Kalendarz

Kwiecień 2003
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66075
  • Dzisiaj wizyt: 10

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2003

POSTAL 2, poniedziałek, część trzecia.

Odszedł od okienka. Skierował się do wyjścia.
W tej chwili do banku wpadli zamaskowani, uzbrojeni osobnicy. Stało się jasne, że właśnie trwa napad. Zaraz za bandytami do banku wpadła policja. Wywiązała się strzelanina. W pierwszym odruchu sięgnął za karabin maszynowy i potraktował całe towarzystwo serią z niego. Natychmiast został jednak przez napastników wzięty za policjanta, przez policjantów za zamachowca. Wszyscy zaczęli strzelać w jego kierunku. Ranili go. Wtedy zrozumiał, że z nimi nie wygra. Zwiał na tyły banku.
Tam – korzystając z całego zamieszania – dostał się do sejfu. Pozwolił sobie zabrać jeszcze trochę kaski. Nie chowając karabinu skierował się ku wyjściu. Dla bezpieczeństwa ostrzelał się trochę i wyszedł przez drzwi frontowe. Po drodze zebrał jeszcze troche kasy.
Na zewnątrz przyuważył sklep z pomocą medyczną. Ponieważ nie czuł się najlepiej, postanowił do niego wstąpić. Zaintrygowało go to, co mogli tam mieć, co ewentualnie mogłoby mu pomóc. Okazało się, że handlują w nim trawskiem. Kupił sporego jointa i spalił na miejscu. Poczuł się o niebo lepiej, tylko rzeczywistość mu się trochę przekręciła. Czuł, że serce zaczyna mu być coraz szybciej. Pomyślał, że do towaru musięli czegoś dodać. Nie zastanawiał się nad tym dłużej. Wyszedł na ulicę. Poszedł w kierunku sklepu wielobranżowego, gdzie miał znaleźć mleko.
Po drodze zobaczył jak jakaś laska kopie leżącego na ziemi faceta. Ponieważ nie lubił, gdy ktoś bije bezbronnych przyłożył lasce profilaktycznie z glana. Ta w jednej chwili zostawiła faceta, wyciągnęła spluwę i zaczęła strzelać w jego kierunku. Odsunął się trochę i z kopa wytrącił jej pistolet z ręki. Podniósł go i wymierzył sprawiedliwość. Niestety. W całą akcję musiał wtrącić się policjant. On nie zdążył schować broni. Policjant zaczął strzelać. Niewiele się zastanawiając odpowiedział ogniem. Ubił glinę po kilku strzałach. Podszedł, zabrał kamizelkę kuloodporną i pistolet. Wrócił jeszcze do wcześniej zastrzelonej laski i zabrał jej portfel. Podobnie kolesiowi, którego ona kopała. „Pieniędzy nigdy za mało” szepnął sam do siebie. Ponownie ruszył w stronę sklepu.
Po niedługim czasie dotarł na miejsce. Wszedł do środka. Odurzył go odór tam panujący. Nie wyobrażał sobie, żeby w takich warunkach można było przechowywać żarcie. Zdziwiony rozejrzał się po wnętrzu w poszukiwaniu mleka. Zauważył wchodzącą do środka panienkę. Widać ją też przeraził ten odór. Nie zniosła go, zerzygała się i wybiegła ze sklepu. Odwrócił zniesmaczony głowę. Znalazł półkę z mlekiem. Wziął i podszedł do kasy. Zapłacił skąpemu hindusowi. Już miał potraktować go z paralizatora, ale powstrzymał się. To i tak nie zmieniłoby niczego. Wyszedł w spokoju i zaczął iść w kierunku domu.
Wdał się jeszcze w jedną przypadkową strzelaninę. Liczył na to, że na niej skorzysta. Nie udało się, oberwał tylko i biegiem ruszył na koniec miasteczka do swojej przyczepy.

