Kalendarz

Lipiec 2017
P W Ś C P S N
« cze    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65569
  • Dzisiaj wizyt: 2

Portlaoise, Dublin, Berlin, Gdańsk, Gdynia, Łódź, Dublin, Portlaoise

GNR

Była niedziela osiemnastego czerwca. Pracowałem od rana i kiedy po siódmej wyszedłem ze sklepu, zrobiłem ostatnie zakupy i dotarłem do domu, byłem nieco przemęczony (chociaż przemęczony, to może złe słowo; bardziej odpowiednim byłoby: znużony). Ogarnąłem się, przekąsiłem małe co nieco, spakowałem i okazało się, że jest już grubo po północy. Rozpoczął się poniedziałek, a więc dzień berliński.
Autokar na lotnisko miałem mieć po trzeciej nad ranem, było po pierwszej, szybko obliczyłem sobie, że na dwie godziny nie opłaca mi się kłaść się spać. Przetrzymałem.
Początkowo plan był taki, że na przystanek zostanę odwieziony przez współlokatora. Wyszło jednak na to, że współlokator wycofał się z oferty i byłem zmuszony pojechać taryfą. Dałem radę. Wsiadłem w autokar i w drodze na lotnisko lekko się zdrzemnąłem. Tak rozpoczął się drugi w tym roku tydzień wakacji.

Wysiadłem z autokaru, przeszedłem przez kontrolę bagażu (bagażu ze sobą właściwie nie miałem, wszak leciałem – docelowo – na koncert, a nie sądziłem, żeby wpuszczono mnie na stadion z walizką), zameldowałem się w barze przy bramce, z której miałem startować do Berlina i czekałem. W czekaniu zwykle pomaga mi Guinness. Tym razem musiałem obejść się ze smakiem. Akurat wymieniano kega i zmuszony byłem oczekiwać na lot z Heinekkenem.
Nadszedł odpowiedni moment, kolejka do samolotu przerzedziła się już nieco, podszedłem do obsługi Ryanaira, wylegitymowałem się, zostałem wpuszczony na pokład, zająłem przypisane mi miejsce i jeszcze przed startem przymknąłem oko, żeby odespać nieprzespaną noc. Gdy obudziłem się, dolatywaliśmy nad Berlin.
Niczym alianci siedemdziesiąt lat wcześniej, kiedy samolot krążył przed lądowaniem, mogłem oglądać, jak wygląda stolica Niemiec z powietrza. Szukałem punktów charakterystycznych pamiętając jaką trudność sprawiło nam siedem lat wcześniej wydostanie się z lotniska. Śledziłem tory kolejki S-Bahn i starałem się umiejscowić jej stację względem terminalu, ale koniec końców na nic to się zdało. Gdy już przyziemiliśmy, wszystko mi się poplątało i straciłem orientację.
Wysiadłem, przeszedłem przez odprawę Abwehry i zostałem przechwycony przez K.
Wyprowadzono mnie z lotniska, zaznajomiono z S., wsadzono w auto i zawieziono na kwaterę. Tam zostawiłem bagaż i zaczęliśmy wraz z K. i S. szalony maraton po Berlinie.

Na początek przyosiedlowy sklep, dalej metro i centrum. Następnie krajoznawczo-turystyczna wycieczka berlińskim MPK (był i budynek Bundestagu, i Brama Brandenburska, i budynek opery i muzeum i Tiergarten i Dworzec Zoo i cała masa innych miejsc, łącznie z pozostałościami po Murze. Zostałem porządnie przegoniony, ale jestem za to wdzięczny, bo inaczej zabunkrowałbym się pewnie w pierwszym lepszym lokalu i zwiedzał jedynie oczyma wyobraźni. W każdym razie, K. i S. stanęli na wysokości zadania, przepędzili mnie po bardziej i mniej znanym Berlinie, pokazali co bardziej turystyczne miejsca i zaciągnęli do zwykłych knajp na chwilę oddechu, aż zaczęliśmy kończyć późnym wieczorem w parku, gdzieś na obrzeżach ich osiedla, siedząc na ławce, pilnując psa, spoglądając na zbliżający się wieczór, opędzając się od komarów i popijając kolejne tego dnia piwo.
Na koniec wstąpiliśmy jeszcze do jakiegoś monopolowego, później do jakiegoś supermarketu i zabunkrowaliśmy się (było już grubo po północy) u K. i S. Przesiedzieliśmy do wczesnego świtu i padliśmy.
Gdy kładłem się spać i widziałem na zegarku godzinę piątą coś-tam, wiedząc, że samolot do Gdańska mam po pierwszej coś-tam i zakładając, że droga na lotnisko trochę mi zajmie, myślałem sobie: „no to się wyspałem, drugi dzień z rzędu”.

