

Od niejakiego czasu trwają w naszej szkole przygotowania do tegorocznej studniówki. Próbą generalną był niedawno miniony sylwester /napisałbym wielką literą/, który urządziliśmy w sali Pracowniczych Ogródków Działkowych /dla odmiany, pewnie małą/ „Orchidea” /nie wiem, czy z wielkiej i czy w cudzysłowie/. Była to impreza, którą dobrze charakteryzują Mickiewiczowskie /ponownie, małą literą i z dwukropkiem na końcu/ słowa „tańce, hulanki, swawole”.
Bawiliśmy się do ósmej rano; /na pewno bez średnika/ potem jeszcze trzeba było posprzątać co nieco. Można by więc powiedzieć, że kondycję mamy nie najgorszą /łącznie/.
Moja klasa złożona pół na pół z dziewcząt i chłopców rozpoczęła przygotowania już we wrześniu. Rodzice sfinansowali nam kurs tańca; /bez średnika, być może z kropką/ zamiast jednej lekcji wf. (WF) (WF-u) mieliśmy godzinę nauki tańca towarzyskiego.
Kuzyn naszej koleżanki Kai, pół Polak, pół Hiszpan /tu zawiesiłbym się, kombinowałbym pewnie z myślnikiem/, europejski wicemistrz juniorów w tańcu towarzyskim, półdarmo uczył nas tańców niezbyt modnych, czyli tradycyjnych, i tych supernowoczesnych. Pół biedy było z polonezem: /bez dwukropka, z kropką/ w nim tylko półukłon sprawiał nam kłopot. Za to jakże trudny okazał się walc wiedeński: /vivat interpunkcja/ te półobroty, ćwierćobroty wte i wewte (w tę i we w tę) przyprawiały nas o zawrót i ból głowy.
Scenariusz studniówki sporządzony przez komitet organizacyjny zakłada, że o brzasku zatańczymy białego mazura /nazwa własna w moim mniemaniu, wielka litera/. Nie wiem, czy to nie są jakieś mrzonki, bo krzesanie hołubców zupełnie nam nie wychodzi, a i półklęk po całonocnym balu może być niewykonalny.
Niemal wszystkie dziewczyny zamierzają się ubrać w arcymodne szerokie minisukienki. Planują poszaleć przy rock and rollu (rock’n'rollu) /Rock N’ Rollu/, jivie /eee…/ i twiście. Na razie zupełną niewiadomą jest muzyka. Do północy może nam zagra nowo powstały /łącznie/ szkolny dżezbend (jazz-band) /jazz band/, a potem didżej wykorzysta zgromadzoną przez nas płytotekę. Każdy z nas bowiem obiecał przynieść jakąś płytę długogrającą z hitami lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Może więc powstać ciekawy miszmasz.
O stronę kulinarną naszego balu zadbają rodzice. Mają być potrawy staropolskie i dalekowschodnie, czyli dla każdego coś smacznego. Oby tylko niektórzy moi koledzy nie przesadzili z napojami wysokoprocentowymi, bo wtedy nauka tańca obróci się wniwecz /„Mądrość tego świata Bóg wniwecz obraca (…)”/.
Dygresja:
W Fibbersie mieli złego Guinnessa. W Living Roomie nieco lepszego, ale też nie był to Guinness-Guinness. Pamiętam, jak dawno temu zwracano mi uwagę na to, że w różnych pubach można trafić na różne Guinnessy. Że jende lokale znane są z dobrego Guinnessa a inne należy omijać szerokim łukiem. Z początku wydawało mi się to nieco dziwne, ale w ostatnią niedzielę przekonałem się, że tak właśnie jest. Są różne Guinnessy (i nie mam na myśli różnicy pomiędzy Draughtami a Extra Stoutami czy tymi na eksport).
Dygresja:
— Słuchaj, Piotrek. — Zaczepił mnie któregoś razu znajomy barman. — Jak to z wami, Polakami, jest? Co przyjdziecie do pubu, to zamiast, jak pan Bóg przykazał, stanąć przy ladzie, porozmawiać, zaszywacie się w najdalszym kącie przy jakimś stoliku? Nie tak się spędza czas w barze! Kto chciałby siedzieć gdzieś w izolacji, skoro przyszedł do miejsca publicznego?
Dygresja:
Jak można się spodziewać, gros publiczności stanowiła polska społeczność w Dublinie, czy w ogóle w Irlandii. Śmiesznie, trochę dziwnie, nieswojo, było słyszeć w irlandzkim barze jedynie polski język. Niby nie powinno to być nic nadzwyczajnego. W końcu, jest nas tu dość sporo, ale polski zwyczaj nakazuje, by nie pokazywać się w miejscach publicznych (bo drogo; bo nie zna się języka, bo i po co, jak można flaszkę w domu z kumplami opędzlować). Koniec końców, miło było widzieć tylu rockowych rodaków. Okazało się, że jest potencjał.
Niemniej jednak zwyciężył zdrowy rozsądek i kiedy nadjechał autobus, ewakuowaliśmy się w stronę domu. Już za rok następna Orkiestra.

Widzę siebie w Fibber Magees, ale i do Living Roomu prez ścianę zajrzę.