Kalendarz

Maj 2003
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Maj 2003

nowe okulary ;-)


okulary

nocne rozmowy na GieGie

00:39:55 B:
„w zachodniej Australii powstal nowy zaklad farmaceutyczny, wyposazony tylko w jedna linie produkcyjna, Wyznaczony pracownik sortowal lekarstwa wedlug kolorow, wciskajac klawisz odpowiadajacy barwie pigulki. Pewien zoolog, zwollennik skinnerowskiej koncepcji nauczania programowego, zauwazyl, zepodobne zadanie moglyby pelnic odpowiednio wytresowane golebie. Dyrektor fabryki niezbyt wierzyl wywodom naukowca, jednak wyrazil zgode na przeprowadzenie testu. Ptaki pracowaly znakomicie i zostaly „zatrudnione” na stale przy produkcji. Niestety RSPCA zazadalo zmiany decyzji, wysuwajac przeciwko oskarzenie o okrucienstwo wobec zwierzat. Miejsce golebi zajal ponownie czlowiek, dla ktorego wspomniana praca najwyrazniej nie byla zbyt okrutna…
00:41:21 u ’79:
tego m.in. uczą nas na psychologii… behawiorystycznej koncepcji Skinnera
00:47:10 B:
no i co?
00:47:13 B:
podoba sie?
00:49:03 u ’79:
mnie psychologia nie bierze jak wiesz
00:49:12 u ’79:
a taki tekst nie jest – przykro mi – większym zaszkoczeniem
00:49:39 B:
ale jest ciekawy
00:49:39 u ’79:
choć, nie powiem, może robić wrażenie, na kimś, kto po raz pierwszy stykałby się z czymś takim
00:50:32 B:
chodzi mi o pewien paradoks, ze organizacje ochrony zwierzat z czasem doprowadzily do tego ze zwierzeta maja wieksze prawa od ludzi
00:50:54 B:
wlasnie koncze czytac „Kongo” to wlasnie z niej jest ten tekst
00:51:10 B:
ksiazka taka sobie ale za to zawartych jest w niej kilka interesujacych mysli
00:51:34 u ’79:
wiesz, organizacje żydowskie doprowadziły do tego, że teraz prawie każdy jest antysemitą
00:51:59 B:
dzieki niej zaczalem sie zastanawiac, czy zwierze (jak wiadomo pozbawione swiadomosci swojego istnienia) moze posiadac jakiekolwiek prawa
00:52:06 u ’79:
organizacje czarnych w USA doprowadziły do tego, że słowo kiedyś oznaczające nie mniej nie więcej, jak tylko kolor skóry stało się wielką obelgą
00:52:31 B:
watpie aby to organizacje w USA sprawily
00:52:47 u ’79:
Martin Luther King?
00:53:25 B:
hehe pamietaj ze w stanach zawsze murzyni byli uwazani za gorsza rase
00:54:18 u ’79:
tak, ale słowo ‚czarny’ do pewnego momentu nie było nacechowane negatywnie, w ogóle nie wyrażało emocji… jak nazwa koloru może wyrażać emocje… dopiero w latach 60-tych z tym przegieli, ale mniejsza o to
00:54:39 B:
to ze jawnie zaczeli domagac sie swoich praw nie oznacza ze nalezy ich za to nielubic
00:55:02 B:
swiadczy to tylko i zarozumialosci i idiotyzmie bialego czlowieka i nie warto sie tym chwialic
00:55:12 B:
jak to nie bylo?
00:55:24 B:
zawsze bylo
00:55:43 u ’79:
słuchaj, a jak można okreśić czyjś kolor skóry nie używając do tego słowa oznaczającego kolor
00:55:58 B:
nazwij w ameryce kogos tak to od razu Ci przylozy
00:56:03 u ’79:
czy w normalnym znaczeniu obelgą jest powiedzieć o kimś, że ma czarną skórę?
00:56:12 u ’79:
przecież ma kurwa czarną skórę i tego nie zmieni
00:56:22 u ’79:
ja mam białą, azjaci mają żółtą… to są tylko kolory
00:56:43 u ’79:
i gdyby nie Luther King nadal by tak było…
00:56:45 B:
hmm to przypomnij sobie czasy niewolnictwa
00:57:07 u ’79:
ale teraz się ‚czarnuchom’ poprzewracało w głowach i na słowo „czarny” regagują, jak byk na płachtę
00:57:08 u ’79:

00:57:23 u ’79:
Murzyn był niewolnikiem i miał czarną skórę…
00:57:30 B:
nazwanie kogos „czarnuchem” bylo prownaniem do niewolnika, czyli rzeczy, czyli obelga
00:57:31 u ’79:
Murzyn było pogardliwym określeniem rasy
00:57:53 B:
no wlasnie
00:58:07 B:
i sam sobie zaprzeczasz, ze spowodowal to KIng
00:58:23 u ’79:
King zmienił znaczenie słowa czarny
00:58:24 B:
to okreslenie funkcjonowolo juz duzo wczesniej
00:58:27 u ’79:
o to mi chodzi
00:58:34 u ’79:
ale, jak tego nie chwytasz
00:58:35 B:
na jakie?
00:58:48 u ’79:
z obojętnego emocjonalnie na nieobojętne
00:59:00 B:
obawiam sie ze nie masz racji
00:59:12 u ’79:
„no trudno… co robić”
00:59:59 B:
tak samo jak to ze to organizacje zydowskie sprawily ze okreslenie kogos „ty zydzie” stalo sie obelga
01:00:22 B:
polacy dopiero od lat 60′tych zaczeli nielubic zydow
01:00:41 u ’79:
teraz to Ty się trochę mijasz z prawdą, ale mniejsza o to
01:00:48 B:
chyba to Gierek ich wypieprzyl z polski
01:01:13 B:
jakby ich nie lubili wczesniej to raczej by im tak nie pomagali podzczas II wojny
01:01:21 u ’79:
conajmniej od czasów ‚industrializacji’ w połowie XIX wieku Żydzi nie byli lubiani w PL
01:01:36 u ’79:
wcześniej też ich nie szanowano…
01:01:55 B:
to dlaczego im tak pomagalismy?
01:02:03 u ’79:
wiesz, jeśli mówimy o pojedynczych przypadkach, o pojedynczych, konkretnych osobach, to nie ma sprawy…
01:02:06 B:
nie mielismy w tym zadnego interesu
01:02:18 u ’79:
jeśli Ty miałbyś sąsiada Żyda, nie pomógłbyś mu, jako człowiekowi?
01:02:36 u ’79:
ale jeśli miałbyś się być za naród żydowski, to jestem pewien, że nie byłbyś już do tego taki skory
01:02:50 B:
hmm ale przeciez polacy przyjmowali „ukrywali” zupelnie obcych zydow z narazeniem zycia
01:03:22 u ’79:
pamiętaj, że Żyd to człowiek i Polak to człowiek, a odruchem człowieka jest – lub przynajmniej mogło by być
01:03:24 B:
nie wiem czy pomagalbym zydowi godybym ni lubil jego narodu
01:03:29 u ’79:
mogłoby być – pomaganie innym
01:04:08 u ’79:
natomiast przypadki, kiedy to ‚my’ pomagaliśmy ‚im’, są dość sporadyczne… i na pewno nie jest ich więcej niż tych, kiedy to ‚my’ wydawaliśmy ‚ich’ w ręce Hitlerowców
01:04:15 u ’79:
co powiesz na Jedwabne?
01:04:31 B:
acha czyli amerykanie pomagali by czarnym w takiej sytuacji?
01:04:41 u ’79:
co powiesz na denuncjacje przed założeniem getta w Łodzi, czy we W-wie>?
01:05:14 u ’79:
czy podczas Wojny Secesyjnej na północy USA Amerykanie nie pomagali sobie nawzwajem?
01:05:26 B:
hmm jakby mi ktos przystawil karabin do glowy i kazal strzelac to zastrzelibym kazdego, nie wazne czy bylby to zyd czy polak
01:05:27 u ’79:
zaznaczam, na północy, na płd. stosunek był nieco inny
01:05:47 B:
no wlasnie o ten stosunek sie tlukli
01:05:56 B:
do czarnych
01:06:25 u ’79:
wniosek?
01:06:30 u ’79:
na płn. lubili czarnych…
01:06:40 u ’79:
przestali ich lubić, jak Luther King zaczął szaleć
01:06:58 B:
a na polnocy sie cos zmienilo?
01:07:25 B:
trza bylo od razu zaznaczyc ze chodzi Ci o poludniowa ameryke a nie o cala
01:07:31 u ’79:
tak, wcześniej byli obojętni na słowo ‚czarny’, ale od czasów MLK to się zmieniło
01:07:58 B:
no rzeczywiscie traktowali ich z szacunkiem
01:08:02 u ’79:
na płd. nie lubili Murzynów, ale nie nazywali ich czarnymi, dopóki nie zwrócił na to uwagi właśnie MLK
01:08:05 B:
co Ty pieprzysz
01:08:14 B:
a jak ich nazywali?
01:08:30 B:
„Ty afroamerykanin chodz no tu?”
01:08:38 u ’79:
przecież Ci mówię… kiedyś określeniem Afro-Amerykanina był „Murzyn”…
01:09:05 u ’79:
potem wyskoczył MLK i wszyscy się powściekali na siebie nawzajem i zaczęli – z tej złości – nazywać Murzynów ‚czarnuchami’
01:09:09 B:
czyli wnosiek? mieli tylko okreslenie obrazliwe
01:09:28 u ’79:
od tamtej pory słowo ‚czarny’ stało się określeniem nie koloru skóry, tylko przynależności rasowej
01:09:35 B:
poczytaj sobie troche o wojnie secesyjnej to pogadamy
01:09:51 B:
bo masz bledne iformacje
01:10:20 B:
a jaka jest roznica pomiedzy „przynaleznoscia rasowa” a „kolorem skory”?
01:10:23 u ’79:
chcesz mi powiedzieć, że zdanie – ‚ten człowiek ma _czarną_ skórę’ zawsze było zdaniem obelżywym?
01:10:37 u ’79:
bo ja właśnie staram Ci się udowodnić, że dopiero od czasów MLK tak jest
01:10:40 u ’79:
to jest moja teza
01:11:02 B:
chce Ci powiedziec ze slowo „czarnuch” zawsze funcjonowalo i zawsze mialo negatywne zabarwienie
01:11:46 u ’79:
no więc, żeby zbliżyć się nieco w Twoją stronę… czy zdanie – ‚ten człowiek jest _czarny_’, zawsze miało obelżywe znaczenie?
01:11:59 u ’79:
przecież nie można powiedzieć inaczej o człowieku, który ma czarną skórę…
01:12:01 B:
nie, a teraz ma?
01:12:06 u ’79:
ma…
01:12:09 B:
moim zdaniem nie ma
01:12:42 u ’79:
powiedz do Afro-Amerykanina ‚masz _czarną_ skórę’, ew. ‚jesteś _czarny_’ pozwie Cię do sądu o zniesławienie, rasistowskie nastawienie, itd.
01:12:50 B:
hehe poza tym na poloncy, zawsze ale to zawsze czlowiek o czarnym koloze skory byl uwazany za cos gorszego
01:12:54 u ’79:
a nie byłoby tak, gdyby MLK nie przewartościował słowa ‚czarny’
