Kalendarz

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Narodowościowa radość coroczna

Józef Walczak Piłsudski

Wpis: 1 540.

Ogrodowa 22

panorama

Już w lipcu minął nam termin przedłużenia umowy wynajmu domu. Mniejsza, z jakiego powodu wtedy nie podpisaliśmy umowy. Były pewne kwestie do rozwikłania. W każdym razie, kiedy udało się je załatwić, jakoś od połowy września nachodzi nas Landlady. Kobieta chce mieć na piśmie, że nasza Trójca będzie mieszkać na Forest Parku, i że wszyscy będą szczęśliwi. Właśnie, szczęśliwi.
Maureen, Landlady, ma piekielnego wręcz bzika na punkcie ogrodu (trzeba przyznać, ogród jest niczego sobie, jeden z tych, które mają potencjał, o ile o niego dbać) i przy każdej wizycie zarzuca nam grzech zaniedbania. I ma rację,
bo z trzech chłopa, jeden jest obecnie niedysponowany i nie może się ogrodem zająć, drugi pracuje ile się da i nie bywa w domu, a trzeciemu się nie chce. Ogród (znaczy się cała roślinność) sobie zarasta, rozrasta się i nikt tego nie kontroluje.
Landlady wie jednak swoje i wymaga. Dostaliśmy ultimatum. Do najbliższej soboty ma być picuś-glancuś. Zadzwoniliśmy po firmę, która zajmuje się organizacją przydomowycho ogródków, ale chłopaki poszaleli z kosztami. Obdzwoniliśmy znajomych i dostaliśmy namiar do koleżanki, która również potrafi zadbać o ogród.
Przyszła, ogarnęła…. I jesteśmy pod wielkim, wielkim wrażeniem. Tak dobrze ogródek nie wyglądał od dawna.

Wpis: 1 539.

Odchamianie się, wersja kinowa

Botoks
Tak chaotycznego, niewnoszącego niczego, nieporuszającego żadnej kwesti, nieniosącego za sobą jakiegokolwiek przesłania, niestawiającego byle pytania, niepozwalającego na zatrzymanie się choćby na chwilę, chaotycznego obrazu prawdopodobnie nigdy nie widziałem. Niewarto.

Wpis: 1 538.

Odchamianie się, wersja kinowa

Blade Runner 2049
Warto.

Wpis: 1 537.

Sierpień przeklęty

Wszystko zaczęło się sypać.
Za oknem niby całkiem ładna pogoda, lodówka pełna, dach nad głową nie przecieka, koszule nie są dziuraw – wydawać by się mogło, sytuacja stabilna, ale…
Ale rozpoczęły się kłopoty zawodowe.
Tłumaczę sobie, że większość z nich spowodowane jest zmianą nazwy (tzw. przebrandowaniem). Już piszę, co mam na myśli.
Odkąd stary Topaz stał się nowym Re.Storem, wiele się zmieniło. Począwszy od tego, jak sklep teraz wygląda, a skończywszy na tym, ile ma do zaoferowania, jak rozrosła się oferta produktów eksponowanych na półkach, a skończywszy na dodatkach w stylu wspominanych wcześniej hot-dogach. Ze względu na poszerzenie asortymentu, zwiększyły się też wymagania względem pracowników. Czy to mojego, najniższego szczebla, czy też wobec przełożonych. Te wzmożone wymagania wobec przełożonych, chcąc-niechcąc, przenosiły się na mój poziom. Przełożeni, a właściwie przełożone (Joanna i Irena), po tym, jak sklep przebrandowił się (wcześniejszy Topaz, w strukturze korporacji traktowany był /takie mam wrażenie/ nieco po macoszemu; w przypadku nowego Re.Store nie ma przebacz), musiały powstrzymać się od jakiegokolwiek luzu, zrozumienia i tzw. życiowości, które towarzyszyły im wcześniej, i przeistoczyć się w szefostwo. Skończyły się żarty, przymykanie oczu na pewne niedociągnięcia a rozpoczęła się ciągła presja i wywieranie nerwowej atmosfery.
W takiej atmosferze, pod ciągłą i niby zrozumiałą presją, zaczęły mnożyć się potknięcia pracowników linii frontu. Te potknięcia mają swoje odzwierciedlenie w liczbach, wykresach i innych excellach, które są przeglądane przez osoby wyższe szczeblem i te osoby mają później pretensje do Joanny czy Ireny, które znów mogą mieć pretensje do nas, a na nas, te pretensje, to wywieranie presji potęguje tylko stres i potencjalne popełnianie błędów. Kółko się zamyka. W każdym razie…