program ramowy telewizji BOLSat

06:30 – Gdzie jestem, kim jestem – teleturniej z nagrodami
08:30 – Piwko czy winko – program poranny
09:00 – Wiadomości
09:30 – Alkobiznes – program integracji polsko-czeskiej
10:00 – Dębowe Przedszkole – program dla początkujących
11:00 – The Smirnoffs – telenowela rosyjska
12:00 – Haftowanie na ekranie – reality show
12:30 – Soplicowo 2002 – Relacja z festiwalu piosenki Polskiej
13:00 – Sport – MŚ: Sztafeta 4×100
15:00 – Kielonopolscy (odc. 0.75) – telenowela Polska
14:20 – Teatr Bolstatu: Shakesbeer: To drink or not to drink.
15:30 – Łowienie na żywca – program dla samotnych kobiet
16:00 – 1410 – Program historyczny
17:00 – Po kielonie – rozmowy polityczne
17:30 – Liga Angielska – Guiness vs. Kilkeny
18:45 – Zwierzyniec – Złoty Bażant – film słowacki
19:00 – Wieczorynka – Przygody Jasia Wędrowniczka (The Adventures of Johny Walker) – film animowany prod. angielskiej
19:30 – Zagrożenia XXIw. – Esperal
20:00 – SUPERKINO: Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej Warki – film fab. USA
21:30 – Rozmowy w rynsztoku – talk show
22:00 – 40% – lista, lista, lista przebojów
22:30 – Z gwinta – Magazyn reporterów Bolsatu
23:30 – Decyzja należy do ciebie – odc. pt: 0,7 czy połówka
00:00 – Kino Mocne: Odwyk – Pogromca wyzwolonych – horror USA
02:00 – Gość Bolsatu: The Beertels
02:30 – Na planie: Absolwent
03:00 – Jak przerobić Pana Tadeusza – program edukacyjny
03:30 – Wycieczki Bolsatu: TATRA
04:15 – X-Flaszki – program nocny

hehe… miałem coś zmienić?

i zmieniłem… poprzednia notka poszła w niepamięć ;-)

POSTAL 2, poniedziałek, część druga.

Już miał je otworzyć, gdy z zewnątrz dobiegły go jakieś wrzaski. Chwilę później strzelanina. Odruchowo obejrzał się na szefa. Ten już stał z karabinem w ręku. Nie czekał. Postąpił podobnie.
Z kopa otworzyli drzwi i wyszli na korytarz. Zobaczyli, jak po korytarzu biegają pracownicy firmy, gonieni przez rozhisteryzowanych manifestantów. „Szlag! Nie spaliłem wszystkich” pomyślał sobie, gdy oddawał pierwszy strzał.
Nie liczył ilu zabił tym razem. Jego celem było dostać się do banku, a nie wdawać w jakieś porachunki z tłumem. Ostrzeliwując się dla bezpieczeństwa, wycofał się do piwnic budynku. Znalazł tam trochę amunicji. Skrzętnie ją zabrał i skierował się do wyjścia.
Na zewnątrz sytuacja wcale nie przedstawiała się inaczej. Widać było manifestantów w pomarańczowych podkoszulkach strzelających na oślep i powoli wkraczających do akcji policjantów.
Schował karabin. Wyciągnął pistolet i z najbliższej odległości zakatrupił dwóch manifestantów. Zainteresowała się nim policja. Ktoś krzyknął: „Stój! Rzuć broń!”. Uciekł za pobliskie kontenery. Tam schował pistolet. Odsapnął trochę. Poczekał, aż się sytuacja trochę uspokoi.
Po kilku chwilach wyjrzał na ulicę. Wydwawała się cicha i spokojna. Zaczął iść w stronę banku. To na drugim końcu miasteczka. Nie miał jednak wyboru.
Szedł szybkim krokiem. Po drodze wstąpił do kilku mieszkań. W jednym z nich znalazł paralizator. „Na pewno się przyda” powiedział cicho do siebie i schował urządzenie do kieszeni. W innym trafił na miejsce jakiejś kaźni. Gdy wszedł do łazienki zastał ją całą zalaną krwią. Wanna, umywalka, ściany. Wszystko pokryte zakrzepłą krwią. Na podłodze narzędzia. Jakiś skalpel, szczypce i inne im podobne. Zniesmaczony wyszedł. Postanowił na pierwszej napotkanej osobie wypróbować właśnie znaleziony paralizator.
Przechodził akurat ksiądz. Zgodnie z założeniem, podszedł do niego i potraktował go prądem. Jednak za słabo. Ksiądz, drąc się niemiłosiernie, zaczął zwiewać. Dogonił go i tym razem już skutecznie poczęstował elektrycznością. Ksiądz znieruchomiał. Całą sytacją zainteresowała się szwęająca się w pobliżu policjantka. Coś zaczęła krzyczeć. Nie pragnąc rozgłosu, zabił ją na miejscu. Zabrał jej broń, w tym pałkę policyjną. Wydała mu się użyteczna.
W swojej drodze do banku, raz po raz natykał się na niedobitki mnifestantów. Ci, widząc go, natychmiast sięgali po broń. Gdy w pobliżu była policja, nie wdawał się w konflikt. Gdy jednak nie było, bronił się sam. Jednego spalił. Innego pociągnął trzy razy ze szpadla tak, że aż odpadła głowa. Dobrnął wreszcie do banku.
Wszedł do środka. Zobaczył kolejkę. Nie miał zamiaru w niej stawać. Był już zniecierpliwiony tym, co działo się w dzień. Rozkopał ludzi tam stojących z buta. Przypadkiem jednak trafił też kasjerkę. Ta wezwała ochronę. Wyciągnął pistolet i zaczął się ostrzeliwać. Ochroniarzy było więcej. Postanowił zwiać na górę i tam znaleźć jakąś strategiczną pozycję. Tak uczynił. Ochroniarze nie gonili go nawet. Poczekał kilka chwil. Nasłuchiwał. Na dole wrzawa ucichła. Odpoczął i ruszył z powrotem do głównej sali banku. Znów, przy jednym czynnym okienku, była kolejka. Tym razem stanął w niej posłusznie. Czas wlókł się. Każda sekunda trwała w nieskończoność. Irytowało go to do granic wytrzymałości. Panienka obsługująca klientów była bardzo skrupulatna. Na dodatek miła tak, że szło się pochlasatać. Drażnili go ludzie zbyt uprzejmi. Doczekał się wreszcie i na swoją kolej.
– Dzień dobry. Miło pana widzieć. W czym mogę pomóc?
– Daj mi kasę za ten czek. – odburknął tylko podając czek wzięty z firmy.
– Ależ oczywiście. Oto sto pięćdziesiąt dolarów dla pana. Miłego dnia.
„Spadaj” pomyślał i odwrócił się od okienka…