01:13:11 B:
nikt tego nie musial zmienaic
01:13:41 B:
kolorze*
01:14:05 u ’79:
ja nie mówię o uważaniu kogoś za coś gorszego… ja mówię o znaczeniu słowa _czarny_
01:14:16 B:
to jedno i to samo
01:14:20 u ’79:
i o zdaniach typu ‚ten człowiek ma _czarną_ skórę’
01:14:34 u ’79:
nie można inaczej powiedzieć o człowieku, który ma taką skórę
01:14:41 B:
no nie mozna
01:14:59 u ’79:
przecież nie można się oszukiwać… kiedyś słowo _czarny_ oznaczało tylko kolor, a teraz dorabia się do tego ideologię…
01:15:04 u ’79:
i to – wg mnie – jest niezdrowe
01:15:07 B:
dla mnie zawsze murzyni byli uwazani za gorsza rase od bialych
01:15:30 u ’79:
ale jest dowodem na to, że zmieniają się znaczenia słów… i na to, że właściwie jeden człowiek może takie znaczenie przewartościować
01:15:50 u ’79:
jeśli Ty zawsze uważałeś, że inni uważają Murzynów za coś gorszego, to już Twój biznes
01:16:32 B:
kurwa skoro murzyn zawsze byl uwazany za gorsza rase (wnioskuje ze sie z tym zgadzasz) to ZAWSZE i obojentnie jak sie go nazywalo oznaczlo to cos gorszego
01:16:52 u ’79:
rzeczywiście się nie rozumiemy
01:17:05 B:
nie ja zawsze uwazalem ale dopiero teraz zaczelo sie to powoli zmieniac
01:17:33 B:
pokaz mi okres w historii kiedy to czlowiek o czarnej skorze byl traktowany na rowni z bialym
01:18:39 B:
ja takiego nie znam
01:20:07 u ’79:
powiedzmy tak… nie sprzeczam się z Tobą, co do tego, że: Murzynów się zwykło nie lubić… to jest niemal historycznie potwierdzone, a dowodem na to jest niewolnictwo, ale moja teza brzmi tak: gdyby nie MLK, nie bałbyś się dziś nazwyać rzeczy po imnieniu i mówić, że Murzyn ma _czarną_ skórę… kiedyś, przed MLK, to było normalne (bo w sumie, jak inaczej można powiedzieć o kolorze skóry Murzyna, jak tylko tak, że jest ona _czarna_), a teraz, po MLK jest wymóg politycznej poprawności, i nie wolno (lub, żeby to trochę złagodzić – nie wypada) używać słowa _czarny_ na określenie koloru skóry Murzyna, bo się ‚obrazi’… co jest oczywistym absurdem
01:21:03 B:
a jak go mam inaczej nazywac?
01:21:24 u ’79:
i tu się pojawia problem
01:21:36 B:
„afroamerykanin” tak?
01:21:48 u ’79:
powiesz Murzyn, posądzą Cię o rasizm i to w najczystszym wydanu płd. amerykańskim, bo tam kiedyś tak na nich mówiono
01:21:54 B:
a jak pochodzi z zimbabwe to tez jest afroamerykaninem?
01:22:02 u ’79:
powiesz ‚czarnuch’, to już w ogóle Cię zlinczują
01:22:17 u ’79:
powiesz ‚człowiek o _czarnej_ skórze’, też będzie z Tobą źle
01:22:22 B:
kto mnie zlinczuje?
01:22:40 u ’79:
pozostaje tylko: Amerykanin pochodzeina afrykańskiego, albo Afroamerykanin, co na jedno wychodzi
01:22:46 B:
murzyn to rasa i tyle
01:22:56 u ’79:
zlinczują Cię instytucje broniące ‚praw człowieka’
01:23:02 B:
a ze jest to obrazliwe slowo tak samo jak zyd to juz nic na to nie poradze
01:23:22 u ’79:
bo nie wiem, czy pamiętasz, zaczęło się od tego, że ‚niby zwierzęta – dzięki porąbanym organizacjom – mają większe prawa niż ludzie’
01:23:42 u ’79:
więc chciałem Ci pokazać, że i wśród ludzi, zdarzają się takie absurdy… i to nie jest niczym nadzwyczajnym
01:23:48 B:
nie maja na szczescie
01:24:07 B:
bo naukowcy ich ladnie zatkali
01:24:22 B:
chodzilo o doswiadczenia na zwierzetach
01:25:03 B:
chodzilo o zapewnienie poprawy zycia czlowieka co jest uwazane za najwazniejsze dobro
01:25:46 B:
i w ten sposob powinno sie zabronic uzywania zwierzat w transporcie oraz roznych pracach poprawiajaych byt czlowieka
01:26:17 u ’79:
teraz to mnie zakręciłeś… jakie transporty… było o gołębiach, którym zabroniono dziobać guziczki
01:26:52 B:
naukowcy pokazali ten paradoks i w ten sposob obroncy zwierzat przegrali chyba najglosniejszy proces
01:27:00 B:
od tego czasu siedza cicho
01:27:25 u ’79:
może, nigdy nie oglądałem programów typu: animals, czy innych takich
01:27:32 u ’79:
mnie to rybka
01:27:58 B:
mnie tez
01:28:09 B:
to wlasnie wyczytalem w ksiazce
01:28:46 u ’79:
zdarza się
01:28:59 B:
obroncy praw zw… wygrali tylko tyle ze nie wolno przeprowadzac eksperymentow na zwierzetach swiadomych
01:29:05 u ’79:
jak powiedział bohater książki K. Vonneguta na widok faceta przecinanego przez windę
01:29:43 u ’79:
zwierzęta uśpione środkami nasennymi są świadome?
01:30:05 B:
chodzi o swiadomosc swojego istnienia
01:30:22 B:
goryle i delfiny posadaja swiadomosc
01:30:24 u ’79:
śmiem twierdzić, że tylko czł. jest świadom swojego istnienia
01:30:40 B:
no wlasnei o to chodzi ze nie
01:30:55 u ’79:
no nie wiem, nie rozmawiałem z żadnym delfinem, czy gorylem…
01:31:01 B:
dowodzi tego proste doswiadczenie z lustrem
01:31:04 u ’79:
nie mówili mi, że wiedzą, że istnieją
01:31:20 B:
to ze nie znasz jego mowy nie znaczy ze jest swiadomy
01:31:43 u ’79:
chyba „nie jest świadomy”
01:32:00 B:
doklanie
01:32:12 u ’79:
ale Twój argument można obrócić na moją stronę…
01:32:45 u ’79:
to, że nie znam jego mowy każe mi przypuszczać, że twierdzenia o tym, jakoby były świadome są nieuzasadnione
01:33:11 u ’79:
skąd w ogóle mogę zakładać – skoro nie mam dowodów – coś tak doniosłego