Obudziłem się, zostałem poczęstowany pożywnym śniadaniem i odwieziony na plac Aleksandra, skąd udałem się na berlińskie lotnisko Teufel (czy jakoś tak). Cudem udało mi się odnaleźć właściwy terminal, właściwą bramkę, postarać się o towarzysza podróży (tym razem było to jakieś litrowe, ichniejsze piwo) i poczekać na swój lot.
W końcu wlazłem do samolotu i niecałą chwilę później wylądowałem u Lecha Wałęsy w Gdańsku. Lot był tak krótki, że ledwie osiągnęliśmy wysokość przelotową, a kapitan poprosił o przygotowanie się do lądowania. Normalnie niczym lot z Dublina do Edynburga. Raz-dwa i jest się na miejscu.
Na polskiej ziemi miał przechwycić mnie BB. ale zapowiedział się, że trochę mu to zajmie i żebym zajął się sobą w tym czasie. Poczekałem na niego, a właściwie na całą ekipę (łącznie: dwa rodzeństwa plus pani kierowca), zapakowaliśmy się do zielonkawego pojazdu i zostaliśmy podwiezieni do pierwszej z brzegu jadłodajni, żeby uzupełnić zapasy kalorii. Później wbiliśmy się kolejkę podmiejską i z przesiadkami (i przystankami to-tu-to-tam) dotarliśmy na Stadion.
Osoby udające się na koncert było widać wszędzie. Począwszy od tej kolejki podmiejskiej, poprzez kolejne środki transportu, poprzez sklepy wielobranżowe znajdujące się w okolicach stacji przesiadkowych a skończywszy na parkach, skwerach i wszelkiego rodzaju miejscach, w których można było przysiąść i nie będąc ponaglanym, spokojnie przygotowywać się na występ Axla i jego kumpli.
Jak można było się spodziewać, im bliżej stadionu, im bliżej tego ostatniego pociągu, który wiózł nas z centrum Gdańska na stadion, tym osób było więcej tak, że w momencie, kiedy wsiadaliśmy w końcowy etap transportowania się w stronę wydarzenia, jechaliśmy otoczeni przez koszulki GN’R (choć zdarzały się odstępstwa, dostrzegaliśmy jakieś Alice In Chain czy inne Nirwany). Ale. Ale wysiedliśmy przy stadionie i mając w zanadrzu jeszcze lekki zapas ze sklepów, które odwiedziliśmy byli po drodze, pozbyliśmy się go i skierowali we właściwą stroną. Mieliśmy już przebijać się przez bramy, kiedy zaatakował nas ogródek piwny. Na wszelki wypadek poszliśmy się przywitać. Kto wie, być może miało to być nasze ostatnie piwo tego wieczoru.
Dokończyliśmy i zdecydowaliśmy się przedostać na stadion. Zbliżała się godzina rozpoczęcia występu Duffa, Slasha i całej reszty. Przebiliśmy się przez jednych, drugich, trzecich, dziesiątych ochroniarzy i weszliśmy na płytę.
Killing Joke właśnie kończyło grać (na Dodę nie załapaliśmy się, cóż… Wybacz Dodo). Rozmontowali się, zamontowało się GN’R i się zaczęło. Mimo iż staliśmy milion kilometrów od sceny, mimo iż nie widzieliśmy za bardzo muzyków (tyle, co na telebimach), mimo iż chłopaki zionęli wręcz niechęcią do siebie i płynął od strony sceny przekaz: nie kochamy się, nie kochamy was, ale jesteśmy tu w pracy, nie interesowało mnie to. Usłyszałem wszystkie te piosenki, które chciałem usłyszeć, obejrzałem koncert taki, jakiego się spodziewałem; jestem niesamowicie zadowolony, że dane mi było. I tylko później, już po występie, przyszła refleksja, żeby następnym razem pakować się jednak nie na płytę, a na zwykłą widownię, taką niczym quasi-teatralną; na miejsca, z których ogląda się koncert (tak, jak na Croke Parku i U2) a nie na płytę, z której ogląda się telebim. Ale to na przyszłość.
Po koncercie tłum poniósł nas (te dwa, wspomniane wcześniej, rodzeństwa) w stronę stacji kolejki miejskiej, udało nam się wbić w którąś kolejną tak, że zdążyliśmy do Gdańska na jedną z ostatnich kolejek do Gdyni, gdzie zostaliśmy przechwyceni i przewiezieni na Kaszuby, do miejsca zakwaterowania na tę noc.
Chwilę posiedzieliśmy, porozmawialiśmy i padliśmy. Ot, dzień koncertu (pomimo tego, że właśnie świtało) dobiegł końca.