rowerowa wycieczka do Aleksandrowa Łódzkiego


zdjęcie

ja, jak już dotarłem na miejsce

No i pojechałem do Aleksandrowa. Nie sądziłem, że to się kiedyś zdarzy. Po tym, jak rzuciłem rower ileś tam lat temu, nie przypuszczałem, że jeszcze skosztuję – można by powiedzieć – rozkoszy jeżdżenia.
Zaczęło się niewinnie… Kolega, jakiś czas temu, mówi, że chciałby z Aleksandrowa przywieźć na Retknię rower. Ja – bez chwili zastanowienia – odpowiadam: „To się świetnie stary składa. Pojadę do Ciebie i wrócimy sobie razem. Co Ty na to?”. I tak się zaczęło.
Była propozycja wyjazdu już w święta, nic z niej jednak nie wyszło. Mieliśmy jechać i wczoraj, ale po piątku nie mieliśmy sił. Wyprawa zatem odbyła się dziś.
Ja wyruszyłem bodajże po 13.00. Wcześniej załadowałem plecak masą przydatnych rzeczy (tak, że ważył więcej niż rower) i wziąłem walk-man’a.
Już po kilku piewrszych metrach zdziwiło mnie to, ze strasznie się zdyszałem, a nie jechałem wcale szybko. Miałem przygotowaną, mniej-więcej, trasę i jej starałem się trzymać. Dojechałem najpierw na Brus, stamtąd do granic Konstatnynowa. Tam skręciłem na Stare Złotno. Plan był taki, żeby ze Złotna skręcić w lewo i dobić do trasy Konstantynów-Aleksandrów, którą to trasą pojechać już do końca. Przeoczyłem jednak ten skręt i przeciąłem Złotno w poprzek jadąc wciąż Łodzią. Znalazłem ulicę Podchorążych i pojechałem nią. Tu się zgubiłem. Droga kończyła się w szczerym polu. Na szczęście znalazłem jakieś ścieżki i nimi dotarłem do Rąbienia. Stamtąd już łatwo dojechałem do Aleksandrowa. Najgorsza była końcówka, kiedy dopadło mnie zmęczenie, a na dodatek musiałem jechać pod górkę. Cała podróż w jedną stronę zajęła mi niecałą godzinę, z czego wnioskuję, że przejechałem ok. dwunastu, może piętnastu kilometrów.
U znajomego posiedziałem chwilkę. Odpocząłem, wypiłem pyfko.
Po 15.00 postanowiliśmy wrócić. Na początku myśleliśmy jechać cały czas szosą (najpierw do Konstantynowa, a stamtąd przez Oczyszczalnie na Retkinię), ale po kilku metrach zrezygnowaliśmy z takiej drogi. Za dużo samochodów, nie można jechać obok siebie, nie da zupełnie się rozmawiać. Obraliśmy zatem tę drogę, którą przyjechałem, z lekkimi jednak wariacjami.
Powrót nie był już przyjemny. Wszechobecne zmęcznie nie dawało jechać. Ledwie toczyłem ten rower narzekając na odległość. Zatrzymywaliśmy się chyba z pięć razy.
Gdy dojechałem wreszcie do domu, to natychmiast padłem. żeby zregenerować siły.
Mimo to, uważam wycieczkę za udaną. Jak będzie taka możliwość, to będę starał się częściej ‚wyskakiwać’ na rower.