zdjęcia z Jyvaskyla

dostałem ostanio (dokładnie dziś) kilka zdjęć z miejscowości Jyvaskyla (czyli z tej, do której pojechałbym na stypendium do Finlandii, jeśli wszystko poszłoby okej). zostały one zrobione przez „mojego” p. dr-a od średniowiecza, kiedy był tam na początku maja, na jakiejś konferencji mediewistycznej.


Jyvaskyla
kompleks budynków uniwersyteckich, w tym budynek filozofii (192 KB)

Jyvaskyla
tęcza nad zamarzniętym jeziorem Jyvasjarvi (176 KB)

Jyvaskyla
nowoczesna zabudowa centrum Jyvaskyla (184 KB)

Jyvaskyla
stara zabudowa centrum Jyvaskyla (372 KB)

Breakout – Oni zaraz przyjdą tu

Jak ładnie ci w tej sukni
oni zaraz przyjdą tu
Jak ładnie ci w tej sukni
oni zaraz wezmą mnie
lubiłaś światło świecy
będziesz miała świece dwie

na pewno masz mi za złe
że ten właśnie wziąłem nóż
na pewno masz mi za złe
oni zaraz przyjdą tu
wiem nóż ten był do chleba
oni zaraz wezmą mnie

nie powiesz ani słowa
oni zaraz przyjdą tu
nie powiesz ani słowa
oni zaraz wezmą mnie
wiem nóż ten był do chleba
już nie będziesz zdradzać mnie

ha! bardzo sympatyczna pioseneczka.

Juwenalia i nie tylko

weekend (lub, jak ktoś woli łyk-end) miał być zarezerwowany na święto studenckie – Juwenalia. na pierwszy dzień była zaplanowana impreza filozoficzna, a na drugi dzień już typowy koncert.

w piątek wszystko zaczęło się około 18.00, kiedy to – jak zazwyczaj spotkałem się ze znajomymi na pasażu. stamtąd podążyliśmy, w okolicach godziny 20.00 do klubu Iron Horse, gdzie występowała Kontr’Rola, grupa dwóch filozofów. tam też spotkaliśmy grupę filozoficzną i z nimi razem mieliśmy podążyć na politechnike. towarzystwa jednak było na tyle sporo, że się wszyscy porozłazili i nie dało się nad tym zapanować. ostatecznie, na koncercie Kontr’roli byliśmy przez chwil kilka, potem czas spędzaliśmy przed wejściem do klubu. w okolicach godziny 22.00 przetransferowaliśmy się na Politechnikę, gdzie znaleźliśmy wygodny trawnik, na którym kontynuowaliśmy imprezkę. co chwila ktoś dochodził i ktoś znikał. aż ciężko policzyć ile osób przewinęło się przez cały wieczór. gdzieś tak o północy część z nas (w tym ja) zapadła w krótką drzemkę. zostaliśmy z niej wyrwani przed drugą, kiedy to zaczynał grać Dżem. przenieśliśmy się na drugą stronę akademików, by uczestniczyć w koncercie. trzeba przyznać, że już nieźle nam szumiało w głowach. zgubiłem jednych znajomych, spotkałem drugich i jakoś tak czas upływał. wreszcie, gdy Dżem już kończył grać wskazano mi drogę do domu (azymut Retkinia) ustawiono w odpowiednim kierunku i życzono powodzenia w powrocie. pamiętam, iż szedłem niewyobrażalnym wręcz tropem węża co rusz potykając się o nierówności chodnika i okraszając tę podróż chaotycznymi czknięciami. miałem przed sobą parę, która szła niemiłosiernie wolno i chciałem bardzo ich wyprzedzić, ale to okazało się niemożliwe ze względu na rozrzut z jakim szedłem. dotarłem jakoś na przystanek i wsiadłem do autobusu. usnąłem natychmiast. po kilku chwilach się obudziłem i wysiadłem. zacząłem iść, ale nie mogłem zorientować się gdzie jestem. żadne z mijanych miejsc mi niczego nie przypominało. dopiero, jak zobaczyłem stadion ŁKSu wiedziałem gdzie się znajduję. odwróciłem się w kierunku Retkini i dotarłem do najbliższego autobusu. przyjechało pierwsze K (teraz 99). wsiadłem i podjechałem do domu. ustawiłem sobie jeszcze budzik na 13.00, żeby nie przespać koncertu IRY, na który się tego dnia wybierałem.