Wstaliśmy o przyzwoitej, póżno-porannej porze. Zostaliśmy poczęstowani pożywnym śniadaniem. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Ograniczyło się ono do odwiedzenia pobliskiego jeziora, wielce malowniczego, w którym to aż chciałoby się wykąpać, ale jakoś mnie akurat nie starczyło samozaparcia.
Wróciliśmy na kwaterę, ugoszczono nas obiadem co się zowie i wyprawiono w drogę.
W drodze zatrzymaliśmy się w pobliskiej Gdyni, żeby u Kościuszki spróbować jakiejś rybeńki, popić rozcieńczonym piwem i skierować się w stronę Łodzi.
Sama podróż do Łodzi, cóż… Udało się… Ale nie było lekko. I nie jestem pewien, czy problem był w tym, że nas, pasażerów, było zbyt wielu, czy może auto nie było rozciągliwe… Wniosek jest taki, że jeśli miałby być następny raz; gdzieś, kiedyś, przy jakiejś okazji – dzielimy się na dwie grupy i jedna komfortowo w samochodzie a druga komfortowo w Pendolino.
Te ileś-set kilometrów było masakrą, ale przetrwaliśmy…
Na Tomaszewicza zostałem wysadzony w środę, nieopodal północy.
Z rodzicami zamieniłem parę zdań, zdałem relację z tego, jak było i padłem. Odespałem.

W czwartek rano (mając na uwadze, że już w sobotę o poranku miałem ewakuować się do siebie, na Zieloną Wyspę), uzgodniłem plany i wyruszyłem na łowy. Obłowiłem się w to, co chciałem i mogłem mieć uśmiech na twarzy.
Po południu, na Tomaszewicza, przyszła gromada A&TWalczak wraz z dziewczynkami i spędziliśmy przyzwoite, w miarę rodzinne, popołudnie (mała, która na mnie woła: „Styjek Piotek” rozbraja mnie za każdym razem, ot taka dygresja).
Na sam koniec jeszcze z czcigodnym Ojcem symbolicznego Guinnessa spróbowaliśmy i po chwili drzemki miał nastać piątek, ostatni dzień w kraju.

Obudziłem się, ogarnąłem i poszedłem z Matką na zwiedzanie Retkinii. Szukaliśmy konkretnych rzeczy, nie udało nam się znaleźć, ale przynajmniej podjęliśmy próbę. Zawinęliśmy do domu i wtedy okazało się, że muszę dobić się do Czcigodnego, odprawić się i już zostać w centrum odwiedzić jeden czy dwa bary i przetransportować się do Reggae.
Odprawiłem się, odwiedziłem wspomniane dwa bary (Dolina Chmielowa i ten drugi… Ferajna) i dobiłem na Wszechpolską. Reggae z Siostrą przywitali mnie. Moment później zjawili się Harnaś i Agata. Chwilę wytrzymałem, a później (przynajmniej z mojego punktu widzenia), cała adrenalina, która trzymała mnie od lądowania w Berlinie, do przyjścia do Reggae, padała i rozsypałem się.
Jakimś cudem dotarłem na Tomaszewicza, jakimś cudem znalazłem właściwe drzwi. Jakimś cudem rano, kiedy zostałem obudzony, wiedziałem że mam szykować się do lotu do domu, do Irlandii.

Na Lublinku, cóż, tradycyjny rajd do sklepów bezcłowych, tradycyjne piwo w tej restauracji na piętrze, szybka odprawa, boarding i lecimy.

Wpis: 1 532.