POSTAL 2, poniedziałek, część pierwsza.

Obudził się na małym kacu. Czuł się nieświeżo. Łóżko było niewygodne, a w pomieszczeniu panował zaduch. Nad uchem słyszał narzekania dziewczyny. Chciał włączyć klimatyzację, była zepsuta. Ze złości i bezradności rozwalił ją uderzeniem pięści. „Teraz chociaż nie będzie sprawiać wrażenia czynnej” pomyślał.
Wstał i rozprostował kości. Wciąż słyszał skrzekliwy głos. Strasznie go to drażniło. Nie wdawał się jednak w dyskusje. Skierował się w kierunku lodówki. Otworzył. Nie wytrzymał, wrzasnął: „Cisza! Gdzie, do kurwy nędzy, jest moje mleko!?”. Męczący głos na moment ucichł, ale po chwili kontynuował. Z potoku słów próbował wyłowić jakiś sens. Zaraz jednak zrezygnował.
Postanowił pójść po mleko.
Przypomniał sobie, że wczoraj we firmie mówili mu, by przyszedł i odebrał czek. To była dobra wiadomość. Nie przelewało mu się przecież. Realizacja czeku zapewni mu byt do kolejnej wypłaty. Nie będzie musiał martwić się o to, że nie ma co zjesć, czy – co gorsza – wypić. Ustanowił plan działania: pójść do firmy, odebrać czek. Pójść do banku, zamienić czek na gotówkę. W drodze powrotnej do domu kupić mleko. Wyszedł z przyczepy.
Odetchnął świeżym powietrzem. Zaraz też zostały za nim w tle nieznośne wrzaski. Zadowolony patrzył przed siebie, kiedy poczuł, że ma wilgotną nogawkę. Pies Champ właśnie się na nią odlał. Całkiem zepsuło mu to humor. Wyzwał go od najgorszych sukinsynów i potraktował z glana. Champ, skowycząc, zwiał.
Podszedł do auta, pomyślał, że do miasta podjedzie. Zaoszczędzi dzięki temu czas. Przypomniał jednak sobie, że samochód ostatnio nie działał. Nie pamiętał, czy oddawał go do naprawy. Targany niepewnością wsiadł do wozu. Spróbował zapalić. Nie dało rady. Wysiadł, walnął pięścią w dach. Kątem oka, w niedalekiej szopie przyuważył łopatę. Podszedł i wziął ją. Tak na wszelki wypadek. Miasteczko, w którym mieszkał, było bardzo dziwne. Lepiej zawsze mieć coś ze sobą. Obok łopaty zobaczył jointa. Nie namyślając się długo wypalił. Natychmiast poczuł się trochę lepiej. Odwrócił się, i ruszył w strone miasta.
Szedł przed siebie, nie rozglądał się za bardzo. Nigdy nie interesowało go to, jak to miasto wygląda. Mieszkał tu od niedawna, nie był jednak ciekawy. Podążał więc w jednym tylko kierunku, rzadko spoglądając na ludzi.
Gdy minął już posterunek policji niedaleko firmy, usłyszał dziwne odgłosy. Dobiegały one właśnie ze strony, w którą szedł. Zatrzymał się na chwilę. Zdziwiła go ta sytuacja.
Nagle zobaczył, że biegnie w jego kierunku jakaś baba. Potrąciła go. Bez zastanowienia przyłożył jej szpadlem przez plecy. Ta, wyciągnęła pistolet w jego kierunku. Strzeliła. Chybiła. Wziął drugi zamach i wytrącił jej gana z ręki. Trzecim machnięciem szpadla odciął jej łeb. Trysnęła krew. Odsunął się, żeby nie pobrudziła go zbytnio. Nie lubił czerwonych plam na swoim płaszczu. Podniósł broń. Przeczuwając, że może wydarzyć się coś niecodziennego poszedł na tyły posterunku. Rozbił szybę w jednym z okien i wszedł do środka. Nie musiał długo szukać. Już w kolejnym pomieszczeniu znalazł karabin maszynowy i – prawdziwy rarytas: kanister z benzyną.
Wyszedł z posterunku tą drogą, którą się do niego dostał. Skręcił w stronę swojej firmy.
Na drodze natknął się na manifestację przeciwników przemocy w grach komputerowych. Ci, widząc go – uczestnika programu jednej z najbardziej ociekających krwią gier – natychmiast wyrazili swoją dezaprobatę. Ktoś krzyknął, ktoś inny szturchnął, ktoś nawet wyciągnął pistolet. W tej chwili postanowił wykorzystać znaleziony wcześniej kanister. Oblał kilka najbliżej stojących osób i z wielką satysfakcją rzucił zapałkę. Momentalnie zaczęli płonąć. Najpierw ci tuż przed nim. Od nich zajmowały się kolejne osoby. Odsunął się na bezpieczną odległość i przyglądał się tylko całemu zajściu.
Po jakimś czasie, kiedy manifestanici powoli dogorywali, a w powietrzu snuł się swąd spalonego ciała, ruszył ponownie w stronę firmy. Tym razem nic już nie stało mu na przeszkodzie. Po drodze tylko zebrał magazynki od leżących, a na jednego z nich – tego, który jako pierwszy wyciągnął spluwę – odlał się. Zgliszcza zasyczały tylko, gdy padał na nie jego mocz. Chwilę później oddalił się z miejsca masakry.
Wszedł po schodach. I sprawnym kopniakiem otworzył drzwi do firmy.
Podążył w stronę gabinetu szefa. Tym razem otworzył już drzi lekkim pchnięciem. Wszedł do środka.
– Witaj
– Witaj – odpowiedział przytłumionym głosem.
– Mam dla Ciebie złą wiadomość. Dłużej z nami nie pracujesz. – oznajmił mu szefe bez zająknięcia – Czek znajdziesz na biurku. Żegnaj.
Nie zdążył zareagować. Wziął tylko czek i odwrócił się do drzwi…