W każdym razie, zaczęło się od tego, że po zmianie, przebrandowieniu sklepu, odrestaurowano nam budynek i jedną ze zmian było zamontowanie samootwierających się drzwi. W porównaniu z poprzednim systemem, zmiana na korzyść. Te automatyczne drzwi mają do to siebie, że można je ustawić bądź w trybie automatycznego otwierania się gdy ktoś zbliża się do nich, bądź zostawić ciągle otwarte. Ze względu na to, że pogoda w sierpniu dopisywała, hot-dogi smażyły się i powoli dochodziły do granicy kiedy chciałoby się nimi wszystkimi rzucać w przestrzeń, ustawiałem te automatyczne drzwi w trybie „zawsze otwarte”. Aż do momentu, do kiedy nie przyszedł miły Greg z BHP.
Greg z BHP jest świetnym człowiekiem. Wyrozumiałym, miłym, otwartym na nowych pracowników… Takim go poznałem przy poprzednich spotkaniach. Zawsze mogłem z nim parę słów zamienić. Nigdy nie czułem, że jest – bądź co bądź – jednym z moich przełożonych. Z takim podejściem zacząłem z nim rozmowę tamtego dnia. Zapytałem: „Cześć, co słychać Greg? Jak podoba ci się nowy sklep?” i takie tam. Ot, niezobowiązująca pogawędka. Wtedy Greg wyjął legitymację, przedstawił się oficjalnie (tak, jakbym wcześniej nie wiedział z kim mam do czynienia) i wypalił: „Dlaczego masz otwarte drzwi?”. Zaskoczony zdążyłem odpowiedzieć, że to może tylko zachęcać klientów do wstąpienia do środka (bla, bla, bla). Usłyszałem: „Nie wolno! A co, gdyby ktoś wbiegł, chwycił butelkę oleju samochodowego albo dwie paczki czipsów i wybiegł?”. Zastanowiło mnie to. Odpowiedziałem: „Byłoby dokładnie tak samo, jak przy zamkniętych drzwiach, nie mógłbym niczego zrobić (…)”. „To nie masz blokady drzwi? Tak, jak ma to miejsce we wszystkich innych sklepach Topaz / Re.Store?”. „Ano nie mam, Greg. Ktoś, kto projektował to wnętrze, nie pomyślał o tym (mieliśmy taką blokadę w poprzednim sklepie)”. „To nie dobrze! Pamiętaj, miej drzwi zamknięte! Idę sobie”. I poszedł. Opisałem całą sytuację w wewnątrzfirmowym dzienniku, zadowolony, że porozmawiałem z Gregiem jak pracownik tej samej firmy z pracownikiem tej samej firmy i poszedłem do domu.
Następnego dnia wezwała mnie Joanna.
„Co to miało być?” usłyszałem na wejście. Odpowiedziałem: „Wymieniłem parę zdań z Gregiem z BHP, potraktowałem go jak równego sobie pracownika tej samej firmy”. Usłyszałem: „Nie, Greg nie jest równy tobie, Greg decyduje, Greg może ciebie, mnie wyrzucić za niedociągnięcia, za niezamykanie automatycznie otwieranych drzwi, z Gregiem trzeba polubownie. Strzeż się”. Muszę przyznać, że wtedy nie przejąłem się zbytnio. Po rozmowie z Grześkiem ustawiłem drzwi w odpowiednim trybie, po rozmowie z Joanną, potwierdziłem tylko, że tak już pozostanie. Miałem nadzieję, że sytuacja rozejdzie się po kościach. Aż nadeszła pewna nieszczęsna niedziela.
Miałem pracować od jedenastej. Wcześniej, w sobotę, cóż, no nie była to sucha sobota, ale też nie jakaś bardzo podtapiana. W każdym razie… Budzę się w niedzielę rano, ogarniam się. Świat wygląda wspaniale, dzień zapowiada się pogodnie, jeszcze tylko wyjść spod prysznica, jeszcze tylko przetrącić śniadanie, wsiąść w auto, podjechać do pracy i będzie w porządku.
Usłyszałem SMSa. „Bądź wcześniej” pisała do mnie szefowa, Joanna. Dwie godziny wcześniej. Wyskoczyłem z wanny, założyłem mundurek i pognałem do pracy.
Dzień minął spokojnie. Gorzej było w poniedziałek. Usłyszałem: „Piotrek, w sobotę coś tam musiałeś sobie strzelić, nie? Dlaczego pojawiłeś się w pracy? Wiesz, że powinieneś powiedzieć, że nie możesz, że bierzesz dzień wolny albo coś takiego?”. Próbowałem się tłumaczyć, że zostałem wezwany w trybie awaryjnym, że te dwie godziny zrobiłyby różnicę (zrobiłyby, jestem pewien), ale na nic to się zdało, zostałem wpisany na czarną listę.
Parę dni później, jakoś w połowie przeklętego sierpnia, do Irlandii wracali Sebastian z Ewą. Powrót osób z Polski zawsze wiąże się z pewnymi zachowaniami. Osoby z Polski przywożą swego rodzaju zaopatrzenie, osoby w Irlandii dorzucają do tego przekąskę i popitę. Powrót układa się uroczyście. I nie inaczej miało być tym razem. Seb. i Ew. wracali we wtorek, ja wtorek miałem wolny. W środę miałem iść do pracy dopiero na siódmą wieczór. Wszystko sklejało się w jedną, wielką popijawę.