wstałem dość porządnie rozkojarzony. zebrałem się powoli w sobie i poszedłem po Ewę by z nią myknąć na IRĘ. pojechaliśmy na miasto. po drodze jeszcze zgarnęliśmy jej koleżanke Monikę i w trójkę poszliśmy ‚koncertować’.
już przy pierwszych dźwiękach odezwała się we mnie, gdzieś tam ostatnimi czasy drzemiąca dusza rockandrollowa. bawiłem się jak dawniej. jednak koncerty są fajne. szczególnie, gdy słucha się zespołu swojej młodości. przypomina sobie wydarzenia z tamtych czasów i w ogóle. bardzo podniosło mnie na duchu to, że są jeszcze takie dziewczęta jak właśnie Ewa, czy Monika, które potrafią bawić się przy muzyce stricte rockowej. dawno już nie miałem z nikim takim do czynienia.

po koncercie wróciłem do domu szykować się na kolejny dzień Juwenalii. tym razem zbiórka była o 20.00 pod samolotem.
przyjechało o wiele mniej osób niż dzień wcześniej. zbierali się do 22.30. planowaliśmy pójść na koncert Proletaryatu, ale nas ominął. okazało się, że zagrali wcześniej niż się spodziewaliśmy. to nas nieco zirytowało na skutek czego kupiliśmy nalewki mające ukoić nerwy. w ten sposób rozweseleni poszliśmy gdzieś może o 1.00 na koncert Big Cyc’a. i znowu powtórzyła się sytuacja z piątku. gdzieś mi się wszyscy rozeszli. na szczęście znalazłem Gosię i podczepiłem się pod jej towarzystwo. w międzyczasie pojawili się inni znajomi i byliśmy świadkami dość niecodziennej sytuacji.
mieliśmy na widoku toalety. tak się zdarzyło, że staliśmy nieopodal. i nagle, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu jedna z tychże toalet walnęła o ziemię, a z kominka zaczęło wylewać się – wiadomo co. natychmiast podbiegli jacyś ludzie i postawili tę toaletę z powrotem do pionu. wtedy wyszła z niej panienka cała mokra, ech…
rozbawieni całą sytuacją strzeliliśmy wszyscy po pyfku i poszliśmu bawić się dalej. po Big Cyc’u wystąpił jeszcze zespół NIEBONIE i impreza chyliła się ku końcowi. w okolicach świtu Gosia spotkała jakichś swoich znajomych Francuzów i z nimi zdecydowała się iść do jakiegoś klubi, do którego już mnie nie chciano wpuścić motywując to tym, że nie jestem studentem politechniki. wypiąłem się na panią, która sprawdzała legitymacje i na niemiłego pana, który mnie wyprosił i postanowiłem skierować się w stronę domu. tym razem podróż na przystanek 152 przebiegała bez większych problemów. natomiast przejazd autobusem skończył się tak, jak dzień wcześniej – czyli snem.
tym razem obudziłem się na znajomej krańcówce, ale pomyślałem, że nie będę wysiadać. po prostu podjadę sobie trochę z powrotem.
po kilku przystankach wysiadłem i przypomniałem sobie, że mam jeszcze jedno pyfko. ponieważ mijałem blok znajomego postanowiłem do niego zadzwonić i wyciągnąć go na picie. była godzina może 5.00, 5.30 więc pomyślałem, że to nie będzie zły pomysł. kolega jednak nie dał się namówić. dotarłem do domu i padłem.

w niedzielę, jak tylko się obudziłem przypomniałem sobie o tym piwku. umówiłem się z kumplem (tym, do którego dzwoniłem dzień wcześniej) i razem spiliśmy najpierw to jedno pyfko, a potem potoczyły się kolejne. zdążyła nas jeszcze spisać policja. byli bardzo zdziwieni policjanci, że ja już figuruję w kartotece, no ale nic to. różne rzeczy się w życiu robiło.

mniej więcej tak upłynął mi łyk-end.