cytat

chodzi mi po głowie od tygodnia. na pewno nie przypadkowo.

Eloi! Eloi! Lama Sabachthani!

coś bym z nim zrobił, wyobraźnia podpowiada kilka rozwiązań… na razie jednak nie mogę się na nic zdobyć.

miśki

we wtorek Coca-Cola przyszłała mi nagrodę – dwa miśki. przedstawiają się one następująco:


miśki

najfajniejsze jest to, że kupony na te miśki wysłałem 3-ego stycznia. niezłe streszczenie miała w tym roku Coca-Cola :-)

zagadka rozwiązana

od kilku już dni, może nawet tygodni zastanawiałem się, dlaczego wszystko na tym komputerze jest takie ciemne. ciemny obraz w TV, ciemne filmy. strony www też jakieś takie mało jasne. kolory intensywne… dziwiło mnie to i denerwowało trochę, bo, oglądając np. Drakulę nic nie widziałem. Na szczęście rozum czasem pracuje. Podpowiedział mi, żebym sprawdził jasność w monitorze. Okazało się, że tam tkwi przyczyna zaciemnienia wszystkiego. „Brightness” było ustawione na ledwie 30%.
Rozjaśniłem cholerę i teraz jest już lepiej. Nie ma to, jak świąteczna bystrość umysłu.

Yueh, Yueh, Yueh… milion śmierci za mało było dla Yueh’go

nareszcie zrozumiałem o co chodzi w tym powiedzeniu :-)

i – z tej okazji – zagadka…
skąd ono pochodzi?