I rzeczywiście, we wtorek Seb. i Ew. wylądowali, dotarli do Portlaoise, Art. przywiózł ich do Leśniego Parku, odkorkowaliśmy pierwsze napoje, potem wtóre i poszło. Poszło tak, że w środę świat był największym przekrętem, największym złym żartem samego Pana Boga. A do tego doszła nam samochodowa wycieczka 30 km na wschód, żeby odebrać samochód Seb. Lekko krzywi na nogach i z grzechoczącymi w czaszkach mózgami zebraliśmy się i pojechaliśmy do New Bridge. Dotarliśmy, odebraliśmy auto i w drodze powrotnej zaczęliśmy knuć przewrotne plany. Art. nie musiał się nigdzie ruszać tego dnia, Seb. też, ja niby do pracy, ale wydzwoniłem zwolnienie z powodów zdrowotnych. Dało radę, środę mieliśmy ogarniętą.
Czwartek także. Od rana Seb. dzwonił do swoich ludzi mówiąc, że nie, tym razem nie. Ja do swoich, że czuję się słabo i że pojawię się dopiero w piątek wieczorem… W ten sposób zyskaliśmy kolejny dzień rozrywki. Takie wakacje po wakacjach. Jakoś to wszystko skleiliśmy i nie było źle.
Od piątku zacząłem wracać na właściwy tryb. Poszedłem na wieczorną zmianę do pracy. Dałem radę. Było w porządku. Podobnie w sobotę i później w niedzielę.
I wtedy pojawiła się sprawa formularzy, które muszę dostarczać Social Welfare’owi. Co tydzień mam przynieść przypieczątkowany i parafowany papier, że przepracowałem tyle i tyle dni w tygodniu. W tygodniu, w którym wziąłem dwa dni wolne na żądanie wyszło na to, że pracowałem tylko 3 dni (a to w rozumieniu Socjala uprawnia mnie do odbioru zapomogi). Z tak wypełnionym formularzem poszedłem do Joanny. Ta się spięła. Wykrzyczała: „Dałam ci 4 (z siedmiu) dni pracy, z dwóch się wymigałeś, zaznaczyłeś, że nie pracowałeś, dostałbyś zapomogę, tak?”. „Tak”, przyznałem rację, dostałbym. „No to figę z makiem dostaniesz!”. I się zaczęło. Bez wchodzenia w szczegóły, od tamtej pory, nie mogę odezwać się do mojej przełożonej. Sytuacja jest chora. Źle się z tym czuję. Mam poważne wątpliwości, czy powinienem – w takim otoczeniu – bawić się w sprzedawcę. Mniejsza. Ale to nie koniec…
Wiem, że jestem na cenzurowanym… Ten sierpień jest przeklęty. Już po „kłótni” o papier do Socjala, już po tym, jak Joanna przestała się do mnie odzywać, a ja zacząłem przychodzić do pracy, jak do pracy i nic po za tym. Po prostu, zrobić swoje i wyjść (chujowe rozwiązanie, ale tak to teraz wygląda).I wtedy pojawia się ten czarnoskóry człowiek, afro-brytyjczyk (napisałbym Murzyn, ale nie wiem, czy nie byłoby to zbyt rasistowskie). Ten afro-brytyjczyk już na wejście wydaje się być podejrzany. Zadaje dzikie pytania, zachowuje się niestosownie, aż chciałoby się go wykopać za drzwi (ale, nie można, bo anty-rasizm, czy rasizm? a po drugie, [patrz rozmowa z Gregiem], nie mogę zamknąć drzwi]). Ten Murzynek Bambo, wybiera sobie ze sklepu co przypadnie mu do gustu. Ciasteczka, czipsy, cukierki, napoje i na bezczelnego wychodzi.
Co mogę zrobić ja? Nic. NIC!
Nie wolno mi go tknąć, a z chęcią przypieprzyłbym mu w ten czarny pysk. Nie wolno mi podejmować żadnej akcji (to regulacje wewnątrzfirmowe) dopóki koleś znajduje się w sklepie. Mogę tylko stać i przyglądać się (gdy wcześniej zareagowałem, parę miesięcy temu i chwyciłem chuja, który chciał okraść sklep, okazało się, że naruszyłem jego nietykalność i za to mogę ponieść karę /a ten fiut, za to, że wynosi coś ze sklepu, mógłby co najwyżej jakąś grzywnę zapłacić, której nie zapłaciłby, bo nie byłoby go pewnie stać/).
Pamiętałem jeszcze, że parę tygodni wcześniej, w podobnej sytuacji, znalazła się Irena. Skończyło się tym, że po tym jak zaświadczyła o możliwości popełnienia kradzieży, po tym, jak zidentyfikowano sprawczynie, po tym, jak wezwano do sądu obie strony (Irenę od nas, Joannę, jako przełożoną i osobę oskarżoną), skończyło się na rozprawie przełożonej o dwa tyg. bo oskarżona nie pojawiła się. Mając to w głowie, nie zdecydowałbym się, ni cholery, na ciąganie przez sądy tylko dlatego, że jakiś Murzynek zawinął kawę i batonika. No nie ma bata. Ale na tym nie koniec…