Żegnaj, Topaz Portlaoise

Topaz Portlaoise

Minął niecały rok przygody ze sklepem wielobranżowym pozwalającym także na zatankowanie paliwa, żeby ten zamknął swoje podwoje.
W przeciwieństwie do poprzednich przypadków, w tym dokładnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ma to nastąpić; z okresu, w którym to się stanie; z tego, jaki firma ma plan ciąg dalszy. Przeistaczamy się w Re.Store by docelowo stać się Circle K. Pierwszy etap procesu transformacji trwać będzie dziesięć dni. Na ten czas dostaliśmy wolne. Mam wakacje.

Wpis: 1 531.

Trzydziesty ósmy proroka Jeremiasza

Jest coraz gorzej i będzie jeszcze gorzej
Wasza nadzieja – ona znikąd pochodzi

Wpis: 1 530.

Awans

Circle K

Minęło parę miesięcy, odkąd zacząłem przygodę w branży paliwowej. Przez ten czas zdążyłem ogarnąć charakterystykę przedsięwzięcia, swoje miejsce w szeregu i mogłem powiedzieć o sobie, że czuję się w miarę pewnie. W takim sensie, że jeśli chodzi o moje stanowisko, dumnie mieniące się: „Sprzedawca”, to wyżej nie dało się już podskoczyć. Drogi rozwoju były przynajmniej dwie: pozostać na tym prestiżowym poziomie i rozglądać się za innym zajęciem (tak wyglądała sytuacja, kiedy dziesięć lat temu przeskakiwałem z branży rozrywkowej i szykowałem się do ataku na branżę bankową), bądź próbować piąć się po szczeblach „kariery” wewnątrz korporacji. Korporacji, która od niedawna intensywnie reklamuje się w Polsce, a która, przyjmowawszy mnie, zapewniała, że planuje ekspansję m.in. na rynek polski i zakłada, że pracownicy będą mogli chcieć przemieszczać się wewnątrz firmy. Znaczy się, pracownik danego szczebla, jeśli wyrazi ochotę, będzie mógł być przeniesiony na to samo stanowisko, ale w innym regionie. W moim przypadku, do Polski.
Starałem się trzymać jednocześnie dwie sroki za ogon i trwając na swoim poziomie brałem pod uwagę zmianę branży, ale również myślałem, że nie byłoby zupełnie bezzasadne pozostać wewnątrz korporacji i próbować zaproponowanej przez nią ścieżki rozwoju. Kto wie, może za kilka- kilkanaście lat, osiągnąwszy już kolejny stopień wtajemniczenia i przy założeniu, że korporacja wciąż istniałaby w Polsce, mógłbym się przenieść i pracować gdzieś na terenie IV Rzeczpospolitej.
Ostatnio bliżej byłem tej drugiej opcji i zabierałem się do tego, żeby w najbliższą sobotę porozmawiać z Joanną, jaki mógłby być mój następny krok. W końcu, tak jak napisałem na wstępie, minęło już parę miesięcy i więcej na obecnym stanowisku nie osiągnę.
I kiedy dziś poszedłem do pracy, zaraz po wejściu usłyszałem, że mam się stawić u Joanny w kantorku, bo ma mi coś ważnego do powiedzenia (jak zwykle w takich sytuacjach, człowiek przypomina sobie co ostatnio odstawił myśląc, że na pewno szykuje się nagana). Wyszło inaczej. Joanna zaczęła: „Jesteś z nami od sierpnia. Obserwuję, jak dajesz sobie radę. Chciałabym zaproponować ci awans…”. „Skubana” pomyślałem. Uprzedza mój ruch i wyjdzie na to, że to jej inicjatywa, jej propozycja, a nie moje naleganie na dalszy rozwój wewnątrz korporacji. Odpowiedziałem: „Jasna sprawa, właśnie miałem cię o to pytać…”. Przerwała: „Spokojnie, Piotrek, awans wiążący się z tym, że nie dostaniesz podwyżki, nie będziesz dostawał większej liczby godzin w tygodniu, ale dołożymy ci obowiązków, głównie administracyjnych, i odpowiedzialności”. „No pech” przyszło mi do głowy. „Dwa razy więcej pracy w pracy za to samo wynagrodzenie”. Ale podtrzymałem swoją deklarację. Joanna tylko dodała, że mam spodziewać się nowej umowy, być może kolejnego okresu próbnego i szykować się na szkolenia, które miałyby rozpocząć się jeszcze w czerwcu. Na koniec zapytałem: „Tak z ciekawości, Asiu, jaką dumną nazwę będzie nosić to moje nowe stanowisko?”. Odrzekła: „Starszy sprzedawca”!