środa

zapowiadało się całkiem niewinne. jak codzień zresztą. miałem dzień zaplanowany. najpierw zajęcia, potem szybki powrót do domu i kontynuowanie przygotowań do zbliżającej się sesji (pisanie streszczenia lektur Tuchańskiej i Kołakowskiego). wszystko potoczyło się jednak inaczej.

epistemologia:
przedmiot, który śrenio mnie interesuje, żeby nie powiedzieć, że wcale. przez pierwszych piętnaście minut nie pojawiał się Mateusz (prowadzący zajęcia), powstała więc w mojej głowie myśl przewrotna, żeby nie iść. niestety, kiedy schodziłem po schodach minąłem Mateusza i musiałem zawrócić na lekcje. spodziewałem się, że te półtorej godz. znów będę się nudzić niemiłosiernie (nie przeczytałem tekstu na zajęcia, i w ogóle nie wiem, o co na nich chodzi). było trochę inaczej. już na początku Mateusz opowiadał o tym, że stworzył skrypt z zajęć składający się ze sprawozdań i streszczeń poszczególnych lekcji wybranych na przestrzeni ostatnich kilku lat. okazało się, że w tym skrypcie znalazło się też moje sprawozdanie, które można znaleźć tutaj. nie powiem, takie wyróżnienie połaskotało moją próżność. do końca lekcji przesiedziałem ze świadomością, że od teraz wszyscy będą się uczyć m.in. z moich notatek.

paleografia łacińska:
na tych zajęciach (jednych z najfajniejszych w ogóle) dowiedziałem się, że bilokacja nie jest logicznie wewnętrznie sprzeczna, a co za tym idzie, jest możliwa. rozważaliśmy ją, razem z Janem Kanonikiem i jego komentarzem na przykładzie kury. kura bowiem może bilokować i – co lepsze – jeśli taka kura może znajdować się w dwóch miejscach, to może się nią najeść dwoje ludzi. oczywiście kura może być zastąpiona przez cokolwiek – wiadomo, mnie na myśl przyszło … ha! własnie? co mogło zaświtać mi w głowie? ;-)

translatorium łacińsko-angielskie:
przegadaliśmy prawie całe, zdążyliśmy przetłumaczyć może ze trzy, cztery zdania. ważne jest jednak to, że p. doktor zaprosił nas na wycieczkę do W-wy w celu ustanowienia sobie koneksji w tamtejszych bibliotekach. wycieczka ma mieć miejsce na początku czerwca.

skończyły się zajęcia i już miałem wracać do domu, kiedy dowiedziałem się, że Szalony Basista właśnie zdał „połówkę” na 5. była to wyśmienita okazja do tego, żeby uczcić ten sukces. zaczęliśmy niepozornie od piwka w BULe. po jednym stwierdziliśmy, że właściwie, to niewiele i można by coś jeszcze. poszło zatem drugie. wtedy pojawił się pomysł na półliterek. w sumie chłopak zdał „połówkę”. zanim jednak kupiliśmy stosowny trunek musieliśmy zrobić wyprawę do Cieślika po kaskę i kieliszki. od BUŁy jest to dobrych dziesięć, piętnaście min. stamtąd jeszcze poszliśmy na Bałuty odwiedzić na chwilę siostrę Szalonego Basisty. wolni od obowiązków zaopatrzyliśmy się we flachę. trzeba było jeszcze znaleźć miejsce, gdzie można było ją obalić. na szczęście mam kumpla, który mieszka niedaleko szkoły i właśnie do niego się wprosiliśmy. niczym doszlismy do Grabowieckiego zahaczyliśmy jeszcze o cmentarz na dołach, przez który – trawersem na przełaj – przeleźliśmy. no i nie wolno jeszcze zapominać o piwku w drodze na raźniejszy krok.
ostatecznie, jak dotarliśmy na miejsce flaszka poszła jak z bicza strzelił. nie zdążyliśmy się nawet obejrzeć, a już jej nie było.
jeszcze tylko ostrzygłem się u kumpla na 2 mm. i postanowiliśmy uderzyć na stację, po zaopatrzenie. stacja była dobre pół godz. drogi, ale czego się nie robi dla alko. w trakcie wycieczki dwóch znajomych (na „imprezie” był jeszcze AKA Bishop) rozlazło się w stronę domów. najwytrwalsi: ja, Grabowiecki i Szalony Basista zostaliśmy. obkupiliśmy Aral i strzeliliśmy po małym w oczekiwaniu na autobus dla Szalonego. Gdy ten pojechał, z Łysym (Grabowieckim) obkupiliśy jeszcze Jet’a i przez park 3-ego Maja wróciliśmy na chatę. dopiliśmy się jeszcze i poszliśmy spać, z mocnm postanowieniem pobudki rano, by pójść do szkoły.

nie udało się, wstaliśmy ledwie przed południem. jeszcze tylko małe śniadanko i powrót do domu.

maczo’s forum

mam przyjemność zaprosić wszystkich odwiedzających na jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne:

MACZO’s FORUM

godne uwagi z kilku powodów:
1) powstało wyłącznie dzięki pracy niejakiego Maczo[*];
2) pozwala na dyskusje o wszystkim i w każdy spodób;
3) zawiera nieopisywalną dawkę poczucia humoru;
4) trumfalnie powraca po prawie rocznej przerwie!


[*] Maczo (także Michał Młodszy) – młody, szalony informatyk; gitarzysta legendarnego już zespołu „12 Kilometrów Mickiewicza”; abstynent (sic!)