Sierpień był przeklęty. Byłem na cenzurowany. Doszło do tego, że Joanna , która wcześnie proponowała mi awans i wydawała się osobą, która wierzy w to wszystko, że Joanna, nie odzywa się do mnie. Zupełnie. Całkowicie. Ani: „Cześć”, ani: „Do jutra”; nic a nic. Bojkot.
Wiedziałem, że nie mogę popełniać błędów. Nie mogę narażać się. Byłem spięty, jak cholera i wykonywanie każdej czynności, związanej z pracą przestało sprawiać mi przyjemność. Usłyszałem od Joanny, że od dziś to jest tylko i wyłącznie: „Pracodawca –pracownik”. I tak się czułem, jak pracownik. Wykonywałem swoje zadania. Bez serca, bez zaangażowania. Byle tylko zamykając drzwi sklepu o 11-tej być pewnym, że zrobiłem co swoje. Nic, ponad obowiązki, nic od siebie. Nie dbać (srać) o to; jestem pracownikiem, dostaję najniższą stawkę; niczego więcej ponad to, do czego jestem zobligowany w kontrakcie, dawać nie muszę.
Ale, ale… Mija dzień, może dwa i znowu… (należy pamiętać, że jestem na wojennej ścieżce z Joanną). Podchodzi do kasy młoda panienka. Kojarzę ją. Ona często pojawia się w sklepie. Czasem zamieni się dwa zdania, czasem nie (Cholera, to mnie – po dziesięciu już latach – zaskakuje; Kaleczę język, jak tylko mogę, a Irlandczycy wciąż z uśmiechem; Wyobrażam sobie swoją babcię albo dziadka idących do kiosku Ruchu, kupujących gazetę i nie rozumiejących sprzedawczyni, powątpiewam w ich wyrozumiałość. Tutaj powątpiewać nie muszę).
W każdym razie, młoda (ktokolwiek ma mniej niż 38 lat na karku jest młody – żeby nie było) panienka podchodzi do kasy i z uśmiechem na ustach pyta: „Rachunek za prąd, to ja mogę zapłacić?”. Myślę sobie: „Z rachunkami zawsze jest problem, ale sruuu… spróbuję”. Próbuję, próbuje, i spieprzyłem.
Szlag. Dzwonię do Ireny (jak odkręcić się z tego wszystkiego) nie potrafi mi pomóc; dzwonię do Joanny (z którą nie rozmawiam i naprawdę jest ostatnią deską ratunku), przyjeżdża, próbuje, nie może). Innymi słowy, schrzaniłem, właśnie firma położyła się na €400,00. Niby błąd, niby mógł przytrafić się każdemu. Ale, przytrafił się mi, przytrafił się w cholernie głupim momencie.
Na koniec: Mam dyżur. Ogarniam sklep, podglądam monitory. Podjeżdża auto, tankuje. Nabija €10,00. Nic nadzwyczajnego…<br /)Ale odjeżdża.
I szlag, Nie zdążyłem zapamiętać, spisać numerów tego auta. Nagrania z kamery są tak przeciętne, że i tak nie udałoby się tego odtworzyć. Ja przez okno (po reorganizacji) też niewiele widzę. Szlag, kolo zatankował i pojechał. Myślałem tylko sobie (fuck, fuck, fuck – jestem na cenzurowanym, tylko tego mi brakowało). Na szczęście, po jakimś czasie kierowca wrócił, przeprosił, zapłacił. Upiekło mi się.
Wpis: 1,536.