Wpis: 1 529.

Clifden story

mapaNa początku miałem jechać na Spanish Point. Niedaleko tego miejsca przeprowadziła się moja znajoma i umawiałem się, że ją odwiedzę. Po dogadaniu szczegółów w środę, odwidziało mi się i w piątek wyłgałem się tym, że być może w sobotę będzie ścigać mnie praca i mam być pod telefonem. Jakoś przeszła mi ochota na samotny wypad, do osoby, której na dobrą sprawę nie znam i która, oprócz tego, że przez ostatnich parę miesięcy pomagała mi w hiszpańskim, nie ma wg mnie niczego do zaoferowania. Chyba znajduję się na takim etapie życia, że nowe znajomości nie są mi do niczego potrzebne. Mniejsza… Sobota zapowiadała się leniwie, przed telewizorem. Ale to miało się zmienić.
Od rana panowało w domu poruszenie. Ze względu na wolną sobotę i niedzielę para współlokatorów planowała wypad nad Atlantyk. Dobierali trasę, uzgadniali miejsca godne odwiedzenia, organizowali transport. I w trakcie przedwyprawowej gorączki, współlokatorowi wymsknęło się pytanie: „A może pojechałbyś z nami?”. Ponieważ trzymał mnie jeszcze popiątkowy dobry humor, poprawiony nieco sobotnim lekarstwem, nie zastanawiałem się długo i odpowiedziałem: „Właściwie, czemu by nie?”. Dodałem jeszcze, że na drugi dzień, tj. w niedzielę, muszę być o siódmej w pracy i dobrze byłoby jeśli wyrobilibyśmy się z powrotem jakoś tak, żebym zdążył się jeszcze ogarnąć i przebrać po podróży. Doszliśmy do wniosku, że to da się załatwić i po domknięciu wszystkich formalności związanych z pakowaniem się, pożyczaniem pojazdu, wsiedliśmy we trzy osoby do auta i ruszyliśmy na zachód.
AtlantykDroga przebiegała raczej spokojnie. Ja rozsiadłem się na tylnym siedzeniu, miałem pod ręką lekarstwo i raz po raz zażywałem sobie skromną dawkę. Współlokator prowadził, współlokatorka komentowała. Nie mieliśmy wielu przestojów, ani nie musieliśmy posługiwać się mapą. Dopiero, kiedy zaczęliśmy zbliżać się do miejsca docelowego należało uruchomić Google i liczyć na to, że złapiemy zasięg. Udało się i wiedząc, dokąd mamy się kierować, zostawiliśmy auto i ruszyliśmy pieszo przed siebie.
Wiało, padało, jak to na wybrzeżu, ale było niesamowicie widowiskowo. Po latach spędzonych w Midlands, które jest płaskie jak stół i wyjątkowo nieatrakcyjne turystycznie, wystarczy wyjechać poza granice hrabstwa, żeby przypomnieć sobie, że Irlandia, to przepiękny kraj. Podziwialiśmy widoki i zbliżaliśmy się do – jak myśleliśmy – zamku, który miał być głównym celem tej sobotniej wyprawy.
Kiedy dotarliśmy okazało się, że to nie był ten zamek. Trafiliśmy na jakieś zaniedbane ruiny. Obeszliśmy je dookoła, zajrzeliśmy do środka. Stwierdziliśmy, że od naszych (Dunamase Castle) różnią się właściwie rozmiarem. Z tych koło Portlaoise nie zostało wiele. Te nieopodal Clifden wydawały się znacznie okazalsze.
Zawróciliśmy i pojechaliśmy do miasteczka szukać noclegu.
Znaleźliśmy go w pierwszym z brzegu pensjonacie. Po rozlokowaniu się, zaopatrzyliśmy się w zapasy na wieczór, zrobiliśmy niewielki bifor i ruszyliśmy zwiedzać lokalne przybytki rozrywki.
W tym miejscu moja pamięć zaczyna zawodzić, zdjęć nie ma, muszę opierać się jedynie na relacjach świadków. Podobno w jednej z restauracji pomyliłem klientów z obsługą i potrzebna była ewakuacja. Podobno w jednym z barów, wywijałem w rytm tradycyjnej muzyki irlandzkiej. Podobno po powrocie do pokoju zrobiliśmy jeszcze after. Na pewno obudziłem się rano, zadowolony, wyspany i z poczuciem satysfakcji z powodu wyrwania się z marazmu Portlaoise. Taka wycieczka raz na jakiś czas jest potrzebna, bo na tym Końcu Świata, gdzie mieszkam na co dzień, wszystko wydaje się być takie przytłaczające.
Ogarnęliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy szukać tego właściwego zamku. Okazał się być opactwem, zwiedzanie było odpłatne, przewidziane na parę godzin (tych nie mieliśmy) i musieliśmy obejść się smakiem. Na pocieszenie, choć to bardziej działka współlokatora niż moja, trafiliśmy na zlot Jaguarów. Chłopak był zachwycony, ma po kilka zdjęć chyba z każdym autem.
Nadchodziła pora, kiedy należało zacząć zawijać się z powrotem do ponurego Portlaoise. Zapakowaliśmy się w transport i ruszyliśmy w drogę. Znaczną jej część przespałem.
Laois przywitało nas ulewnym deszczem. Odkąd pamiętam, powroty z wycieczek (krótszych czy dłuższych) kończyły się deszczem w Portlaoise.
Towarzystwo zostało w domu. Ja dziarsko ruszyłem odpracować to, co przepuściłem na majówce w Clifden.