Casablanca

Casablanca Mówi się, że Casablanca jest filmem wybitnym. Chyba tak. Zdaje się, że pod względem warsztatowym przewyższa wiele współczesnych filmów. Bardzo specyficzne kadrowanie, zbliżenia na twarze. Gra aktórów, gdzie widzi się, iż grają, a nie odstawiają chałturę.
Sama treść też jest niczego sobie. Trwa wojna. Rick, właściciel baru w tytułowej Casablance, jest znudzonym człowiekiem, który kiedyś zakochał się nieszczęśliwie w Lisie. Ta opuściła go. Nie mogąc się z tym pogodzić zobojętniał na wszystko. Jego cynizm jest bezgraniczny. Kieruje się w życiu nieinterwencjonizmem. Pewnego dnia, niejaki Ugarte zostawia Rickowi dokumenty, które mogą pomóc w wyjeździe do USA. Na te dokumenty ma ochotę Victor (europejski opozycjonista). Pech chce, że Victor jest mężem Lisy. Wszyscy spotykają się w barze. Rick z początku nie zamierza dawać Victorowi i Lisie potrzebnych im papierów. To tak w skrócie.
Ale pisać by można o Casablance długo.
W pamięci pozostaje wiele momentów z filmu. Kilka ujęć, które na stałe weszły już do historii kina (np. gdy Rick czeka na Lisę na stacji w Paryżu, czy wspólne odśpiewanie Marsylianki w barze Ricka), kilka melodii (wciąż przewijający się motyw przewodni piosenki, o którą prosi Lisa, gdy pojawia się w barze Ricka), czy wreszcie najsłynniejsze chyba zakończenie filmu, jakie tylko może istnieć (odchodzący we mgłę Rick i Loius, Rick mówi: „Wiesz Louis? Sądzę, że jest to początek wspaniałej przyjaźni!”).

sobota / niedziela

sobota:
zaczęło się niewinnie od dochodzenia do siebie po intensywnym, piątkowym wieczorze. przedpołudnie i południe spędziłem na odpoczynku. dopiero około godziny szesnastej włączyło się ‚ssanie’. wtedy już wiedziałem, że wieczór spędzę alkoholowo.
mniej więcej jednocześnie z wystąpieniem ‚ssania’ pojawiła się propozycja wypicia pifka. kierując się starą i sprawdzoną maksymą: „dobry Polak nie odmawia”, przystałem na tę propozycję. za kilka chwil dostałem jeszcze telefon z potwierdzeniem spotkania z innego źródła i wszystko było jasne. godzina 19.30, retkińskie rury (miejsce kultu wódy).
odczekałem spokojnie okres dzielący mnie od przewidywanego rozpoczęcia alkoholizacji, a o wyznaczonej porze pojawiłem się w umówionym miejscu. na wszelki wypadek, by nie zapić za bardzo, wziąłem ze sobą psa. myślałem, że będzie dobrym pretekstem do tego, żeby wypić pyfko, dwa, góra trzy i wrócić do domu. ostatecznie pies nie powstrzymał mnie jednak przed pozwoleniem sobie na więcej niż te rzeczone trzy pyfka.
około godziny dziesiątej wieczorem, kiedy skończyły się pierwsze zapasy, postanowiło całe towarzystwo, a ja wraz z nimi, przenieść się gdzieś bliżej „źródełka”. ja zostawiłem psa (przy okazji wziąłem jeszcze aparat) i poszliśmy wszyscy pod Lidla. tam padł pomysł wdrapania się na ten lidlowski, czerwony daszek, ale niestety, rynna, która miała na niego prowadzić, nie wytrzymała moich 70 kg. żywej wagi. trzeba było zrezygnować z tego chwalebnego pomysłu. po Lidlu zaatakowaliśmy pobliski kort i budynek godpodarczy przynależący niejako do kortu. z tym budynkiem nie było już większych problemów. co prawda dach się wyginał, jak się po nim stąpało, ale ostatecznie wytrzymał cztery osoby. obok kortu była jeszcze wielce kusząca ścianka, na którą tym razem już nie udało mi się wdrapać, za to podrzuciliśmy na nią Siostrę.
po tych ćwiczeniach ruchowych stało się tak, że znów wyczerpały się zapasy. trzeba było zrobić wycieczkę na StatOil, gdzie uzupełniliśmy stan ‚paliwa’ na wieczór. wtedy też pojawił się w mojej głowie kolejny pomysł, by całe towarzystwo (łącznie było tego siedem osób ze mną, ale jedna osoba zrezygnowała z udziału w zabawie ze względu na nieodpartą i niczym nieuzasadnioną chęć napicia się kawy (sic!)) ściągnąć do siebie. pomysł został przyjęty jednogłośnie i przy dużej aprobacie.
u mnie w domu spróbowaliśmy, czy zapasy, które zrobiliśmy na StatOilu będą wystarczające, a ponadto, sprawdziliśmy też, czy wódka z mety dobrze miesza się z piwem. trzeba przyznać, że bardzo dobrze! od mniej więcej pierwszej w nocy zaczęły odpadać kolejne osoby. najpierw zaniemogła Siostrzyczka i przysnęła na materacu. zaraz po niej padł (lepiej byłoby powiedzieć padał, ponieważ coraz to zasypiał i budził się na zmianę kilka razy) Harnaś. rano obwiniali za taki stan rzeczy tę wódkę, ale nie sądzę, żeby to ona mogła być przyczyną.
w tym czasie Wijata namiętnie próbował pobić mój rekord w Collin McRae (co ostatecznie mu się udało w okolicach piątej nad ranem), zaś ja, AA i Reggae Reggae toczyliśmy zażarte dyskusje. właściwie ciężko powiedzieć o czym.
gdzieś koło czwartej nad ranem zrobiliśmy sobie herbatkę z prądem. okazało się, że wódka dobrze miesza się zarówno z piwem, jak i z herbatą. to nas trochę rozgrzało i wyszliśmy sobie na balkon. tam spędziliśmy czas jakoś tak właśnie do piątej, kiedy to Wijata, pobiwszy mój rekord, padł na śpiących wciąż Siostrzyczkę i Harnasia.
z tej racji AA zdecydowała się na powrót do domu. było już jasno.
my z RR postanowiliśmy jeszcze strzelić po piwku i też powoli uledz potędze Morfeusza. by nie rzucać słów na wiatr, natychmiast otworzyliśmy piwko i spiliśmy je nie wiedząc nawet kiedy.
o tej godzinie, a była to szósta, może w pół do siódmej rano, po pierwsze zaczęła budzić się moja rodzina, a po drugie, co bardziej nas zastanowiło – na korcie, tym samym, obok którego my wczoraj urzędowaliśmy, rozgrywany jest już mecz w tenisa, na ławeczce obok kortu zaś siedzą już panowie i sączą z pełną dostojnością wykwintne alpagi.
była to ostatnia uwaga tego wieczoru. po niej zalegliśmy i my.