Odchamianie się, wersja kinowa

Przed filmem wyświetlono kategorię wiekową: 12A. Obraz odpowiedni dla widzów dwunastoletnich bądź starszych, dla młodszych jedynie w towarzystwie opiekunów. Cóż, po projekcji uważam, że osobom powyżej dwunastego roku życia powinno się zabraniać oglądać tego filmu, a przynajmniej wyraźnie ostrzegać.

Wpis: 1 535.

— Można ubezpieczyć auto? — A gdzie tam?!

AXA

W sierpniu nadchodzi moment, kiedy należy zatroszczyć się o ubezpieczenie auta na kolejny rok. Ubezpieczenie nie jest sprawą tanią i dobrze jest porządnie rozejrzeć się na rynku, zanim podpisze się kolejny cyrograf. Oczywiście, dotychczasowa firma ubezpieczeniowa rości sobie prawo pierwo-podpisu, ale najczęściej lepiej jest zrezygnować z jej usług i oddać się w niewolę jakiejś innej.
Ale od początku.
Najpierw w lipcu, właściwie pod jego koniec, dostałem pismo z ubezpieczalni z miłą informacją, że 10-ego sierpnia wygasa mi polisa i wypadałoby ją odnowić. Po dwóch latach bezwypadkowej jazdy i wypracowanej w ten sposób sześćdziesięcioprocentowej zniżce, proponują mi podstawowe ubezpieczenie za €1,600 ze sporym hakiem. Oczywiście, jeśli życzyłbym sobie pełne, są gotowi przedstawić mi kolejną ofertę [czyt. odpowiednio wyższą].
Mając na uwadze, że auto od tamtej pory wartości na pewno nie nabrało, nie zdecydowałem się przystać na taką propozycję. Kwota, którą podali, była o dobre €200 wyższa niż płaciłem rok wcześniej, kiedy zniżek miałem mniej. Wydała [ta kwota] mi się porządnie naciągana i powiadomiłem ubezpieczalnie, że uprzejmie dziękuję ale rezygnuję z ich usług. Infolinia z Belfastu przyjęła wiadomość, a ja zacząłem szukać tańszego rozwiązania.
W międzyczasie, mój dotychczasowy ubezpieczyciel wciąż przysyłał mi listy i emaile zachęcające mnie do pozostania z nim. Kolejny telefon wyjaśnił, że – cytując słowa chłopaka z obsługi klienta: „oni tak zawsze i właściwie to system generuje tę korespondencję automatycznie”.
Odwiedziłem kilka mniej lub bardziej uznanych firm ubezpieczeniowych, powypełniałem formularze na stronach internetowych we wszystkich możliwych konfiguracjach (ja sam, ja sam plus nominowany kierowca, auto obecne, przypuszczalne auto przyszłe, ubezpieczenie częściowe, ubezpieczenie pełne itd.) i wszędzie całkowity koszt polisy, którą byłem zainteresowany oscylował w okolicach tego, co zaproponowała mi AXA. Dla draki postanowiłem wejść na ich stronę i przedstawić się jako zupełnie świeży klient. Wpisałem wymagane dane, pozaznaczałem opcje i kliknąłem: wyświetl ofertę. Ku memu zaskoczeniu, zaproponowano mi bym zapłacił lekko ponad €1,200. Nie wahając się ani chwili, kliknąłem: „kup teraz”.
Innymi słowy, rezygnując z przedłużenia obecnego ubezpieczenia i kupując całkiem nowe w tej samej firmie (pozostając jednak ubezpieczonym na tych samych warunkach, co wcześniej) zaoszczędziłem €400, a €400 piechotą nie chodzi.
Na koniec dostałem jeszcze dziękczynnego emaila, w który poproszono mnie, żebym dostarczył (wysłał pocztą bądź przedstawił osobiście w najbliższym oddziale) certyfikat jazdy bezwypadkowej, a następnie zalogował się na swoje konto w MyAxa.ie i bezpośrednio stamtąd wydrukował sobie dysk z informacją o aktualnej polisie.
Podjechałem do najbliższego oddziału dzielnie dzierżąc w dłoni papier, na którym stało, że od dwóch lat w nikogo i nic nie przydzwoniłem i że te sześćdziesiąt procent zniżki nie wzięło się znikąd. Wszedłem, poczekałem chwile, usiadłem przed panią zza biurka, przedstawiłem swoją sytuację i usłyszałem: „A po kiego… rezygnowałeś i kupiłeś nowe ubezpieczenie?”. „Cena”, uśmiechnąłem się. Pani spojrzała w komputer, później po raz drugi i mina jej zrzedła. Niechętna i wyraźnie poirytowana, postukała chwilę w klawiaturę i z wyrazem największej dezaprobaty, na jaką było ją stać odburknęła: „odnośnik do dysku z ubezpieczeniem znajdziesz na swojej skrzynce email, teraz wypad”.
Wróciłem do domu, spróbowałem zalogować się na MyAxa.ie, no ale… Ale logowałem się na MyAxa.ie wykorzystując mój standardowy adres email przy okazji poprzedniego ubezpieczenia, a zatem automatycznie przekierowało mnie na konto tamtej polisy. Kiedy spróbowałem zarejestrować się ponownie wykorzystując numer nowej polisy, wyświetlił mi się komunikat, że adres email, którego próbuję użyć, znajduje się już w ich bazie danych. Kiedy wpisałem inny adres email, komunikat krzyknął, że „ten [alternatywny] adres email nie koresponduje z numerem nowej polisy”. Wydało mi się, że utknąłem w martwym punkcie.
Dla pewności zadzwoniłem ponownie na infolinię, ale tam usłyszałem, że wystąpił konflikt kont w systemie MyAxa.ie i że właściwie, to powinienem nie zmieniać numeru polisy, bo oni to nie bardzo mogą usunąć moje poprzednie konto, a z drugiej strony zdają sobie sprawę, że ja nie będę mógł zalogować się na nowe konto i w ogóle, to ciężka sytuacja.
Stanęło na tym, że wysłałem im prośbę o przesłanie dysku pocztą, a jeśli ten nie pojawi się w najbliższych dniach, podskoczę do tej niemiłej pani zza lady w tutejszym oddziale i postaram się poprosić, żeby łaskawie wydrukowała mi potrzebny papier.

Wpis: 1 534.