Wpis: 1 528.

Odchamianie się, wersja kinowa

Alien Covenant
Gdybym nie widział żadnego Obcego czy Prometeusza, uznałbym, że właśnie obejrzałem całkiem przyjemny kawałek SF.
Ze względu jednak na to, że mam za sobą i Obcych i Prometeusza starałem się doszukiwać nawiązań, powiązań, odwołań i o ile wstecz jeszcze się udawało (Fassbender bardzo ułatwiał), o tyle w przód szło mi już o wiele gorzej. Czekam na opinię współlokatora-eksperta.

Wpis: 1 527.

Scenka rodzajowa, typowa

Czas: wtorkowe popołudnie;
miejsce: sklep wielobranżowy;
osoby: sprzedawca Walczak, przypadkowy kierowca.

Leniwe popołudnie w pracy. Sprzedawca Walczak, wywiązawszy się ze wszystkich obowiązków poza doraźną obsługą klienta, czekał na koniec swojej zmiany. Pozostałe trzy godziny upływały mu na tęsknym spoglądaniu przez okno na rozświetlone słońcem jedno z najbardziej ruchliwych skrzyżowań w Portlaoise. W końcu nie wytrzymał i wymyślił, że wyjdzie na zewnątrz, usiądzie na sklepowym parapecie, zapali papierosa i skorzysta z odrobiny słonecznej pogody, która &mdsah; było nie było — nie zdarza się w Irlandii często.
Tak zrobił. Wyszedł, przysiadł, zapalił papierosa.
Wtedy na podjazd wjechał samochód.
Sprzedawca Walczak gwałtownym ruchem odłożył papierosa (w pewnym sensie był na „służbie” i nie powinien był opuszczać „posterunku”) i zerwał się wbiec z powrotem do sklepu.
przypadkowy kierowca otwierając okno samochodu: Spokojnie! Ja tylko napompuję opony! Sam palę, wiem jak jest.
Kurtyna!

Wpis: 1 526.

Kwiecień, plecień…

Praca, dom, praca, dom… Pogoda kwietniowa. Do tego jedenasty rok w Irlandii i „święta, święta i po świętach” (a podczas nich, któtki wypad na pobliski Rock Of Dunamase).

Wpis: 1 525.

Rzecz o marcu

Zwykły miesiąc: praca, dom, praca, dom, praca, dom, Święty Patryk (najmniej efektowny). I Ghost In the Shell”, zaskakująco w porządku.

Wpis: 1 524.

Jeszcze chwila o lutym

Choć pisane mocno post-factum, luty, to powrót z PL, gdzie udało się załatwić wiele, ostatnią rzecz w drodze na lotnisko oraz film Trainspotting 2, który mocno rozczarował.

Wpis: 1 523.