „Między nami Boga, honoru, ojczyzny nie ma (…)”, czy tytułowe Radio Młodych Bandytów ze słowami: „Jak dobrze być młodym, wyrzucać z siebie, sto tysięcy wulgaryzmów, z podniesioną głową / Jak dobrze być bandytą, i demolwać bary, celować w przeciwnika, z podniesioną głową (…)” rzucały mnie na kolana (wszak wiadomo, byłem sobie młodym anarchistą :-)). Później, zespół Róże Europy się nieco uspokoił, uspokoiłem się i ja. Trafiały do mnie lżejsze piosenki. Między innymi Kontestatorzy:

„Coraz, coraz bliżej
A jednak tak daleko
Daleko do satysfakcji do życia1 tutaj
Kawiarnie pełne są takich jak my
Kontestatorów
Wbitych w odchody wydalane przez Bogów
Z kórych na rusztowaniu z żeber osła
Ulepiono polityków, ulepiono dziennikarzy

I Ty i ja
Jak rodzeństwo razem
I Ty i ja
Przeciwko wściekłym zwierzętom

Ja mam kogoś kogo kocham
I jestem pewien, że Ty i Ty i Ty
Również kogoś masz
Bo inaczej przyszło by nam tu zwariować

Coraz, coraz bliżej a jednak tak daleko
Daleko do miejsca przyzwoitych twarzy
Zróbmy sobie nasz własny kraj
Kontestatorów
Używki, kosmetyki w mieszkaniach bal
Czochramy się bujając bilardowym stołem
Płyniemy w żaglach wyobraźni

I Ty i ja
Jak rodzeństwo razem
I Ty i ja
Przeciwko wściekłym zwierzętom

Coraz, coraz bliżej
A jednak tak daleko
Daleko wszędzie tam gdzie pieniądze
Mniej warte niż cień w normalny dzień
Kontestatorów
Wbitych w odchody wydalane przez Bogów
Z których na rusztowaniu z żeber osła
Ulepiono dziennikarzy, ulepiono dziennikarzy

I Ty i ja
Jak rodzeństwo razem
I Ty i ja
Przeciwko wściekłym zwierzętom

Wysocy i mali, brzydcy i piękni
I Ty i ja
Przeciwko wściekłym zwierzętom

Ja mam kogoś kogo kocham
I jestem pewien, że Ty i Ty i Ty
Również kogoś masz
Bo inaczej przyszło by nam tu zwariować”

Siła tej piosenki jest o tyle duża, że tak, jak wtedy wydawało mi się, że stoję trochę na uboczu i ta piosenka oddaje trochę to, jak się czuję, tak i dziś, postrzegam siebie, jako osobę nie płynącą z głównym nurtem cywilizacji. Zatem, i dziś odnajduję się w kawiarni, o której śpiewa Piotr Klatt.
Przypomniało mi się o niej dość przypadkowo. Przeczytałem artykuł w Gazecie Wyborczej o frustracji pokolenia urodzonego w latach siedemdziesiątych. Chyba się do tego pokolenia trochę zaliczam. I w trakcie lektury tego artykułu skojarzyła mi się ta piosenka. O ile sfrustrowani są też Cool Kids Of Death z ich pomysłem rozwalenia zastanego stanu rzeczywistości, tak i Róże Europy zdają się być sfrustrowane, ale receptą na tę frustrację jest odwrócenie się od świata, stworzenie sobie swojego własnego, zamkniętego świata. Czy takie rozwiązanie bardziej mi odpowiada? Na pewno dziś tak!


1 podkreślenia, a raczej pogrubienia dodane przeze mnie.

notka nr 186

metallica

na MTV pokazali koncert zespołu Metallica. zespołu, który był pierwszy na mojej drodze ku ‚cięższej’ muzyce. było, nie było, nie mogłem takiego koncertu przepuścić. spodziewałem się, że chłopaki – ups – czterdziestoletni panowie zagrają piosenki z nowych płyt, czyli tych, których nie lubię (w swojej fascynacji zespołem Metallica zatrzymałem się na „Czarnej” płycie). ku mojemu jednak jak najmilszemu zaskoczeniu, nie zagrali żadnej piosenki, która nie pochodziłaby bądź to z nowego albumu „St. Anger” (2 utwory), bądź z początkowych płyt (do „czarnej” płyty włącznie). dzięki temu odżyła we mnie dusza rockowa. dusza, która gdzieś tam z czeluści wyglądała już na koncercie zespołu IRA kilka tyg. temu. i właściwie nie grali piosenki, której bym nie lubił (może poza „Nothing Else Matters”, ale to taki ‚przebój’, że nie mogą go nie zagrać).
i już po koncercie, podbudowany muzyką na wskroś rockową byłbym gotów zaśpiewać – parafrazując piosenkę Pidżamy Porno:
„Rock n’ Roll żyje!
Rock nie umarł stary!
Chodź, pójdziemy na piwo
Weźmiemy ze sobą /nasze/ gitary (…)”

notka nr 185

referendum

głosowałem na „NIE”

animatrix

Animatrix 1) Last Flight Of the Osiris:
Przygotowywany jest atak na ostatnie wolne miasto. Trzeba o tym powiadomić jego mieszkańców. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Historia średnio porywająca. Jest jednak w tej opowiastce coś, co zachwyca – początkowa sekwencja walki. Jest doskonała! Perfekcyjna. Rzuca na kolana.