Z branży paliwowej do małej gastronomii

re.store

Miała nastąpić zmiana i tak się stało. Parę tygodni temu zamknięto sklep. Po dziesięciu dniach otworzono ponownie. I parę rzeczy się zmieniło.
Centrala stwierdziła, że zmienimy nazwę (na razie na Re.Store, docelowo na wspominane już Circle K). Oprócz tego poszerzono asortyment (pogubić się można). I dodano serwowanie ciepłych posiłków (na tę chwilę – hod-dogów). I w nich leży pies pogrzebany.
W chwili, kiedy okazało się, że sklep zostanie wyposażony w stoisko z hot-dogami zaczęły pojawiać się wątpliwości: przyjdzie osoba odpowiedzialna tylko i wyłącznie za te hot-dogi? będzie pracować od rana do nocy? hot-dogi będą serwowane w konkretnych godzinach a w pozostałych klient będzie mógł obejść się smakiem? albo, nie daj Boże, dotychczasowa ekipa stanie się odpowiedzialna za te hot-dogi? czyli, osoba, która otwiera sklep, uruchamia także podawanie hot-dogów i osoba, która zamyka sklep serwuje je do samego końca? Pytań było wiele. Tym żyliśmy (Joanna i Irena, ja, Gránnie’a i Brygida /oraz nowozatrudniona Lorraine/). Pierwsze wątpliwości rozwiała centrala wysyłając nas w połowie lipca na szkolenie z przygotowywania rzeczonych hot-dogów.
Pojechaliśmy zwartą ekipą do pobliskiego Athy. Wdzialiśmy czepki, fartuchy, rękawiczki i te siatki na włosy i zostało nam pokazane jak podgrzać kiełbasę na hot-doga (położyć na rozgrzanym blacie), jak podgrzać bułkę (wcisnąć w rozgrzany opiekacz) i jak przyozdobić sprzedaż (dekorując pomidorem, tartym żółtym serem, plasterkiem pepperoni lub /przepis przyszedł z Niemiec/ kapustą kiszoną (sic!) /kapustą kiszoną? w Irlandii? w hot-dogu, którego nazwa brzmi: “Currywürst”? Średnio).
W każdym razie, po przeszkoleniu odesłano nas z powrotem. Zmiany w naszym sklepie dobiegały końca i kiedy nastał pierwszy dzień po wznowieniu działalności, Joanna mnie oddelegowała na pierwszy ogień.
Między siódmą a jedenastą wieczorem ogarniałem sklep. Ze względu na efekt nowości, miejsce było oblegane a hot-dogi cieszyły się popularnością. Pierwszej nocy, ćwicząc niejako na klientach i ucząc się proporcji etc., sprzedałem –naście przysmaków rodem z nowojorskich ulic bądź amerykańskich stadionów (plus Currywürstów, których – cholera – nie spróbowałem parę tygodni wcześniej w Berlinie).

PS

Po skończonym dniu, kiedy nie uda mi się sprzedać wszystkich kiełbas, mam wybór: wyrzucam albo biorę do domu. Zwykle wybieram drugą opcję. W związku z tym, od dwóch tygodni domostwo karmione jest czterema rodzajami grillowanych parówek.

Wpis: 1 533.

Portlaoise, Dublin, Berlin, Gdańsk, Gdynia, Łódź, Dublin, Portlaoise

GNR

Była niedziela osiemnastego czerwca. Pracowałem od rana i kiedy po siódmej wyszedłem ze sklepu, zrobiłem ostatnie zakupy i dotarłem do domu, byłem nieco przemęczony (chociaż przemęczony, to może złe słowo; bardziej odpowiednim byłoby: znużony). Ogarnąłem się, przekąsiłem małe co nieco, spakowałem i okazało się, że jest już grubo po północy. Rozpoczął się poniedziałek, a więc dzień berliński.
Autokar na lotnisko miałem mieć po trzeciej nad ranem, było po pierwszej, szybko obliczyłem sobie, że na dwie godziny nie opłaca mi się kłaść się spać. Przetrzymałem.
Początkowo plan był taki, że na przystanek zostanę odwieziony przez współlokatora. Wyszło jednak na to, że współlokator wycofał się z oferty i byłem zmuszony pojechać taryfą. Dałem radę. Wsiadłem w autokar i w drodze na lotnisko lekko się zdrzemnąłem. Tak rozpoczął się drugi w tym roku tydzień wakacji.

Wysiadłem z autokaru, przeszedłem przez kontrolę bagażu (bagażu ze sobą właściwie nie miałem, wszak leciałem – docelowo – na koncert, a nie sądziłem, żeby wpuszczono mnie na stadion z walizką), zameldowałem się w barze przy bramce, z której miałem startować do Berlina i czekałem. W czekaniu zwykle pomaga mi Guinness. Tym razem musiałem obejść się ze smakiem. Akurat wymieniano kega i zmuszony byłem oczekiwać na lot z Heinekkenem.
Nadszedł odpowiedni moment, kolejka do samolotu przerzedziła się już nieco, podszedłem do obsługi Ryanaira, wylegitymowałem się, zostałem wpuszczony na pokład, zająłem przypisane mi miejsce i jeszcze przed startem przymknąłem oko, żeby odespać nieprzespaną noc. Gdy obudziłem się, dolatywaliśmy nad Berlin.
Niczym alianci siedemdziesiąt lat wcześniej, kiedy samolot krążył przed lądowaniem, mogłem oglądać, jak wygląda stolica Niemiec z powietrza. Szukałem punktów charakterystycznych pamiętając jaką trudność sprawiło nam siedem lat wcześniej wydostanie się z lotniska. Śledziłem tory kolejki S-Bahn i starałem się umiejscowić jej stację względem terminalu, ale koniec końców na nic to się zdało. Gdy już przyziemiliśmy, wszystko mi się poplątało i straciłem orientację.
Wysiadłem, przeszedłem przez odprawę Abwehry i zostałem przechwycony przez K.
Wyprowadzono mnie z lotniska, zaznajomiono z S., wsadzono w auto i zawieziono na kwaterę. Tam zostawiłem bagaż i zaczęliśmy wraz z K. i S. szalony maraton po Berlinie.