niedziela:
obudziłem się gdzieś około trzynastej tzrydzieści. właściwie, to obudzili mnie znajomi. stwierdzili, że dość już spania, wypadałoby się czegoś napić. została wódka jeszcze z nocy, nie było więc problemu ze znalezieniem alkoholu, jednak nie starczyło jej na długo, akurat po kielichu do skromnego śniadanka, jakie przygotowałem towarzystwu.
z lekka posilieni i napojeni postanowiliśmy ruszyć na małe pyfko, żeby nie zaprzepaścić tak pięknie rozpoczętego dnia. skierowaliśmy się w stronę Championa (sklepu, gdzie zaopatrywaliśmy się w 2000 roku w pyfko, ucząc się jeszcze w osławionym już, aczkolwiek zlikwidowanym PSZ).
sam sklep się wiele nie zmienił. ceny piwa za to poszły w dół. uradowani tym faktem strzeliliśmy sobie po dwa pyfka i rozsiedliśmy się przed wejściem, na wypadek, gdyby okazało się, że po dwa, to może być mało. wtedy też ustanowiliśmy to spotkanie pierwszym, oficjalnym zjazdem absolwentów PSZ, jakoże trzy, spośród czterech osób będących miało okazję w latach 1998 – 2000 uczęszczać właśnie do tej znamienitej szkoły.
w okolicach godziny siedemnastej zjazd chylił się ku końcowi i nie było większych perspektyw na to, że będzie mógł trwać dalej. przypomniała jednak o sobie Siostrzyczka (która obudziła się jako piewrsza, gdzieś tak o dziesiątej, obudziła chłopaków i opuściła nasze szacowne grono), SMSując i pytając się o Reggae Reggae. to nam podrzuciło pomysł, by przemieścić się do niej na Julianów i tam może coś skapnie.
w trakcie podróży postanowiliśmy sobie ją nieco urozmaicić. wymyśliliśmy więc wirtualne poręcze, których się trzymaliśmy jadąc. robiło to na pozostałch pasażerach piorunujące wrażenie. tak samo, jak zdjęcia robione w czasie jazdy. nie sądziłem, że mogą wywyołać jakąs sensacją w ogóle.
ostatecznie, po osiemnastej dotarliśmy na Julianów. tam zahaczyliśmy – znów ze Siostrzyczką – o Żabkę, jakże niezawodny sklep. nasze ‚paliwo’, którego zaczynało już w organizmie brakować, wzbogacone zostało o lipkę z miodem i piwa sztuk pięć, plus dwie Warki Strong (błee…) dla Siostry.
by nie pić tuż pod Żabką ruszyliśmy się i dotarliśmy do parku Julianowskiego, gdzie rozsiedliśmy się na scenie amfiteatru. stamtąd zadzwoniliśmy po jeszcze jednego kolegę (również absolwenta PSZ, by jeszcze z nim poświętować piewrsz, ogólnopolski zlot).
miejsce wpłynęło na nas na tyle artystycznie, że postanowiliśmy zainscenizować najsłynniejszy fragment ze słynnego dramatu niejakiego Shakesbeer’a, z fundamentalnym pytaniem: „two beer(s), or not two beer(s)?”. aplauzu nie wzbudziliśmy, ale satysfakcja natychmiast się pojawiła. w parku posiedzieliśmy może do dziewiątej. stamtąd wróciliśmy na Julianów, gdzie wypiliśmy ostatnie już piwo i powoli zaczęliśmy rozjeżdżać się do domów. Wijata na Widzew (East Side), Harnaś na Chojny, Siostrzyczka, Reggae Reggae i Smoku zostali na Julianowie (North Side), a ja spokojnie powróciłem na Retkinię (West Side rules).

ranking.blog.pl

kolejne piwko zostało dodane!
polecam przeczytać, skosztować i podzielić się opiniami.