2) the Second Renaissance:
Na początku maszyny były zależne od ludzi. Były im (ludziom) posłuszne. Wykonywały coraz to więcej zadań uwalniając człowieka od jakichkolwiek zajęć. Ludzkość popadła w nieograniczoną próżność. Zdegenerowała się, upadła (i to jest motyw, który w tej opowiastce najbardziej mi się podba – upadek ludzkośc; ponieważ o tym będę pisać parcę magisterską „Kryzys cywilizacji” widzę pewnie zbieżności; za każdym razem, jak kończy się pewna epoka, kończy się ona w ten sam sposób – widać mamy (my ludzie) to w swojej naturze). Upadałaby pewnie jeszcze niżej, gdyby nie przełomowy moment, którym był sąd nad pewną maszyną (czy jeszcze maszyną?), która w trosce o swoje istnienie zabiła swojego właściciela chcącego ją wyłączyć. Tu się wszystko zaczyna. Pytanie o to, co jest wyznacznikiem bycia maszyną, a co człowiekiem – czy świadomość, nieświadomość swojego istnienia? Może instynkt samozachowawczy? Może inteligencja? Gdy maszyny zaczęły domagać się równych praw, jako istoty inteligentne w człowieku zrodził się bunt. Ludzie postanowili rozwiązać sprawę siłowo (zastanawiające – zawsze najlepszym sposobem na załatwienie jakiejś rzeczy ma być wojna? czyżby to też tkwiło w naszej naturze?). Wywiązała się wojna z o wiele silniejszym przeciwnikiem. Kiedy sytuacja wydawała się kryzysowa zdecydowano się na desperacki krok. Postanowiono odciąć maszyny od źródła energii – słońca. Zachmurzono sztucznie i na stałe całe niebo. Okazało się jednak, że to nie wystarcza. Ostatnia broń zawiodła. Człowiek poddał się maszynom. Podpisano układ na mocy którego wzamian za ludzką energię maszyny będą produkować dla ludzi świat. I tak stali się ludzie zależni od maszyn.

3) Kid’s Story:
Pewien chłopak zastanawia się dlaczego sny wydają się być mu bardziej prawdziwe niż rzeczywistość? Dlaczego to, co go otacza po tym, jak się obudzi, wydaje mu się obce i sztuczne? Dlaczego nie ufa zmysłom? Ma przeczucie, że gdzieś tam jest drugi świat – może prawdziwszy od tego oglądanego na codzień. Pyta się sam siebie kim jest? Czy jest sam w swoich wątpliwościach? Odkrywa, że istnieje Matrix. Jednak to odkrycie jest zmuszony przypłacić śmiercią.

4) Program:
Walka z prawdą. Dwoje ludzi toczy pojedynek ze sobą nawzajem, ale także z wnętrzem siebie. Jedna osoba chce wrócić do Matrixa. Poznała już prawdę, ale to zbyt brutalny świat, żeby w nim pozostać. Lepiej będzie cofnąć się do świata złudzeń. Druga osoba ma wątpliwości, choć nikłe. Chyba ceni sobie prawdę ponad luksus. Kolejna ludzka cecha – z jednej strony dążym do tego, żeby wiedzieć, jak jest. Ale z drugiej znowu strony, gdy już się dowiemy, żałujemy tego (w większości przypadków) i chcemy wrócić do stanu błogiej niewiedzy.

5) World Record:
Sportowiec – przypadkiem – uświadamia sobie, że coś z tym światem jest nie tak. Może ustanawiać rekordy, którym przeczą wszelkie prawa fizyki. Może przebiec sto metrów w czasie mniejszym niż 9 sekund. Dla zwykłego, ludzkiego ciała – choćby najbardziej wysportowanego – jest to wyczyn zgoła niemożliwy. Ale jemu się udaje. Tylko dlatego, że podejrzewa, iż rzeczywistość jest iluzją, którą można kształtować. Tym samym dowiedział się prawdy nie musząc połykać pigułek. Ceną jednak za tę prawdę była niesprawność. Niesprawność, z którą – jak ze wszystkim innym w świecie iluzji – można przecież walczyć.

6) Beyond:
Jest opuszczony dom. Dzieciaki mówią, że jest nawiedzony. Dzieją się w nim dziwne rzeczy. Rzucona puszka nie opada na ziemię. Rozbita butelka natychmiast skleja się w całość. Istny raj do zabawy. Choć nie tylko do zabawy. Można zastanowić się, co mogłoby być przyczyną tej dziwności. A – idąc dalej – można zastanowić się, co jest przyczyną wszelkich anomalii w świecie. Nie jest wcale powiedziane, że nie może nią być np. błąd w programie komputerowym generującym taki świat. Wracając do historii: pewnego dnia przyjeżdża ekipa, która równa całe miejsce z ziemią i buduje tam parking.

7) a Detectiv Story:
W biurze prywatnego detektywa dzwoni telefon. Jest anonimowe zlecenie, znaleźć hakera o pseudonimie Trinity. Niby zykłe zadanie – odnaleźć człowieka. Ale jak odnaleźć kogoś, kogo nie ma. Kto nie istnieje w świecie. Pojawia się tylko czasami. I czy możliwe jest znikanie? Może jest jakiś inny wymiar, prawdziwszy, gdzie Trinity przebywa na codzień. Spotkanie twarzą w twarz wiele wyjaśnia. „the case that ends all the cases”.

8) Matriculated:
Skoro maszyna jest inteligentna, świadoma, może można ją przekonać do tego, by stała po stronie ludzi? Może można skłonić ją, by nie była ich przeciwnikiem, zażartym wrogiem. W końcu kiedyś ludzie współpracowali z maszynami. Może jest możliwy powrót do takiej sytuacji?

notka nr 183