Na początek przyosiedlowy sklep, dalej metro i centrum. Następnie krajoznawczo-turystyczna wycieczka berlińskim MPK (był i budynek Bundestagu, i Brama Brandenburska, i budynek opery i muzeum i Tiergarten i Dworzec Zoo i cała masa innych miejsc, łącznie z pozostałościami po Murze. Zostałem porządnie przegoniony, ale jestem za to wdzięczny, bo inaczej zabunkrowałbym się pewnie w pierwszym lepszym lokalu i zwiedzał jedynie oczyma wyobraźni. W każdym razie, K. i S. stanęli na wysokości zadania, przepędzili mnie po bardziej i mniej znanym Berlinie, pokazali co bardziej turystyczne miejsca i zaciągnęli do zwykłych knajp na chwilę oddechu, aż zaczęliśmy kończyć późnym wieczorem w parku, gdzieś na obrzeżach ich osiedla, siedząc na ławce, pilnując psa, spoglądając na zbliżający się wieczór, opędzając się od komarów i popijając kolejne tego dnia piwo.
Na koniec wstąpiliśmy jeszcze do jakiegoś monopolowego, później do jakiegoś supermarketu i zabunkrowaliśmy się (było już grubo po północy) u K. i S. Przesiedzieliśmy do wczesnego świtu i padliśmy.
Gdy kładłem się spać i widziałem na zegarku godzinę piątą coś-tam, wiedząc, że samolot do Gdańska mam po pierwszej coś-tam i zakładając, że droga na lotnisko trochę mi zajmie, myślałem sobie: „no to się wyspałem, drugi dzień z rzędu”.

Obudziłem się, zostałem poczęstowany pożywnym śniadaniem i odwieziony na plac Aleksandra, skąd udałem się na berlińskie lotnisko Teufel (czy jakoś tak). Cudem udało mi się odnaleźć właściwy terminal, właściwą bramkę, postarać się o towarzysza podróży (tym razem było to jakieś litrowe, ichniejsze piwo) i poczekać na swój lot.
W końcu wlazłem do samolotu i niecałą chwilę później wylądowałem u Lecha Wałęsy w Gdańsku. Lot był tak krótki, że ledwie osiągnęliśmy wysokość przelotową, a kapitan poprosił o przygotowanie się do lądowania. Normalnie niczym lot z Dublina do Edynburga. Raz-dwa i jest się na miejscu.
Na polskiej ziemi miał przechwycić mnie BB. ale zapowiedział się, że trochę mu to zajmie i żebym zajął się sobą w tym czasie. Poczekałem na niego, a właściwie na całą ekipę (łącznie: dwa rodzeństwa plus pani kierowca), zapakowaliśmy się do zielonkawego pojazdu i zostaliśmy podwiezieni do pierwszej z brzegu jadłodajni, żeby uzupełnić zapasy kalorii. Później wbiliśmy się kolejkę podmiejską i z przesiadkami (i przystankami to-tu-to-tam) dotarliśmy na Stadion.
Osoby udające się na koncert było widać wszędzie. Począwszy od tej kolejki podmiejskiej, poprzez kolejne środki transportu, poprzez sklepy wielobranżowe znajdujące się w okolicach stacji przesiadkowych a skończywszy na parkach, skwerach i wszelkiego rodzaju miejscach, w których można było przysiąść i nie będąc ponaglanym, spokojnie przygotowywać się na występ Axla i jego kumpli.
Jak można było się spodziewać, im bliżej stadionu, im bliżej tego ostatniego pociągu, który wiózł nas z centrum Gdańska na stadion, tym osób było więcej tak, że w momencie, kiedy wsiadaliśmy w końcowy etap transportowania się w stronę wydarzenia, jechaliśmy otoczeni przez koszulki GN’R (choć zdarzały się odstępstwa, dostrzegaliśmy jakieś Alice In Chain czy inne Nirwany). Ale. Ale wysiedliśmy przy stadionie i mając w zanadrzu jeszcze lekki zapas ze sklepów, które odwiedziliśmy byli po drodze, pozbyliśmy się go i skierowali we właściwą stroną. Mieliśmy już przebijać się przez bramy, kiedy zaatakował nas ogródek piwny. Na wszelki wypadek poszliśmy się przywitać. Kto wie, być może miało to być nasze ostatnie piwo tego wieczoru.
Dokończyliśmy i zdecydowaliśmy się przedostać na stadion. Zbliżała się godzina rozpoczęcia występu Duffa, Slasha i całej reszty. Przebiliśmy się przez jednych, drugich, trzecich, dziesiątych ochroniarzy i weszliśmy na płytę.
Killing Joke właśnie kończyło grać (na Dodę nie załapaliśmy się, cóż… Wybacz Dodo). Rozmontowali się, zamontowało się GN’R i się zaczęło. Mimo iż staliśmy milion kilometrów od sceny, mimo iż nie widzieliśmy za bardzo muzyków (tyle, co na telebimach), mimo iż chłopaki zionęli wręcz niechęcią do siebie i płynął od strony sceny przekaz: nie kochamy się, nie kochamy was, ale jesteśmy tu w pracy, nie interesowało mnie to. Usłyszałem wszystkie te piosenki, które chciałem usłyszeć, obejrzałem koncert taki, jakiego się spodziewałem; jestem niesamowicie zadowolony, że dane mi było. I tylko później, już po występie, przyszła refleksja, żeby następnym razem pakować się jednak nie na płytę, a na zwykłą widownię, taką niczym quasi-teatralną; na miejsca, z których ogląda się koncert (tak, jak na Croke Parku i U2) a nie na płytę, z której ogląda się telebim. Ale to na przyszłość.
Po koncercie tłum poniósł nas (te dwa, wspomniane wcześniej, rodzeństwa) w stronę stacji kolejki miejskiej, udało nam się wbić w którąś kolejną tak, że zdążyliśmy do Gdańska na jedną z ostatnich kolejek do Gdyni, gdzie zostaliśmy przechwyceni i przewiezieni na Kaszuby, do miejsca zakwaterowania na tę noc.
Chwilę posiedzieliśmy, porozmawialiśmy i padliśmy. Ot, dzień koncertu (pomimo tego, że właśnie świtało) dobiegł końca.

Wstaliśmy o przyzwoitej, póżno-porannej porze. Zostaliśmy poczęstowani pożywnym śniadaniem. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Ograniczyło się ono do odwiedzenia pobliskiego jeziora, wielce malowniczego, w którym to aż chciałoby się wykąpać, ale jakoś mnie akurat nie starczyło samozaparcia.
Wróciliśmy na kwaterę, ugoszczono nas obiadem co się zowie i wyprawiono w drogę.
W drodze zatrzymaliśmy się w pobliskiej Gdyni, żeby u Kościuszki spróbować jakiejś rybeńki, popić rozcieńczonym piwem i skierować się w stronę Łodzi.
Sama podróż do Łodzi, cóż… Udało się… Ale nie było lekko. I nie jestem pewien, czy problem był w tym, że nas, pasażerów, było zbyt wielu, czy może auto nie było rozciągliwe… Wniosek jest taki, że jeśli miałby być następny raz; gdzieś, kiedyś, przy jakiejś okazji – dzielimy się na dwie grupy i jedna komfortowo w samochodzie a druga komfortowo w Pendolino.
Te ileś-set kilometrów było masakrą, ale przetrwaliśmy…
Na Tomaszewicza zostałem wysadzony w środę, nieopodal północy.
Z rodzicami zamieniłem parę zdań, zdałem relację z tego, jak było i padłem. Odespałem.

W czwartek rano (mając na uwadze, że już w sobotę o poranku miałem ewakuować się do siebie, na Zieloną Wyspę), uzgodniłem plany i wyruszyłem na łowy. Obłowiłem się w to, co chciałem i mogłem mieć uśmiech na twarzy.
Po południu, na Tomaszewicza, przyszła gromada A&TWalczak wraz z dziewczynkami i spędziliśmy przyzwoite, w miarę rodzinne, popołudnie (mała, która na mnie woła: „Styjek Piotek” rozbraja mnie za każdym razem, ot taka dygresja).
Na sam koniec jeszcze z czcigodnym Ojcem symbolicznego Guinnessa spróbowaliśmy i po chwili drzemki miał nastać piątek, ostatni dzień w kraju.

Obudziłem się, ogarnąłem i poszedłem z Matką na zwiedzanie Retkinii. Szukaliśmy konkretnych rzeczy, nie udało nam się znaleźć, ale przynajmniej podjęliśmy próbę. Zawinęliśmy do domu i wtedy okazało się, że muszę dobić się do Czcigodnego, odprawić się i już zostać w centrum odwiedzić jeden czy dwa bary i przetransportować się do Reggae.
Odprawiłem się, odwiedziłem wspomniane dwa bary (Dolina Chmielowa i ten drugi… Ferajna) i dobiłem na Wszechpolską. Reggae z Siostrą przywitali mnie. Moment później zjawili się Harnaś i Agata. Chwilę wytrzymałem, a później (przynajmniej z mojego punktu widzenia), cała adrenalina, która trzymała mnie od lądowania w Berlinie, do przyjścia do Reggae, padała i rozsypałem się.
Jakimś cudem dotarłem na Tomaszewicza, jakimś cudem znalazłem właściwe drzwi. Jakimś cudem rano, kiedy zostałem obudzony, wiedziałem że mam szykować się do lotu do domu, do Irlandii.

Na Lublinku, cóż, tradycyjny rajd do sklepów bezcłowych, tradycyjne piwo w tej restauracji na piętrze, szybka odprawa, boarding i lecimy.

Wpis: 1 532.

Żegnaj, Topaz Portlaoise

Topaz Portlaoise

Minął niecały rok przygody ze sklepem wielobranżowym pozwalającym także na zatankowanie paliwa, żeby ten zamknął swoje podwoje.
W przeciwieństwie do poprzednich przypadków, w tym dokładnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ma to nastąpić; z okresu, w którym to się stanie; z tego, jaki firma ma plan ciąg dalszy. Przeistaczamy się w Re.Store by docelowo stać się Circle K. Pierwszy etap procesu transformacji trwać będzie dziesięć dni. Na ten czas dostaliśmy wolne. Mam wakacje.

Wpis: 1 531.